apatia po amerykańsku

tajemniczy

Byłam w domu. Ściany sieni pokrywała tapeta w zielono-niebieskie pasy i listwy pozłacanego drewna. Schody były obdarte z wykładziny, bo poprzedniego lata wysiadł mi odkurzacz. Ciemności tuszowały fakt, że wszystko jest przykryte grubą warstwą kurzu. Żarówki w sieni i w salonie dawno się poprzepalały. Co pewien czas zbierałam na górze ze schodów puszki i butelki mojego ojca, porozrzucane gazety, które czytał – albo udawał, że czyta; zrzucałam gazety znad balustrady, płachta za płachtą, obserwując jak szybują w dół, do sieni.

Ottessa Moshfegh „Byłam Eileen”, Str 47

Nie pamiętam kiedy ostatnio miałam ochotę wziąć bohaterkę czytanej książki za oszewkę, potrząsnąć i wsadzić jej do ręki ścierkę, cifa i mopa. Bo tytułowa Eileen to niebywała fleja. Jednak to jeden z mniejszych jej problemów. Większych ma całe mnóstwo: pijący ojciec, żałoba po matce, brak kontaktów z siostrą, dysfunkcje żywieniowe, pociąg do alkoholu, skrywane emocje i kompleksy. Po prostu pomyślcie, jaki może mieć problem młoda dziewczyna i Eillen będzie go miała na pewno. Ostatnio najpewniej była szczęśliwa w łonie matki, bo na te czasy nie narzeka. Potem, gdy pojawiła się na świecie, miała non stop pod górkę. Rodzice bardziej kochali ładną siostrę, ona sama miała krzywe zęby, grube uda i na dodatek kazali jej sprzątać. W miarę upływu lat było coraz gorzej.

W momencie akcji powieści Eileen ma 24 lata, mizerny wygląd i tkwi w zapuszczonym domu z na pół obłąkanym ojcem. Od smutnego rodzinnego życie nie może odetchnąć nawet w pracy. Jest sekretarką w poprawczaku dla chłopców, więc rzecz jasna i tam atmosfera jest niewesoła. Pewna iskierkę nadziei niesie fakt, że historia Eileen jest opowiadana przez nią samą siedemdziesięcioletnią. Od czasu do czasu narratorce wymknie się uwaga, jaka za młodu była głupia i jak barwnie potoczyły się jej losy, kiedy opuściła już rodzinne strony. Wiedziony tymi słowami otuchy czytelnik żwawo brnie przez kolejne strony, wyczytuje o niedolach Eileen, cały czas mając nadzieję, że za chwilę nastąpi przełom i życie bohaterki jeśli nie stanie się lepsze, to przynajmniej bardziej ciekawe.

Niestety, tutaj czeka nas zawód. Bo cała opowieść Eileen ciągnie się, wypełniona ponurymi i często niesmacznymi szczegółami (opisy trudnych wypróżnień nie są jedynymi obrzydliwymi fragmentami książki), doprowadzając historię tylko do momentu przełomu. Nie dane jest nam poznać jej dalszego życia, choć niewątpliwie było bardziej atrakcyjne niż to sprzed wyjazdu. Książka więc nie spełnia obietnicy, nie pozwala na towarzyszenie bohaterce wtedy, kiedy naprawdę byłoby warto. Stanowi za to przygnębiającą lekturę o chronicznym stanie depresji. Nie znaczy to jednak, że (jak wspominają gazetowe recenzje) ma te walory, co Szklany Klosz Sylvii Plath. Protagonistce brak błyskotliwości i inteligencji tamtej bohaterki. Na korzyść Eileen mogę jedynie dodać, że potrafi żwawo opowiadać, posługując się sprawnie językiem. Jednak to za mało, bym mogła ja polubić.

dyskomfort czytania gwarantowany:

Eileen

upiory w Breslau mają się dobrze

mroczno 2

Prawie wypadła z wanny próbując się z niej wydostać, przy wycieraniu zrobiła kilka efektownych piruetów, wkładając piżamę, tradycyjnie wpakowała obydwie nogi do tej samej nogawki i o mało nie rozstała się przy tym z częścią uzębienia, ale koniec końców wypadła z łazienki mniej więcej sucha i ubrana, po czym zbiegła na parter.

 Marta Kisiel Nomen Omen,  str 148

Trochę jak zupka chińska po kawiorze. Badziew fantastyczny po dostojnym Maraiu. Taką sobie zafundowałam czytelnicza dietę, i czekam na pierwsze objawy niestrawności. Na razie jakoś nie czuję. Może dlatego, że badziew był wyjątkowo świeży i nieźle przy fabule trzymał.

No i jeszcze w moje narzekania trafił, na temat braku powieści o strachach rodzimych. Tymczasem proszę, mamy horror z polskim Wrocławiem w tle. Byłoby pewnie lepiej, gdyby całość bardziej przystawała do wymogów gatunku. I została napisana stylem mniej krotochwilnym. Cóż, kiedy autorka jest niestrudzoną wielbicielką Lesia, i za wszelką cenę chce oddać mu cześć i styl jego naśladować. Tymczasem Lesia nie cierpię, jego gapowatość zupełnie mnie nie śmieszy i nie pamiętam nawet, czy do końca czytanie tej Chmielewskiej zdzierżyłam. A tu mi pani Marta zapodała bohaterkę która ma być damską wersją nieznośnego Lesia.

Salka, dziewczę wielkie, rude i bezwiednie seksowne, co rusz się o coś obija, przewraca i brudzi. Żeby było jeszcze zabawniej, każde jej potknięcie jest opisane przy pomocy wymyślnych przenośni i hiperboli. Jak dla mnie wyszedł z tego narracyjny koszmar. Z dialogami było trochę lepiej, zwłaszcza w wydaniu Niedasia, młodszego brata i przyczyny wielu nieszczęść heroiny Salki.

Sam suspens uznać można za pomysłowy. Historia panny wiejącej  przed dziwaczną rodzinką prosto w pielesze jeszcze dziwaczniejszego domostwa, prowadzanego przez duet szalonych staruszek i papugę, potrafi zainteresować. Zwłaszcza jak się do tego domiesza trochę mitów, gusłów i historii. Niestety, w środku nieźle rozpędzona akcja ciut siada, a wykład  na temat topografii Wrocławia wręcz nuży. Trzeba to jednak przetrwać, by dalej rzucić się w pogoń za miłością, złowieszczym zombim i sensem. Ten ostatni znaleźć tutaj najtrudniej, a to przez wspomniane stylistyczne zachaszczenie.

Na szczęście są w książce fragmenty świadczące o tym, że autorka pisać normalnie czyli lepiej, umie. Może się z czasem przestawi na takie  bezwysiłkowe i mniej śmiechliwe pisanie. Co byłoby działaniem na korzyść i czytelników i kolejnej książki.

mowa o:

z papugą

pod zasmarkanym aniołem

domostwo

Cały wyblakł, calusieńki, od lakierków po pukle. W świetle dnia to go już teraz w ogóle nie widać, alleluja. A nocą to tak tylko ociupinkę. Biedaczek, tyle czasu czekał, że prawie całkiem się uduchowił…Raz to się nawet zgubił we mgle, ledwo go znaleźliśmy

-czekaj, czekaj, bo nie nadążam. To czym…kim jest ten panicz?

-No jak to kim, alleluja? Widmem.

Marta Kisiel „Dożywocie”, Str 33

Końcówkę roku sprawiłam sobie wyjątkowo lekką czytelniczo. Najpierw całe święta zajmowałam się czytaniem wielkiej baśni. Potem, na czas biurowego między wolnym trwania postarałam się znaleźć coś, co by nie obciążyło moich przyprószonych niedospaniem i obżarstwem myśli. Na szczęście tuz przed Świętami udało mi się zaopatrzyć w idealnie odpowiadającą tej potrzebie (podpowiedzianą przez Bazyla) lekturę. Już sama okładka zapowiadała, że nie należy jej brać zbyt poważnie. Rzeczywiście. Historia miastowego kawalera dziedziczącego stara willę z aniołem, gadatliwym duchem i kucharzącą ośmiornicą, skomplikowana raczej nie jest. Można by nawet pokusić się o stwierdzenie, że jest sympatyczna, jak różowe bamboszki na stopach rzeczonego aniołka. Gdyby nie to, że na podobieństwo tychże bamboszków, przybranych jeszcze dwoma pstrokatymi kwiatkami, przyozdobiono ją zbyt obficie.

Autorka najwyraźniej bardzo chciała pokazać, że ma strasznie duże poczucie humoru. No i przedobrzyła. Napchała w tekst mnóstwo pseudozabawnych powiedzonek, przenośni, tasiemcowych akrobacji słownych. Myślom bohatera karze galopować jak stadom mustangów po prerii, a nastraszony tego rodzaju odnośnikami czytelnik zaczyna w końcu gnać przez kolejne strony, by uniknąć stratowania przez tabuny innych pisarskich uniesień. Całe szczęście zawsze może odsapnąć przy boku pyzatego anioła lub doznać wsparcia ze strony jednej z macek spiżarnianego monstrum, serwującego wszystkim frykasy własnego wyrobu. I tylko chciałoby się na koniec podszepnąć autorce, żeby od depilującego skrzydła aniołka pożyczyła pęsetki i wzorem swojego bohatera wyskubała z tekstu to, co może wzbudzić alergię u co bardziej wrażliwego czytelnika.

mowa o:

dozywocie 3

zmyślając wspomnienia

To bardzo proste, ledwie dopadną cię czarne myśli, musisz powtarzać najszybciej jak potrafisz „trzydzieści trzy żaby w żabotach żwawo szyją szuby z rzeszota”. Tylko uważaj, jak wymawiasz. Nie wolno się pomylić! Zobaczysz, to niezawodne.

Roland Topor Pamiętnik starego pierdoły, Str 150

Jeżeli wiecie, że Modigliani to nie model mercedesa. Jeżeli mrówki kojarzycie z Dalim, a białe gołąbki z Picassem. Jeżeli uwielbiacie Opowieści o artystów nad absyntem rozmowach. To ta książka jest dla was. Będziecie mieć niezłą frajdę doszukując się aluzji do znanych i wysoko na aukcjach wycenianych twórców. Bez trudu rozpoznacie pastisze, podśmiewki i anegdotki. Oto mistrz pure nonsensu postanowił stworzyć jedyną w swoim rodzaju opowieść o życiu artysty wszech czasów.

Jest to wzorowana m.in. na pamiętnikach Dalego historia pełna niesamowitych zmyśleń na temat tego, jak wyglądać mogłoby długie życie twórcy który spotkał Wszystkich Najważniejszych zeszłego stulecia. Czyli nie lada gratka służąca zaspokojeniu apetytów szukających dalszych wrażeń fanów O północy w Paryżu. Na dodatek przewodnikiem jest tu nie zakompleksiony Amerykanin, a świadomy swoich talentów i zdolności Mistrz. Który wzbudził zainteresowanie u Loutreca, zazdrość u Degasa i chętkę na magdalenki u Prousta. Opis jego burzliwych dziejów zawarty w tej niewielkiej książeczce dostarczy sympatycznej zabawy każdemu, kto poszukuje tematów do snów o urokach minionych epok.

mowa o:

Julie chce się zabić

muzeum” było jednym z pierwszych słów, które wypowiedziałam, tylko z jakiegoś powodu zamiast muzeum mówiłam muleum. Zanim nauczyłam się poprawnie mówić, zwiedziłam Muleum Prado, British Muleum, Muleum of Modern Art., Steedljik Muelum i Muleum van Gogha, Muleum Wazy, Muleum Picassa i Luwr i wiele innych muleów. Reszta rodziny przejęła to słowo i od tamtej pory nigdy nie mówiliśmy muzeum, chyba, że w pobliżu znajdowała się osoba niewtajemniczona. Teraz tylko ja mówię muleum i rozumiem  co to słowo znaczy.

Erlend Loe Muleum, Str 127

Hasło, że żaden człowiek nie jest samotną wyspą to bzdura. Sam jego propagator złożył najbardziej dosadną krytykę tej wypowiedzi, kończąc swoje życie tak, a nie inaczej. Człowiek jest samotną wyspą, ale czasem wyspy tworzą archipelagi, które mają własny język, kulturę i tradycje. Te archipelagi nazywają się rodziną. Żyje się tam jak w małym, autonomicznym państewku, a jak się dobrze trafi, to ma się rządy liberalno demokratyczne.

Bohaterka ostatnio wydanej książki Erland’a Loe (tego od Dopplera) trafiła świetnie. Należała do rodziny zacnej, zamożnej i wspierającej. Cóż, kiedy to wszystko może zaliczyć do wspomnień. Jej najbliżsi giną w katastrofie lotniczej. Julie zostaje sama, staje się emocjonalnym bezpaństwowcem. Traci swój mały bezpieczny krąg kulturowy. Jedynym wyjściem wydaje się ostateczne rozwiązanie, dające iluzoryczne wrażenie możliwości dołączenia do bliskich. Kłopot w tym, że w dobie piecyków elektrycznych i wątłych sznurów popełnienie samobójstwa nie można uznać za łatwiznę. Narratorka opowieści musi wiec dokonać wielu poszukiwań, zanim znajdzie sposób, jej zdaniem, idealny.

Loe po raz kolejny stosuje schemat odszczepieńca, który nie przyjmuje oferty złożonej przez współczesność i decyduje się na alternatywne rozwiązanie. W Dopplerze zmęczony ojciec rodziny ucieka do lasu, gdzie jego najlepszym przyjacielem zostaje młody łoś. W Muleum młoda dziewczyna, zniechęcona do rzeczywistości, próbuje uciec na drugą stronę życia. Jej wiernym łosiem zostaje Krzysztof, młody i pracowity kafelkarz z Polski.

W obydwu tytułach występują wiec podobne motywy,  ale o ile Dopplera można nazwać książką świeżą i błyskotliwą, to Muleum da się określić co najwyżej jako nieźle opowiedzianą historyjkę z happy endem. Choć i tutaj znajdziemy potoczysty i zawadiacki styl narracji Dopplera, to jednak wypowiedziom brak oryginalności, a postaci bohaterki wiarygodności. Osiemnastoletnia dziewczyna z duża kasą, która w ogóle nie zwraca uwagi na stroje i gadżeciki, za to fascynuje się łyżwiarstwem szybkim, ejże, pani autor, czy nie pasuje to bardziej do chłopca? Dlaczego wiec to nie podrostek został bohaterem tej dykteryjki, skąd chybiony, jak się okazało, pomysł, by czterdziestoletni facet wczuwał się w rolę nastolatki? Po prostu inaczej nie byłoby możliwe dokonanie zakończenia tej historii w taki a nie inny sposób. Zakończenia, którego nie zdradzę, ale które określę jako nudne, sztampowe i będące ostatecznym przyczynkiem do wrzucenia tej książki do szufladki pt bez rewelacji.

mowa o:

cytadela

A najdziwniejsze jest to, że pamiętam to z mojej kryjówki w roku 1968. Z mojej wieży obserwacyjnej, z mojego wagonu krwawiącego metra, z mojego bezkresnego dnia deszczu. Z ubikacji na czwartym piętrze wydziału filologicznego, mojej kabiny czasu, z której mogę obserwować wszystkie czasy, gdzie pojawia się Auxilio Lacouture, których nie ma wiele, ale jednak są.

Roberto Bolano „Amulet”, Str 43, 44

 Kto by pomyślał, że w takiej niewielkiej książeczce znajdę mocną kondensację wszystkiego, czego nie cierpię w tzw literaturze iberoamerykańskiej. A jednak! Począwszy od rozhisteryzowanej narratorki o artystycznych ambicjach i kwiecistym sposobie wypowiadania się, po zawsze smutnych i tragicznych poetów, którym rzeczywistość dogryza a to nudą, a to poślednimi gangsterami z półświatka, miałam tu każdy element nieznośnego dla mnie stylu napakowanego emocjami południowca.

Lektura miała być uzupełnieniem Dzikich Detektywów, gdzie w pewnym momencie opisana jest przygoda Auxilio Lacouture, sprzątaczki, wagabundki i miłośniczki artystów, która przypadkiem zostaje uwięziona w damskiej ubikacji meksykańskiego uniwersytetu podczas studenckich zamieszek w roku 1968. Gdy wojsko szturmuje sale wykładowe, Auxilio siedzi na kibelku i dochodzi do wniosku,  że gdyby tak została złapana, to grozi jej zguba nielegalnego emigranta, czyli deportacja do ojczystego Urugwaju. Decyduje wiec, że nie wyjawi swojej obecności i będzie tkwiła na stanowisku, dopóki cała impreza się nie skończy. W takiej sytuacji jedyną rozrywką staje się dla niej czytanie tomiku poezji, który ma przy sobie i snucie wspomnień zarówno z przyszłości jak i z przeszłości. Chociaż snucie nie jest tu dobrym określeniem. One je z siebie wyszarpuje, umoczone śliną i łzami, rozdęte patosem do granic możliwości, do kresu wytrzymałości rozpalonej wyobraźni. Przekroczenie ulicy Miasta Meksyk w wykonaniu Auxulio to czyn na miarę przejścia Narodu Wybranego przez Morze Czerwone, ścieranie półek z kurzu przez Auxulio to gest walki ginących pod Guernicą, muśniecie ręką białych kafelków łazienki przez Auxilio to dotyk zmieniający świat w krainę lodu.

Tak to wygląda, takie opowieści bohaterka plecie, trzęsąc się z zimna w pustej toalecie meksykańskiego uniwersytetu. Mnie też zaczęły opanowywać drgania, ale nie ekscytacji, tylko złości. No bo ile tak można? Okazało się, że tylko 126 stron. Jak dla mnie o sto za dużo. 

mowa o:

 

dlaczego Muminek miał ciepłe łapki w zimie

Muminek uspokoił się, zapomniał o śladzie i szedł wolno naprzód, nie spuszczając oczu ze światła. Wreszcie przyszedł tak blisko, ze zobaczył, iż była to zupełnie zwykła stearynowa świeca mocno wetknięta w śnieg. Wokół niej stało cos, co wyglądało jak mały spiczasty domek zbudowany ze śnieżnych kul, które przeświecały słabym pomarańczowożółtym blaskiem, niby abażur na nocnej lampce w domu Muminków.

Po drugiej stronie tej lampy ktoś zakopał się w wygodnym dołku w sniegu i leżał, patrząc na poważne zimowe niebo i pogwizdując cicho.

 Tove Jansson „Zima  w Dolinie Muminków”, str 25

 

Tak Muminek spotkał Too-tiki i zakończył swoją wędrówkę przez mroczny las. Kilkadziesiąt godzin wcześniej niespodziewanie obudził się z zimowego snu i wszedł w zupełnie nieznany mu świat zasypanej śniegiem i skutej lodem Doliny. Wszystko jest obce, inne i na dodatek nie ma się z kim w tej obcości odnaleźć. Włóczykij wyruszył na coroczną wędrówkę, cała rodzina, łącznie z Mamą, jest pogrążona w głębokim śnie i nic nie jest w stanie jej obudzić. Dom jest cichy i pogrążony w mroku, ogród, rzeka i pomost nie do poznania, i Muminka w końcu ogarnia samotność i przerażenie. Ale odkąd poznaje Too-tiki, jego strach staje się mniejszy. Too-tiki stąpa twardo po ziemi, bierze rzeczy jakimi są i nie bawi się w sentymenty. Mimo pewnego podobieństwa do Małej Mi, nie jest egoistką jak ona, potrafi zadbać i o niewidzialne myszy i zwariowaną wiewiórkę (w tym przypadku z miernym rezultatem ;)). Choć nie wykazuje się zrozumieniem muminkowych tęsknot za latem, dzięki swojej rzeczowości i spokojowi stanowi dla niego najlepsze oparcie w czasie, gdy nie może on liczyć na rodzinę i starych przyjaciół.

  

Dlaczego o tym wszystkim piszę? Bo niedawno przekonałam się, że Too-tiki istniała naprawdę. W rzeczywistości nazywała się Tuulikki Pietila, była graficzką, entuzjastyczną fotografką, wielbicielką westernów i podróży. Spędziła z Tove Jansson 40 lat, dzieląc z nią życie i na małej skalistej wyspie i w Helsinkach.

Tego wszystkiego dowiedziałam się nie z samej książki, a ze wstępu do niej. W ten sposób mogłam mniej więcej zidentyfikować występującą w opowiadaniach Mari jako Tove, a Jonne jako jej przyjaciółkę. Kiedy już połapałam się who is who, mogłam bez przeszkód wczytywać się w misterne, poprowadzone delikatną, lecz pewną ręką opowieści Tove. Większość z nich dotyczy wydarzeń dnia codziennego, takich jak przewieszanie obrazków, czy nagrywanie kaset wideo. Każda z nich jest jak przypowieść buddyjskiego mnicha, kryje w sobie drugie dno, głębszą prawdę o przyjaźni i byciu razem. W pierwszym opowiadaniu Jonna zmienia układ obrazów na ścianie Mari, dzięki czemu może ona je zobaczyć w zupełnie inny sposób. W innym historia zaczyna się od opisu  strychu, który dzieli mieszkania przyjaciółek od siebie, tak, że każda przed spotkaniem musi samotnie przejść niewielką odległość je dzielącą. Pokazać jak zobaczyć rzeczywistość pod innym kątem, zostawić sobie trochę przestrzeni, dać się wygadać, wybaczyć, a potem docenić inność, czy nie na tym właśnie polega przyjaźń? Na wspólnym przeżywaniu tego i owego oczywiście też, ale nie wyłącznie. O tym wszystkim bardzo klarownie mówi Tove, posługując się czystym, prostym językiem tak, jak to tylko ona potrafi.

mowa o:

in the forests of the night

 

Kiedy wieczorem mówię głośno do siebie w bibliotece, wokół gęstnieje mrok. Parkiet zaczyna poruszać się niespokojnie, a chłodne powietrze jak wspomnienia przepływa od zamkniętych wschodnich okien ku zachodnim. Potem zaczynam czuć w uszach szum. Gdy wszelkie niewidzialne gołym okiem moce znajdują wspólny nurt, nie musze już nic więcej robić. Choć siły mam tyle co nic, daje się ponieść temu wartkiemu nurtowi i czytam, jakbym płynęła z biegiem rzeki.

Yoko Tawada „Fruwająca dusza”, Str 170

  To się nazywa odlot! Nic tu nie jest rzeczywiste. Wchodzi się w zaczarowany las i na tym koniec, żegnaj się czytelniku z nadzieją, że coś pojmiesz, albo chociaż podążysz za logiką. Nie ma tak dobrze. Zmyślenie przekształca się w zmyślenie, przedziwne związki słów i wątki opowieści raz wydają się totalnym absurdem raz przypowiastkami ponowoczesnego zen, a czasem studium relacji mistrz-uczeń.   

Wielkim błędem jest czytać tę książkę szybko, w tłoku, w tramwaju czy nawet na kanapie. Trzeba się do niej przygotować jak do medytacji. Trzeba pozamiatać sobie w głowie i pozbyć siły się ciążenia. Dlatego najlepiej mi się ją czytało wieczorem, w wannie, gdy dzięki przelewającej się na podłogę kąpieli zyskiwałam zaawansowany stan nieważkości. Przy okazji mogłam obserwować wzory pieprzyków na moich nogach, sprawdzając, czy nie układają się jak te na udzie bohaterki, w kształt tygrysa. Dla Risui był to znak, że powinna podążyć do ukrytej w leśnym gąszczu szkoły, by zgłębiać pismo Księgi pod okiem charyzmatycznej Kikyo i w towarzystwie dziwacznych koleżanek. Kiedy dociera na miejsce, okazuje się, że dziewczęta nie robią tam nic, poza chodzeniem na wykłady, czytaniem i prowadzeniem rozmów. Ich myśli to przemieniają się w złocistego karpia, to toną wraz z blaskiem księżyca w jeziorze. Japońskie znaki na papierze przybierają postacie ludzkie, sny stają się istotniejsze od jawy. Czytający idzie z prądem opowieści, biegnie wzrokiem za zdaniami, za znikającym za brzegiem strony sensem. Po pewnym czasie orientuje się, że go nie pochwyci, że pozostaje mu tylko cieszyć się tym, co mija po drodze. Liczy się nie to, by złapać tygrysa ale by gonić go, bez utraty tchu, ale ze wzrastającym uczuciem oszołomienia.

Po przeczytaniu tej książki miałam więcej zmarszczek na czole i dobrze odmoczone pięty. A także chęć na odwiedziny w krakowskiej Mangghdze.

mowa o:

zły czarnoksiężnik ze wschodu

 

Poszło o to, że zwykły koszmar to dla nich za mało. Wampiry chciały więcej krwi. To dołożyłeś. Walnąłeś, że piesek Judasz, że szambo, że kozioł, że wieszają, że niemowa, że gwałt, ale to wszystko było dla nich za anonimowe. Za mało namacalne, prawda? Jakiś tam mały chłopiec żydowski to chuj ich obchodzi. No to wpakowałeś w to szambo siebie. Stałeś się śmierdzący, ale namacalny, a potem jeszcze dokładałeś, i jeszcze…. No i proszę, nadstawili uszu. Kupiłeś ich ciekawość! Ciekawość, ale nie miłość.

Janusz Głowacki „Good Night, Dżerzi”, str 292-293

 Nowy Jork, Nowy Jork, I law Manhattan, w mej kurnej chacie. Taki refren mi się zanucił, po przeczytaniu tej książki. Dla nas, z pogranicza kultury znudzonego przesytu, napisany. My się tu też czasem nudzimy, ale z przesytem gorzej. Jeszcze ciągle trzeba nas dokarmiać, jeszcze ciągle z apetytem łykniemy światła rampy, połysk wielkiego miasta i blichtr nagłej sławy. Jeszcze nam włoski na karku się jeżą, kiedy mówimy piata Aleja. Trzeba nam wytłumaczyć, że Madame Tussauds to muzeum figur woskowych, loft to stara fabryka przerobiona na mieszkanie, a Edyp to facet, który zabił własnego ojca i sypiał z mamcią. Żeby było nam lżej znieść wszystkie zboczone pomysły Pana Jurka, należy spreparować kilka postaci z okiem jasnym i szeroko otwartym. Jak rosyjskie dziewczę z duszą niezatarcie niewinną, które poznaje świat w brzydkim i mrocznym Mieście.

W to, że w NYC mają hysia na punkcie Rosjanek, łatwo uwierzę. W to, że potrafią one patrzeć jak zgubione zwierzątka też. Ale dlaczego autor uwierzył, że losy niejakiej Maszy zainteresują nas bardziej niż samego Głównego Bohatera? A Jeśli uwierzył, dlaczego wszędzie naopowiadał, że pisze o Jerzym K.? A tak naprawdę podczas czytania jest on słabo obecny. Ledwo wyczaiłam jego profil, kształt głowy, zarys uśmiechu, natychmiast na pierwszy plan wpychał mi się ktoś inny i mi go zasłaniał. A to się jakiś dobry Niemiec przypałętał, który był o tyle interesujący, że nosił Joyce’a w kieszeni, bo mu pasował do marynarki. A to jakaś zawiedziona kochanica Jurka. A to aktoreczka – dawna prostytutka. A jeszcze tu i ówdzie autor powsadzał, zupełnie niezwiązane z wątkiem głównym, obrazki brzydkie i krwawe. Chyba tylko po to, żeby pokazać, że jakby chciał, to by w sumie takim samym szitem jak Kosiński mógł zasunąć. I podtyka na przykład siatę z obcięta głową w środku, obnoszoną przez mateczkę tej głowy właściciela. Dynda mi przed nosem facetem wiszącym na hakach wbitych mocno pod skore. Aż się chce powiedzieć no dobra Jasiek, widać, że potrafisz, ale wróć do rzeczy, a straszydła wrzuć z powrotem do pudełka. Tego w którym Jerzy trzymał malowane ptaszki.

Na to Jasiek z uśmiechem psotnika wyciąga mapę NYC i wypisuje po kolei wszystkie ulice miasta. Przy okazji jednak prowadzi do kilku niezłych lokali i to jest dobre. Podobnie jak wspomnienia autora z niedoli pisarskiej. Jak opowiada, że mógł szoł zrobić tłukąc lustra wszystkie w najpiękniejszej knajpie świata ale się na to wypiął, to człowiekowi się od razu cieplej w sercu robi, że nie tylko on głupot w życiu narobił. Albo jak mówi, że biedę klepał, wtłaczając w amerykańskie łby, jak sztuki pisać. A tymczasem taki Dzierzi nektar w nowojorskich najtklubach spijał za lekką ręką zarobione pieniądze. Z czułością chce się wtedy szepnąć: autorku kochany, toż ty zawistny psubrat jesteś jak i my maluczcy z ziemi podolskiej lub stalowowolskiej. I w tym roztkliwieniu wpadamy w krew, deszcz i łzy, biegniemy za sześcioletnim chłopcem, potykamy się o wózek kaleki, wywijamy orła koło wanny i z twarzą umoczoną w kałuży czytamy list świadczący o tym, ze Jurek nie był taki zły.

Można odsapnąć, zamknąć książkę. I potem tylko każdą piękną matkę ostrzegać, co by się w za mocno dekoltowanej halce nad synkiem nie pochylała. Licho wie, co się potem z tego porobi.

mowa o:

P.S. 1. Prowincjonalnej Nauczycielce gratuluję wygranej i proszę ją o kontakt na maila widocznego na marginesie bloga

P.S. 2. Dziękuję Nutcie, że umożliwiła mi przeczytanie tej książki

Golfstrom

W ramach wyczarowywania zimy zabrałam się za A Winter Book Jansson. Jeśli chodzi o zimę, to efekt przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Jeśli o chodzi o książkę, to efekty byłyby znacznie lepsze, gdybym była rybakiem lub przynajmniej właścicielką żaglówki.

Na okładce A Winter Book zamiast –jakże mylących- ździebeł zaśnieżonej trawy powinno być ostrzeżenie „sailors mainly”. Uważam, że taka adnotacja należy się książce, w której nawet wiewiórki zabierają się za sterowanie łodzią i jedną trzecią tekstu stanowią opisy techniczne z zakresu pielęgnacji i obsługi łodzi. Pozostałe dwie trzecie to ilustracje wspomnień z dzieciństwa i psychologiczne portreciki osób i towarzyszących im wydarzeń. Jest na przykład ostrą kreską nakreślona postać starej panny z artystycznymi ciągotkami, która sposobem bycia nieodparcie przypomina Filifionke. Można tez zobaczyć cień włóczykija w opowiadaniu podróż z małym bagażem, gdzie bohaterka bez skutku stara się emocjonalnie uniezależnić od otaczających ją osób.

Przyznaję, że w miarę czytania z ulgą odkrywałam, że walka ze sztormem i cumami nie jest jedynym przedmiotem fascynacji literackich Tove. Natomiast nie udało mi się zrozumieć dlaczego te, tak mocno zróżnicowane historie, zostały objęte tytułem Zimowej Książki. Dosłownie dwa czy trzy opowiadania dzieją się w okresie chłodów, niektóre z nich nie mają w tle określonej pory roku, a kilka dotyczy upalnego lata. Chyba bardziej chodziło o wiek autorki, bo większość zebranych w tomie historii Tove napisała wiosnę życia mając już za sobą. Poza tym temperatura tych tekstów też nie jest najwyższa.

Było to moje pierwsze czytanie Jansson po angielsku i styl wydawał mi się zimniejszy i bardziej wypolerowany od tego, jaki znam z polskich wersji. Było to trochę tak, jakbym osobę zwykle widzianą w powyciąganym rozpinanym swetrze i lekko rozchodzonych butach nagle zobaczyła w starannie wyprasowanej czarnej sukience i wypastowanych i mocno zasznurowanych trzewikach. Niby się znamy, ale daje się odczuć pewną obcość i dystans. Dlatego nie zachwycę się bezgranicznie tą książką. Ale z przyjemnością powrócę do opowiadania o tym, jak mała Tove i jej matka zostały same w domu powoli zasypywanym przez śnieg. Albo tego o tym, jak jej rodzice urządzali co wieczór towarzyskie spotkania dla przyjaciół i lokalnej bohemy. Albo tego zawierającego listy od japońskiej nastolatki będącej wielbicielką Tove. I jeszcze tego w którym Tove opisuje swój sen o lataniu. A jak skończę, pewnie sięgnę po kolejną książkę Jansson nigdy nie wydaną po polsku. Bo bez względu na to w jakiej jest wersji językowej, pisanie Tove ma ten urok, któremu trudno mi się oprzeć.

mowa o: