wakacyjna jak trzeba

achilion

To mi przypomina- dodała lady Angkatell- tego człowieka z Bombaju, który był dla mnie taki nieuprzejmy. Trzy dni później przejechał go tramwaj.

Agata Christie „Niedziela na wsi”, Str 189

Co za smakowita historia! Stara angielska posiadłość, dobre towarzystwo, sekretne miłości i nagle strzał, od którego ginie główny bohater, mąż, kochanek i znany lekarz w jednym. Dookoła sami porządni ludzie, więc sprawa rozwikłania tajemnicy morderstwa robi się wyjątkowo trudna. Nawet Poirot ma z tym niejaki problem.

Mnie, jak to przy czytaniu Christie bywa, najbardziej zachwyciła nie zagadka, ale towarzyskie i i psychologiczne niuanse, które Agatha z mistrzostwem rozgrywa. A ta galeria postaci! Cudna Lady Angkatell, roztrzepana a jednocześnie zdolna do niesłychanie celnych stwierdzeń. Potulna żona zabitego, która nie potrafi wydobyć z siebie jednego błyskotliwego zdania. Melancholijna i zagadkowa Henrietta, opłakująca w ukryciu dramatycznie przerwany romans. Praktyczna Magie, pracująca w sklepie wbrew swojej pozycji społecznej. David, buntownik w kapciach, z kwaśną miną obijający się po kątach. Wierny służący, bez mrugnięcia okiem reagujący na pistolet ukryty w koszyku pełnym jajek. Wszyscy oni sprawiają, że opowieść staje się barwna i pełna niespodzianek. Czyli idealna na leżak i gorące dni lata. Dlatego z przyjemnością polecam ją jako wakacyjną lekturę.

mowa o:

Niedziela1

Mary Westmacott daje radę

Lala

Jesteś sama, pomyślał. Zawsze będziesz sama. Dzięki Bogu, nigdy się o tym nie dowiesz.
Agatha Cristie ( Mary Westmacott) w samotności, Str 253

Trzeba nauczyć się być samemu ze sobą, powtarza moja mieszkająca w pojedynkę ciotka, ilekroć pytam jak jej się żyje. Przyznaję bez wahania, że jest to sztuka opanowana przez nielicznych. Nie posiedli jej moi znajomi, zawsze wyjeżdżający na grupowe wakacje, weekendujący na imprezach, unikający spędzenia choćby jednego dnia bez towarzystwa. Nie posiadła jej również bohaterka ostatnio czytanej przeze mnie książki, zacna Angielka wracająca z odwiedzin w dalekim kraju. Los płata jej figla i sprawia, że zamiast znaleźć się w zatłoczonym pociągu do Stambułu ląduje w gospodzie na kompletnym pustkowiu.
Początkowo jest tylko lekko zdenerwowana tą sytuacją. Gospodarze serwuje jej ohydne śniadania z owocami z puszki, okolica jest paskudna, a jedyna książka, jaką wzięła w podróż, okazuje się nadspodziewanie krótka. Byłoby to do wytrzymania przez dzień lub dwa, ale przymusowy postój zaczyna się przedłużać, a naszej bohaterce, z powodu braku innych zajęć, pozostaje jedynie siedzieć i rozmyślać. Te rozmyślania zaprowadza ja zupełnie w innym kierunku niż się spodziewała. Dokona niepokojących odkryć na temat swojego życia i rodziny.
To osobliwa książka Agathy Chrstie. Nie jest to powieść detektywistyczna, ale bohaterka prowadzi dochodzenie w sprawie najwyższej wagi: poszukiwania prawdy o sobie i o tym, jak postrzegają ją inni. Całość jest czymś pomiędzy halrequinem a powieścią psychologiczną.
Co dziwne, wzięłam te książkę do czytania podczas kolejnego ataku przeziębienia, bo nie miałam pod ręką lekkiego kryminału, a z powodu kiepskiego samopoczucia okazałam się niezdolna do ambitniejszych lektur (Modiano porzuciłam po pierwszych dwóch stronach i nie wiedziałam, czy to jego enigmatyczny styl czy moja wysoka temperatura powoduje moje zgubienie w tekście). I tym razem Christie okazała się niezawodna. Na dodatek w dziwny sposób odczucia bohaterki współgrały z moimi. Ona czuła się odcięta od świata w swojej gospodzie, ja byłam odizolowana odstraszając kaszlem potencjalnych rozmówców. Ona popadała w maligno zagubiona w samo południe na pustyni, mnie pękała głowa przegrzana od gorączki. Ona wahała się co począć ze sobą, mną targały wątpliwości czy wziąć następną tabletkę aspiryny czy kolejny syrop. I tak siedziałyśmy sobie, ona bardzo, ja trochę mniej, dzięki lekturze, samotna. Na koniec ona wskoczyła do pociągu, ja wyskoczyłam z betów. I wróciłyśmy do codzienności, choć muszę przyznać, że tym, jak zrobiła to bohaterka, byłam nieco zaskoczona.
Polecam na wszelkie wiosenne osłabienia:

Christie Mery

Lady A Dame C

Agatha

To utalentowana i niezwykle inteligentna pisarka, kształcona również w muzyce i fotografii. Kobieta, która samodzielnie zdobywa wiedzę archeologiczną, która zarabia na własne utrzymanie i kupuje sobie domy. Witam prawdziwą pierwszą damę fikcyjnych łamigłówek dla szarych komórek.
Martin Fido “Świat Agathy Christie”, Str 7

Agatha 3
Na zdjęciach wygląda jak poczciwa staruszka, którą każdy chciałby mieć za babcię. Siwe loczki, łagodne spojrzenie, ta pani na pewno pogłaszcze po głowie ,zapyta co słychać, a potem zaprosi na herbatkę i ciastko. Jednak Ta Pani to moim zdaniem jedna z najnowocześniejszych kobiet pisarskiego światka. Na pierwszy rzut oka trudno w to uwierzyć, ale jeśli przyjrzymy się faktom, przekonamy się szybko, że naprawdę tak jest.
Po pierwsze już w młodych latach nie bała się rzucić nudnego narzeczonego i pójść za głosem serca, wybierając przystojnego i zabawnego Archiego. Potem odważnie towarzyszyła mu w trudnej, ale i fascynującej podróży dookoła świata, jak i w trudach codziennego życia zaczynającego karierę maklera.
Z równym męskiemu entuzjazmem zachwycały ją nowinki techniczne, uwielbiała wyprawy samolotem, szybkie samochody i bez trudu nauczyła się prowadzić sama. Kiedy zdradził i porzucił ja mąż, narobiła takiego rabanu swoim nagłym i tajemniczym zniknięciem, że poszło mu w pięty, i musiał nieźle się gimnastykować, by wytłumaczyć się przed całą Anglią.
Potem, kiedy była już panią koło czterdziestki, bez wahania wyszła za mąż za 14 lat młodszego mężczyznę, co nawet w naszych czasach wymagałoby nie lada odwagi. A to były lata trzydzieste ubiegłego wieku! Na dodatek z wielkim zapałem towarzyszyła mu w wyprawach archeologicznych do Syrii, gdzie warunki bytowania były dalekie od komfortów angielskiej willi z ogródkiem. No i w czasach gdy kobiety były na utrzymaniu ojców i mężów, ona w pełni zarabiała na własne utrzymanie.
A jej kryminały? Owszem, klasyka, po którą do dziś chętnie się sięga. Ale też i coś więcej. Bo Agatha była jedną z pierwszych która walczyła w swoich powieściach przeciw przesądom i dyskryminacji. Mowie poważnie. Przypatrzmy się z bliska najbardziej znanym ze stworzonych przez nią bohaterów.

Miss Marple
Panna Marple, nie dość że niezamężna, to wiekowa, a nikt przecież w społeczeństwie nie zasługiwał na większą pogardę niż stare panny. Tymczasem jest ona najbardziej błyskotliwą osobą w każdej opowieści i zawsze udaje jej się zaskoczyć tych, którzy ja biorą tylko za nieszkodliwą staruszkę.

Poirot
Z kolei Poirot, to emigrant, a obcokrajowiec to człowiek któremu nie warto ufać, dziwoląg mówiący z akcentem, podejrzany typek zdolny do nie wiadomo czego. Jednak u Agathy popełniają zbrodnie rodowici Anglicy, a niewydarzony Poirot spokojnie i metodycznie odkrywa przyczyny i autora każdego morderstwa. Czyż nie pięknie powalczyła Pani Agatha z uprzedzeniami w swoich książkach?
Dlatego szacun i szapoba składam jej tą notką z okazji rocznicy urodzin. I podejrzewam, że niejeden czytelnik się do mnie dołączy. N’est pas?

mowa o:

Świat Agathy

Sekrety Agathy

zagubione dni

Jej powieści cieszą się nieustającym powodzeniem, ponieważ dają nadzieje, że dobro zawsze zwycięży nad złem, a ich przesłanie podane jest z wdziękiem, humorem i skromnością. Być może jej największym osiągnięciem jest przekazanie kolejnym pokoleniom czytelników wiedzy o świecie, który przeminął wraz z brytyjskim imperium.
Jared Cade Agatha Christie i jedenaście zagubionych dni, Str 310

Chyba każdy kto dotarł do poziomu intermediate w nauce języka angielskiego, napotkał w którymś z podręczników tekst o tajemniczym zniknięciu Agathy Christie. O poranku 5 grudnia 1926 roku gdzieś na odludziu znaleziono porzucony samochód Agathy, a jego właścicielka rozpłynęła się w powietrzu. Zmaterializowała się 11 dni później, cała i zdrowa, w jednym ze znanych angielskich kurortów. Jak i dlaczego się tam znalazła nie dowiedział się nikt, bo Christie oświadczyła, że uległa utracie pamięci i nie jest w stanie powiedzieć niczego konkretnego na temat całego wydarzenia.
Historia fascynuje od lat nie tylko twórców podręczników języka angielskiego i ich użytkowników. Dowodem jest chociażby pojawienie się niedawno na naszym rynku książki o tych właśnie wydarzeniach. Na początku wahałam się czy ja kupić, bo stwierdziłam, że trzysta stron o niecałych dwóch tygodniach z czyjegoś życia, nawet z życia królowej kryminału, to lekka przesada, robienie z igły widły albo Monteverstu z kreciego kopczyka. Może wiać nudą i zniechęcić niedorzecznością wielorakich przypuszczeń.
Tymczasem książka okazał się miłą niespodzianką. Bo historia zniknięcia staje się pretekstem do napisania biografii Christie, w której następuje odsłona nie tylko tajemnicy zniknięcia pisarki, ale i kilku innych. Dowiadujemy się na przykład o niełatwych relacjach z córką, wielkiej przyjaźni ze szwagierką i przyczynach rozpadu pierwszego małżeństwa Christie. Zostaje też obalony mit o idealnym drugim życiowym związku Agathy z archeologiem, 14 lat od niej młodszym Maxem Mallowanem.
Oczywiście centralne miejsce zajmuje tytułowa zagadka 11 dni, opisana faktycznie z tak dużą pieczołowitością, że można by wręcz zrobić sobie szkice tropów i tropiących. Choć osobiście nie bardzo widzę w tym sens. Co więcej, szczegółowe informacje na temat kto i co zrobił w tej sprawie czasem mnie znużyły. Bez zachwytu przeczytałam też końcówkę książki, gdzie autorowi ulało się sporo nagromadzonej podczas tworzenia książki goryczy (rodzina nigdy nie chciała ujawnić prawdziwych kulisów opisywanego wydarzenia). W rezultacie niezbyt pochlebnie opisał i spadkobierców Christie i innych jej biografów.
Mimo tych mankamentów, 11 Zagubionych Dni będzie  dla miłośników Królowej Kryminału na pewno bardziej satysfakcjonującą lekturą od mdłej i poprawnej autobiografii pisarki, z której tak naprawdę niewiele informacji na jej temat można wyczytać.

mowa o:

zagubione dni 1

oriental killing

tea ina cup

Powiem panu prawdę, panie Poirot. Nie darzyłem go ani sympatią ani zaufaniem. Nie mam wątpliwości, że był okrutnym i niebezpiecznym człowiekiem. Musze jednak przyznać, ze nie potrafię tej opinii poprzeć żadnym dowodem.

Agatha Christie „Morderstwo w Orient Expressie”, str 60

Przyznaję, kupiłam tę książkę, bo była tanio. A poza tym mam słabość do pociągów i Agathy Christie. Na punkcie Orient Expressów mam już całkowitego hopla, i taka staroświecka podróż marzy mi się od mniej więcej dziesiątego roku życia. Nieważne dokąd, ale czym, a właściwie w jakich warunkach. Batystowa pościel, srebrne imbryczki do herbaty i pluszowe obicia kanap, to mnie kusi najbardziej, i jeszcze możliwość podziwiania zmiennych krajobrazów z bezpiecznego kącika przy oknie.

Orient
No i dlatego pobiegłam za Poirotem na stację i wśliznęłam się do ostatniego wolnego przedziału. Dziwna rzecz, mimo niesprzyjającej pory roku, express relacji Stambul Triest Calais jest obłożony. Poirot rozgląda się czujnie po restauracyjnym wagonie, ja zacieram ręce, bo już widzę tę galeryjkę postaci, tych grzecznych stewardów i rozkapryszone matrony. Zaraz będą podawać herbatę z mlekiem w najlepszej porcelanie , ucieszyłam się. Tymczasem nie zdążył się jeszcze kelner pokazać, jak zaczynają się dialogi. Każdy paple co bądź, w końcu zjawia się jegomość, który chce zatrudnić Poirota. Twierdzi, że tylko on może uchronić go przed potencjalnym mordercą. Poirotowi jednak zleceniodawca nie przypada do gustu i odmawia przyjęcia sprawy. Kilkanaście godzin później dowiaduje się, że jego niedoszły klient został znaleziony martwy. Jest trup, zawiązuje się akcja, zaczynają się domysły i przesłuchania.

Orient 4
Wraz ze zbieranymi zeznaniami rośnie mój zawód. Bo okazuje się, że mam do czynienia nie tyle z książką, co skryptem sztuki. Cały tekst zamienia się w ciąg lekko jednostajnych dialogów. Pytanie : Co Pani robiła gdzie pani była, powtarza się co najmniej dwanaście razy, bo tyle mniej więcej osób podróżowało w wagonie z denatem. Faktycznie, nic tylko adaptować to na scenę, reżyserowi będzie łatwo, inscenizacja prosta, wypowiedzi krótkie, postaci sporo, więc wszyscy członkowie teatralnej trupy się załapią.
A czytelnik, cóż westchnie smętnie nad tą zimną literacką herbatą, do której nie dodano ani mleka, ani śmietanki ani nawet cukru.

mowa o:

Christie

podróżować jest bosko

imperium 3

-Mogłabym tam zostać. Znalazłabym sobie pracę.

-Jaką pracę? – zdumiał sie Archie.

Istotnie, w tamtych czasach brakowało posad dla kobiet. Kobiety były albo córkami na utrzymaniu rodziców, albo żonami na utrzymaniu mężów, albo wdowami żyjącymi z tego, co zostawili im w spadku mężowie bądź mogli zapewnić krewni. Pracowały jako damy do towarzystwa lub guwernantki. Miałam jednak odpowiedz na to pytanie.

-Zatrudniłabym się jako kredensowa. w zasadzie mogłoby mi się to nawet podobać.

Agatha Christie „Moja podróż po imperium” astr 33

imperium

Fajna ta Agatha była, nie ma dwóch zdań. Ciężko powiedzieć czy do tańca do różańca. Do pisania i podróżowania nadawała się świetnie na pewno. Uzmysłowiłam sobie to po raz kolejny, czytając niedawno zakupione wspomnienia Christie o jej wielkiej zagranicznej wędrówce. Choć to raczej kombinacja dziennika i listów do najbliższych z wojaży, jakie Agatha odbyła w wieku lat 32. Towarzyszyła wtedy mężowi w jego 10 miesięcznej podróży po świecie, której celem było zebranie materiałów do wystawy pokazującej świetność Brytyjskiego Imperium. Trasa wycieczki była zawiła i męcząca, zawierała odwiedziny w Afryce, Australii, Nowej Zelandii i Kanadzie. Na dodatek szefem wyprawy był człowiek początkowo czarujący, a w miarę upływu czasu dający się poznać jako sknera, gbur, awanturnik i nadęty bufon, niejaki Major Belcher.

Major Belcher
Naszą Agathę ratowała na szczęście energia i duże poczucie humoru, oraz niegasnący zapał do wszelkich towarzyskich imprez. Oprócz tego książka pokazuje, że Christie miała też talent do fotografii, jej zdjęcia zdobią niemal co druga stronę i są świetnym uzupełnieniem opowiadanych w listach i wspomnieniowych notkach historii.

plantacja trzciny cukrowej
Jedyne czego mi tutaj brak to trochę głębszego spojrzenia na kulturę i codzienność każdego ze zwiedzanych krajów. Z drugiej strony wydaje się jasne, że Agatha goniąc z jednego oficjalnego przyjęcia na drugie, przesiadując na herbatkach u brytyjskich pań z towarzystwa, zwiedzając wzorcowe farmy, plantacje i fabryki, jednym słowem realizując plan godny delegacji rządowej, nie miała tak naprawdę szansy podpatrzeć prawdziwego życia odwiedzanych krajów. Za to miała wiele okazji do zaobserwowania lokalnej brytyjskiej społeczności i z jej opisu bardzo dobrze się wywiązała.

delegacja w domu
Odmalowała też barwnie portrety współtowarzyszy podróży. Co okazało o tyle cenne, że później na ich podstawie stworzyła bohaterów jednego ze swoich wczesnych kryminałów, niejednokrotnie przeze mnie chwalonego Mężczyzny w brązowym garniturze. Nie kto inny tylko właśnie nieznośny Belcher stał się pierwowzorem sir Eustachego Peldera. Można też dopatrzyć się sporego podobieństwa pomiędzy sekretarzem Belchera, a asystentem barwnego arystokraty z kryminału. Nie mówiąc o młodzieńczym entuzjazmie głównej bohaterki opowieści, Anny Beddingfield, którą wnuk Christie bardzo trafnie identyfikuje z samą królową kryminału.

Agatha na Honolulu
Najzabawniejsza jednak dla mnie podczas czytania tej historii była wychylająca z każdej strony ironia losu. Oto skromna żona przy mężu, zawsze na szarym końcu znakomitej delegacji, jest obecnie znana niemal w każdym zakątku świata, w którym można znaleźć półkę mieszczącą kryminały. Tymczasem pozostali uczestnicy wyprawy, ci wszyscy nadęci i bardzo ważni panowie, pchający się na mównice i pierwsze strony gazet, zostaliby dawno zapomniani, gdyby ich nie skojarzono z osobą mało dla nich istotnej Agathy C.

mowa o:

podróż po Imperium

zbrodnia niedoskonała

przebiśniegi 1

Rozumie pan jednak, monsieur, ze człowiek czasami poświęca się zdobyciu jakiegoś celu, w pocie czoła dąży do zorganizowania sobie nowego trybu życia, łączącego odpoczynek i pracę, a potem mimo wszystko dochodzi do wniosku, że ciągnie go ku dawnym pełnym świetności czasom, ku dawnemu zajęciu, które tak bardzo chciał porzucić.

Agatha Christie „Zabójstwo Rogera Ackroyda”, Str 17

  Kolejny Poirot, tym razem na czas wiosennego osłabienia. Tutaj narrator był, na szczęcie, bystrzejszy. To doktor z małej mieściny, gdzie wszyscy znają wszystkich. Na dodatek ma siostrę, starą pannę, z którą mieszka i która uwielbia trzymać rękę na pulsie i być na bieżąco. Lubi też wszystkie lokalne ciekawostki z bratem omawiać, choć ten nie pali się do dyskusji. Wkrótce pojawia się temat, którego nie sposób uniknąć podczas żadnego towarzyskiego spotkania. W jednym z zamożnych domów popełniono morderstwo, a do stwierdzenia zgonu jest wezwany nasz lekarz narrator.

Oczywiście zaraz się okazuje, że sąsiadem pana doktora jest rozpoczynający hodowlę dyni Poirot. Słynny detektyw przerzuca jeden z nieudanych okazów przez płot i w ten sposób zawiera z lekarzem znajomość. Reszty łatwo się domyślić. Poirot szybko wraca do dawnej pasji i panowie spędzają razem mnóstwo czasu na próbach rozwikłania kryminalnej zagadki. Wokół kłębią się wydarzenia i domysły, a kolorów akcji dodają bystre uwagi lekarskiej siostry.

I wszystko było pięknie i końcówka byłaby pełna niespodzianek, gdyby nie jeden istotny szczegół. Otóż całkiem niedawno czytałam Mężczyznę w brązowym garniturze, za którego bardzo Christie chwaliłam. Niestety, okazało się, że nawet mistrzyni szła czasem na skróty i zastosowała w obydwu książkach ten sam trick. O czym się z wielkim niesmakiem przekonałam podczas czytania finału.

mowa o:

Agatha

teary torn and tired

Masz zamęt w głowie, co? Nie spiesz się mon ami, Jesteś wzburzony, podniecony. To zrozumiałe, naturalne. Uspokoiliśmy się trochę, więc teraz uporządkujmy fakty: ładnie, każdy na właściwym miejscu. Będziemy je badać, segregować, odrzucać. Istotne odłożymy na później, Te bez znaczenia … puf! ..-Poirot wykrzywił się pociesznie i dmuchnął. – Niech idą z wiatrem.

Agatha Christie „Tajemnicza historia w Styles”, str 30

Stało się coś strasznego: Zabili mi Poirota! Zaraz początkiem roku. A było to tak. Włączyłam kolejny odcinek ulubionego serialu. Było bardziej szaro i ponuro niż zwykle. Dech mi zaparło nie ukazanie tajemnicy, ale na widok zmarnowanego detektywa sunącego na wózku inwalidzkim. Jak to, Poirot już nie drypce? Jak sobie ze śledztwem poradzi? Jakoś mu poszło, ale nie bez konsekwencji. W finałowych klatkach filmu dramatycznie kona i nie jest to tylko wybieg dla zmylenia przeciwnika. Wykonawcą jego ostatniej woli zostaje Hastings, a Poirot na dobre znika. Szczerze mówiąc, autorka nieźle się na nim zemściła, bo sprokurowała mu dość smutny koniec. Tak smutny, że czułam, że muszę koniecznie się jakoś pocieszyć.

Lekarstwo było jedno: przeczytać wreszcie którąś z tak świetnie zekranizowanych, poirotowskich przygód. Do tej pory byłam wierną wielbicielką książkowej wersji Panny Marple, Małego Belga pozostawiając filmowi. Postanowiłam to zmienić i przy najbliższej wizycie w bibliotece wzięłam coś, co wyglądało na najstarszą z przygód słynnego detektywa.

Zaskoczeniem dla mnie było, że jej narratorem jest Hastings. Który, oględnie mówiąc, nie jest zbyt błyskotliwy. Zauważa i opisuje niewiele, raczej stroni od podawania zbędnych szczegółów i koncentruje się na samej śledczej akcji. I tu poczułam największy zawód.  Bo Hastings moim zdaniem podchodzi do sprawy zbyt po męsku. A raczej po wojskowemu. Nie patrzy na boki, dziarsko dąży do celu. Jest bardziej autorem kroniki policyjnej niż kryminału o szerokim tle obyczajowym. Nie daje opisów przydomowego ogródka, wolno sączonych herbatek czy plotek opowiedzianych przy kuchennym stole.

Nie ma tu wiele z tego, co u Christie najbardziej lubię. Oczywiście, jak to u Agathy, jest tajemnicze morderstwo, śmierć bogatej damy, na której skorzystać mogło wielu. Akcja dosyć szybko i zawile pomyka, ale to nie ten styl, nie ten smak, który znam z opowieści o Pannie Marple. Pozostało westchnąć jaka szkoda i dalej rozglądać się za mordercą.

mowa o:

w Styles 1

na szare dni

choinka 7

Tęskniłam do przygody, do wielkiej miłości, do romantycznych przeżyć, tymczasem skazana byłam na najbardziej prozaiczną egzystencję. Wypożyczalnia książek w naszej wiosce oferowała mnóstwo rozlatujących się na strzępy, tanich powieści. Ich lektura stanowiła dla mnie namiastkę prawdziwej miłości i prawdziwej przygody. Zasypiając marzyłam o silnych, małomównych Rodezyjczykach, o mężczyznach, którzy „Kładli swoich wrogów jednym ciosem”. W naszej wiosce nie było nikogo, kto chociażby wyglądał na zdolnego położyć swojego wroga , jeśli nie jednym, to nawet kilkoma ciosami.

Agatha Christie „Mężczyzna w brązowym garniturze”, Str 15

choinka 9

Posypały się resztki igeł z choinek, do następnego wolnego ponad sto dni, jednym słowem nastał czas poświątecznej smuty. Przetrwać go trzeba, musi się człowiek jakoś pocieszyć. A to nareszcie swobodnym  zjadaniem zwolnionych z roli świątecznych ozdób słodyczy, a to stosowną herbacianą mieszanką. I koniecznie właściwie dobraną lekturą. U mnie w takim czasie przymulenia najlepiej sprawdzają się kryminały. I nie żadne skandynawskie zbrodnie i fiordy, tylko klasyka gatunku. Czyli zawsze dobra Agatha.

Tym razem zrezygnowałam z zawsze przynoszącego pocieszenia towarzystwa Panny Marple, i zaczęłam czytać coś zupełnie nieznanego. Wyglądało mi to na starszawy kryminał mojej ukochanej autorki. Akcja rozgrywa się po zakończeniu pierwszej wojny światowej, a narratorką jest młoda dziewczyna. Ta świeżo dorosła panienka zostaje osierocona przez ojca, wybitnego i roztargnionego naukowca, który w wyniku swojej lekkomyślności nabawił się śmiertelnego w skutkach przeziębienia. Dziewczyna początkowo zostaje przygarnięta przez rodzinę znajomego prawnika, jednak szybko bierze los we własne ręce. Oto na stacji londyńskiego metra staje się świadkiem tragicznej śmierci dziwnie zachowującego się człowieka. Przypadkiem znajduje skrawek papieru, na którym denat zapisał tajemniczy adres. Nasza bohaterka jest ciekawska i na cztery nogi kuta, więc angażuje się w śledzenie dziwnej sprawy. W rezultacie odkrywa, że napis na znalezionej kartce oznacza nazwę statku, który odpływa w najbliższym czasie do Afryki. Bez namysłu kupuje za cały pozostawiony jej spadek bilet i udaje się w podróż w nieznane. Spotyka ją oczywiście mnóstwo przygód, które opowiada z humorem i swadą. Są tam lwy, miłość i diamenty, czyli to, czego dobrej akcji potrzeba.

Sama narratorka też jest niczego sobie. Ta trochę egzaltowana, ale też inteligentna i sprytna panienka była ani chybi starszą siostrą tak przez czytelników kryminałów uwielbianej Flawii de Luce. Dla równowagi jej ciut naiwne monologi są przerywane fragmentami pamiętników Sir Eustchego Pedlera, zblazowanego arystokraty, który nieustannie żali się na brak świętego spokoju i nadgorliwość swojego sekretarza. Jego opowieść przypominała mi stylem historie opisane przez Bertiego Woostera, pracodawcę wyśmienitego kamerdynera Jeevesa.

Myślę, że po takich porównaniach nie muszę udowadniać, że ta książka to świetny, pełen humoru, ciepła i żwawej akcji, kryminał. Namawiam gorąco, przekonajcie się sami.

Idealna na zimowego bluesa:

Christie

next to paeonies

Ostatnio musiałam sobie zapodać jeśli nie tea time to przynajmniej tea pause. A wszystko przez notkę Anny Marii o książce na temat urządzania staroświeckich fajfów. Jak to wygląda AM opisała tak dobrze, że mogę tylko odesłać do jej bloga. Na tle doniesień o tym co się obecnie w Albionie dzieje, można jeszcze bardziej zatęsknić za kojącym aromatem porządnie zaparzonej herbaty. Ręczę, że gdyby taka Pani Marple zamotała się w londyńskie rozruchy uliczne,  po dotarciu do St Mary Mead zdjęłaby kapelusz, umyła ręce i sięgnęła po imbryczek. Żeby utwierdzić się w tym przekonaniu złapałam za świeżo zakupiony kryminał Christie. A przedtem przygotowałam się należycie: wzięłam zaparzarkę, prawdziwą filiżankę i polski odpowiednik vintadzowych ciastek do herbaty, czyli leciutkie biszkopty z pomarańczowego pudelka.

Potem zabrałam się za tekst, wdychając jak najmocniej atmosferę starego angielskiego kryminału. Tutaj nawet morderstwo jest popełnione po ostatnim serwisie herbacianym w pociągu, dwie starsze panie planują rozwikłać zagadkę kryminalną po porządnej kolacji, a ich główna pomocnica, doskonała pomoc domowa, jest niedoszła matematyczką, która wolała wybrać karierę houskiperki od wątpliwie wynagradzanej posady naukowca. Kobieta ta zaskarbiła sobie zaufanie Pani Marple wprawnym upinaniem groszku w ogrodzie. No i proszę, nie doszłam jeszcze do 50 strony, a już spotkałam tyle retro smaczków. Nic dziwnego, że nie jestem w stanie zrozumieć tych, którzy twierdzą ze w kryminale najważniejszy jest suspens.

mowa  o: