Miesiąc: Październik 2011

buuuuuhuhu

Właściwie mogłabym dzisiaj napisać o tym dlaczego lubię czarownice, albo dlaczego nie jadam dyni, albo dlaczego nie czytam Stephana Kinga. 31 październik na razie obchodzony jest w moim mieście słabo. Jedynie w supermarkecie szczerzy kły zestrojona na fioletowo barbie, która tym razem zamiast Puffiego na spacer wyprowadza nietoperze. Wszędzie indziej sza, ciągle nie poddaliśmy się obcej tradycji i może nie ma czego żałować. Niech zostanie tak jak jest, ze smętnym dymem płożącym się przy rzecznych krzakach, kolorowym korowodem chryzantem i chmarami gawronów zasłaniającymi niebo. Słowiański spleen ma swój urok. Szkoda tylko, że tak mało wychwalony w literaturze, że nie trafiła nam się nigdy żadna panna Bronte która zamiast wrzosowisk zromantyzowałaby mgłę gromadzącą się przy pniach topoli, że żaden rodzimy Allan Poe nigdy nie wychwalił upiorności rodzimych cmentarzyków i pustych bocianich gniazd.

Absolutnie nie przychodzi mi do głowy żaden nasz autor, którego książkę mogłabym polecić jako lekturę okolicznościową na ten czas. Owszem, Maria Janion napisała o wampirach, ale to o niczym nie świadczy, a właściwie tylko pogłębia poczucie niedostatku, bo jak wiadomo ten obecnie niesłychanie popularny krwiopijca stanowi zagraniczny wynalazek. Nam pozostaje dziewczę co w ręce dzierży badylek i na głowie kwietny ma wianek, nie dorobiliśmy się żadnej porządnej mary, zjawy czy upiora. Nie ma chyba szans żebym kiedyś mogła znaleźć w księgarni zbiór opowiesci niesamowitych polskich autorów. Mam taki zbiór angielskojęzycznych pisarzy i są tam same straszne historie nie do czytania przed snem. Choć tak naprawdę najbardziej przerażająca książka jaką czytałam nie jest nawet historią o duchach. W „Dziecku Rosemary” strach sączy się powoli, delikatnie wkrada się w codzienne czynności bohaterki, w jej patrzenie na życzliwych sąsiadów i przyjaciół. Co najdziwniejsze poczucie lęku w czytelniku nie wyzwala się w trakcie czytania, dopiero po jego zakończeniu. Ale czy przestraszenie kogoś nie polega na tym, by się bał nie tyle mocno, co długo ?

mowa o:

 

Reklamy

pod chmurami

 

Życie to zupa, a nasze myślenie to najczęściej widelec: taki zestaw raczej nie pozwala się specjalnie nasycić.

Harry Mulisch „Odkrycie nieba”, Str 702

Od pierwszej strony, gdy zaczęłam czytać dialog dwóch aniołów rozprawiających o swoich planach co do ludzkości, wiedziałam, że wdepnęłam trochę nie w tę książkę. Ich dyskusja trwała jednak krótko i potem zaczęła się tzw historia zasadnicza. Na początku miała być o przyjaźni dwóch mężczyzn z zupełnie innych środowisk, z odmiennym bagażem genów i rodzinnych historii. Onno to dziecko szczęścia, urodzony w niemalże arystokratycznej rodzinie genialny językoznawca. Jego ojciec był znanym politykiem, jego rodzeństwo może nie całkiem toleruje dzikie wyskoki i niewyparzoną gębę Onna, ale na pewno darzy go sporym przywiązaniem. Maks natomiast to syn zamordowanej wAushwitz Żydówki i faszysty, zagubiony astronom o nieposkromionym libido. Tych dwóch zetknie ze sobą przypadkowo los, albo tzw palec boży, pewnej zimowej nocy na jednej z holenderskich autostrad. Onno wsiądzie do samochodu Maksa tylko na krótką podwózkę, a w rezultacie zwiąże się z nim na kilka  dobrych lat uczuciem wielkiej przyjaźni i porozumienia. Jednak myli się ten, kto po pierwszych kilkudziesięciu kartkach książki pomyśli, że ma do czynienia z kolejną literacką analizą międzyludzkich relacji.

Okazuje się, że autor chce przekazać znacznie więcej. Niestety, dla mnie było to o wiele za dużo. Naprawdę wystarczyłaby mi sama opowieść o Maksie i Onno, nie potrzebowałam ani nużących wywodów o zmiennej polityce Holandii i stosunkach międzynarodowych, ani zawiłych wykładów na temat astronomii, ani drobiazgowych opisów architektonicznych arcydzieł. Dostałam więcej niż chciałam, co nie oznacza, że dostałam to, co chciałam.

Wysilone opus magnum, o ambicjach stania się sequelem Biblii nie przemówiło do mnie mocniej, niż zwykła książka o dwóch facetach pogubionych we świecie. Niemal podręcznikowe wstawki o konstelacjach gwiezdnych i budowie teleskopów nie dodały lekturze lekkości. Oczywiste dla każdego mieszkańca tej części Europy opowieści o nazistowskich prześladowaniach miały moc oddziaływania na pewno bardzo osłabioną przez czytanie w latach szklonych Opowiadań Borowskiego czy Medalionów Nałkowskiej. Wreszcie pojawienie się bohatera który usunął w cien wszystkich innych, cudownie niewinnego Quetina, którego powitanie na tym świecie można jedynie porównać do hołdów składanych parę tysięcy lat wcześniej pewnemu chłopaczkowi z Betlejem, nagle przemienia całą akcję w niedorzeczną dykteryjkę o możliwości cudu we współczesnym świecie.

Na pewno nie pomogły książce pół żartem pół serio wygłaszane poglądy polityczne Onno, które miały zapewne intrygować i rozbawiać czytelnika. Widocznie jednak z moim poczuciem humoru nie wszystko jest w porządku, bo większość z nich wcale mnie do śmiechu nie skłoniła, a niektóre, takie jak ten twierdzący, że: „Hitler był mężczyzną , ale droga wolnych wyborów doszedł do władzy tylko i wyłącznie dzięki zakochanym w nim niemieckim kobietom” (tamże, str 613), budziły jedynie podszyte niesmakiem niedowierzanie.

Myślę ze ta książka najlepiej służyć może tym, których wielkie zainteresowanie budzi sposób tworzenia tomiszcza. „Odkrycie Nieba” jest klasycznym przykładem tego, jak można nadać swojemu dziełu formę cegły, jest wręcz podręcznikiem do nauki jak pisać dużo i niezwięźle, jak barokowymi koronkami opisów opleść tekst, by szczelnie otuliły główny wątek i zwiększyły objętość książki kilkakrotnie. Jeśli chcecie dokładnie się przyjrzeć, jak się to robi, zapraszam do lektury.

mowa o:

fishy thing

Nie wiem czy mi się pole widzenia tak zawęziło, ale gdzie nie spojrzę, tam Houellebecq. Na okładce DK gęba na cała szpaltę, w programie targów książki Michel straszy nie zdjęciem, a tym swoim dziwnym nazwiskiem, nawet do TVP Kultura zawędrował. Włączam wczoraj poobiednie telewizor, jak na szanowanego obywatela przystało, a tam wszyscy opowiadają o najnowszej książce Michela. Co takiego opowiadali ciężko mi było zrozumieć, bo nie była to dyskusja tylko przekrzykiwanka. Wiadomo, czas antenowy krótki, a znawców literatury do studia często się nie zaprasza, wiec chłopaki darli się ile sił w płucach, żeby zaznaczyć swoją obecność. W środku tego wszystkiego siedziała prowadząca Agnieszka WH, gestem i retoryką bezradnej nauczycielki usiłując uspokoić towarzystwo. Na próżno oczywiście. I choć nie mam pojęcia co o książce mówiono, to wiem chociaż, że powiedzieć o niej można sporo. Bardzo mnie to ucieszyło, bo książka już leżała na dnie mojej płóciennej torby, świeżo przyniesiona, jeszcze zafoliowana, i czułam się, jakbym miała jakiś klucz do sezamu współczesnej literatury, albo przynamniej do jednej z jej tajnych komnat.

Powoli sięgnęłam po tom, stwierdziłam rzetelną twardość okładki, obiecująco umiarkowaną obszerność, doceniłam delikatny rysunek trzcionki formującej tytuł. Pociągnęłam za opakowanie, zeszło lekko, bez zbędnej szarpaniny. Miałam ją wreszcie w rękach, w pełni dostępną, poważyłam ja przez chwilę w dłoni, by stwierdzić, że nie nadwyręży mi nadgarstków. Wreszcie rozpoczęłam ostatni sekretny rytuał, lekko rozchyliłam okładki,  wzięłam pomiędzy palce całą miękką zawartość środka. Wygięłam delikatnie i przysunęłam do nosa, puszczając strony w ruch i robiąc głęboki wdech .

Quelle horror! Okazało się, że książka po prostu cuchnie! Zamiast upragnionego zapachu świeżo ciętego papieru dotarł do mnie smród wędzonej makreli. I tym sposobem padły moje plany, by choć raz prekursorko przeczytać książkę właśnie wrzuconą na rynek. Nie jestem w stanie czytać, gdy przewracanie kartek daje wrażenie sortowania rybich ogonów. Pomyślałam nawet, że może to przypadek, że tylko ten egzemplarz taki felerny, bo pakowacz akurat skończył jeść tuńczyka i nie wytarł dłoni przed praca. Postanowiłam sprawdzić w księgarni jak to jest z resztą nakładu. Nie było łatwo, bo książka na widoku, wśród nowości tkwi. Wzięłam jeden egzemplarz, wsunęłam się między regały, przesunęłam po stronach palcem, zrobiłam wdech: To samo! I teraz tylko prześladuje mnie myśl, jak to się stało, co jest przyczyna nieznośnego zapachu? Czy towar dostarczono autem wcześniej przewożącym łososia lub halibuta? Czy do kadzi z klejem drukarskim wpadła komuś otwarta paczka śledzika? Czy to kolejny żart Houllebecq’a? Chytrze zaplanowana dywersja? ? Macie jakieś pomysły? Zrobicie  test zapachowy egzemplarzom „Mapy i terytorium” w waszych miastach?

mowa o:


antropofagia

Wszyscy Brytyjczycy byli z jednej mąki: nawet kiedy imperium upadało, a funt leciał na łeb na szyje , nadal utrzymywali, ze są centrum świata i ci, którzy przyjeżdżają do Anglii robią to po to, by się od nich uczyc. Pomysł, że przybysz z Indii czy Ameryki może mieć jakąś mądrość do przekazania trącił niedorzecznością. Anglicy nosili wysoko głowy w filcowych kapeluszach i gawędzili o pogodzie.

Natasha Solomons, Lista pana Rosenbluma, Str 9

 W swoim świetnym wykładzie-gawędzie, zamieszczonym na dodanym do książki Kultura w płynnej Nowoczesności DVD, profesor Bauman wyjaśnia, na czym polegało odniesienie się do odmienności u progu współczesności. Cytujac Levi Straussa mówi o dwóch głównych sposobach postępowania z „innymi”, którzy z natury rzeczy budzili niepokój, a w rezultacie nienawiść. Albo byli oni „pożerani”, poddani pełnej asymilacji, albo „wymiotowano” nimi, czyli pozbywano się ich w mniej lub bardziej drastyczny sposób.

Tych dwóch metod radzenia sobie z obcym na własnej skórze doświadcza niejaki pan Rosenblum, bohater powieści Natashy Solomons. W ostatniej chwili unikając losu Żydów zamieszkujących nazistowskie Niemcy przybywa w roku 1937 do Wielkiej Brytanii. Tu pomny nauk nie tyle Levi-Straussa, co Adolfa Hitlera, postanawia, że za wszelka cenę musi się dostosować do otoczenia, zniknąć w nim jak najdokładniej. Dobrze wie, czym grozi odrębność, nie ma zamiaru dać się wydalić ani poprzez repatriację ani poprzez komin obozu koncentracyjnego. W osiągnięciu celu ma mu pomoc coś na kształt podręcznika emigranta, w którym dosyć łopatologicznie rząd brytyjski wyjaśnia czego oczekuje od nowych obywateli i jak powinni się oni zachowywać by stać się członkami angielskiej społeczności. Pan Rosenblum nie tylko studiuje z zapałem nowe przykazania, ale i dodaje do nich własne wskazówki i interpretacje. Wszystko idzie zgodnie z jego planem do momentu gdy pan Rosenblum postanawia ostatecznie dowieść swojej brytyjskości poprzez otrzymanie członkostwa klubu golfowego. W tym momencie zaczynają się schody w dół. I to nie tylko w życiorysie Jacka Rosenbluma ale i w sposobie prowadzenia jego historii.

 

Nagle lądujemy na sielskich wzgórzach Dorset, po których grasuje mityczna dzika świnia i nie mniej nieokiełznani tubylcy. Niemal prawdziwie brzmiąca historia żydowskiego emigranta przemienia się w pełną dramatycznych zwrotów akcji bajkę. Niedorzeczną, ale i fascynującą. Jest w niej odrobina magii, trochę czułości, przyjaźń, momenty straszne, błogie chwile, kwilenie ptasząt, zapach bzów, piękno młodych dziewcząt i co tam jeszcze możecie sobie przypomnieć z opowieści pana Perroult. Jest tez i prawie hollywoodzkie, spektakularne zakończenie, które definitywnie przesądziło o tym, ze książkę odłożyłam z pełnym niedowierzania, ale jednak uśmiechem.

mowa o:

nie całkiem mgliście

biegniesz z zapałem jednakim

Wyciągając odcięte ramiona

 (Maria Pawlikowska-Jasnorzewska „Nike”)

 Ostatnio badałam stopień wyzłocenia naszej jesieni. Wyszło blado, a właściwie zielonkawo, bo pora stanowczo okazała się za wczesna. Za to reszta idealna, z dużą możliwością włażenia miedzy drzewa i liście i wczesnymi zimnymi wieczorami, w sam raz do rozłożenia na kolanach książki. Jakiej na razie przemilczę bo są pilniejsze sprawy, bardziej aktualne rzeczy do omówienia.

Chyba pierwszy raz w życiu udało mi się obejrzeć ceremonie rozdania Nike. Nie, na widowni mnie nie było.  Ale nuda i ciasnota hotelowego pokoiku, z tych, co ten sam dywan mają na podłodze i ścianie koło lóżka, na nakastliku boczna lampkę nocną, ale nie do czytania,  i centralnie wysuniętą toaletkę z telewizorem, sprawiła, że zaczęłam szukać rozrywek okołoliterackich, literaturą jednak niebędących. Rzuciłam okiem na program TVP, wyłuskałam godzinę i chwyciłam za pilota. Słowo wstępne wygłaszała jakaś para sypiąca się niemiłosiernie, jak nic, było to pierwsze czytanie z promptera. Pseudo dowcipny spicz prezenterzy ochoczo urozmaicali własnymi błędami gramatycznymi, a mnie po raz kolejny opadły wątpliwości, czy nazwanie w ten sam sposób nagrody literackiej i znanej firmy sportowej jest li i jedynie dziełem przypadku, czy też umiejętnie zakamuflowaną kpiną. Sprawa pozostaje dla mnie nadal zagadką. Drugą tajemnicą jest dla mnie to, jak Grażynie T. udaje się przez tyle lat zachować taka klasę i formę i dlaczego naszej TVP nie udaje się wyhodować godnych jej następców.

Trzecia tajemnicą był dla mnie powód, dla którego prezentacje nominowanej poetessy nakręcono na wzór reklamówek Knorra. Daje słowo, matka Polka, młoda i atrakcyjna, świeża i rumiana, rozmawia przy stole z dziecięciem, a drugie wije jej się na kolanach. Tylko czekałam kiedy Pani B. sięgnie po chochlę i uśmiechając się błogo rozleje do talerzyków ciepłą zupkę. Ale nie, zostaliśmy przy dyskusji z sześcioletnią córeczką na temat Obsoletek. Zastanawiałam się, jak autorka zacznie swoim przedszkolakom tłumaczyć co to takiego poronienie, ale albo zabrakło pomysłu na tekst, albo będzie w następnym odcinku. Ta cześć zakończyła się mrożącym krew w żyłach oświadczeniem Matki, że być może będzie musiała zostawić pociechy na pastwę opieki państwowej i udać się do zwykłej pracy. Członkowie jury chyba za późno obejrzeli spot, bo nagrody umożliwiającej opiekę nad dziecmi w domu poetce nie przyznano. Nie dostał jej również ani Karpowicz ani Asia B., tylko niespodziewanie pisarz nieznany. Co średnio mnie zdziwiło, bo to taka nagrodowa tradycja wykazać gminowi, że ma plebejskie gusta i nie sięga tam, gdzie się gnieździ prawdziwa sztuka, żywa awangarda i myśl najbardziej twórcza. Już się do tego przyzwyczaiłam.

Na koniec powiem tylko, że najbardziej mi się podobało wystąpienie Karpowicza i nowy kolor włosów Joanny B. I dodam jeszcze, że sprawdziłam dzisiaj w przydrożnej księgarni czy gdzieś książkę laureata widać, ale ani dudu. Nie żebym od razu kupić czy czytać chciała, po prostu ciekawość mnie pognała. W zastępstwie przejrzałam sobie Chmurdalię i będę się  nad nią zastanawiać.

mowa o: