Miesiąc: Czerwiec 2014

Julek politulek

Tuwim 3

Żyj tak aby twoim znajomym zrobiło się nudno kiedy umrzesz.

Julian Tuwim w Mariusz Urbanek „Tuwim, wylękniony bluźnierca”.

To tuwimowskie motto stało się głównym powodem dla którego sięgnęłam po te książkę. Bo pierwsze, chciałabym mieć znajomych, którym by również ono przyświecało, po drugie miałam nadzieję, że autor wziął je sobie do serca i zastosował parafrazując na „pisz tak, żeby po zakończeniu książki twoim czytelnikom zrobiło się nudno, bo ją skończyli”. Niestety, mnie przy tej książce zrobiło się nudno znacznie wcześniej. Bo choć szalone lata dwudzieste to w życiorysie Tuwima barwny czas, w jego biografii słabo to widać.
Najciekawiej opisane są początki tuwimowskiego poetyzowania, jednak szybko książka przeistacza się w przegląd polemik politycznych poety i historię jego zaangażowania po stronie tej lub innej władzy. Mistrz przetrwania, Tuwim potrafił urządzić się dobrze i za Piłsudskiego i za Bieruta i właśnie ten cenny talent zdaje się najbardziej fascynować autora tuwimowskiej biografii.
A szkoda, bo na przykład wolałabym się więcej dowiedzieć o Tuwimie-człowieku, Tuwimie domowniku, a nie o Tuwimie z pierwszych lub dalszych stron gazet. I choć na pewno we współczesnej poecie prasie częściej pisano o jego poglądach politycznych niż zwykłych codziennych czynnościach, to chętnie poczytałabym coś na ten drugi temat. Tymczasem Tuwim-człowiek ze stron książki dziwnie umyka, zostaje Tuwim mówca i autor, pieszczoch niejednego systemu politycznego. A mnie szczerze mówiąc to, jak go te systemy hołubiły, nieszczególnie obchodzi, wolałabym poczytać jaki Tuwim miał rytm pracy, co jadł na obiad, co na śniadanie i czy często kłócił się z żoną. Niestety, zostaje mi tylko figurka poety ulepiona z archiwizowanych wycinków prasowych. Przyszarzona, smutna i nudna.

mowa o:

Tuwim

niezbędnik letnika

Zosia

Jeszcze w kwietniu zakładałam, że moim pierwszym wyprzedażowym zakupem będzie strój kąpielowy. Tymczasem moja ręka sięgając do stosu przecenionych szmatek złapała przede wszystkim pikowana kufajkę w niby hinduskie wzory, z długim rękawem i za pupę. Ciepła letnia kurtka, tego właśnie mi trzeba, wymamrotałam i pognałam z łupem do kasy.

Bo nie ma się co czarować, polskie lato nie będzie nas raczej rozpieszczać. I zamiast smętnie śledzić zajawki słońca w bliższych i dalszych prognozach, trzeba się z tym pogodzić i mężnie do rodzimej wersji wakacji przygotować. Podczas których na pewno będzie potrzebny grubszy sweter i letnia, ale dobrze dająca zawinąć się wokół szyi apaszka i więcej niż jedna paczka chusteczek higienicznych. Porządnie rozgrzewająca nalewka lub herbata, a najlepiej i jedno i drugie. Buty, które nie rozlezą się przy pierwszej letniej zlewie i w których da się dotrzeć do biblioteki w największym deszczu. Radosny parasol, który dokoloruje nam to co nad głową. Bardzo też może się przydać dobrze osłonięty balkon lub taras, na którym będzie można  posiedzieć, otulając się pledy i koce, co wybawi nas od obowiązku łykania tzw świeżego powietrza w strugach lejącego się na głowę deszczu.

