lost again

Perhaps love could never be captured in a definition, it could only be captured in a story

(być może miłości nie można określić definicją, być może da się ją uchwycić tylko opowieścią, tłum. własne)

Julian Barnes, The Only Story, str 206

 

Ach, ten Barnes! Znowu mnie wpuścił w maliny, jak krew czerwone i cierpkie. Ale nie czas błądzić po chruśniakach i przywoływać Leśmiana, kiedy bardziej właściwym miejscem do startu z opisem tej książki jest angielski yard, z trawą dobrze wystrzyżoną. Tudzież kort tenisowy, z wypielęgnowaną nawierzchnią. Tam się wszystko zaczyna, stamtąd kiełkuje ta historia.

Autor już na wstępie zwodzi, za motto obierając cytat ze słownika, wyjaśniający, że nowela to historyjka o miłości. Choć i tu powinnam była się zastanowić, bo użyte tam słowo tale, może oznaczać i opowieść i bajkę. No właśnie, do końca nie byłam pewna, w która kategorię czytaną książkę włożyć. I które tłumaczenie byłoby najwłaściwsze.

Pomyślcie sami. Dziewiętnastolatek do szaleństwa zakochany w kobiecie pod pięćdziesiątkę, mężatce z dwójką dzieci? To musi być bajka.

Starzejąca się kobieta, uciekająca z młodszym kochankiem od niesympatycznego męża? To wygląda na prawdziwą historię.

Tak będzie cały czas, w tej książce nie można niczego być pewnym. Za to można się w niej zaczytać, zamyślić i zasmucić na koniec. A w trakcie czytania zastanawiać i zastanawiać, nad każdym akapitem i zdaniem. Bo tak się powinno ją, moim zdaniem czytać, nie dla akcji, ale dla refleksji, dla pozyskania różnych widzeń miłosnej przygody. A na koniec i tak to widzenie będzie nieostre.

mowa o:

Reklamy

Kultowa Charlsowa

Ciężka dola pchała mnie ku maszynie do pisania. Siedziałem przy niej ogarnięty współczuciem dla Arturo Bandiniego. Czasem w pokoju pojawiał się pomysł. Fruwał po nim niewinnie niczym mały biały ptak. Nie miał złych zamiarów. Chciał tylko pomóc, ptak kochany. Ale ja rzucałem się na niego jak wariat, bębniłem po klawiaturze i umierał biedak w moich dłoniach.

John Fante „Pył”, Str. 33

Książka legenda, obrosła mitem dzięki miłości Charlesa Bukowskiego. To od jej czytania wszystko się u niego zaczęło. Styl życia i styl pisania. Po lekturze biografii Bukowskiego wiedziałam o niej całkiem sporo i bardzo chciałam ją przeczytać. Dlatego wielkie było moje zdumienie, kiedy pewnego dnia odkryłam ją w szufladzie mojego ofisowego biurka. Jak to się stało? Pewnie wiedziona impulsem kupiłam ją przy jakiejś okazji, jeszcze w czasach, gdy o jej historii nie miałam pojęcia. A potem takie odkrycie!

Zanim zabrałam ją do domu minęło trochę czasu, kilka kryzysów i katastrof. Nawet, o ironio, pył ruin zdołał na niej osiąść. W końcu stwierdziłam, że czas na nią.

Charles mówił na takie książki „wartka rzeka”. Faktycznie styl narracji jest tu potoczysty, choć jak dla mnie za bardzo emocjonalny czasami. Z drugiej strony może dzięki temu dobrze jest oddany charakter głównego bohatera, młodego chłopaka, który postanawia zostać pisarzem. W tym celu wyprowadza się z domu, pomieszkuje w tanim hoteliku i pisze. A ze mało co wydaje klepie biedę, niedojada i nie płaci czynszu. Jakby jego kłopotów było mało zaczyna się interesować latynoską dziewczyna, młoda kelnerka z pobliskiego baru. Jego zaloty są toporne i mało skuteczne. W końcu jakoś udaje mu się zdobyć wybrankę swojego serca, ale nie na długo. Okazuje się, że dziewczyna darzy miłością kolegę z pracy, tez o ambicjach pisarskich. Pewnego dnia prosi bohatera o przeczytanie pracy najdroższego. I tu zaczyna się najciekawszy watek. Bo dzieło okazuje się niestrawne. Bohater ma wiec problem podwójny: po pierwsze jak delikatnie zasugerować, że autorowi pisanie nie idzie. Po drugie jak przeboleć, że najdroższa zamiast docenić jego talent woli cherlawego grafomana. Robi się z tego w pewnym momencie dramatyczne love story i to jest lekkie przegięcie.

Ogoleni jednak nie jest źle. Choć nie do końca łapię, skąd się wziął bezkresny zachwyt Charliego, to musze przyznać ze Pyl jest niezła książką o inicjacjach wszelkiego rodzaju. Oraz o tym ze talent i spełnianie związanych z nim marzeń niewiele pomagają w osiąganiu szczęścia.

mowa o:

 

Cleanser

Kot Poetki

Próbowałam zmienić swoje nastawienie w Polish Babel, ale w nowej pracy nadal widziałam w ludziach zwierzęta. odmiana w mojej zaburzonej percepcji polegała na tym, ze teraz stado było bardziej zróżnicowane.

Joanna Bator „Purezento”, str 8

Zaczęłam czytać tę książkę, gdy byłam zmęczona i niedoleczona. Umysł miałam mocno przymknięty i oczy ledwo otwarte. Na ten stan nadawała się ona dobrze. Bo jest to lektura niewymagająca. Dająca spokój i odpoczynek. Może zastąpić lekką herbatę lub głaskanie kota. Nie zachwyci, a jak znuży, to delikatnie.

Ma wyciszona bohaterkę, odczuwająca rezygnacje i depresje po nagłej śmierci chłopaka. Dziewczyna jest smutna choć powinna być i wkurzona bo tuz przed tragicznym w skutkach wypadkiem dowiedziała się, że ukochany ma kogoś innego. Ale ze tytuł tej książki można odczytać pure.zen.to, jej rozpacz jest utrzymana w medytacyjnej konwencji. Wychodzenie z niej również. To z kolei wprowadza czytającego w pewien stan rozleniwienia. Chciałabym dodać do tego również rozmarzenie, ale nie mogę aż tak mijać się z prawdą.

Natomiast zniecierpliwienie wywołuje na pewno. Ten wciąż powtarzający się motyw krwiożerczego rekina, metafory złych wspomnień. Te niedorzeczne dialogi, wieczne jazdy rowerem i nieziemsko dobry chłopak, ofiarowujący cierpliwość, łagodność i zrozumienie. A w końcu namiętna miłość. To wszystko może wywołać w najlepszym razie uśmiech pobłażania. Dlatego ostrzegam, nie spodziewajcie się tej książce za wiele. Natomiast jeśli potrzebny wam jest jakiś oddech pomiędzy jedna intensywna lekturą i drugą, to polecam ją szczerze. Bo ona nie pozostawi w was nic oprócz kilku słabych westchnień.

mowa o:

purezen.jpg

Pisarz radzi: jak się (nie) oświadczać.

Z powodu jutrzejszego święta odkurzam tę ostatnio zapomnianą serię. Okazja taka, że chyba warto? Jak nie z sentymentu do świeżo nabytej tradycji, to chociaż z miłości do literatury? Oczywiście będzie po mojemu, czyli przewrotnie. Dla zasady i dla zachęty. Oto poniżej zamieszczam najoryginalniejsze i pewnie najbardziej szczere oświadczyny, jakie udało mi się w książkach znaleźć:

Gombrowicz do Chądzyńskiej.jpg

Gombrowicz do Chądzyńskiej 2.jpg

Klementyna Suchanow „Gombrowicz. Ja, Geniusz.” Str 161, 162

Na dobranoc

Bezsenny
Nocne niebo jest tylko rodzajem kalki
Czarno niebieskiej, przetykanej strefami gwiazd
Przepuszczającej światło, dziurka po dziurce

Światło kościanobiałe, jak śmierć, tkwiąca za każdą rzeczą.
Pod oczami gwiazd i krzywym uśmiechem księżyca
Znosi pustą poduszkę, bezsenność
Rozprzestrzeniającą na wszystkie strony swój drażniący piasek.

 

W kółko, i w kółko stary, ziarnisty film
obnaża wstyd-dni
Dzieciństwa i dorastania, lepkich od marzeń,
Twarze rodziców na wysokich łodygach, na przemian poważne i we łzach
Ogród robaczywych róż skłaniających go do płaczu.
Jego czoło jest nierówne jak worek kamieni.
Wspomnienia biją się o lepsze miejsce jak zapomniane gwiazdy filmowe.

 

Jest odporny na pastylki: czerwone, fioletowe, niebieskie-
Jakże rozświetlają nudę niekończącego się wieczoru!
Te cukrowe planety których działanie dało mu
Na chwile życie błogosławione nie-życiem
I słodkie, przymroczone przebudzenie zapominalskiego dziecka.
Teraz tabletki są zużyte i głupie, jak greccy bogowie.
Ich śpiące-skaczace kolory nie działają.

 

Jego głowa to ciasne wnętrze z szarych luster.
Każdy gest natychmiast ulatuje w aleje
Zmniejszających się perspektyw, a jego znaczenie
Znika jak woda przez daleki koniec odpływu.
Mieszka pozbawiony prywatności w pokoju bez powiek,
Gładkie otwory jego oczu zesztywniały szeroko otwarte
od ciągłego migotania wydarzeń.

Całą noc, w granitowym ogrodzie, niewidzialne koty,
Jęczały jak kobiety, albo zepsute instrumenty.
Już zaczyna czuć światło dnia, białą chorobę,
Skradającą się z kapeluszem wypełnionym zwykłymi powtórzeniami.
Miasto jest teraz mapą radosnych świergotów.
I wszędzie ludzie, ze srebrzystymi i pustymi oczami,
W szeregach jada do pracy, jak po świeżym praniu mózgu.
S. Plath, maj 1961

Plath S

Storm and thunder

figura

Nie mówił, nie śmiał się, nie dotknął mnie ani razu i przede wszystkim karał sam siebie. Wiesz co? Miał rację. Zasłużył na to.

Meir Shalev „Dwie niedźwiedzice”, Str 96

Książka huragan. Do czytania jednym haustem, do krztuszenia się z emocji. Przy czym mnie gdzieś z tylu świadomości stukały myśli, że to i owo jest przegięciem, że słabo łapię odnośniki do Biblii (jak większość obywateli naszego katolickiego kraju znam ja bardzo słabo) i że za wiele spotykam tu okrucieństwa na modłę średniowiecza.

Narratorka tej opowieści, nauczycielka Biblii w prowincjonalnej szkole, kobieta średniego wieku i wielkiej cierpliwości, to bawiła mnie, to złościła na przemian. Bawiła przenikliwością i inteligencją, złościła spolegliwym podejściem do męża i męskich przedstawicieli jej rodu. A doprawdy wiele miała im do wybaczenia, bo opowiadana przez nią historia to ciąg rodzinnych waśni i mordów ich autorstwa.

Dwie niedźwiedzice to krwista i krwawa przypowieść, której jednak to i owo można  zarzucić. Jak na przykład zbyt wielką czasem egzaltację, czy nadużywanie biblijnych metafor (te stada węży snujące się wszędzie!). Przesada autora jest czasem posunięta wręcz do absurdu: oto mężczyzna pracujący całymi dniami na powietrzu, dodajmy, że jest to gorące powietrze Izraela, pozostaje nieopalony, śnieżnobiały, od czubka głowy po stóp krańce. Jakim cudem? Cóż, przyjmijmy, że licencja poetica jest najmocniejszym z możliwych filtrem przeciwsłoneczym.

Ale jeżeli chcecie się powzruszać, pooburzać, a czasem i pozłościć, jednym słowem, jeśli potrzebujecie czegoś na pobudzenie, to serdecznie polecam wam ten tytuł. Zastąpi spokojnie więcej niż jedną mocną kawę.

mowa o:

Shalev

wyczytane i lubiane

prosię Szymborskiej

W Wymazanym nie ma pracy. Baby zbierają puszki, butelki i szczaw. Grzybów nie zbierają, bo te jadalne u nas nie rosną.

Michał Witkowski „Wymazane”, Str 54

No dobra. Koniec biegania wokół krzaczka jak mówią Angole, co po naszemu oznacza owijanie w bawełnę. Pitu, pitu, obrzydło nawet i mnie. Konkret teraz nastąpi, poparty ukontentowaniem.

Jedną z lepszych lektur zeszłego roku, gudridem niosącym i radość i refleksje, był (O Surpise!) najnowszy Witkowski. Już sama okładkę ma odjechaną, a i w środku, jak zwykle, niezłą jazdę funduje autor.

Tym razem umieszcza narratora w ciele młodego Damianka, urodziwego blondynka, topiącego serca wszystkich i wszędzie, bez wyjątków. Damianek jest jak na Michaśkę o tyle niezwykły, że woli kobiety. Tak, Damianek jest proszę Państwa, hetero, ale żeby nie było tak całkiem nudno i poprawnie, woli kobiety starsze. Dużo starsze, dodajmy, w wieku jego babci i z sentymentem wspominanych szkolnych woźnych.

Dzięki swoim zaletom Damianek ma szanse bez większego obrzydzenia nawiązać romans z leciwą bizneswoman, trzęsącą okolicą Alexis. Imię nie na darmo jest zapożyczone od czarnego charakteru Dynastii (dla nieuświadomionych: to był kultowy serial lat osiemdziesiątych, o amerykańskich bogaczach, do szczętu zapchany kiczem i z niemożebnie wyczupirzonymi bohaterkami). Alexis, królowa mafii i romantyczna kochanka w jednym, jest nękana ciężką chorobą i z bohaterki demonicznej powoli przemienia się w tragiczną. I byłoby miejscami całkiem smętnie, gdyby nie narracyjny talent Alexis, a właściwie jej twórcy. Dzięki niemu poznajemy barwną historię życia tej córki szemranej Warszawy lat 50tych. Opowieść godna jest pióra Tyrmanda i z równym mu talentem poprowadzona.

Ale nie jest to jedyna niesamowita historia w tej książce. Są jeszcze opowieści o babce bohatera, sięgające międzywojnia. Jest opis kariery współczesnej dziewczyny, niezdolnej, ale z parciem na szkło. Parcie na karierę, głównie wokalną ma też Damianek, co staje się przyczynkiem do jego kolejnych przygód. Jest tu wiec sporo rzeczy dziwnych, a przez to dobrych. Dodatkowym atutem jest ich opisanie z michaśkową swadą i humorem. Jedno co mnie dziwi, to że książka jest pomijana  dyskretnym milczeniem przez krytyków i media. Nie wiem, o co chodzi. Że autor zanadto lubi się stroić i wygłupiać? Że za mało dramy, a za dużo dragqueenu serwuje? Ale przecież tego nam trzeba: trochę koloru, trochę ironii i kpiącego chichotu. Tylko to może nas uratować w tej coraz mocniej zamazywanej na brunatno ojczyźnie.

mowa o:

wymazane 1