idzie jesień książki niesie

o

jesien

Mimozami, nie ma na to rady, wypada zacząć dzisiejszą notkę. Choć właśnie z radami chciałam wystąpić, bo się mi ich nagromadziło na pęki, i mam całe ich bukiety, zamiast okolicznościowych chryzantem.

Bo u mnie sweter czarny, ale ciepły, wyłączony telewizor i nowy magazyn Książki. Pod jedną ręką kubek świeżo kupionej herbaty (cinamon princess – to może być i mój napój i pseudonim na tę jesień) w drugiej ołówek i hajda, lecę przez strony. Wypatruję co lepszych tytułów, i gwiazdkuję wytrwale. Potem jeszcze wsiadam w internet i dłubię w zapowiedziach. Aż się z tego zrobił zapas książek nie tylko na koniec lata ale i do końca jesieni. Sami zresztą zobaczcie, co wybrałam:

  1. Szkło i brylanty, Gabriela Zapolska w swojej epoce, Araela Zurli, wyd. Iskry, czyli opowieść o pracy i rozrywkach dramatopisarki. Oby treść była równie fascynująca jak tytuł. Premiera w październiku.
  2. Belgravia Juliana Fellowes, wyd. Marginesy, premiera juz 28.09.2016, nowa powieść autora scenariusza Gosford Park i kultowego serialu wszystkich anglistek oraz fanów minionych epok, Downton Abbey. Znowu mamy arystokrację i parweniuszy sprzed stu lat, intrygi i tragedie, czyli wszystko to, za co kochamy klasyczną literaturę brytyjską.
  3. Nie ma się czego bać, rozmowy z mistrzami, czyli Boniecki, Hartwig Wielowieyska i inni wiekowi i znakomici współziomkowie w rozmowach z Justyna Dąbrowską premiera też. 28.09.2016.
  4. Biografia Woodego Allen, davida Evaniera, podobno zaskakująca.
  5. Tomek Beksiński, Portret prawdziwy. Dawny znajomy Tomka, redaktor pisma Tylko Rock, Wiesław Weiss, wkurzył się i zebrał jeszcze raz opowieści o młodszym Beksińskim. Wyszło z tego 700 stron, więc jest nadzieja, że będzie to portret jednokrotny i ze wszystkimi detalami, niezbędnymi do poznania bohatera. Premiera już 28.09.2016 , czyli dzień przed filmem o Beksińskich.
  6. Najlepiej w życiu ma twój kot. Zbiór listów Wisławy Szymborskiej i Kornela Filipowicza. Tytuł i autorzy wystarczą, nic więcej nie trzeba mówić. Premiera 19.10.2016.
  7. I moja wielka radość, czyli kolejny tom przygód dzielnej pani detektyw z piórkiem na kapelutku, Profesorowej Szczupaczyńskiej, pod tytułem „Rozdarta zasłona”. Premiera 12.10.2016

A Wy na co czekacie tej jesieni?

mowa o:

ksiazki-1

Pan Jurek się spowiada

portret

Z zagranicznych pisarzy chciałbym poznawczo porozmawiać z Nabokovem, Człowiekiem, który zauważył, że bohater Przemiany Kafki, Gregor Samsa, który zamienił się w robaka, w istocie powinien mieć skrzydła. Nabokov, jako entomolog, zanalizował tego robaka i wyszło mu, że ten gatunek ma skrzydła. Gregor mógł w każdej chwili odlecieć, w związku z czym całe opowiadanie Kafki jest zawracaniem głowy.

Zawsze nie ma nigdy, Jerzy Pilch w rozmowach z Ewelina Pietrowiak, Str 47, 48

Ech, gdyby Pilch trzymał się tylko wspomnień na temat bibliotek i bibliofilów, wychwaliłabym tę książkę do cna. Ale niestety tak nie jest. Po smakowitych opisach zapchanych książkami pomieszczeń zdarza mu się wdepnąć w rejony mniej urokliwe. A to tatkę obgada, że był wredny i nie do lubienia, a to mamcie podsumuje niepochlebnie. Pal licho, wiecznie kochająca się rodzina to w końcu fikcja na która brak miejsca w realistycznych wywiadach.

Gorzej, że czasem Pilchowi wymyka się wypowiedź świadcząca o niebywałej próżności. No tak pieśni o mnie śpiewają mówi wzruszony i zadowolony. Choć moim z daniem w takim monecie lekka kpina z ironią byłaby bardziej odpowiednia. Ale nie, żadnego szczypania samego siebie, tylko podjazd nosa kilka stopni w górę. Taki duży, chciałoby się powiedzieć, a taki ciągle na pochwały łasy. Trudno, artyści widocznie tak mają.

Jednak resztki mojego zainteresowania autorem zostały dobite na końcu książki. Przy futbolowych rozważaniach. I tak sobie wtedy pomyślałam, że pisarka raczej nie miałaby śmiałości w poważnym niby wywiadzie wywlekać swoich upodobań to ciuchów albo, co gorsza, kosmetyków. Natomiast panom, owszem, jak najbardziej wypada pleść o kopaniu piłki.

Może lepiej nic już więcej nie powiem. Tylko wyrażę nadzieję, że jak ktoś zrobi książkę z rozmowy z Bator lub Tokarczuk, to przynajmniej jeden rozdział poświęci tematyce leżącej poza sfera męskich zainteresowań.

Mowa o:

ksiazka

Bo Agatha była jedna

maski

Trzeba zawsze wyobrażać sobie najgorsze. Nie ma pan pojęcia jak to uspokaja nerwy. Człowiek natychmiast zaczyna być pewny, ze sprawy nie mogą przebiegać tak fatalnie, jak to sobie wyobrażał.

Agatha Christie „Tajemnica bladego konia” Str. 177

Mam świetny pretekst, by do opisywania ostatnio przeczytanych książek nie podejść chronologicznie. Tylko jubileuszowo. Urodziny Agathy to przecież idealna okazja, żeby pominąć zasady, konwenanse i inne reguły zdrowego rozsądku. I powiedziec kilka słów o ostatnio czytanym kryminale.

Tak na marginesie, to zdrowy rozsądek opuścił mnie niedawno dość spontanicznie. Stało się to za sprawą odkrycia taniej księgarni w centrum mojego miasta. Zawalona książkami przestrzeń zawiera niebywałe okazje. Największej pokusie, w postaci solidnego tomu anglojęzycznego wydania kuchni rosyjskiej za 8 (słownie: osiem!) złotych oparłam się dzielnie. Gorzej poszło mi przy półce ze zbiorem wszystkich kryminałów Christie. Już wyobrażałam sobie jak imponująco wyglądałby na moim regale szereg książkowych grzbietów formujących imię i nazwisko ulubionej autorki, kiedy stuknęłam się w głowę. No bo przecież mam już spory zbiorek, w paperbackach, co prawda. Więc przywołałam się do porządku. Po czym spędziłam rozkoszne pół godziny na szukaniu tytułu, którego nie mam i nie znam. Padło na „Tajemnicę Bladego konia”. Pewnie dlatego, że po Marcie Grimes mam słabość do kryminałów z pubem w tle.

Na początku zamiast pubu była kafejka, z dwiema pannami wyrywającymi sobie włosy przy okazji awantury. Świadkiem tego zdarzenia jest narrator, młody człowiek, naukowiec, pałętający się bez celu po Londynie. Jednak szybko sobie cel znajduje. Staje się nim odnalezienie mordercy księdza zabitego w mrocznym zaułku. Wielebny właśnie wracał z ostatniej posługi oddanej umierającej nieznajomej. Jakie tajemnice powierzyła mu, że stał się ofiarą ataku?

Tropów, jak to zwykle u Agathy, jest wiele. Jeden prowadzi do starego domu, dawnego zajazdu, o nazwie Blady koń, obecnie zamieszkiwanego przez trzy starsze kobiety. Te z ochotą przyjmują role lokalnych wiedźm, bawiąc i strasząc sąsiadów. To, czy pod maskaradą rzucania uroków i przywoływania duchów kryje się coś więcej, stara się odkryć dzielny narrator.

Na początku byłam zauroczona, bo czary mary i baby jagi, jak już nieraz tu wspominałam, fascynują mnie od wczesnego dzieciństwa. Jednak spotkał mnie zawód, bo wszystko co dotyczy ezoteryki jest przedstawione przez Agathe bez zacięcia i pobieżnie.

Najlepiej wyszła autorce drugoplanowa postać rozkojarzonej pisarki, która pewnie ma stanowić alter ego Agathy. Ale dopiero przy rozwikłaniu zagadki zabiłam brawo Agathcie, bo po raz kolejny dowiodła, że jest mistrzynią w zaskakiwaniu czytelnika.

mowa o:

kon-1

półmrok paryskiej ulicy

przejscieNiewąpliwie wszystko przez ten upał i babie lato

Patrick Modiano „Żebyś nie zgubił sie w dzielnicy’ str 43

Wypadałoby się obudzić. Tak delikatnie, bo wciąż jest letnio i sennie. Niech to się stanie przy pomocy książki przypominającej sen. Albo przynajmniej wydobywanie się z niego. Tak, będzie Modiano. Autor specjalizujący się w nastrojach niedobudzenia.

Jego najnowsza książka trzyma się tego klimatu. Oto samotnie mieszkający pisarz zaczyna dostawać dziwne telefony, potem spotyka się z nieznajomym, rzekomo chcącym mu oddać zagubiony notes. Jednak być może oczekuje czegoś więcej.

Niedopowiedzenie jego żądań, niewyrazistość postaci, ma w sobie coś z majaku sennego. Potem pojawia się kobieta, też nie do końca realna. W końcu i narrator i czytelnik zaczynają się zastanawiać co wydarzyło się naprawdę, a co podczas drzemki. Ta ścieżka pomiędzy snem a jawą prowadzi w jeszcze inny obszar trudny do rozeznania: wspomnień z dzieciństwa.

Jak zwykle, lekko przewrotnie i wbrew tytułowi, Modiano robił wszystko, bym zgubiła się w dzielnicach jego pamięci. Przygotowana lekturą jego wcześniejszych książek, bez protestu poddałam się tym zabiegom. W końcu uczyć się błądzić też trzeba od najlepszych.

mowa o:

modiano

Jak byc niekochanym

Flower

Tak dobrze czuł się z głową przy głośniku, jak nieopierzony młokos, ten wieczór był gorącą kulą czułości, w której zapominał o otwartych ranach.

Despentes „Vernon Subutex” Str 308

To nie Vernon tylko Venom, tak należałoby odczytywać imię bohatera tej książki. Jad, który zatruwa życia kilku, a może i kilkunastu postaci przewijających się przez jej strony. Bo Vernon staje się dla każdego z nich niespełnionym marzeniem, jest świadkiem lub obiektem pragnień.

Wyrzucony ze swojego paryskiego mieszkania za niepłacenie czynszu, błąka się od jednego znajomego do drugiego, przemieszkując to tu to tam po kilka dni. Kiedy tak wędruje od drzwi do drzwi jego historia zaczyna przypominać tę z filmu Broken Flowers. Tyle, że paryskie kwiatki po kolei odwiedzane przez Vernona są nie tylko połamane, ale i podwiędłe. Jak czterdziestokilkuletnia kobieta, właśnie opuszczona przez dorosłego syna lub podstarzały tatuś, przytłumiony przez żonę i zasobnych teściów. Jedno pragnie uczucia, drugie odrobiny szaleństwa i sukcesu. A gdzieś tam, po bokach tej historii snują się transy, bulemiczki, rekiny finansów i rozrywki, mała nimfomanka oraz kilku bezdomnych.

Voila! Mamy Paryż sportretowany jak przez Pollocka: krótkie chlapnięcia różnych opowiastek, wszystko razem pstre, agresywne i bezładne. Choć nie, jest jedna linia ciągła, które łączy kropki: historia rockmana samobójcy i nagranych przez niego kaset, będących w posiadaniu Vernona. Kaset mających dla wielu sporą wartość, i to z różnych powodów. Jednak Vernon jest nieświadomy tego faktu i stacza się coraz niżej tej równi pochyłej, jaką jest paryska ulica.

Kiedy tak leciał w dół i w dół, spoglądałam na niego z coraz większym dystansem i zniecierpliwieniem. I przerwałam jego lot w środku strony. I nie skończyłam czytać tej książki, bo nie widziałam w tym ani sensu ani żadnej przyjemności.

Dla szukających udręki:

Subutex

kakałko plus wanilia

amorki

– nie masz pojęcia, przez co zdążyłem przejść w tak krótkim czasie.

– Zmusili cię do jedzenia ślimaków? Spleśniałego sera?

– Blisko: karmy dla kotów. Co gorsza – smakowała mi.

Gilles Legardinier „Do usług szanownej pani”, Str 68

Beza, makaronik, cukier puder z bitą śmietanką. Ta książka zastąpi Wam wszystko, co dostarcza glukozy. Jest też idealna na powakacyjny spleen, smutek rozpakowanej po wywczasach walizki. Przyda się na letnią niepogodę, pierwsze wieczorne chłody. Podniesie poziom serotoniny wtedy, gdy nie działa już nic, nawet 60 minut dziennie z Chodakowską.

No bo taka jest w niej historia. Starszego pana, a’la słoneczko. Który zmęczony i smutny, decyduje się wyjechać do Francji i zostać kamerdynerem. Jednak do starego domostwa wnosi nie tylko angielską ogładę. Szybko staje się łącznikiem całego towarzystwa dziwaków, z jakimi przyszło mu mieszkać. Obłaskawia nawet kota o demonicznym imieniu Mefisto.

Po kolei zakrada się w łaski kucharki, młodej sprzątającej i zarządcy. Sprawia, że obcy sobie ludzie zaczynają być rodziną.

Resztę dośpiewajcie sobie sami. Jest miło, ciepło i przytulnie. Po wiekowych schodach turlają się kotki, młoda dziewczyna dostaje rumieńców od szczęścia w miłości, potencjalny wisus zbiera w szkole piątki. Nic tylko siedzieć i ocierać łzy szczęścia. Choć przyznam ze sama nie sięgnęłam po chusteczki. Tylko poszłam po gorzką herbatę. Bo zawsze mnie mdli po nadmiarze słodyczy.

mowa o:

do usług

średnia na jeża

Maria

„Zupełnie nie rozumiem tego ciągłego podniecania się polskiej prawicy sprawa gender. Mam wrażenie, że oni się oburzają, ale sami nie wiedzą z jakiego powodu”.

Maria Czubaszek „Nienachalna z urody” Str224

Chciałabym tylko dobrze o tej książce, ale nie mogę. Gdyby to była moja jedyna lektura na temat Marii Czubaszek, to pewnie poszłoby mi lepiej. Tymczasem wcześniej już zaliczyłam opowieści Andrusa, czego nie jestem w stanie żałować. Problem polega na tym, że opowieśc samej Czubaszek jest wobec tych książek wtórna. Spotkałam w niej wiele już tam wspomnianych historii.

Nowinki z Nienachalnej dotyczą wspomnienia na temat Czubaszkowej rodziny. Niezbyt przyjemne zresztą, bo okazuje się, że Maria miała siostrę, z która się specjalnie nie kochały. Średnio się czyta to, co Maria na jej temat wywleka. Już lepiej przejść na tzw poglądowe strony, gdzie Maria opowiada co myśli o dzieciach i polityce, oraz kilku mniej lub bardziej znanych kolegach. Tam przynajmniej da się kilka razy uśmiechnąć.

Ogólnie rzecz biorąc bez zachwytu. Można to potraktować jak testament, ostatnie wyznanie lub kompendium wiedzy o humorystce. Ci którzy wcześniej o Czubaszek nic nie czytali mają szansę dobrze ją poznać. Ci, którzy maja za sobą inne na jej temat lektury siłą rzeczy czasem ziewną. I zaczną zerkać na koniec, gdzie jest więcej o współczesności.

mowa o:

Maria 1