Kategoria: Agnieszka Osiecka Czytadła

znajdź imbryczek

Lubicie książki rozgadane? Takie, gdzie na przykład wątek zaczyna się od jedzenia sera łyżeczką, potem płynnie przechodzi do Giedroycia i na końcu zawija się w żartobliwy wierszyk Gałczyńskiego? Jeśli tak, to proszę bardzo, kupcie sobie albo wypożyczcie tę książkę i podczytujcie do popołudniowej herbatki zagryzanej słonymi paluszkami marki Lajkonik. Herbata absolutnie nie może być zielona, tylko zwykła czarna, z cytryną i w szklance. Jak szklanki się wytłukły, to niech będzie kubek, najlepiej przywieziony jako pamiątka z Międzyzdrojów albo Paryża.

Po co to wszystko, takie przygotowania jak do kręcenia polskiej wersji „Goodbye Lenin”? Ano po to, żeby się lepiej w atmosferę tej książki wczuć. Bo jest to swojska i polska gadka o lekturach artystki tradycyjnej, takiej co używa księżyca i łez, ceni mężczyzn nienoszących kapci i zawsze ma długie włosy. Nie, wcale nie jest przez to nudna. Naprawdę miło się słucha, a właściwie czyta to, co ma do powiedzenia o książkach, bardziej lub mniej  przez nas, dwudziestopierwszowiecznych, czytanych. Te mniej, to oczywiście tomiki poezji, bo po nie pani Agnieszka sięga chętnie. Są to z reguły dzieła debiutantów o których słabo teraz słychać.

Ale są i książki przestawiane nam w księgarniach jako nowość. Tak jest z Isherwoodem, którego Samotność (znana obecnie pod zmienionym na bliższy oryginałowi tytułem „Samotny mężczyzna”) Osiecka z lekceważeniem nazywa pseudoliteraturą. Trochę pewnie dlatego, ze w ogóle nie wierzy w to, co tam autor wypisał. Nie przyjmuje do wiadomości tego, że w amerykańskich barach legitymują klientów (owszem robią to, bo mogą stracić licencję, jeśli zostaną przyłapani na podawaniu procentów nieletniemu), i że Kalifornia może być nudnawa. W istnienie homoseksualistów też jakoś średnio wierzy, a zwłaszcza takich, co mogą podobać się i kobietom. No cóż, gdyby Pani Agnieszka była z nami tutaj i teraz, to pewnie pisałaby o tym wszystkim na blogu i moglibyśmy się z nią w komentarzach trochę pospierać. A tak pozostaje jedynie polecić miłośnikom Isherwooda i Toma Forda omijanie rozdziału pod tytułem „Stado wafelków polo po kosmetyczce albo samotność piernika”. Zamiast tego niech dwa razy przeczytają tekst o Lalce Prusa. W ten sposób nie zepsują sobie przyjemności czytania tej, w gruncie rzeczy sympatycznej, książeczki, a może nawet ją spotęgują.

mowa o:

 

 

Reklamy