Kategoria: Marcel Proust W poszukiwaniu Straconego Czasu tom 7 Czas Odnaleziony

gratulacje przyjmuję od zaraz

Proust 1

Godzina nie tylko jest godziną, to naczynie wypełnione zapachami, dźwiękami, zamierzeniami, zmiennością aury. To, co zwiemy rzeczywistością, stanowi, pewną więź miedzy tymi wrażeniami, które otaczają nas jednocześnie.

 Marcel Proust W poszukiwaniu Straconego Czasu, tom 7, Czas Odnaleziony, str 205

Zabierałam się do tego przedsięwzięcia od jakiegoś czasu, aż wreszcie teraz, kiedy przyroda kończy pewien cykl, stwierdziłam, że nadszedł właściwy moment do dokonania finale grande moich działań. Kloniki na balkonie jesienniały spokojnie, kiedy sięgnęłam po siódmy tom Prousta. Kolory na liściach drzewek powoli przewracały się z zielonych w czerwone, moja ręka obracała stronę za stroną. Dookoła snuły się płatki pelargonii, pierwsze zeschłe liście. Gdzieś w rogu, pod kupka zeschłych roślin, zaczynała wiercić się melancholia.
Przy takim akompaniamencie, proustowiałam, a może prouściałam, stopniowo i nie bez męki.

Porust 3
Udręk dostarczyła mi zwłaszcza pierwsza cześć ostatniego tomu, w której trwa pierwsza wojna. Po Paryżu snują się eleganci w mundurach wojskowych, salony wciąż działają, chociaż ciszej i w bardziej przymglonym świetle. Zmienia się też tematyka rozmów, na niedorzeczne dywagacje na tematy zbrojeniowe i taktyki walki. Może to być ciekawe dla kogoś, kto interesuje się historią tamtej wojny. Niestety do kręgu fascynatów tej epoki nie należę, dlatego namęczyłam się nieźle, zanim dotarłam do drugiej, najistotniejszej, części tomu.
To w ostatniej części siódmego tomu dochodzi do kulminacji wszystkich wątków, zasklepienia wielu opowieści i podsumowujących refleksji.
Wojna się skończyła, bohater zjawia się na kolejnym balu, w świetnym salonie i w oczekiwaniu spotkań dawno niewidzianych gości. W miarę przemierzanych pokoi i odbytych rozmów utwierdza się w przekonaniu, że bierze udział w przedziwnej maskaradzie, pełnej przebierańców i cieni. Tyle, że sami uczestnicy nie zdają sobie sprawy z tego, że noszą na twarzach maski, że ktoś szyderczo pozamieniał w karykatury ich ciała. To czas, odkrywa wreszcie narrator, to czas jest autorem tej często przerażającej przemiany, tych cudacznych przebrań. Nie ma co liczyć na to, że uczestnikom imprezy uda się je zrzucić i przybrać dawne postaci. Mogą to zrobić tylko w jednym miejscu: pamięci narratora.

Proust 2
To on zgromadził w sobie cala przeszłość, to on trzyma w zanadrzu tę wielką czarodziejską moc, jaką jest przywoływanie wspomnień. Stał się cennym pojemnikiem, mieszczącym w sobie wszystko, co minęło. Czy uda mu się to zachować? Jedynym sposobem byłoby skrupulatnie wszystko zapisać, podjąć heroiczne wyzwanie uchronienia tego, co już bezpowrotnie minęło, przed całkowitym zniknięciem. Pytanie tylko, czy narrator temu podoła.
Smutny jest koniec tej wielkiej opowieści, nasycony obawami umierającego autora przed niemożnością wykonania dzieła. Świadomość słabnących sił, ulatującej nadziei, i przekonanie, że pozostały już tylko wspomnienia, wypełniają jej ostatnie strony. Ale też i wola dokonania misji wobec siebie, współczesnych, wobec czasu. Którą, jak wiemy, mimo wszystko udało się autorowi dopełnić.

mowa o:

Proust