A girl in Winter

Zimowe

Życie nie będzie już tak przyjemne jak dawniej. Będzie ciaśniejsze, mniej różnorodne, bardziej przewidywalne. Nie czekają jej niespodzianki. Nikomu już nie zaufa. Nikogo nie pokocha. A kiedy przyjdzie na nią czas, umrze, nie tylko nie zrobiwszy, podobnie jak większość ludzi, niczego wartościowego, ale tez nie zrobiwszy niczego, co chciała zrobić.

 Philip Larkin „Zimowe Królestwo”, str 168

Zimowe Królestwo panowało na blogach jakieś pół roku temu. Nie pytajcie dlaczego czekałam z nim aż do lata. Tak wyszło. Gorzej, że naczytałam się wielu pochlebnych opinii na jego temat i miałam wielkie oczekiwania. Na początku miałam wrażenie, że zostaną one spełnione. Oto główna bohaterka książki, przebywająca w wojennej Anglii Katherine, ma prace marzeń każdego czytelnika: jest bibliotekarką. A że sam autor w bibliotece przepracował sporo lat, potrafił ją opisać wnikliwie i zgryźliwie, dochodząc do mistrzostwa w stosowaniu brytyjskiej ironii.

Niestety w pewnym momencie akcja robi woltę i cofamy się w czasy, gdy Katherine, młoda i naiwna, gościła u swojego penpala w UK. Skąd Katherine do niego zawitała możemy się tylko domyślać. Autor nie uznał za stosowane podać szczegółów na temat pochodzenia Katherine, jedynie w bardzo zawoalowany sposób daje do zrozumienia, że Katherine jest Żydówką i od chwili zakończenia letniej wizyty do wojennej tułaczki po Anglii przeżyła wiele. Co konkretnie, to już czytelnik musi sobie sam wymyślić. I tu mam zgrzyt. Bo choć lubię mgliste opowieści i Królestwo przypomina mi atmosferą książki Modiano, to mam wrażenie, że Larkin zdecydował się pójść na łatwiznę, unikając choćby wzmianki o wojennych losach Katherine. U Modiano powoli, ale jednak, z niedopowiedzeń i urywków wspomnień, wyłania się kształt tajemnicy. Tutaj odniosłam wrażenie, że autorowi niczego wymyślać się nie chciało, że Katherine ma po prostu reprezentować Cudzoziemkę, nierozumiejącą ani relacji rodzinnych ani koleżeńskich Brytyjczyków. Obcy pozostanie obcym i nie będzie mu nigdy łatwo mówi Larkin. Wzruszając przy tym ramionami.

mowa o:

Larkin

szukając uroku burżuazji

posązek

Przed pierwsza wojną światową goście z towarzystwa, zaproszeni do wiejskiej rezydencji, musieli codziennie przebierać się sześciokrotnie-na spacer, na polowanie, do śniadania, do obiadu, do podwieczorku i do kolacji – a żeby spędzić dzień w Londynie, de rigueur były co najmniej trzy stroje. Tych nieznośnych ubraniowych rytuałów arystokraci przestrzegali z jednego powodu – wiedzieli, że z chwilą, gdy przestaną wyglądać jak klasa rządząca, wkrótce przestaną być klasa rządzącą.

Julian Fellowes, Czas przeszły niedoskonały, Str 87

Wracam wyleniona, choć nieoczytana. Na dodatek czytelniczo zawiedzona. Oszczędzałam specjalnie na wakacje nowego Fellowesa, zacierałam rączki, jak to znowu oddalę się w rejony bliskie Downton Abbey. Ech, teraz mogę sobie powiedzieć, ty naiwna, głupia i przyślepa. Ten ostatni epitet należy mi się głównie za to, że wywnioskowałam z zajawki, że powieść dotyczy epoki jazzu czyli szalonych lat 20tych.

Tymczasem akcja książki zaczyna się współcześnie, spotkaniem znajomych po latach, z których jeden jest oszałamiająco bogaty i ciężko chory. Wzywa on narratora by podjął się dla niego ostatniej misji: znalazł jego dziedzica, syna lub córkę, poczętego w czasach szalonej młodości. Żeby ułatwić zleceniodawcy zadanie wręcza mu listę pań, potencjalnych matek poszukiwanego potomka.

Nie wiem jak Wam, mnie się od razu przy takim zalążku akcji przypomniał film Broken flowers, w którym Bill Murrey snuje się smętnie po całych Stanach, stukając do drzwi swoich byłych, celem odnalezienia syna. Czyli wątek znany, tylko tło nieco inne. Tutaj narrator biega po brytyjskich arystokratycznych rezydencjach, a w międzyczasie snuje wspomnienia o słynnym roku 1968 , w którym cała sprawa miała swój początek. I choć ich amerykańscy rówieśnicy w tym czasie malowali gdzie się da pacyfy, śpiewali protestsongi, upalając się i i pogryzając LSD na przemian, to nasi bohaterowie wiedli zupełnie inny styl życia. Dla nich ten czas był czasem Sezonu, okresu gdy arystokracja wydaje bale, aby przedstawić światu kwiat swojej młodzieży i odpowiednio go wyswatać.

Pewnie dałoby się przeboleć to, że akcja zamiast prowadzić na Woodstock lub do San Francisco skręca w pałacowe salony i balowe sale, gdyby autor nie wykorzystał sytuacji do snucia melancholijnych rozważań na temat zmian obyczajów brytyjskich WASPów. Bo choć niechęci do klas wyższych specjalnej nie czuję, to nie fascynują mnie ona do tego stopnia, bym z wypiekami na twarzy śledziła opowieść o noszeniu przez jej przedstawicieli fraka czy dobieraniu fasonów kapeluszy w Ascot.

Byłoby to zabawne i egzotyczne, gdyby takie w stawki zamykały się w 3 lub 4 zdaniach. Niestety, autor poszedł na całość i wylał w powieści wszystkie swoje żale i sentymenty zubożałego Lorda. W rezultacie nie tylko czytałam książkę niesłychanie długo, ale zupełnie nie byłam w stanie zaangażować się emocjonalnie w snute w niej historie. I jedynie moja czytelnicza sumienność sprawiła, ze dobrnęłam do jej końca. Który, jak i całość, nie powala na kolana, a jedynie sprawia ze z westchnieniem ulgi czytelnik pada na złożone za plecami poduszki.

mowa o:

Fellowes

 

aka znaczy czerwień

Bez względu na to, co robiliśmy, z jakiegoś powodu nie umieliśmy czerpać dumy z owoców naszego wysiłku ani walczyć każdego dnia z przekonaniem, że ciężka praca jest tego warta.

Kazuki Sakuraba „Czerwone Dziewczyny”, Str 362-363

Zachciało mi się książki delikatnej jak płatek kwiatu wiśni, ulotnej jak klonowy listek. Zachciało mi się zmyśleń i wizji. Orientalnej bajki. A tu skucha. Siurpryza. Dostałam opowieść o tym, jak hartowała a się japońska stal. I kształtował, ku chwale ojczyzny, japoński etos pracy.

Dla okrasy dodano historię rodziny. Rodowe tajemnice. Oto uboga sierota z gór, przygarnięta przez prostych robotników, zostaje żoną spadkobiercy huty stali. Dziewczyna ma zdolność snucia wizji, wiec jest dla klanu nadzwyczaj pożyteczna: przewidzi i krach na giełdzie i zgon nestora rodu. Dzięki temu przynosząca krocie firma będzie trwała nadal, mimo wzlotów i upadków krajowej ekonomii.

Ale głównym bohaterem książki pozostaje japońskie społeczeństwo, po części zobrazowane przez członków i przyjaciół rodziny Akakuchibów, stalowych magnatów, po części pokazane w długich opisach, jak żywcem wyjętych z dzienników prasowych. Czytanie tych ostatnich było irytującym, choć i pouczającym doświadczeniem.

Mimo topornej konstrukcji i nierównego stylu, charakteryzującego się gwałtownym przechodzeniem od oficjalnych komunikatów prasowych do młodzieżowego slangu, książka bywa ciekawa dla czytelnika zainteresowanego historią najnowszą Nipponu. A byłaby dla mnie jeszcze ciekawsza, gdyby w miejsce niektórych opisów hutniczych pieców i skutków epoki industrialnej, wstawiono nawiązania do japońskich legend i wierzeń.

mowa o:

apetajzer zamiast biografii

Irena Tuwim nie umiała  zbudować sobie życia bez J. w centrum jej świata, obok J., pomimo J., i nie usłyszała , jak coraz głośniej szumi samotność.

Anna Augustyniak „Irena Tuwim, Nie umarłam z miłości”,  str. 233

To ona przetłumaczyła Mary Poppins, Kubusia Puchatka i cały rząd książek Edit Nesbit. Czyli wszystko, co lubiłam najbardziej na mojej dziecięcej półce. Dlatego bardzo chciałam poznać siostrę słynnego brata, która dała mi tyle przyjemności u progu mojej czytelniczej ścieżki. Niestety, podczas lektury jej biografii nie bardzo udało mi się tego dokonać.

Autorka książki o Irenie Tuwim niewiele zrobiła żeby swoja bohaterkę z cienia znanego brata wyciągnąć. Bajka, wręcz przysłoniła jej postać dodatkowo, wiele miejsca poświęcając opisowi kariery zawodowej i kłopotów zdrowotnych jej drugiego męża, Juliana Stawinskiego. Sama Irena się tylko przez książkę, rzekomo jej poświęconą, przemyka. Nie dowiedziałam się wiele o jej warsztacie tłumacza, czy przyczynach podjęcia decyzji o adoptowaniu na rynek polski angielskich książek dla dzieci.

Irena w tej książce to trochę egzaltowana, trochę marudna pani, coś tam pisząca, świadomie oddająca swój wigor, talent i czas w służbie brata i męża. Może tak było rzeczywiście. Ale przecież dostała kilka nagród, miała swoje ambicje, swoich znajomych, swoje, nienudne, życie.

Tymczasem tylko jedno zdanie książki jest poświęcone na przykład spotkaniu Ireny z Travers, która zapukała podobno do drzwi Tuwim, aby poprosić o przywrócenie Mary Poppins jej prawdziwego imienia, w miejsce polskiej Agnieszki. Ale jak, kiedy doszło do tego spotkania, tego już się dowiemy. Takich niedomówień jest w książce o wiele więcej.

Na dodatek przy lekturze nie umarłam z miłości czytelnik nieraz będzie konał od nadmiaru ekspresyjności. Łkania, spazmy i westchnienia wypełniające jej karty, pewnie są rezultatem starań autorki o oddanie ducha epoki. Cóż, gdy epoka Tuwimów jest już miniona, a stosowanie współczesnych jej środków wyrazu, trąci w najlepszym razie myszką, w najgorszym śmiesznością albo kiczem.

Nie liczcie więc na to, że czytając Irenę Tuwim będziecie mieć do czynienia z rzeczową i bogatą w informację biografią. Owszem, dowiecie się czegoś  o znanej tłumaczce, o jej perypetiach z pierwszym i drugim mężem, o jej relacji z bratem, depresji i smutnej starości. Ale nic ponadto.

mowa o:

zamki na piasku

zamek-crop

Maska publiczna artysty to jego karta przetargowa. Picasso był geniuszem, ale on zrobił z siebie postać iście mityczną. Zjadał ludzi na śniadanie. Miał mnóstwo kobiet i uwielbiał je dręczyć. Był królem arogancji, rozdęta , butną wieżą talentu,

Siri Hustvedt „Świat w płomieniach”, Str 192

Dawno temu miałam sympatycznego kolegę Słowaka, który każdą próbę wyjaśnienia mi czegoś kończył pytaniem : „ Chapiesz?”. Na co, ubawiona, odpowiadałam „Chapię, Zdeno chapię”. Otóż gdybym ze Zdenem spotkała się teraz, żeby pogadać o właśnie u nas wydanej nowej książce Siri Hustvedt, powiedziałabym: Nie chapie Zdeno. A gdybyśmy przeszli na polski dodałabym: nie kumam.

No nie rozumiem, dlaczego autorka zabija już na wstępie swojej książki akcję, podając nam na tacy zakończenie. Nie pojmuję, dlaczego tak mocno najeżyła ją filozoficznymi odnośnikami. Dodajmy, że jest to filozofia raczej na poziomie podstaw filozofii na każdych humanistycznych studiach, więc wiadomo o czym mowa, ale nie do końca po co. Cały czas się zastanawiałam, czy to Siri czy jej bohaterka, tak bardzo chcą się popisać erudycją?

Łapię za to aluzje do nazwiska bohaterki , Burden to wszak udręka i balast iwłasnie to one są głównymi problemami Hairret Burden. Kobiety dużej, silnej i bogatej, ale wlokącej za sobą ciężar dawnych kompleksów i żalów do zmarłego męża. Co rozwala nie tylko jej własne życie, ale i osób jej bliskich.

Harriet postanawia udowodnić, że jest świetną artystką, a za brak sukcesów należy winić wyłącznie pełne uprzedzeń środowisko. I prawie by się jej udało osiągnąć cel, gdyby nie spotkała w życiu człowieka który idealnie wyczuł jej słabości i potrafił to wykorzystać. I tu znowu nie pojmuję, dlaczego Harriet, osoba inteligentna i obyta nie zabezpieczyła się prawnie przed klęską swojego zamysłu. Tylko daje się ponieść emocjom.

Tak, miły Zdeno i czytelnicy, chapię główne przesłanie tej historii, za to słabiej mi idzie z aluzjami do konkretnych sytuacji i osób, bo te chapnąć mogą już tylko współcześni nowojorczycy. Dlatego nie doceniam w pełni kunsztu parodii zastosowanej przez autorkę. Mogę ją za to pochwalić za zaskakujący finał, przynoszący ulgę, po męczących opisach udręk fizycznych i emocjonalnych głównej bohaterki. Finał do tego stopnia czarujący, ze zdecydowałam się zabrać za kolejną książkę jego autorki.

mowa o:

Swiat.jpg

gdy się wali gdy się pali

zbiórka

There is no Frigate like a Book
to take us Lands away

Emily Dickinson „Wiersze wybrane”, str. 228

Znowu przepadłam. Tak jest. Przepaść czarna nade mną, gwiazdy we mnie, a dookoła wiatr hula i codzienność powalona mocno. Ruiny wręcz leżą w niej wielkie i zabójcze. Cudem udało mi się przez nie przedrzeć do księgarni, do paczuszek i pak oczekujących, z cegłami, na szczęście, z papieru tylko. Mam zamiar przy ich pomocy odzyskiwać równowagę. Bo mi ostatnio los, fatum, przeznaczenie udowodniło, że praca zabija. Work kills, wierzcie kochani. Nadgorliwość jak nie utrupia to ogłupia, w przeciwieństwie do czytania.

Dlatego usypałam stos zbawczy, o zawartości następującej:

  1. A Bigger Message Martina Gayforda rozmowy z Davidem Hockneyem, artystą hiperrealistą, twórcą słynnego Bigger Splash
  2. Nervala Śnienie i życie, czyli miks romantyzmu i magicznego realizmu
  3. Zbiór wierszy Emily Dickinson, w wydaniu dwujęzycznym, spełnienie marzeń tkwiącego wciąż we mnie filologa
  4. Biografia Ireny Tuwim, do tej pory znanej mi głównie jako tłumaczka ulubionych bajek z dzieciństwa
  5. Tu byłem, Biografia Tonyego Halika, ulubionego, choć i szalonego, podróżnika mojego dzieciństwa
  6. Czas przeszły niedoskonały, Juliana Fellowesa, czyli kolejny wytwór pomysłodawcy serialu wszechczasów, Downton Abbey
  7. This is not chic lic, porwany rodzince zbiór opowiadań niekobiecych
  8. Oczarowanie Lili Dahl, wygrzebana w bibliotece wczesna książka Siri Hsutvedt, autorki Świata w płomieniach, o którym ostatnio było głośno. Jego dawno przeczytany tom czeka na opis na blogu.
  9. Chudzieńki Bolano, z tytułem Gwiazda daleka.
  10. Autobiografia Llosy, przytaskana z biblioteki
  11. Biografia Herberta autorstwa Joanny Sieldeckiej, której opowieści o Gombrowiczu należą do moich ulubionych
  12. Evzena Bocek Arystokratka w ukropie, dalszy ciąg zwariowanych przygód Ostatniej Arystokratki, czyli właścicielki walącego się czeskiego zamku i ostatniej dziedziczki szlacheckiego rodu w jednej osobie.

Oto z czym zaczynam moją książkoterapię. Na pierwszy ogień poszła Arystokratka, do której poczułam wielki sentyment ze względu na pewną wspólnotę doświadczeń. Żeby nie było nieporozumień od razu wyjaśniam, że nie chodzi tu o nagle uzyskanie tytułu dworskiego. Resztę pozostawiam Waszym domysłom.

mowa o:

majowy stos

Lady Riot

wiosna 3

Kompromis to nic innego jak sprzeciw mówiący szeptem.

V.M. Sackville-West „Wygasłe namiętności”, Str 86

Vity Sackville-West byłam ciekawa od dawna. Tak jak zwykle ciekawi jesteśmy znajomych naszych przyjaciół, o których Ci wyrażają się tylko dobrze. Co takiego było w Vicie, że Virginia Woolf była nią zafascynowana, a może i wprost w niej zakochana?

Już dawno chciałam odkryć tę tajemnicę, a najprostszą do tego drogą wydawało mi się przeczytanie czegoś, co wyszło spod ręki Vity. O tym planie przypomniałam sobie niedawno, kiedy przypadkowo na bibliotecznej półce mignęła mi książka z tkwiacym na okładce napisem Sackville-West. Mam cię powiedziałam w duchu i wydłubałam niepozorny tomik z regału.

Tak trafiłam na przyjemną lekturę z życia angielskich wyższych sfer, bardzo brytyjską w stylu i z lekko naiwną feministyczną wymową, Historia zaczyna się od opisu szacownego Lorda Slane, który w wieku 94, po dochrapaniu się w życiu wielu zaszczytów i trochę mniejszych pieniędzy, zmarł nagle, pozostawiając gromadkę dorosłych dzieci i wiekową żonę.

Na wstępie otrzymujemy portret nie tylko samego Lorda, ale i jego spadkobierców, odtworzony lekkim i ostrym piórem. Jest on kreślony przy okazji rodzinnej narady dotyczącej dalszych losów matki rodu i jej niezamężnej córki. Tutaj miałam radość podwójną: nie dość że tekst jest przepełniony delikatną, brytyjską ironią, to jeszcze autorka nakazuje swoim bohaterkom wybrać niekonwencjonalna drogę. Oto bowiem nestorka rodu, ponad 80 letnia wdowa, postanawia bryknąć i nie poddać się woli rodziny. Zamiast z pokorą przyjąć rolę nieporadnej staruszki i zgodzić się na przemieszkiwanie po kolei u każdego z dzieci, decyduje się wynająć mały domek i mieszkać samodzielnie. Jej niezamężna córka od dawna marzy o własnym mieszkaniu i kanarku, jest więc jedynym dzieckiem z aprobatą przyjmującym decyzję matki.

Znalezienie właściwego domu staje się dla lady Slane jedną z szeregu przygód, jakie czekają jej po obraniu własnej drogi. Znajdzie nowych przyjaciół, podejmie kilka, obiektywnie rzecz biorąc, nieracjonalnych decyzji, wreszcie będzie cieszyć się pięknem rzeczy małych i swobodą.

I choć książka czasem trąci myszka, to muszę przyznać, że udowadnia, że Vita Sackville-West była osobą nietuzinkową, śmiałą idealistką, opatrzoną na dodatek doskonałym poczuciem humoru.

Jej książka przynosi ukojenie i przewrotną pewność, że na bunt nigdy nie jest za późno.

mowa o:

Vitta