Miesiąc: Wrzesień 2014

znów o Prouście

Proust 1

„Książki – powiada Balzak – których przedmiot jest całkiem fikcyjny, które się nie wiążą w bliższy lub dalszy sposób z żadną realnością, to są przeważnie książki martwe od urodzenia; podczas gdy te, które się wspierają na faktach zaobserwowanych, wziętych z rzeczywistego życia, dostępują zaszczytu długowieczności”.
Tadeusz Żeleński Boy „ Obiad literacki, Proust i jego świat”, str 177

To, że skończyłam czytać Prousta, nie oznacza, że się z Proustem rozstałam. Wręcz przeciwnie, teraz dopiero zacieram raczki, bo mogę sobie o nim dowoli poczytać. Bo już nie ma groźby, że w jakiejś biografii czy analizie opiszą mi całą akcję w Poszukiwaniu straconego czasu, albo przynajmniej najistotniejsze jej zwroty, psując mi na zapas wszystkie niespodzianki i smaki samodzielnego czytania. Teraz, kiedy siedem tomów skończyłam, nie mam się czego bać, mogę się tylko z rozkoszą zanurzać w kolejne dywagacje, domysły i odkrycia na temat cyklu.
Na pierwszy ogień poszedł najbardziej zasłużony proustolog, czyli Żeleński Boy. Jak facet tłumaczył to chyba wiedział co, jak i dlaczego, stwierdziłam, z zadowoleniem wyławiając z półki bibliotecznej ten tytuł. Najpierw, jako czytelniczka solidna, wzięłam się za czytanie opowieści o obiadach literackich, ale mnie nadmiar finezji i wiców znużył szybko. Poszłam więc w stronę Prousta i tam już zostałam. W salonach pań Marcelowi współczesnych, w rozważaniach o tym do kogo Proust jest podobny i czy do Balzaka na pewno i w anegdotach i plotkach na jego temat.
Są w tej książce rzeczy bezsprzecznie ciekawe dla każdego, kto Prousta choćby napoczął. Bo już po pierwszym tomie na pewno każdy będzie ciekawy, na ile prawdziwe są historie Prousta i jak tworzył swoje postaci. Można się tego dokładnie od Boya dowiedzieć i nawet więcej. Można dzięki Boywi zrozumieć jak to się stało, że dzieło ma tomów aż kilkanaście, choć początkowo liczyło tylko sześć. I przez Boya będzie się miało ochotę ponownie do Prousta sięgnąć, szepcąc sobie pod nosem, że chyba się sporo przy pierwszym czytaniu przeoczyło.

mowa o:

Proust 2

Reklamy

obrachunek z letniego czytania

Palma

Właśnie wczoraj wskoczył mi pod nogi pierwszy kasztan i tak znienacka musiałam uznać jesień za rozpoczętą. Trochę w niej jeszcze z lata, dzięki wciąż żwawym promieniom słońca łatwiej mi wrócić myślami do już prawie minionej pory roku. Wykorzystuje więc tę chwilę, by zrobić małe podsumowanie letniego czytania.

relax
O ile wakacyjne podróże poszły mi, wbrew oczekiwaniom, zgodnie z planem, to już czytanie nie. Po pierwsze miałam zająć się nowa Brydzią, która jednak okazała się, nomen omen, za ciężka na towarzyszkę podróży.
Mój rozsadek, czyli rezygnację z tachania samolotem półkilowego tomu, los wynagrodził sowicie. W trójnasób można wręcz powiedzieć, bo w drugiej części wakacji podsunął mi lekturę, w której była nie jedna, ale właśnie trzy Bridget. Mowa tu o wcześniej już przeze mnie wychwalanej Zbójeckiej narzeczonej, która opowiada o trzech paniach, właśnie w wieku obecnej Bridget. Maja podobne do niej lęki i obsesje, ale poparte większą erudycją i fantazją autorki. Zamiana wyszła mi więc na dobre, zupełnie jakbym w ramach obowiązującej poprawności politycznej, w miejsce rosyjskiego szampana zdecydowała się pić francuski.

uzdrowisko
Drugi z moich wakacyjnych planów też spalił na panewce. Bo rozochocona nowym Witkowskim postanowiłam sięgnąć do starszego i się sparzyłam. Lubiewo bez cenzury już na wstępie dostarczyło mi stresów związanych z okładką. Wzięłam książkę do zacnego kurortu, gdzie pan za rączkę spaceruje z panią (po deptaku i w białych spodniach) i szybciutko zdzierałam z książki obwolutę, żeby jej oczobijnym fallusem nie drażnić dostojnych przechodniów. Niestety trudniej mi było uporać się z tekstem, bardzo monotematycznym. Zabawnie było poczytać o gejowskich paradach wokół radzieckich jednostek wojskowych, ale kiedy wciąż po 50 stronach tekstu akcja nie przesuwała się powyżej pasa ani o milimetr, zaczęłam wymiękać. Dramatyczny opis „leczenia” homoseksualizmu rozżarzoną lokówką ostatecznie zmotywował mnie do porzucenia tej książki. Którą gorliwie podarowałam zaciekawionemu znajomemu.
Nie przeczytałam też Zająca o bursztynowych oczach, który jest za ładny na międlenie w walizce, Bralczyka, Miodka i Markowskiego, którzy wydali mi się za ambitni na letnie rozleniwienie, ani trzeciej części wspomnień Marai’a, w których opisy poczynań przedstawicieli tzw wyzwoleńczej armii okazały się zbyt deprymujące na czas kanikuły z pomrukami o wojnie.
I tak, zamknąwszy za sobą tę zieloną furtkę pod tytułem letnie lektury, idę rozejrzeć się za czymś do czytania na czas jesieni.

mowa o:

plaża 1

Pamela i starcy

muzeum zabawek 3

Pamela kiedyś opowiedziała im historię anioła, który przychodzi do wszystkich nowo narodzonych dzieci i wyjaśnia im znaczenie życia. Ale ciii!, nie wolno im nikomu tego zdradzić. Anioł kladzie palec na ustach dzieci, dlatego wszyscy mamy dołeczek nad górną wargą – to pozostałość po delikatnym dotknięciu palca anioła. 

Valerie Lawson To ona napisała Mary Poppins życie P.L.Travers,  str 358

Jasnowłosa i pucułowata P.L. Travers zupełnie nie przypominała swojej bohaterki, kostycznej Mary Poppins. Może i na szczęście, bo jako złotowłosa dziewoja znacznie łatwiej mogła stać się ulubienicą starszych i wpływowych panów, którzy tak bardzo lubili oglądać siebie w pełnych podziwu oczach młodych panien. I którzy mogli jej sporo pomóc w robieniu pisarskiej kariery.

muzeum zabawek 4

Tak naprawdę PJ Travers nie nazywała się ani Travers ani PJ, tylko Helen Lyndon Goff i nie była Brytyjką, tylko Australijką. Wychowywana przez ciotkę i matkę, w dzieciństwie z rozrzewnieniem wspominała ojca, a biografka chętnie rozszerzyła ten sentyment na mit o pragnieniu autorki uratowania ojca, i jego książkowego alter ego, pana Banksa, przez czarodziejską nianię Mary Poppins. Prawda była taka, że papę Goffa mogła ocalić tylko wszywka esperalu i stałe kontakty ze stowarzyszeniem AA. W XIX wieku nie miał jednak do nich dostępu i zmarł szybko i nieoczekiwanie. Odtąd Lyndon była pod opieką niezbyt odpowiedzialnej matki i rozsądnej ciotki Ellie, która użyczyła potem wielu cech charakteru wspaniałej niani.

muzeum zabawek
Lyndon była dzieckiem z wyobraźnią i wyrosła na pełną fantazji dziewczynę, której marzyła się kariera aktorska. Taka młodość to gratka dla każdego biografa, nie ma to jak żądna przygód bohaterka, która najpierw snuje się po objazdowych teatrzykach, a potem ni stad ni zowąd decyduje się pojechać na drugi kraniec świata, do Londynu. Tam Lyndon nadzwyczajnie dobrze sobie radzi, zaczynając pisać artykuły i wiersze. Z łatwością też zawiera znajomości ze sławami swojej epoki, z których najważniejszą jest irlandzki dziennikarz, polityk i myśliciel, George Wiliam Russell, w skrócie zwany AE.

muzeum zabawek 7

Ta postać zachwyciła nie tylko ówczesną Lyndon, ale i jej biografkę, która z takim zapałem opisuje jego losy, że w pewnym momencie Pamela (czytaj Lyndon) ginie gdzieś w tekście, a czytelnik musi rzucić okiem na okładkę, żeby się upewnić, czyją biografię tak naprawdę czyta. To się potem powtórzy nieraz, to zagubienie głównej bohaterki pod warstwami innych historii i analizami jej twórczości.

muzeum zabawek 6
W ten sposób biografia staje się zbiorem sprawnie opisanych faktów nie do końca na temat. Owszem, fajnie było prześledzić, jak z egzaltowanej poetessy powstała zdyscyplinowana stylistycznie pisarka. Jeszcze lepiej byłoby zastąpić parę z kilkudziesięciu stron opisujących relację Travers z AE opowieścią o jej związku z Marge Brunand, córką wieloletniego wydawcy słynnego Puncha. Darować sobie udowadnianie, jakoby Mary Poppins miała ratować nie Janeczkę i Michasia, ale pana Banksa. I dopowiedzieć, że choć współcześni Travers hippisi nie interesowali się Mary P., to być może sięgali po skręta dlatego, że tęsknili do czarów codzienności będących jej dziełem. I bezpowrotnie im zabranych wraz z dzieciństwem przez jej ulatującą do nieba postać.

mowa o:

Travers 1

skarb na każdej stronie

ród Ardenów

Nagle dzieciom wydało się,, jak gdyby gruchanie gołębi i szelest ich skrzydeł przeniknęły przez dach do pokoju i zewsząd je otoczyły. Odgłosy te stawały się coraz głośniejsze i bliższe, a różne części garderoby wywędrowały ze skrzyni i znalazły się na dzieciach. Oboje nie mieli pojęcia, jak to się stało-podobnie jak i wy nie wiecie-ale wydawało się, ze to właśnie gołębie gruchanie odegrało role pomocnych rąk, i już po chwili dzieci ubrane były w stroje, jakich nigdy w życiu nie nosiły. Elfryda miała na sobie długa do ziemi suknie, o wysokim stanie, z przeźroczystego muślinu w zielony deseń. Znikły jej brązowe trzewiki z szerokimi noskami i miała na nogach cieniutkie, płytkie pantofelki.
Edith Nesbit Ród Ardenów, str 68

Pamiętam, że była to jedna z moich ulubionych dziecięcych fantazji: znaleźć jakiś stary kufer ze strojami z dawnych epok, przebierać się w nie i tym sposobem podróżować w czasie. Tak jak bohaterowie Edith Nesbit z Rodu Ardenów. Znacie tę opowieść? To historia dwójki rodzeństwa, należącego do zubożałej angielskiej arystokracji, które szczęśliwym zrządzeniem losu przeprowadza się do podupadłego zamczyska należącego do wieków do ich rodu. Tam, błądząc po zapuszczonych salach i komnatach, dzieci znajdują tajemniczą skrzynię wypchaną starymi ubraniami z różnych epok. Dla zabawy zaczynają je przymierzać. Kiedy całkowicie przebrane opuszczają kryjówke aby znowu błądzić po zamku, wchodzą w zupełnie inna rzeczywistość, należące dla nich do historii lata, z których pochodzą właśnie nałożone stroje. W ten sposób zwiedzają epokę napoleońską, czasy Henryka Ósmego i przyczyniają się do wykrycia spisku prochowego. Przy okazji maja oczywiście mnóstwo niezwykłych przygód.

ród Ardenów 1

Mnie jednak najbardziej urzekały w tej opowieści nie wyczyny dzieci, ale cudowne przebieranki w których mogły uczestniczyć. Ach zamienić moje opadające i gryzące rajstopy na jedwabne pończoszki, ohydne juniorki na pantofelki, i paskudny skudlony sweter na ręcznie wyszywaną batystową sukienkę, to by dopiero była frajda (na gorset na szczęście byłam za mała).
I nie wiem czy to od tego momentu, bo wydaje mi się, że od zawsze, od kiedy zaczęłam błądzić wzrokiem po literach ze zrozumieniem, zwracałam uwagę na to, co i jak noszą moi literaccy bohaterowie. Często ciężko było mi zrozumieć o co chodziło, gdy autor wymieniał turniury, gipiury, kryzy i koronki. Nieraz potrzebowałam wyjaśnień jakiegoś obeznanego w temacie pomocnika. Z reguły trudno było go znaleźć.

fashion 1
Teraz wreszcie, po latach, udało się! I to z wielkim sukcesem. A było to tak. W moim mieście właśnie otwarto TK Maxxa, który dawno temu zaplusował u mnie sprzedażą po połowicznej cenie uroczych książek Angeli Adoree. Oczywiście byłam w sklepie w dniu otwarcia, W przeciwieństwie do większości kupujących, nie zajrzałam do stoisk z ciuchami, jednym tylko okiem rzuciłam na kosmetyki, zręcznie wyminęłam półki z butami i wylądowałam szybciutko w dziale gospodarczym. Tak naprawdę chciałam kupić foremki do Magdalenek, z wiadomych chyba wszystkim moim czytelnikom względów (Proust, pewnie że chodzi o Prousta). Niestety ich nie było, więc poszłam dalej do książek kucharskich i wyrobów papierniczych. A tam, wśród ksiąg pełnych przepisów kuchni wegetariańskiej, marokańskiej i całkiem klasycznie angielskiej, leżała sobie jak gdyby nigdy nic książka – przepustka do wszystkich epok mody. Wielka, biała, z cudownym tytułem fashion i szczelnie zafoliowana. Zaczęłam tę folię skubać, potem rozciągać, wreszcie zdzierać, zupełnie jakbym szarpała zasłonę zakrywającą wejście do innego, lepszego świata.
I faktycznie tak było! Kolorowo i odlotowo. Na każdej stronie mogłam obejrzeć barwne stroje z innej epoki, pokazane z detalami, opisane dokładnie. Po jakiego grzyba mi magdalenki, pomyślałam od razu, tylko kuchnie zapaćkam niepotrzebnie, a ciastka i tak nie wiadomo czy wyjdą. Teraz mogę zawitać w czasach Prousta w znacznie łatwiejszy i przyjemniejszy sposób. Wystarczy otworzyć ten wspaniały album na początku 20 wieku i przyjrzeć się strojom epoki.
W takim kubraczku pewnie Marcel biegał na swoje przyjęcia:

fashion 2
W którejś z tych sukni mogła paradować Księżna Oriana:

fashion 3
Rozochocona wędrowałam dalej. O proszę, pewnie w czymś takim musiała chodzić Anda w Godzinie Pąsowej Róży, kiedy nagle przeniosła się w czasy Ciotki Eleonory:

 fashion 7

A teraz skok do najbardziej rozrywkowej ery, szalonej epoki jazzu. Tutaj zaczynam się zastanawiać, czy taki strój pasowałby do Gatsbiego:

  fashion 8

I czy może Daisy swingowała w tej lub podobnej sukience:

fashion 4

Mogę zawędrować i w dawniejsze wieki, na przykład sprawdzić w czym na co dzień biegali, a może raczej kroczyli, rycerze Okrągłego Stołu:

fashion

Tak mniej więcej wygląda mój niezwykły bilet w mody wszystkich czasów. Książka, którą nie waham się nazwać najlepszym zakupem tego, prawie minionego, lata.

 mowa o:

fashion

gratulacje przyjmuję od zaraz

Proust 1

Godzina nie tylko jest godziną, to naczynie wypełnione zapachami, dźwiękami, zamierzeniami, zmiennością aury. To, co zwiemy rzeczywistością, stanowi, pewną więź miedzy tymi wrażeniami, które otaczają nas jednocześnie.

 Marcel Proust W poszukiwaniu Straconego Czasu, tom 7, Czas Odnaleziony, str 205

Zabierałam się do tego przedsięwzięcia od jakiegoś czasu, aż wreszcie teraz, kiedy przyroda kończy pewien cykl, stwierdziłam, że nadszedł właściwy moment do dokonania finale grande moich działań. Kloniki na balkonie jesienniały spokojnie, kiedy sięgnęłam po siódmy tom Prousta. Kolory na liściach drzewek powoli przewracały się z zielonych w czerwone, moja ręka obracała stronę za stroną. Dookoła snuły się płatki pelargonii, pierwsze zeschłe liście. Gdzieś w rogu, pod kupka zeschłych roślin, zaczynała wiercić się melancholia.
Przy takim akompaniamencie, proustowiałam, a może prouściałam, stopniowo i nie bez męki.

Porust 3
Udręk dostarczyła mi zwłaszcza pierwsza cześć ostatniego tomu, w której trwa pierwsza wojna. Po Paryżu snują się eleganci w mundurach wojskowych, salony wciąż działają, chociaż ciszej i w bardziej przymglonym świetle. Zmienia się też tematyka rozmów, na niedorzeczne dywagacje na tematy zbrojeniowe i taktyki walki. Może to być ciekawe dla kogoś, kto interesuje się historią tamtej wojny. Niestety do kręgu fascynatów tej epoki nie należę, dlatego namęczyłam się nieźle, zanim dotarłam do drugiej, najistotniejszej, części tomu.
To w ostatniej części siódmego tomu dochodzi do kulminacji wszystkich wątków, zasklepienia wielu opowieści i podsumowujących refleksji.
Wojna się skończyła, bohater zjawia się na kolejnym balu, w świetnym salonie i w oczekiwaniu spotkań dawno niewidzianych gości. W miarę przemierzanych pokoi i odbytych rozmów utwierdza się w przekonaniu, że bierze udział w przedziwnej maskaradzie, pełnej przebierańców i cieni. Tyle, że sami uczestnicy nie zdają sobie sprawy z tego, że noszą na twarzach maski, że ktoś szyderczo pozamieniał w karykatury ich ciała. To czas, odkrywa wreszcie narrator, to czas jest autorem tej często przerażającej przemiany, tych cudacznych przebrań. Nie ma co liczyć na to, że uczestnikom imprezy uda się je zrzucić i przybrać dawne postaci. Mogą to zrobić tylko w jednym miejscu: pamięci narratora.

Proust 2
To on zgromadził w sobie cala przeszłość, to on trzyma w zanadrzu tę wielką czarodziejską moc, jaką jest przywoływanie wspomnień. Stał się cennym pojemnikiem, mieszczącym w sobie wszystko, co minęło. Czy uda mu się to zachować? Jedynym sposobem byłoby skrupulatnie wszystko zapisać, podjąć heroiczne wyzwanie uchronienia tego, co już bezpowrotnie minęło, przed całkowitym zniknięciem. Pytanie tylko, czy narrator temu podoła.
Smutny jest koniec tej wielkiej opowieści, nasycony obawami umierającego autora przed niemożnością wykonania dzieła. Świadomość słabnących sił, ulatującej nadziei, i przekonanie, że pozostały już tylko wspomnienia, wypełniają jej ostatnie strony. Ale też i wola dokonania misji wobec siebie, współczesnych, wobec czasu. Którą, jak wiemy, mimo wszystko udało się autorowi dopełnić.

mowa o:

Proust

oriental killing

tea ina cup

Powiem panu prawdę, panie Poirot. Nie darzyłem go ani sympatią ani zaufaniem. Nie mam wątpliwości, że był okrutnym i niebezpiecznym człowiekiem. Musze jednak przyznać, ze nie potrafię tej opinii poprzeć żadnym dowodem.

Agatha Christie „Morderstwo w Orient Expressie”, str 60

Przyznaję, kupiłam tę książkę, bo była tanio. A poza tym mam słabość do pociągów i Agathy Christie. Na punkcie Orient Expressów mam już całkowitego hopla, i taka staroświecka podróż marzy mi się od mniej więcej dziesiątego roku życia. Nieważne dokąd, ale czym, a właściwie w jakich warunkach. Batystowa pościel, srebrne imbryczki do herbaty i pluszowe obicia kanap, to mnie kusi najbardziej, i jeszcze możliwość podziwiania zmiennych krajobrazów z bezpiecznego kącika przy oknie.

Orient
No i dlatego pobiegłam za Poirotem na stację i wśliznęłam się do ostatniego wolnego przedziału. Dziwna rzecz, mimo niesprzyjającej pory roku, express relacji Stambul Triest Calais jest obłożony. Poirot rozgląda się czujnie po restauracyjnym wagonie, ja zacieram ręce, bo już widzę tę galeryjkę postaci, tych grzecznych stewardów i rozkapryszone matrony. Zaraz będą podawać herbatę z mlekiem w najlepszej porcelanie , ucieszyłam się. Tymczasem nie zdążył się jeszcze kelner pokazać, jak zaczynają się dialogi. Każdy paple co bądź, w końcu zjawia się jegomość, który chce zatrudnić Poirota. Twierdzi, że tylko on może uchronić go przed potencjalnym mordercą. Poirotowi jednak zleceniodawca nie przypada do gustu i odmawia przyjęcia sprawy. Kilkanaście godzin później dowiaduje się, że jego niedoszły klient został znaleziony martwy. Jest trup, zawiązuje się akcja, zaczynają się domysły i przesłuchania.

Orient 4
Wraz ze zbieranymi zeznaniami rośnie mój zawód. Bo okazuje się, że mam do czynienia nie tyle z książką, co skryptem sztuki. Cały tekst zamienia się w ciąg lekko jednostajnych dialogów. Pytanie : Co Pani robiła gdzie pani była, powtarza się co najmniej dwanaście razy, bo tyle mniej więcej osób podróżowało w wagonie z denatem. Faktycznie, nic tylko adaptować to na scenę, reżyserowi będzie łatwo, inscenizacja prosta, wypowiedzi krótkie, postaci sporo, więc wszyscy członkowie teatralnej trupy się załapią.
A czytelnik, cóż westchnie smętnie nad tą zimną literacką herbatą, do której nie dodano ani mleka, ani śmietanki ani nawet cukru.

mowa o:

Christie