Tag: literatura polska

wyczytane i lubiane

prosię Szymborskiej

W Wymazanym nie ma pracy. Baby zbierają puszki, butelki i szczaw. Grzybów nie zbierają, bo te jadalne u nas nie rosną.

Michał Witkowski „Wymazane”, Str 54

No dobra. Koniec biegania wokół krzaczka jak mówią Angole, co po naszemu oznacza owijanie w bawełnę. Pitu, pitu, obrzydło nawet i mnie. Konkret teraz nastąpi, poparty ukontentowaniem.

Jedną z lepszych lektur zeszłego roku, gudridem niosącym i radość i refleksje, był (O Surpise!) najnowszy Witkowski. Już sama okładkę ma odjechaną, a i w środku, jak zwykle, niezłą jazdę funduje autor.

Tym razem umieszcza narratora w ciele młodego Damianka, urodziwego blondynka, topiącego serca wszystkich i wszędzie, bez wyjątków. Damianek jest jak na Michaśkę o tyle niezwykły, że woli kobiety. Tak, Damianek jest proszę Państwa, hetero, ale żeby nie było tak całkiem nudno i poprawnie, woli kobiety starsze. Dużo starsze, dodajmy, w wieku jego babci i z sentymentem wspominanych szkolnych woźnych.

Dzięki swoim zaletom Damianek ma szanse bez większego obrzydzenia nawiązać romans z leciwą bizneswoman, trzęsącą okolicą Alexis. Imię nie na darmo jest zapożyczone od czarnego charakteru Dynastii (dla nieuświadomionych: to był kultowy serial lat osiemdziesiątych, o amerykańskich bogaczach, do szczętu zapchany kiczem i z niemożebnie wyczupirzonymi bohaterkami). Alexis, królowa mafii i romantyczna kochanka w jednym, jest nękana ciężką chorobą i z bohaterki demonicznej powoli przemienia się w tragiczną. I byłoby miejscami całkiem smętnie, gdyby nie narracyjny talent Alexis, a właściwie jej twórcy. Dzięki niemu poznajemy barwną historię życia tej córki szemranej Warszawy lat 50tych. Opowieść godna jest pióra Tyrmanda i z równym mu talentem poprowadzona.

Ale nie jest to jedyna niesamowita historia w tej książce. Są jeszcze opowieści o babce bohatera, sięgające międzywojnia. Jest opis kariery współczesnej dziewczyny, niezdolnej, ale z parciem na szkło. Parcie na karierę, głównie wokalną ma też Damianek, co staje się przyczynkiem do jego kolejnych przygód. Jest tu wiec sporo rzeczy dziwnych, a przez to dobrych. Dodatkowym atutem jest ich opisanie z michaśkową swadą i humorem. Jedno co mnie dziwi, to że książka jest pomijana  dyskretnym milczeniem przez krytyków i media. Nie wiem, o co chodzi. Że autor zanadto lubi się stroić i wygłupiać? Że za mało dramy, a za dużo dragqueenu serwuje? Ale przecież tego nam trzeba: trochę koloru, trochę ironii i kpiącego chichotu. Tylko to może nas uratować w tej coraz mocniej zamazywanej na brunatno ojczyźnie.

mowa o:

wymazane 1

 

Reklamy

Piątek Conrada cz. 2 czyli azymut na Gombrowicza

lisc.jpg

Zdaje się, że wyszła mi samospełaniająca się przepowiednia i przychodzi mi kontynuować wspomnieniowe opowieści w miesięcznicę rozpoczęcia Festiwalu Conrada.

Nic to, wróćmy do punktu wyjścia czyli za kraty, do więziennych lektur. Cóż, ta część festiwalu nie należała do najlepszych, jak już wspomniałam. Zrobiło się ponuro, na zewnątrz na swój upiorny sposób dokazywał tajfun Gregory, a mnie się zachciało jakiegoś innego, cieplejszego klimatu. Argentyna i opuncje, zaświtało mi wspomnienie z poprzedniego wieczora i w tym kierunku postanowiłam się wybrać. Tyle, że tego dnia w Krakowie droga do cieplejszych klimatów prowadziła przez Bracką. Tym razem ulica była nie dość że zalana deszczem, to jeszcze totalnie rozgrzebana. Właściwie Bracka jako ulica w czasie festiwalu przestała istnieć. Został po niej tylko okazały rów, kanion, z doczepionym z każdej strony chodnikiem. Zastanawiałam się, za czym tam tak dłubią, czego szukają: źródeł piosenek? Zagubionych insygniów królewskich?

Z zamyślenia wyrwał mnie tymczasowy właściciel Brackiej, robotnik drogowy, który omal nie zrzucił mi na nogi żelaznej rury. Na szczęście w porę się zatrzymał, a ja chyłkiem wspinałam się dalej, w kierunku Des Revolutionibusa.

Jak tylko tam weszłam, wiedziałam, że znalazłam się gdzie trzeba. Temperatura tropikalna, wszędzie rozgorączkowany tłum. Aż poczułam, ze jestem od tych wędrówek i emocji potwornie głodna. Działając przytomnie rzuciłam co mogłam na krzesło blisko prelegenckiego stołu i pognałam przed siebie, prosto w kolejkę w części kawiarnianej. Okazało się, ze każdy stoi tam za czym innym, a to za zupą, a to za kawą. Mnie się spodobało marchewkowe ciasto, więc poprosiłam, zapłaciłam i wtedy okazało się, że pan jest jeden, co zamówienia przyjmuje, kasuje i podaje. Cuzamen, naraz. Pan polecił mi zająć miejsce, ale nie dałam się nabrać, bo moje miejsce jak wiadomo było daleko, gdzieś w Buenos Aires, i nie było szans, że wołanie „marchewkowe dla buksy” w tych rejonach usłyszę.

Bąknęłam tylko, że szybko, szybko, po mi spotkanie ucieknie, i ten dobry człowiek za lada się zlitował, wręczył mi po chwili olbrzymi kawał ciasta, i mogłam iść na swoje miejsce.

A tam już, w części audytoryjnej, było tłoczno jak na ostatnim transatlantyku przed wojną uchodzącym. Na szczęście mojego płaszcza nikt mi nie zrzucił i zaczęłam się na miejscu kokosić, bo tu aparat, tu ciasto, tu szalik, tu widelczyk, musiałam nad tym zapanować. Ze szczęścia wierzgnęłam, rasową pęcinę chcąc pokazać, ale nikomu tym nie zaimponowałam. Wręcz przeciwnie, pani obok powiedziała groźnie, że mnie sobie zapamięta. Ja nie z Krakowa, pochwaliłam się przytomnie, próbując zwalić wszystko na prowincjonalne pochodzenie.

No i siedziałam tak, tuż przed nosem prowadzących, wydłubując orzeszki, zdzierając polewę serową, stukając o talerzyk. Usiłowałam słuchać, jeść i nie zemdleć jednocześnie. Bo upał panował nieznośny. Prowadzący spotkanie, Tomasz Pindel, jakoś się dzielnie trzymał i nawet nie zdjął koszuli, mimo, że pod spodem miał interesujący tiszert. Natomiast główna bohaterka wieczoru, Klementyna Suchanow, mówiła słabym głosem, na bezdechu, i zaczęłam się martwic, czy się nam przypadkiem w pół zdania nie osunie na ziemię.

Gombrowicz 1.jpg

A mówiła mniej więcej to samo, co w wywiadach. Czyli skąd jej się wziął Gombrowicz (w wieku 15 lat przeczytała dzienniki i wsiąkła), jak jeździła do Argentyny i nie tylko, i jak cudem jej własny bohater jej nie połknął (co podobno kilku innym, obcującym z Gombrem, się zdarzyło: zostali pożarci, zniszczeni przez przedmiot swoich badań). Wspominała też o współpracy z Ritą Gombrowicz, jak dobrze się układała, choć nie zakończyła się przyjaźnią, bo zakończyć się miała książką, a nie trwałą relacją emocjonalną. Obie panie jakoś szczęśliwie dotrwały do końca, choć podobno na finale Rita ciut się wystraszyła.

Było też o powieściowym charakterze biografii, o dyskrecji Gombrowicza w stosunkach męsko – męskich i jego literackich przyjaźniach. Jeśli chodzi o te ostatnie, to podobno autor Ferdydurke nie zostałby jej autorem bez intensywnej pomocy Brunona Schulza, z którym się przed wojną zakolegował i który udzielił mu wielu cennych wskazówek przy pisaniu pierwszego dzieła. Było też słów kilka o kolegach szkolnych i Tomaszu Mannie, ale to pewnie można znaleźć w biografii.
Za najciekawszą część spotkania uznaję końcówkę. Wtedy otworzono okna i w sali , dzięki powietrzu z zewnątrz i pytaniom uczestników spotkania, zapanował rześki powiew. Można było reszcie usłyszeć rzeczy nie przerobione dotychczas w wywiadach. Wtedy dowiedzieliśmy się, że to dzięki kompleksom i na kompleksach Gombrowicz zbudował swoja wielkość. I że największym zaskoczeniem przy tworzeniu biografii pisarza było dla Suchanow znalezienie tekstów autorstwa matki Gombra: wynikało z nich, że wcale nie była tak szurnięta, jak synkowie ją przestawiali. Wręcz przeciwnie, była piszącą odważne feministyczne teksty kobietą.
Dla mnie natomiast najdziwniejsze było to, że Gombrowicz nie dogadywał się z Witkacym. Bo podobno ich dziwactwa były zupełnie niekompatybilne, a abstynencja jednej strony i zamiłowanie do używek drugiej tylko pogłębiała ten dystans. Co zanotowałam skrupulatnie. Wraz z postanowieniem, że na razie biografii nie kupię (cena zaporowa), ale na pewno będę cierpliwie czekać na pokazanie się jej w lokalnej bibliotece.

mowa o:

Gombrowicz

Dwa Michały : Michał Pierwszy czyli Rusinek na Książkowych Targach.

Rusinek na Targach

Wiadomo, że legendy kiełkują z innych legend. Smok wawelski wylągł się przy Wawelu, Mrożek przy Przekroju, a Michał Rusinek przy Szymborskiej. Odkąd brakuje poetki stał się bytem osobnym, samodzielnie niosącym poezji kaganek. A mnie się bardzo chciało i ten kaganek i tę legendę zobaczyć z bliska.

Dlatego Spotkanie z Rusinkiem było jedyną imprezą tegorocznych Targów Książki, na jaką się wybrałam. Na salę przyszłam wcześniej, zajęłam dobre miejsce i zaczęłam się wokół rozglądać. Moja uwagę zwrócił niepozorny pan w nienowym garniturze, z bródką, przyszarzony siwizną. Podszedł do stolika, sięgnął do torby, zaczął wykładać na blat książki. Kiedy skończył, grzecznie usiadł z boku, a mnie naszła refleksja, jaki ten Kraków jest inteligencki, skoro nawet pan tragarz jest zainteresowany spotkaniem autorskim.

Na dalsze rozmyślania czasu mi brakło, bo wkroczył sam bohater wydarzenia. Wyglądał nieskazitelnie, wymuskany, dyskretnie elegancki, nigdzie niewymięty. Zupełnie jakby go Poetka przechowywała w przeznaczonej na najcenniejsze bibeloty szufladzie z cedrowego drzewa, wyłożonej pergaminem i delikatną bibułką. Najbardziej w tym wszystkim wyróżniała się zwisająca mu z ramienia szara torba z napisem konsTYtucJA.

Rusinkowy ekwipunek

Rusinek rzucił torbę na biurko, a potem w przestrzeń bon mocik o tym, że przydałoby się zielone sukno, mineralna i paprotka. Pani Organizatorka (też szaro – siwa, nie z bródką, ale z koczkiem) spłoszyła się podwójnie, bo żądanie wzięła na serio, a na dodatek ktoś zaczął jej robić zdjęcia z konstytucyjno- kontestacyjną torbą.

Jej niepokój jakoś został ukojony i spotkanie się zaczęło. Nie miało formy rozmowy, tylko wygłoszonej na stojąco przez autora opowieści, co w rezultacie sprawiło, że czułam się trochę jak uczestnik wykładu. Trzeba jednak dodać, że wykładu poprowadzonego z wdziękiem, lekko i dowcipnie.

Rusinek i Fistaszki

Najpierw usłyszeliśmy kilka słów o tym, jak Rusinek zaczął przygodę z tłumaczeniami. Okazało się, że „Wiersze dla Krzysia” A.A. Milne’a (autora Kubusia Puchatka) były trzecią tłumaczoną przez niego książką i że początkowo o ich przekład Ilg poprosił Szymborską, ta jednak odmówiła. A że Rusinek akurat coś robił w tym samym pokoju, w trakcie toczącej się na ten temat rozmowy, Ilg od niechcenia rzucił do niego „A może Ty byś to zrobił?”.

Rusinek zażartował, że wobec takiej zachęty wyraził zgodę. I tak się potoczyło. Dowiedzieliśmy się o niuansach współpracy nie tylko z autorami ksiazek dla dzieci, ale i ze śpiewakami, bo Michał porwał się kiedyś na tłumaczenie musicalu. Okazało się, że w tym przypadku największym problemem było nie dobranie odpowiednich ekwiwalentów językowych ojczystej mowy, tylko właściwych do śpiewania samogłosek!

Rusinek z ksiażka

Usłyszeliśmy także, dlaczego Rusinek nie zdecydował się przetłumaczyć dzieł Conrada (trauma z dzieciństwa spowodowana wisząca nad łóżkiem półką z dziełami zebranymi autora Jądra Ciemności) i jak mu się współpracowało z Keretem ( pisarza okazał się wyjątkiem od reguły, że najlepiej tłumaczyć autorów nieżyjących).

Cały czas było zabawnie i miło, czułam się trochę jak spotkaniu w niegdysiejszym Wisławowym saloniku. Zrozumiałam jeszcze lepiej, czym Michał Rusinek zauroczył Szymborską. I dlaczego poetka mogła tak długo z nim współpracować.

A największe zdziwienie przeżyłam na końcu, gdy domniemany Pan Tragarz nagle wyskoczył na środek sali, pochwycił mikrofon i zaczął się przedstawiać. Jako jeden z Prezesów Stowarzyszenia Tłumaczy.

mowa o:

Rusinek i Peter Pan

Utracone geny Ludwiki W.

Ludzi przestaje interesować, kim jestem, tylko czyją jestem prawnuczką. Zważywszy, że chodzi o czwarte pokolenie, może to sie wydawać zabawne, ale rzeczywiście spotkałam się z tym kilkakrotnie i nie było to miłe doświadczenie.

Ludwika Włodek „”Pra. O rodzinie Iwaszkiewiczów”, str. 6 

To chyba głupie, a przynajmniej niemądre, robić reaktywację, czy tam reanimację bloga, od książki kiepskiej. Ale to przez nią częściowo popadłam w notkowy stupor, więc muszę ją wreszcie z kolejki czekających na opis wykreślić.

Powiem tylko, że na pomysł jej kupienia wpadłam sama, na pomysł czytanie już nie. Zostałam do tego nakłoniona. I jak się tak nad kartkami pochyliłam, to już w tej pozycji, czytelniczego przykurczu, zostałam.

Jego powód, to zdziwienie ze prawnuczka takiego dobrego pisarza tak bardzo władać piórem nie umie. A jednak! Najlepsze momenty opowieści potomkini Iwaszkiewcza to te, gdzie autorka cytuje prababcie Anię lub pradziadzia Jarka. Reszta jest udręką, grzechem ciężkim przeciwko literaturze. Bez składu i składni, bez humoru, bez radości, napisanym tekstem. Już lepiej by było oddać głos samym wymarłym Iwaszkiewczom, żywym pozostawiając jedynie wybór tekstów.

Niestety, czy to z finansowej, czy to z duchowej potrzeby, prawnuczka Jarosława postanowiła zostać pisarką. No i pech chciał, że to postanowienie zrealizowała. Mogę się założyć, że gdyby ktokolwiek z nas, drodzy blogowicze, tak napisaną książkę zamejlował do wydawnictwa, zostałby potraktowany szybkim deletem.

Tymczasem nazwisko, pochodzenie, marka, zadziałały tak, że nikt nie zastanawiał się nawet nad tekstem, co najwyżej nad doborem zdjęć. Wystarczy książkę przejrzeć, by dojść do takiego wniosku.

Czytanie stanowczo odradzam, szkoda tych chwil z waszego życia, które możecie spożytkować na lekturę czegoś naprawdę dobrego. I tą konkluzją kończę dywagacje o Opowieści prawnuczki Jarosława, bo nie chcę się więcej nad dziewczyną znęcać. W końcu to nie jej wina, że została tak doszczętnie wydziedziczona: i z pięknego Stawiska i z pisarskiego talentu.

mowa o:pra

 

karuzela z chłopakami

Facet jak facet. Każdy składa się ze ściemy, ceny, drogi S-Bahnem, metrem, a jak dzień wypłaty, to i taksówką, mieszkanka mniej lub bardziej z powodu starokawalerstwa zaniedbanego, kwiatków na parapecie mniej lub bardziej zasuszonych, jakiegoś imienia, co się zapomina”

Michał Witkowski, „Fynf und Cfancyś”, Str 96

Powiadam wam, że Michaśki dzieła trafią kiedyś na listy lektur szkolnych. Może nie jutro, tylko za lat dwadzieścia, i może nie w tym kraju, tylko gdzieś bliżej środka Europy. Ale że do tego dojdzie, jestem pewna. Bo nikt tak jak Witkowski nie potrafi opisać śmietników naszej najnowszej historii. W Barbarze Radziwiłłównie wziął się za zaplecze biznesmena epoki przemian. W Fynf und cfancyś opisuje kolejne zjawisko tego czasu, czyli początków lat 90 tych ubiegłego wieku: tzw saksy – wyjazdy zarobkowe na zachód.

Nabrało ono intensywności, kiedy runął Mur Berliński, a zaraz potem runęły do lepszej części Europy tabuny wygłodzonych luksusów i kasy mieszkańców demoludów. Wśród nich znaleźli się bohaterowie Michaśkowej opowiastki: Słowacka gejowska piękność Dianka i Polak, tytułowy Fynf und Cfancyś.

Obydwaj zajmują się tzw. najstarszym zawodem świata, choć z bardzo różnym efektem. Kiedy Diance idzie coraz gorzej, jej polski pobratymiec święci coraz większe triumfy. Na czym one polegają domyślcie się sami, w szczegóły wchodzić nie będę, sięgnijcie po Witkowskiego, bo opisał je świetnie. Co z przyjemnością oznajmiam.

Z przyjemnością, bo mało tu drastycznych szczegółów rodem z Lubiewa, więcej farsy i zaprawionych humorem drobiazgowych obserwacji. Bo dzięki lekturze Fynfcysia zrozumiałam lepiej, na czym polega sztuka uwodzenia, i dlaczego pewien Szwajcar, który zaplatał się na moje podbieszczadzkie rubieże, ma nerwicę i za nic nie chce wrócić do swojego kraju.

mowa o:

Małpoludy i Malina

leda

Jeżeli sytuacja życiowa tak się układa, że nie masz ludzi równych ci intelektem, to zajmij się zdobywaniem zaufania otoczenia. Pomagaj ludziom, korzystając ze swojej wiedzy i właśnie inteligencji.

Kartka z pamiętnika Michaliny Wisłockiej w Violetta Ozminkowski Michalina Wisłocka, Sztuka kochania gorszycielki” str 213

Już miałam trąbić na chwalę tej książki, że wreszcie jest to żwawo napisana biografia, gdy mniej więcej po 200 stronach mój entuzjazm minął.

Autorka nie zagłębia się w zaszłości, takie jak rodowe pochodzenie głównej bohaterki, Wisłockiej. Żadnych przeglądów pradziadów, idziemy prosto w dorastanie Michaliny i chwała za to. Gorzej, że autorka do tego stopnia unikała wchodzenia w detale, że nijak połapać się nie mogłam, dlaczego mąż Michaliny, Stanisław nosił niemieckie nazwisko, a niektórzy jego krewni podpisali listę Volksdojczy podczas drugiej wojny. Machnęłam na to ręką, bo czytanie szło żwawo, a historie o tym, jak sobie radzono w czasach okupacji zawsze mnie fascynowały.

Jednak coraz bardziej przeszkadzał mi panujący w opowieści chaos. Biografka najwyraźniej doszła do wniosku, że trzymanie się chronologii zdarzeń jest przeżytkiem. W rezultacie nie wiedziałam, czy romans z Jurkiem był kiedy Michalina była ze Staszkiem., czy Włodek był przed Ryśkiem i kiedy pojawił się Stefan.

W ogarnięciu całości nie pomogły licznie cytowane kartki z dziennika Wisłockiej, przy których nigdy nie pojawia się data, czy choćby rok zapisu. W rezultacie panuje w książce nieopisany bałagan, i tylko zamieszczone na końcu kalendarium (spisu źródeł brak) pozwala z grubsza zorientować się,  co i kiedy miało miejsce.

Lepiej za to można sobie odmalować portret psychologiczny bohaterki, lekko szalonej i zdeterminowanej pani naukowiec epoki demoludów. Choć to bardziej zasługa licznych odnośników do pamiętnika, dających szansę by się niejako bezpośrednio spotkać z bohaterką. Inna sprawa, że na początku książki otrzymujemy ostrzeżenie, że Wisłocka pisząc go ostro konfabulowała i dramatyzowała, więc nie jest to źródło do końca wiarygodne.

Jedno jest pewne, z książki wyziera więcej prawdy o słynnej seksuolog niż z filmu, gdzie wygląda na skrzyżowanie Scarlet O’Hara (te kreacje szyte z zasłonek!) z Agnieszką z Człowieka z marmuru.

mowa o:

wislocka

dym, ćma i zgubione wczoraj

stolik

Spuchł, utył i posiwiał. I zdziadział –usłyszał mistrz.

Marcin Świetlicki „Dwanaście”, Str 36

Czas się podzielić refleksją na temat zeszłorocznej lektury: Poeci nie powinni pisać kryminałów. Wyciąganie trupów z szafy wychodzi im znacznie gorzej od rozsypywania gwiazd duchowych olśnień. Drzwi im się zacinają, ręka nieboszczyka myli z własną, w końcu otwierają jednym kluczem zbyt wiele zamków.

Do takich wniosków doprowadziło mnie czytanie krakowskiego thrillera o zagadkowym tytule dwanaście. Kraków tonie tutaj we mgle jak sherlockowski Londyn. Gorzej, że równie przymglony jest umysł bohatera książki, zwanego Mistrzem. Upojony oparami smętku i alkoholu wodzi nas na manowce, myląc tropy, pielęgnując przywidzenia i wywołując zamieszanie. Snuje się od baru do baru, od butelki do szklanki, od szklanki do papierosa. Wreszcie zaplątuje się tak, że staje się nagle narratorem, przechodzi z trzeciej osoby do pierwszej, po czym okazuje się, że właściwie był przez chwile inna postacią. A czytelnik solidarnie gubi się wraz z nim w pijackim malignie.

Nasz bohater czyli mistrz, to krakus, nie pełen fantazji obywatel innego kraju czy miasta, jak choćby słynny Wieniuszka z Moskwy-Pietuszki Jerofiejewa. Mistrz Świetlickiego będzie spał, albo krążył uparcie po trzech ulicach i dookoła jednego pomnika. Będzie patrzył jednym okiem, pił półgębkiem, odpowiadał niepełnym daniem. Oszczędnie jak na Krakowiaka przystało. I choć miał budzić sympatię, jako typowy święty pijaczek polskiej literatury współczesnej , to mnie do siebie nie przekonał. Powiem więcej: z ulgą przyjęłam nasze rozstanie. Niech sobie dalej puchnie, tyje i siwieje beze mnie jako świadka jego degrengolady.

mowa o:

dwanascie-1