wzgórza
No i nie zapominajmy o koniecznym dla każdego planującego wypoczynek czytelnika zapasie książek. Najlepiej takich, w których brak będzie opisów palm kołyszących się na tropikalnym wietrze, co by nas nie ogarnęła melancholia, albo i wkurz z powodu warunków meteorologicznych, w jakich przyszło nam się wakacjowac. Warto przygotować sobie coś wiejącego chłodem jeszcze większym niż rodzimy holidej. Proponowałabym na przykład:
1. Międzyzdrojową sagę Witkowskiego, dzięki której będziemy się cieszyć, że zagnało nas nad Bałtyk latem, a nie na przykład w listopadzie.
2. Śląską opowieść Bator, która pokaże, że nawet w takim Wałbrzychu może się dziać wiele i pozwoli uwierzyć, że wszędzie można coś ciekawego znaleźć, albo przynajmniej zmyślić.
3. Felietony Passent, które dadzą uczucie ulgi, że jesteśmy w bezpiecznej odległości od spalin, osiedli strzeżonych i Warszawki.
4. Sońkę Karpowicza na wypadek gdyby zechciało nam się niezwykłych opowieści snutych w prowincjonalnym zaułku.
5. Gawędy Barbary Wachowicz o Siedzibach wielkich Polaków,  dla zaspokojenia tęsknoty do miejsc literacko i historycznie ciekawych.

W ten sposób jesteśmy gotowi wkroczyć w polskie lato, zadżdżone być może równo, ale nie wiejące nudą.

mowa o:

selfie 1

gangsterki

Plaża

Kiedy kobieta w „Lasce cynamonu” wpina jasnoczerwony grzebień w czarne włosy, stoi przed lustrem. Tam chcą nas widzieć. Przed lustrem. Mamy się nie odwracać i nie oglądać świata.

Kerstin Ekman „Oszustki”, str 166

Ostatnia szansa na sukces, pomyślałam sobie wygrzebując tę książkę z dna walizki. Ostatnią z przeznaczonych do leżakowego czytania. Ostatnią, która mogła okazać się godną miana najlepszej wakacyjnej. Wchodziłam więc pełna nadziei w historie dwóch kobiet, związanych ze sobą przez los, przez krętactwa, przez mniej lub bardziej tajemne sploty sukcesów i porażek. Podobała mi się wartka narracja, naśladująca tonem nerwowe gadanie nad kawą i papierosem. I historie przy jej pomocy opowiadane. I te gorzkie prawdy z nich wyzierające. Które nadają się d zastosowania zarówno w Szwecji jak i naszym rodzimym terytorium.
Rozejrzyjcie się proszę. Popatrzcie tu, najbliżej, w nasz światek literacki. Przyjrzyjcie się naszym najlepszym pisarkom. Eterycznej Bator, wielkookiej Bragielskiej, filuternie uśmiechniętej Masłowskiej. Wszystkie śliczne, fotogeniczne. Miło patrzeć na ten wdzięk i urodę. I nie sposób nie pomyśleć, że nawet przy sukcesie tak wydawałoby się tak uzależnionym od talentu i inteligencji jakim jest sukces literacki, wygląd liczy się, i to bardzo. Nie wystarczy dobrze pisać trzeba jeszcze dobrze się prezentować.
Tego stanu rzeczy jest świadoma Babba, jedna z bohaterek mojej wakacyjnej lektury. To dziewczyna, która dobrze wie czego chce, mianowicie chce pisać. Przy pierwszej porażce w dziedzinie literatury doznaje takiego wstrząsu, że postanawia znaleźć model zastępczy, kukiełkę, która będzie mogła machać przed nosem światu, która w razie potrzeby będzie zbierać przeznaczone autorce cięgi, podczas gdy sama Babba, nieładna i nieobyta w świecie,  pozostanie w bezpiecznym ukryciu, nie narażona na ciosy i niepowodzenia. Do roli Autorki wybiera od dawna już obserwowaną dziewczynę, elegancką i piękną Lillemor, wykształconą, z dobrego domu, inteligentną. Po chwili wahania Lillemor zgadza się i tak dwie kobiety wchodzą w układ, który połączy je na kilkadziesiąt lat. Rezultatem tej dziwnej współpracy będzie nie tylko załamanie psychiczne Lillemor. Z biegiem czasu odniosą spektakularny sukces, który doprowadzi Lillemor do członkostwa w Szwedzkiej Akademii. I przejdą przez niejedno życiowe zawirowanie, czasem razem, czasem osobno. Okaże się, że nie tylko one są tytułowymi oszustkami, że będą w swoim życiu w związkach które oprą się na mistyfikacji większej niż ich własna relacja.
Dołóżcie do pokrętnych i dziwnych opowieści sporo poczucia humoru, takiego wynikającego z ostrego spojrzenia na rzeczywistość. Przypomnijcie sobie Henriego z Ostergrena, i będziecie mniej więcej mieli przedsmak tego, co znajdziecie w tej książce. Zaręczam, że będzie to dużo dobrego, mało nudnego i sporo idealnego na leżak. Tak, właśnie ta książka zdobyła laur mojej najlepszej wakacyjnej lektury roku 2014.

warto:

oszustki

na słońcu z Martą

car

Za każdym razem, gdy bryłka lodu wielkości sporego kamienia uderzała w  przednią szybę, Wiggins gwałtownie skręcał. Jury przypuszczał, ze sierżant traktuje kaprysy aury jako osobistą zniewagę. Pogodę i pory roku Wiggins oceniał wyłącznie przez pryzmat swojego zdrowia: wiosna przynosiła alergie, jesień – ponura zapowiedź zapalenia pluc, a zima (zabójcza) – przeziębienia, gorączkę i grypę.

Martha Grimes, „Przystań nieszczęsnych dusz”,  str 64    

Co tu kryć, leżak i kryminał to zwykle udany duet, o którym warto pamiętać w czasie wakacji. Na szczęście w trakcie tych minionych wzięłam to pod uwagę. Choć kryminał budził u mnie pewne obawy. Bo co z tego, że napisany przez ulubiona autorkę, jak w zajawce było jasno napisane, że będzie o zabijaniu dzieci. Naprawdę bałam się opisu wykrzywionych lękiem twarzyczek, zmasakrowanych drobnych ciałek i łez zrozpaczonych rodziców.

Tymczasem, za wyjątkiem początkowej sceny, w której pięcioletnia dziewczynka pisze po ścianie kuchni krwią płynącą z zamordowanej okrutnie matki, nie było tak źle. Zabójstwa okazały być popełniane sprawnie i szybko, dzięki czemu uniknęłam czytania scen okrutnych jatek. Akcja rozgrywa się na chmurnej i zimnej brytyjskiej prowincji, przez co czułam w trakcie lektury ożywczy powiew chłodu. Zaraz na początku pokazuje się nieoceniony inspektor Jury, który wspiera miejscowego, gburowatego detektywa Macalvie, w wysiłkach odkrycia sprawcy morderstw popełnianych na okolicznych dziesięciolatkach. Są puby, angielskie śniadania i wieczne zasmarkany asystent Jurego, Wiggins, który zaprzyjaźnia z nieprzystępnym Macalvie, dzieląc się z nim tabletkami od kaszlu. W pewnym momencie na scenie pojawia się Melrose i na chwilę nawet, jak zwykle męcząca, ciotka Agata.

Jednak cały szoł należy do jednej osoby. Jest nią Lady Jessica Mary Allan-Ashcfroft, dziedziczka fortuny, wielbicielka drogich aut i nieznośna dziesięciolatka w jednej osobie. Osierocona kilka lat wcześniej, cała uwagę poświęca temu, by ukochany wujek, który się nią opiekuje, nie znalazł przypadkiem żony, co może skończyć się dla Jessie zsyłką do szkoły z internatem. Największe zagrożenie Jessica węszy ze strony guwernantek, wymyśla więc kolejne chytre plany, aby się ich pozbyć. Pełen fantazji dzieciak, wielki pies, uroczy wujek, to trio daje moc tej opowieści. Która zapewnia sporo relaksu i rozrywki, jednocześnie, jak to u Grimes, lekko zawodząc na końcu, gdy chce dalej udawać sensację i dostarcza ciut niedorzecznego rozwiązania kryminalnej zagadki.

mowa o:

Martha

Jasno, cały dzień

 

bukiet

O spotkaniu dowiedziałam się przypadkiem przelatując stronę mojej biblioteki. I do końca nie byłam zdecydowana, czy iść. Bo antycypowałam zaduch, upał i tłok. Tylko Spoconego Polonisty nie musiałam się obawiać, bo wypatrzyłam, że spotkanie prowadzi znana mi z widzenia Miejscowa Poetka, która po cichu jest i Biznes Łumen, więc posiada nie tylko puder matujący, ale i ciuchy od Maxmary.

I tu mnie przeczucie nie zwiodło, było estetycznie i trendowo. Nawet powietrze jak na salę biblioteczną było elegantsze niż zwykle, żadnego skisu zakurzonych i przegrzanych kartek, rozmamłanych czytelników, studentów, co to na mydło nie mają, albo z przyzwyczajenia go nie używają. Okna importowały świeży powiew i wyjątkowo połyskliwe światło, miejsca w sali było całkiem sporo, poza panami obwieszonymi fotograficznym sprzętem, nikt się nie pocił. Dookoła pełno było wyczesanych i wyprysznicowanych kobiet i zrobiło się mi się z tego wszystkiego nieswojo, bo rozczochrałam się w biegu od autobusu, a bluzkę miałam spackaną spagetti co to chybcikiem w ofisie zjadłam, żeby nie zakłócać spotkania dźwiękami z pustego żołądka. Przyklepałam grzywkę, poprawiłam strategicznie zawieszony szaliczek i czekałam. Na gwiazdę najjaśniejszą na firmamencie literatury polskiej obecnie występującą.

Joanna B  8 2

Znałam ją z rozdania Nike i rozmów w telewizji, ale i tak się zdziwiłam, jak zobaczyłam w realu. Wydawała mi się na ekranie posągową panią, a tu weszła do sali drobniutka i śliczna kobieta butikowa, z tych szczupłych i delikatnych, co największy ekslusiv uosabiają na ulicach Nowego Jorku, Londynu czy Barcelony. Wgapiłam się w nią więc jak sroka w kość, albo raczej w cenną błyskotkę. Nie ma dwóch zdań, wszystko wysokiej klasy tutaj było, i kobaltowa bluzka pod szyję, i czarne spodnie i półbuty na koturnie i lekko opalona cera. Przy biżuterii całkiem odpadłam, bo Pani Joanna miała jakiś niesamowity szamański naszyjnik, wielki srebrny, z kawałkami korala, czarnym agatem i zawieszkami o dziwnych kształtach. Jednym słowem krew, pióra i czarne słońce, to wszystko mi jak ulał pasowało do tego, co o jej prozie czytałam. Poetka zaczęła snuć jakieś wstępy, dywagacje, ekwlibrystykę pochwał i zachwytów uprawiać, a ja siedziałam i dumałam, co to za talizmany Pisarka ma na sobie, skąd je wzięła? Tymczasem rozmowa szła dalej, leciały pytania o pisanie, sztukę prozy i twórcze uniesienia. Paniom na sali coraz bardziej oczy błyszczały, bo usłyszały dokładnie to, czego oczekiwały, o pisarskim przeznaczeniu, talencie, co człowieka w niewole bierze, za rękę chwyta, do biurka ciągnie i groźnie machając paluchem każe siadać i pisać, a jasne promienie natchnienia wala prosto w pochyloną nad klawiaturą pisarską głowę. Jakoś do mnie ta teoria iluminacji słabo przemawiała, przypomniałam sobie, że nawet w mojej francuskiej czytance stoi, że taki Balzak, który jak wiadomo wielkim pisarzem był, pracował od godziny do godziny, jak zwykły urzędas, choć poprawkę wziąć trzeba, że musiałby to być urząd, który otwierają o północy.

Joanna B

Siedziałam grzecznie i patrzyłam kiedy zza tej pięknie przybranej formy Pisarki zacznie wymykać się prawdziwy człowiek. Czasem błysnął uśmiech, zmieniał się ton głosu i jakiś przebłysk do mnie tego co pod spodem, dolatywał. A na powierzchni były historie różne, panie z widowni słały zachwyty, opowiadały o budzie w Ząbkowicach, czy jakimś innym miasteczku śląskim (sorki, ale Śląska nie znam, zupełnie jest mi obcy i geograficznie i kulturowo) gdzie wyświetlano Godzillę, co wywołało u pisarki należne uznanie. Najdziwniejsze pytanie jednak zadała prowadząca, bo kazała Pani Joannie porównać pisanie do macierzyństwa, gdy każdy chyba wie, że Pisarka dzieci nie ma. Skąd pomysł na to pytanie trudno powiedzieć, dla mnie brzmiało nieodrzecznie, na szczęście Pisarka podeszła do sprawy spokojnie i bardzo inteligentnie, wyjaśniając, że być może. Zwłaszcza, że książka po wydaniu jak dziecko po dorośnięciu, żyje własnym życiem i zapanować się nad jednym, ani nad drugim, już nie da. Miałam ochotę bić brawo i zapytać, czy czasem da się wycofać nakład, ale się w język ugryzłam. Było, dla odmiany z sali, fajne pytanie o to, co by Pani Joanna robiła gdyby przestała pisać. Odpowiedziała że zajęłaby się reportażem, najlepiej z jakiejś niszowej sfery, na przykład małej zamkniętej społeczności, jak sekta ludzi, którzy wierzą że świat za chwilę przestanie istnieć.

Joanna 8 B 4

Już nie przymuszana naszymi pytaniami Pisarka opowiadała o tym, co ostatnio robiła. Najciekawiej było, jak zaczęła opowieść o wyprawie na Sri Lankę, gdzie pojechała tropić losy zaginionej Amerykanki. Znana i zamożna osoba pewnego dnia zdecydowała się rzucić wszystko i pojechać na Sri Lankę właśnie. Tam podróżowała sporo, głównie po odległych zakątkach. Pewnego dnia wybrała się w góry i ślad po niej zaginał, został po niej tylko plecak. A w nim nie wysłane listy. I może ten naszyjnik który Pisarka ma na sobie, zaczęła mi szeptać wyobraźnia. Ale o tym nie było ani słowa, za to była zapowiedz, że z historii powstanie książka. Inne plany na przyszłość to ekranizacja Ciemno prawie noc, którą ma się zrobić Borys Jankosz, ten od Rewersu. Być może Pisarka się tam pojawi, nie jako odtwórczyni głównej roli (tutaj najchętniej widziałaby Magdalenę Cielecką), ale postaci jednej z kociar. Ma też być napisana książka o kobiecie, która poświęca się zemście. Nikt nie zapytał, czy będzie to krwawa i straszna historia, po tonie zapowiedzi wywnioskowałam, że tak. Spytaliśmy też, jakich polskich pisarzy najchętniej czyta i tutaj wymieniła Tokarczuk, Myśliwskiego, a także Witkacego. Powiedziała nam też, że do tegorocznej Nike typuje Sońkę Karpowicza.

Joanna B 8 3
Na koniec było podpisywanie książek, i na tę okoliczność pognałam kupić Chmurdalię, którą może teraz, z autografem autorki przeczytam.
A naszyjnik? Nie był od śląskiej czarownicy, indyjskiego szamana, zaginionej turystki. Tylko z allegro. Chociaż, czy to wiadomo do kogo należał i dlaczego  na aukcji się znalazł?

mowa o:poster

popcorn

VM19XXW01144-04-MC

źródło: http://www.vivianmaier.com/

Z wakacji wróciłam filmowo wygłodzona i zaraz pobiegłam do kina. Najlepszym jaki zobaczyłam był film dokumentalny. Wszystko w tym przypadku złożyło się na niezwykłą atmosferę przebrzmiałych lat dwudziestego wieku. Po pierwsze seans był w najstarszym kinie w moim mieście, gdzie co prawda wymienili fotele, ale ściany ciągle pokrywa coś przypominającego draperie, a w powietrzu unosi się zapach kurzu i byłych widzów. Na sali siedziało tylko pięć osób, więc było kameralnie.

1234

 źródło: http://www.vivianmaier.com/

Pasowało to świetnie do opowieści o Vivian Maier, niani, która okazała się fotografem. I choć początkowo musiałam nadwyrężyć swoją cierpliwość, czekając aż się cała akcja rozkręci, to wyszłam z seansu przekonana, że warto było go obejrzeć. Kiedy autorowi udaje się przebrnąć przez wstępy o zakupach na garage sale i przeglądaniu starych opakowań, pisaniu do domów wystawowych i samodzielnym robieniu odbitek, docieramy do żyły złota.

VM1955W03420-05-MC

źródło: http://www.vivianmaier.com/

Do historii kobiety, która miała dar inteligencji i spostrzegawczości, których nikt z za jej życia nie potrafił zauważyć. Dla swoich pracodawców, średnio zamożnych Amerykanów, była trochę dziwaczną panią do opieki nad dziećmi. Nawet kiedy udaje się jej zatrudnić u telewizyjnej sławy, znany prezenter przyznaje, że nie interesowała go jako osoba.

VM1954W00090-10-MC

źródło: http://www.vivianmaier.com/

Chciałem mieć wyprasowane koszule i czyste skarpety, wyznaje dobrodusznie autorowi filmu. I właśnie do tego sprawdza się problem nie tylko Vivien, ale całych rzesz twórczych, utalentowanych kobiet. Świat nie chciał zauważać ich talentów, bo tym, którzy je otaczali, zależało tylko na czystych domach i dzieciach i pełnych domowego jedzenia lodówkach. Reszta to było zawracanie głowy, dziwactwa, które niepotrzebnie odciągały je od właściwej pracy.

VM1959W03441-07-MC

źródło: http://www.vivianmaier.com/

Vivien nie jest miło wspominana przez większość swoich podopiecznych. Z reguły jej nie rozumieli i nie lubili, a ona ciągała ich po zakazanych miejscach i dzielnicach, wszędzie zabierając ze sobą aparat i bezustannie robiąc zdjęcia.

VM1954W02936-11-MC

Może zresztą miała rację, że tak bardzo się nimi nie przejmowała? Może zdawała sobie sprawę, że prędzej czy później skończy jak kolejna dziecięca zabawka, która się opatrzyła, jak ta lalka która sfotografowała na dnie kosza do śmieci?

VM1953W02859-05-MC

źródło: http://www.vivianmaier.com/

A dlaczego bywała dla młodych wychowanków okrutna? Karmiła ich na siłę i czasami wręcz biła? Trzeba pamiętać, że była osobą starej daty, urodziła się w roku 1928 i na pewno nie raz dostała pasem w dzieciństwie. Czytywała namiętnie gazety, ale wśród pozostawionych przez nią licznych przedmiotów nie widać prac doktora Spocka.

 

VM19XXW03452-16-MCźródło: http://www.vivianmaier.com/

Na niektórych autoportretach przypomina bardzo bajkowa nianie Mary Poppins i czasem rzeczywiście zachowywała się tak jak ona. Nikt nie wiedział skąd się wzięła, długo miejsca u swoich pracodawców nie zagrzewała.

VM19XXW04205-01-MC

źródło: http://www.vivianmaier.com/

Kiedy włóczyła za sobą dzieci szukając obiektów godnych zdjęcia, często do miejsc do których nigdy nie wzięliby ich rodzice, one za podążały za nią, przy okazji ucząc się życia i zbierając doświadczenia, które miały je kształtować w przyszłości. Jedna z byłych wychowanic, wspomina jak Vivian zabrała ją do rzeźni, oczywiście by robić zdjęcia. Podczas gdy Vivian fotografowała, dziewczynka przyglądała się zaganianiu owiec na ubój. Teraz, jako dorosła osoba ma wielka farmę, na której trzyma stada zwierząt.

VM1954W00046-07-MC

źródło: http://www.vivianmaier.com/

W miarę opowiadania historia Vivian robi się coraz smutniejsza. Za nieprzyjęcie żadnej z obowiązujących kobiet ról: dobrej żony, starej panny, pracowitej i bezmyślnej służącej, społeczeństwo wymierza Vivian najdotkliwszą i najskuteczniejszą karę: ostracyzm, coraz bardziej pogłębiającą się samotność. Sama Vivian nie mogła być taka zła, skoro kiedy przestała pracować znaleźli jej mieszkanie byli wychowankowie. Dawna przyjaciółka opowiada jak wciąż ma wyrzuty sumienia, że zajęta własnymi sprawami ją opuściła.

VM1956W00024-11-MC

źródło: http://www.vivianmaier.com/

Tak naprawdę film nic nie wyjaśnia, do końca nie wiemy z jakiej rodziny Vivian pochodziła, dlaczego wybrała taką a nie inną życiową drogę. W rezultacie odpowiedniejszy wydaje się dla filmu polski tytuł „szukając Vivian Maier” niż amerykański „Finding Vivian Maier”, bo tak  autorowi nie udaje się prawdziwej Vivian odnaleźć. Nam pozostaje się domyślać jaką osobą była, skoro robiła tak niezwykłe fotografie.

warto: