Miesiąc: Maj 2016

Garden Party według Amelie

Garden Party

Obejmował gości, całował panie w rękę, wybuchał serdecznym śmiechem, podziwiał suknie, cieszył się, że ktoś wrócił do zdrowia, gratulował powodzenia w jakimś przedsięwzięciu, wyrażał współczucie z powodu zwichniętego nadgarstka, zachwycał się tym, jak pięknie rosną dzieci, Był gospodarzem doskonałym, jego dobry nastrój udzielał się wszystkim naokoło, taki był zresztą zawsze.

Amelie Nothomb „Zbrodnia hrabiego Neville’a”, Str 101

Jak ja lubię miniaturki Amelie Nothomb! Maja idealny format do torebki, można je czytać i na przystanku i u fryzjera. Sprawdzają się w tych warunkach doskonale. Na dodatek jej najnowsza książka ma bardzo kuszący tytuł, jakby żywcem pożyczony od Agathy Cristie.

Nie jest to jednak klasyczny kryminał, choć dotyczy popełnienia zbrodni. Oto szlachetny hrabia przypadkiem trafia na wróżkę, która mu przepowiada, że na najbliższym z wydawanych przez niego przyjęć zabije swojego gościa.

Przepowiednia stresuje hrabiego podwójnie – nie dość, że jest człowiekiem łagodnym, pozbawionym morderczych instynktów, to uważa się za mistrza w wydawaniu przyjęć. Kto czytał Prousta ten wie, że w kręgach arystokratycznych nie ma istotniejszego wydarzenia niż udane spotkanie towarzyskie.

Nothomb cytuje Marcela i jednocześnie lekko mruga do czytelnika opisując męki hrabiego przy przygotowywaniu odpowiednio eleganckiej zbrodni. Pomoc przyjdzie niespodziewanie od nastoletniej córki. W ten sposób Nothomb miesza swoje ulubione motywy: dojrzewanie młodej dziewczyny i motywy popełnienia przestępstwa. Sięga do antycznej klasyki i do scen z życia wyższych sfer.

Wychodzi z tego niezły żarcik o podłożu filozoficznym. Lekki, ale nie pozbawiony sensu. W sam raz do czytania przy farbowaniu włosów.

mowa o:

Amelie

Reklamy

szukając ciepła

Dom 2

Zaczęłam wznosić na kanapie budowlę z poduszek i co jakiś czas patrzyłam na mamę przez szparkę miedzy nimi. Wyczuła mój wzrok i spytała, nie przestając rysować:

-Dobrze ci?

-owszem- odparłam.

Tove Jansson „Córka Rzeźbiarza”, Str. 133

Hu, ha, ależ zimno. Kaloryfery wyłączone, nie ma jak się zagrzać. Wpadłam wiec na pomysł by użyć książki jako kominka. No a gdzie zawsze żarzy się w piecu? Gdzie na kuchni czeka ciepłe kakao? U Tove Jansson oczywiście, w czasach jej dzieciństwa. Dlatego wspomnienia autorki muminków z czasów gdy była małą dziewczynką okazały się idealne na zimę w maju.

Jest tu trochę bajkowa atmosfera, bo narratorka ma spojrzenie i wyobraźnię dziecka. Dlatego po kątach czają się czasem strachy, z czarnej tiulowej spódnicy wypełzają potwory, po schodach tupie duch kulawej kawki. Ale są przyjaciele i rodzice, dzięki którym pierzchną lęki i niepokoje. I robi się zacisznie, jak w tym opowiadaniu o domu zasypanym śniegiem. No właśnie, zaraz, czy ja już tego przypadkiem nie czytałam?

Otóż okazało się, że część opowieści Córki Rzeźbiarza poznałam już wcześniej, w angielskim zbiorze opowiadań Tove „A winter book”. Nie zepsuło mi to jednak przyjemności lektury, ale przysporzyło kilka niespodzianek. Na przykład odkryłam, że stara panna (a spinster) w tomiku angielskim, w wersji polskiej stała się po prostu ciotką, i że niektóre, mniej ciekawe, historie mogę spokojnie opuścić, bo przecież i tak znam je dobrze. Za to inne, zaliczane do ulubionych, jak opowiadanie o służącej Annie czy o wielkich domowych przyjęciach, mogłam sobie powtórzyć.

Czekało mnie też kilka rzeczy zupełnie nowych. Jak na przykład świetne opowiadanie o paniusiach i zwierzętach. Najmilszą niespodziankę miałam na końcu: opis ogromnej, bożonarodzeniowej choinki. Po którym zrobiło mi się zdecydowanie cieplej.

mowa o:

Tove

apatia po amerykańsku

tajemniczy

Byłam w domu. Ściany sieni pokrywała tapeta w zielono-niebieskie pasy i listwy pozłacanego drewna. Schody były obdarte z wykładziny, bo poprzedniego lata wysiadł mi odkurzacz. Ciemności tuszowały fakt, że wszystko jest przykryte grubą warstwą kurzu. Żarówki w sieni i w salonie dawno się poprzepalały. Co pewien czas zbierałam na górze ze schodów puszki i butelki mojego ojca, porozrzucane gazety, które czytał – albo udawał, że czyta; zrzucałam gazety znad balustrady, płachta za płachtą, obserwując jak szybują w dół, do sieni.

Ottessa Moshfegh „Byłam Eileen”, Str 47

Nie pamiętam kiedy ostatnio miałam ochotę wziąć bohaterkę czytanej książki za oszewkę, potrząsnąć i wsadzić jej do ręki ścierkę, cifa i mopa. Bo tytułowa Eileen to niebywała fleja. Jednak to jeden z mniejszych jej problemów. Większych ma całe mnóstwo: pijący ojciec, żałoba po matce, brak kontaktów z siostrą, dysfunkcje żywieniowe, pociąg do alkoholu, skrywane emocje i kompleksy. Po prostu pomyślcie, jaki może mieć problem młoda dziewczyna i Eillen będzie go miała na pewno. Ostatnio najpewniej była szczęśliwa w łonie matki, bo na te czasy nie narzeka. Potem, gdy pojawiła się na świecie, miała non stop pod górkę. Rodzice bardziej kochali ładną siostrę, ona sama miała krzywe zęby, grube uda i na dodatek kazali jej sprzątać. W miarę upływu lat było coraz gorzej.

W momencie akcji powieści Eileen ma 24 lata, mizerny wygląd i tkwi w zapuszczonym domu z na pół obłąkanym ojcem. Od smutnego rodzinnego życie nie może odetchnąć nawet w pracy. Jest sekretarką w poprawczaku dla chłopców, więc rzecz jasna i tam atmosfera jest niewesoła. Pewna iskierkę nadziei niesie fakt, że historia Eileen jest opowiadana przez nią samą siedemdziesięcioletnią. Od czasu do czasu narratorce wymknie się uwaga, jaka za młodu była głupia i jak barwnie potoczyły się jej losy, kiedy opuściła już rodzinne strony. Wiedziony tymi słowami otuchy czytelnik żwawo brnie przez kolejne strony, wyczytuje o niedolach Eileen, cały czas mając nadzieję, że za chwilę nastąpi przełom i życie bohaterki jeśli nie stanie się lepsze, to przynajmniej bardziej ciekawe.

Niestety, tutaj czeka nas zawód. Bo cała opowieść Eileen ciągnie się, wypełniona ponurymi i często niesmacznymi szczegółami (opisy trudnych wypróżnień nie są jedynymi obrzydliwymi fragmentami książki), doprowadzając historię tylko do momentu przełomu. Nie dane jest nam poznać jej dalszego życia, choć niewątpliwie było bardziej atrakcyjne niż to sprzed wyjazdu. Książka więc nie spełnia obietnicy, nie pozwala na towarzyszenie bohaterce wtedy, kiedy naprawdę byłoby warto. Stanowi za to przygnębiającą lekturę o chronicznym stanie depresji. Nie znaczy to jednak, że (jak wspominają gazetowe recenzje) ma te walory, co Szklany Klosz Sylvii Plath. Protagonistce brak błyskotliwości i inteligencji tamtej bohaterki. Na korzyść Eileen mogę jedynie dodać, że potrafi żwawo opowiadać, posługując się sprawnie językiem. Jednak to za mało, bym mogła ja polubić.

dyskomfort czytania gwarantowany:

Eileen

Księżycowy Wariat

Konstanty

Mój ojczym, Czech, olim prokurent pewnego banku w Pradze, zwykł był mawiać do podpisanego tym kształtem:- Konstantine, vystie taki błazen. Niestety, miał rację”

 Gałczyński do Tuwima, w : Anna Arno „Konstanty „Ildefons Gałczyński, Niebezpieczny poeta”, str. 314

Uff skończyłam, mogę westchnąć z ulgą, przewracając ostatnią stronę biografii Gałczyńskiego.

Z początku nie było źle: oto mały poeta o błyszczących oczach wypatruje to gwiazd, to ojca, z okien ciemnego mieszkania. Chłopak dorasta, zaczyna się z domu wyrywać do jakiś humanistycznych arkadii, jak choćby biblioteka polonisty. Potem jest miłość, a właściwie kilka, zanim nadejdzie ta największa, czyli Natalia piękna i smagła. W międzyczasie Gałczyński ląduje wojsku, potem w urzędach. Te fragmenty jego życiorysu wywołują najszerszy uśmiech. Bo wiadomo, że Konstanty do sformalizowanych instytucji się nie nadawał. Nie na darmo skrócono jego imię we wdzięczny pseudonim Kot. Kocio chadzał własnymi drogami, nie dało mu się nic nakazać ani go zdyscyplinować. Rozrabiał jak pijany (i to często) zając albo oddawał się lenistwu. Musiał to robić z niebywałym wdziękiem, skoro dowódcy wojskowi patrzyli na jego wybryki przez palce, a kolega urzędnik odwalał za niego cała papierkową robotę.

Jednak w końcu trzeba było jakoś pieniądze zarabiać, obijać się wówczas w biurze bez przerwy nie dało. Musiał się wziąć za pisanie wierszy na poważnie. I tutaj następuje pierwszy nieprzyjemny epizod w biografii Kosteczka. Oto po wielu perturbacjach znalazł przystań w bardzo prawicowym pisemku pt Prosto z mostu. Do którego pisywał wierszyki nie tylko narodowe, ale i antysemickie. Te ostatnie były agresywne do tego stopnia, że bardzo przejmował się nimi Tuwim.

Wojna położyła kres tym niechlubnym poczynaniom Gałczyńskiego i zafundowała mu niezwykle burzliwy okres życia. Już zaraz na jej początku wylądował w obozie jenieckim, gdzie nawiązał nie tylko przyjaźnie, ale i kilka romansów. Po wojnie sporo po Europie wędrował, mając w porywach do 3 narzeczonych naraz. Każdej obiecywał małżeństwo i wielka miłość. Nic dziwnego, że z powojennej tułaczki wrócił do kraju bardzo zmęczony. Na dodatek wcale mu się tak nie speszyło do najdroższej Natalii i to bardziej dzięki jej staraniom małżeństwo po wojnie wróciło do normy.

Nieźle się też rozwijała w tym czasie jego kariera pisarska. Szybciutko nawiązał współpracę z Przekrojem, gdzie publikował w odcinkach humoreski teatrzyku Zielona Gęś. Niestety, czasy nie sprzyjały wygłupom. Stalin, socjalistyczna gospodarka oraz lud pracujący miast i wsi mieli odmienne wymagania. Zaczął się najbardziej przykry okres życia pisarza. Przykry jest też jego szczegółowy opis, z wyjątkową pieczołowitością sporządzony przez biografkę. Można zrozumieć, że kilka cytatów z głosów krytyki było niezbędnych do oddania atmosfery nagonki, ale półstronicowe fragmenty ówczesnych wypowiedzi Ważyka czy Putramenta mogą do lektury skutecznie zniechęcić. Ma się wręcz wrażenie, że autorka nie posiadała zbyt wielu informacji na temat ostatnich lat poety, wiec w desperacji wypełniła strony protokołami z obrad Związków Literatów Polskich.

Innym mankamentem tej książki jest słaba szata graficzna. Tworzą ją kiepskie i zbyt małe zdjęcia, na dodatek nieopisane. Żeby dowiedzieć się kto na fotografiach jest widoczny, trzeba za każdym razem zaglądać na koniec książki, do przypisów. Na szczęście mogłam się poratować lekturą dodatkową, jaką była kupiona jakiś czas temu biografia Gałczyńskiego autorstwa jego córki. Wydana w przepięknej serii „A to Polska właśnie”, jest wypełniona po brzegi porządnie wykonanymi reprodukcjami zdjęć i rysunków, na dodatek zaopatrzonymi w obszerny komentarz. Niezwykle przyjemnie się to wszystko ogląda.

Aby sprawiedliwości stało się zadość, należy jednak dodać, że biografia autorstwa Kiry Gałczyńskiej jest na pewno mniej bezstronna i bogata pikantne szczegóły. Dlatego miłośnikom Konstantego Ildefonsa poleciłabym do czytania jednak książkę Arno, uzupełnioną o obrazki od Kiry.

Dla wytrwałych:

Gałczyński