Kategoria: ogladając i czytając

Piątek Conrada cz. 2 czyli azymut na Gombrowicza

lisc.jpg

Zdaje się, że wyszła mi samospełaniająca się przepowiednia i przychodzi mi kontynuować wspomnieniowe opowieści w miesięcznicę rozpoczęcia Festiwalu Conrada.

Nic to, wróćmy do punktu wyjścia czyli za kraty, do więziennych lektur. Cóż, ta część festiwalu nie należała do najlepszych, jak już wspomniałam. Zrobiło się ponuro, na zewnątrz na swój upiorny sposób dokazywał tajfun Gregory, a mnie się zachciało jakiegoś innego, cieplejszego klimatu. Argentyna i opuncje, zaświtało mi wspomnienie z poprzedniego wieczora i w tym kierunku postanowiłam się wybrać. Tyle, że tego dnia w Krakowie droga do cieplejszych klimatów prowadziła przez Bracką. Tym razem ulica była nie dość że zalana deszczem, to jeszcze totalnie rozgrzebana. Właściwie Bracka jako ulica w czasie festiwalu przestała istnieć. Został po niej tylko okazały rów, kanion, z doczepionym z każdej strony chodnikiem. Zastanawiałam się, za czym tam tak dłubią, czego szukają: źródeł piosenek? Zagubionych insygniów królewskich?

Z zamyślenia wyrwał mnie tymczasowy właściciel Brackiej, robotnik drogowy, który omal nie zrzucił mi na nogi żelaznej rury. Na szczęście w porę się zatrzymał, a ja chyłkiem wspinałam się dalej, w kierunku Des Revolutionibusa.

Jak tylko tam weszłam, wiedziałam, że znalazłam się gdzie trzeba. Temperatura tropikalna, wszędzie rozgorączkowany tłum. Aż poczułam, ze jestem od tych wędrówek i emocji potwornie głodna. Działając przytomnie rzuciłam co mogłam na krzesło blisko prelegenckiego stołu i pognałam przed siebie, prosto w kolejkę w części kawiarnianej. Okazało się, ze każdy stoi tam za czym innym, a to za zupą, a to za kawą. Mnie się spodobało marchewkowe ciasto, więc poprosiłam, zapłaciłam i wtedy okazało się, że pan jest jeden, co zamówienia przyjmuje, kasuje i podaje. Cuzamen, naraz. Pan polecił mi zająć miejsce, ale nie dałam się nabrać, bo moje miejsce jak wiadomo było daleko, gdzieś w Buenos Aires, i nie było szans, że wołanie „marchewkowe dla buksy” w tych rejonach usłyszę.

Bąknęłam tylko, że szybko, szybko, po mi spotkanie ucieknie, i ten dobry człowiek za lada się zlitował, wręczył mi po chwili olbrzymi kawał ciasta, i mogłam iść na swoje miejsce.

A tam już, w części audytoryjnej, było tłoczno jak na ostatnim transatlantyku przed wojną uchodzącym. Na szczęście mojego płaszcza nikt mi nie zrzucił i zaczęłam się na miejscu kokosić, bo tu aparat, tu ciasto, tu szalik, tu widelczyk, musiałam nad tym zapanować. Ze szczęścia wierzgnęłam, rasową pęcinę chcąc pokazać, ale nikomu tym nie zaimponowałam. Wręcz przeciwnie, pani obok powiedziała groźnie, że mnie sobie zapamięta. Ja nie z Krakowa, pochwaliłam się przytomnie, próbując zwalić wszystko na prowincjonalne pochodzenie.

No i siedziałam tak, tuż przed nosem prowadzących, wydłubując orzeszki, zdzierając polewę serową, stukając o talerzyk. Usiłowałam słuchać, jeść i nie zemdleć jednocześnie. Bo upał panował nieznośny. Prowadzący spotkanie, Tomasz Pindel, jakoś się dzielnie trzymał i nawet nie zdjął koszuli, mimo, że pod spodem miał interesujący tiszert. Natomiast główna bohaterka wieczoru, Klementyna Suchanow, mówiła słabym głosem, na bezdechu, i zaczęłam się martwic, czy się nam przypadkiem w pół zdania nie osunie na ziemię.

Gombrowicz 1.jpg

A mówiła mniej więcej to samo, co w wywiadach. Czyli skąd jej się wziął Gombrowicz (w wieku 15 lat przeczytała dzienniki i wsiąkła), jak jeździła do Argentyny i nie tylko, i jak cudem jej własny bohater jej nie połknął (co podobno kilku innym, obcującym z Gombrem, się zdarzyło: zostali pożarci, zniszczeni przez przedmiot swoich badań). Wspominała też o współpracy z Ritą Gombrowicz, jak dobrze się układała, choć nie zakończyła się przyjaźnią, bo zakończyć się miała książką, a nie trwałą relacją emocjonalną. Obie panie jakoś szczęśliwie dotrwały do końca, choć podobno na finale Rita ciut się wystraszyła.

Było też o powieściowym charakterze biografii, o dyskrecji Gombrowicza w stosunkach męsko – męskich i jego literackich przyjaźniach. Jeśli chodzi o te ostatnie, to podobno autor Ferdydurke nie zostałby jej autorem bez intensywnej pomocy Brunona Schulza, z którym się przed wojną zakolegował i który udzielił mu wielu cennych wskazówek przy pisaniu pierwszego dzieła. Było też słów kilka o kolegach szkolnych i Tomaszu Mannie, ale to pewnie można znaleźć w biografii.
Za najciekawszą część spotkania uznaję końcówkę. Wtedy otworzono okna i w sali , dzięki powietrzu z zewnątrz i pytaniom uczestników spotkania, zapanował rześki powiew. Można było reszcie usłyszeć rzeczy nie przerobione dotychczas w wywiadach. Wtedy dowiedzieliśmy się, że to dzięki kompleksom i na kompleksach Gombrowicz zbudował swoja wielkość. I że największym zaskoczeniem przy tworzeniu biografii pisarza było dla Suchanow znalezienie tekstów autorstwa matki Gombra: wynikało z nich, że wcale nie była tak szurnięta, jak synkowie ją przestawiali. Wręcz przeciwnie, była piszącą odważne feministyczne teksty kobietą.
Dla mnie natomiast najdziwniejsze było to, że Gombrowicz nie dogadywał się z Witkacym. Bo podobno ich dziwactwa były zupełnie niekompatybilne, a abstynencja jednej strony i zamiłowanie do używek drugiej tylko pogłębiała ten dystans. Co zanotowałam skrupulatnie. Wraz z postanowieniem, że na razie biografii nie kupię (cena zaporowa), ale na pewno będę cierpliwie czekać na pokazanie się jej w lokalnej bibliotece.

mowa o:

Gombrowicz

Reklamy

Dwa Michały: Michał Drugi czyli Michaśka nocną porą (festiwalową)

Tak się złożyło, że w czwartek tygodnia Festiwalu Conrada miałam kumulację ulubionych Michałów. Z przerwą na Dana Browna, zupełnie nie kochanego przeze ze mnie, ale tak popularnego, że dałam się skusić na udział w spotkaniu z pisarzem. Na szczęście nie tylko ja uległam temu szałowi, ale kilka innych blogerów, którzy podjęli się opisu całego wydarzenia. Dlatego zamieszczam tu link do jednej z bardziej udanych relacji o Brownie, a sama z obowiązku czynienia notki na ten temat czuję się zwolniona.

A teraz przystępuję do rzeczy, czyli opowieści o clou wieczoru, jakim była dla mnie rozmowa z Witkowskim:

Nie wiem dlaczego została ona zaplanowana o godzinie przeznaczonej zwykle na filmy tylko dla dorosłych. 21.30,w dzień powszedni. Późna pora i półtora godzinny odstęp od zakończenia spotkania z Donem Brownem nie były w stanie mnie zniechęcić. Wręcz przeciwnie, po drodze do Czeczotki znajoma zafundowała mi uroczy spacer pod tytułem Kraków by night. Ożywiona zaglądaniem w ciemne bramy i cudze talerze za oknami knajp, dotarłam na miejsce pełna energii i oczekiwań. Takich jak ja było znacznie więcej, kłębił się tłum gości i z trudem wygospodarowałam sobie miejsce w najbliższym rzędzie.

W końcu się rozsiadałam, dyskretnie schowana, za barczystymi plecami jakiegoś pana i z dumą zaczęłam eksponować właśnie przeczytany egzemplarz Wymazanego i ubrane na tę okoliczność skarpetki – w muchomory, a jakże. Kuluary szeptały pytanie w co się na tą okoliczność Michaśka ubierze. Upal w sali tężał, a wszystko spowijał, jak na zamówienie, fioletowy poblask. Czekaliśmy, wpatrując się intensywnie w opalizujący biały stolik, z ustawioną na blacie kartką Michał Witkowski. Po chwili nastąpiło antree.

Pisarz wykorzystał znajdującą się na końcu sali ściankę, i zamiast jak pozostali wbiec boczkiem na scenę, przeparadował wzdłuż rzędów krzeseł, jak model. Szedł powoli, pod drodze puścił uśmiech do jakiegoś blondyna i już był na scenie. Już łapał mikrofon, już wołał kto mu potrzyma iphona, wyjmował kartki z kieszeni i zaczynał czytać. Zaskoczony Kloska grzecznie nadstawił komórkę, u stop pisarza klękło chłopię dzierżące mikrofon.

Przyznaję, że jęknęłam w duchu, bo nie tego się spodziewałam. Czytanie na instagramie mogłam obejrzeć w domu. A nie tarabanić się przez kawał Polski i mroki Krakowa po to tylko, żeby audycję na insta oklaskiwać. Jednak Michaśka czytał żwawo, a tekst był dobrany idealnie, o przygodzie babci bohatera za młodu, gdy się w późny wieczór wyrwała po kryjomu do kina. Gdy tak słuchałam o strachach i niepokojach dziewczęcia błądzącego ciemną ulicą, mnie też ogarniały lęki jak wrócę po nocy sama, tramwajem, na Nowa Hutę. Nie miałam szans, jak ona, dobrego wróża spotkać, nie te czasy, nie te gwiazdy i nie te dorożki. Przy czytaniu o opuncjach i umeblowanych pokojach wymiękłam i zaczęłam się, jak wszyscy na sali, śmiać. Naśmiałam się, nasłuchałam, a potem nastąpiła tak bardzo oczekiwana dyskusja. I byłam szczęśliwa, że postanowiłam na nią zaczekać.

Po pierwsze prowadzący, Szymon Kloska, naprawdę z bohaterem wieczoru rozmawiał, zadawał sensowne pytania, a nie wygłaszał swoje kwestie, jak wielu innych prowadzących spotkania w następnych dniach. Po drugie Michaśka, okazał się sympatycznym, przystępnym facetem, szczerze i bez nadymania mówiącym o swoich książkach i warsztacie pisarskim. Nie silił się na filozofię, za to zażartował, że ma już takie szczęście, że czego się nie dotknie, okazuje się to tematem na marginesie. Mówił o pisaniu Barbary Radziwiłłówny pod dużym wpływem Masłowskiej, czym tłumaczył trudny rzekomo język książki. Tu się trochę zdziwiłam bo akurat język w Barbarze to potęga, ale widocznie jestem czytelnikiem nienormalnym, bo podobno normalny rzucał czytanie po pierwszych 5 stronach, a mnie się podobało od początku do końca. Było jeszcze o tym, jak nauczył się Michaśka tworzyć fabułę, Narracja to owszem, piękny materiał, ale musi z niego, być wykrojona jakaś sukienka, bo dopiero i fason i tkanina mogą zrobić odpowiednie wrażenie. Jako mistrz takiej gładko płynącej, ale z czasem nużącej opowieści został podany Białoszewski.

Mistrzem suspensu był dla Michaśki Dumas, i rozbierając na części pierwsze Czterech Muszkieterów oraz naszyjnik Królowej, znalazł niemal matematyczne wzory, według jakich można utworzyć dobrze sprzedające się powieści. Tu jako ideał podał Mnicha, którego każdy czytał i w którym jest gotowy przepis na sukces literacki. Poczułam się jak głąb, bo nigdy przedtem o Mnichu nie słyszałam. Przez następny tydzień wszystkich dookoła pytałam o Mnicha. Nie znał go nikt. Od razu poczułam się lepiej.

I zaczęłam żałować, że Michaśka nie prowadzi jakiś kursów pisania poczytnej prozy, bo naprawdę dawał wyśmienite rady. Jak ta o konieczności ciągłego poprawiania tekstu. Przyznał, że na przykład Wymazane było cofane z druku kilka razy, bo ciągłe uznawał je za niedobre. I że w Wymazanym znajdują się zalążki jego przyszłych powieści. Niestety, nie będzie wśród nich kontynuacji kryminałów. Tak drodzy czytelnicy, okazuje się, że zamordowaliśmy Drwala, bo druga część serii sprzedawała się słabiej, w związku z czym autor zrezygnował z pisania trzeciej. Bo największy problem współczesnego pisarza, nawet tak dobrego jak Witkowski, to pisać tak, żeby nie zbankrutować. I jednocześnie nie stać się twórcą brazylijskich seriali. Na szczęście Michaśce jakoś się balans złapać udaje.

mowa o:

na co nie iść do kina

Zacznę od tego, że poszłam na Pokot. Skuszona dobrym wspomnieniem stanowiącej podstawę filmu lektury. Podjarana przodownictwem Holland na liście reżyserów aktualnie wyklętych.

Zaczęło się miło, bo autorka samodzielnie, głosem z taśmy płynącym, podziękowała mi za frajerstwo moje, czyli płacenie za bilet do kina, kiedy mogłam sobie bezkosztowo, choć niezbyt uczciwie, film skądś ściągnąć. Poczułam się podwójnie szlachetna: nie dość, że prawa zwierząt i to i autorskie, suzmen, za własny grosz, będę celebrować.

Jednak po dziesięciu minutach patrzenia w ekran nastrój mi siadł. Dokładnie wtedy, kiedy kamera z uroków kotliny Kłodzkiej zjechała na główną bohaterkę. Nie tak sobie wyobrażałam wygląd Duszejko, ale to detal. Gorzej, że filmowa Duszejko mówi głosem Agnieszki Holland, dokładnie jej twardej i bezbarwnej intonacji używa, może tylko ciut mniej po męsku brzmi. Patrzyłam dalej i szybko doszłam do wniosku, że gra aktorska to wielka, choć nie jedyna, słabość tego filmu. Kwestie wygłaszane jak wierszyki, przerysowanie postaci, histeria i dosłownie zapluwanie się w grze, to wszystko raziło straszliwie.

Jakby tego było mało, konstrukcja akcji też była jakaś toporna, jakby siekierą Pani Duszejko rąbana, dialogi kiepskawe, sytuacje schematyczne. Jedyne co tu dobrze zagrało, to krajobraz i zwierzęta. Reszta wywołała u mnie zgrzytanie zębów. I głośne westchnięcia, że szkoda, że taki fajny temat został tak skiepszczony. Że ktoś pomyślał sobie, że zrobi kino zaangażowane i to wystarczy za wszystko. Otóż nie. Ważkość tematu nie zwalnia nikogo od utrzymania przyzwoitej artystycznej kondycji. Przynajmniej moim zdaniem.

mowa o:

pokot

znowu dobry film widziałam

Noblista szargany przez ziomków. Brzmi znajomo? Ale tym razem to nie skrót niusów, tylko filmu. Noblista jest z literatury, pochodzi z małego argentyńskiego miasteczka, ale od dawna rezyduje w Hiszpanii. Stara się prowadzić życie odludka, konsekwentnie odmawiając udziału w większych i mniejszych imprezach. Ale wreszcie w poczcie znajduje list, na który odpowiada pozytywnie. To prośba z rodzinnego miasteczka, by przyjął jego honorowe obywatelstwo.

Bohater decyduje się wyruszyć w podróż, i to sam. Jedzie nie tylko do miasta swoich narodzin, ale i do miejsca które uczynił centrum akcji swoich powieści, rozsławionych na całym świecie. Początek pobytu w dawnych stronach jest niezbyt szczęśliwy, bo samochód wiozący autora nagle psuje się na środku pustkowia. Jednak kiedy nasz bohater dociera na miejsce czekają go serdeczności ze strony burmistrza i gromadka wzruszonych mieszkańców. Znajduje się wśród nich i dawny przyjaciel. Wszyscy słuchają wypowiedzi bohatera z nabożeństwem, pstrykają mu zdjęcia, zapraszają do udziału w miejscowych imprezach. Jednym słowem otaczają należytą atencją i uwielbieniem.

Sytuacja komplikuje się, gdy pisarz ma orzec w sprawie zwycięzcy konkursu plastycznego. Dokąd te komplikacje zaprowadza powinniście już sami zobaczyc. Zaręczam, że warto, bo film jest co najmniej dwuznaczny, jak sztuki Ionesco. Ponadto bohater wypowiada tyle błyskotliwych uwag na temat sztuki, książek i roli pisarza w świecie, że film zanotowałam sobie jako wart ponownego obejrzenia. Najlepiej z notesem w ręku.

mowa o:

obywatel

filmoteka 2016

sniegowa

Aaa jakie mam zaległości! Z tego roku, z tamtego roku, z opisów książek, z opisów filmów. Ponieważ książki trafiły mi się pod koniec 2016 takie, że mi się o nich wspominać nie chce (trzeci, a zwłaszcza czwarty tom Ferrante, kiepski kryminał i średnia biografia), opowiem, co widziałam zeszłego roku w kinach. Zwłaszcza, że mam z tego lepsze wspomnienia.

Zaraz początkiem tamtego roku trafiła mi się bosko (nomen omen) szurnięta komedia francuska Zupełnie Nowy testament. Zgodnie z tytułem jest to próba ekranizacji nowych pomysłów na zawartość Biblii. Gdzie Bóg jest wrednym piekielnikiem, wymyślającym prawa uprzykrzające ludzkości życie. Ma nieletnia córkę, zahukana żonę i syn imieniem Jezus, który już dawno uciekł z domu. Wszyscy domownicy maja Stwórcy dosyć i pewnego razu córka postanawia wziąć sprawy w swoje ręce. Formuje drużynę nowych apostołów, dobiera się do tatusiowego programu zarządzania światem i przedostaje się do ludzkości przez….. bęben pralki. Reszty nie będę opowiadać, bo to zbyt skomplikowane. Tylko dodam, że na koniec filmu popłakałam się ze śmiechu.

Zupełnie inną, co nie znaczy że gorszą komedią zeszłego roku, są Zagubieni Zelenki. To czeski film w pełni tego słowa znaczeniu. Głównymi bohaterami są pamiętająca czasy konferencji monachijskiej Papuga i czeskie kompleksy z korzeniami w okresie międzywojnia. Plus ekipa filmowa, która o tym wszystkim chce nakręcić materiał. Jest więc film w filmie, mnóstwo zamieszania i sporo prawdy o nas samych. Jest się z czego śmiać, jest o czym myśleć.

Mniej śmieszny, ale na pewno najdziwniejszy film, zeszłego roku to Lobster Yorgosa Lanthimosa. Na początku seansu, kiedy obserwowałam zasady funkcjonowania społeczeństwa gdzie bycie w parze jest prawnym obowiązkiem, bawiłam się nieźle. W świecie Lobstera ci, którzy nie mogą z jakiś powodów znaleźć partnera lub go utracili, są wysyłani na turnus wczasowy, w trakcie którego muszą znaleźć sobie parę. Sceny jak z sanatoriów, piosenki miłosne rodem z dawnych dansingów, wszystko to wywołuje uśmiech… do czasu. Turnosowiczów spotykają coraz dotkliwsze kary, a każdy boi się najbardziej, że nie znajdzie właściwej osoby. W takim przypadku delikwent zostanie przemieniony we wskazane przez siebie zwierzę, by pod inną postacią mieć znowu szansę na znalezienie pary. Cała historia robi coraz mniej zabawna, a coraz bardziej mroczna i okrutna. W rezultacie staje się krwawą, ale i mądrą przypowieścią o niektórych prawach rządzących naszym społeczeństwem.

Jednak moim ulubionym filmem tamtego roku będzie Co przynosi przyszłość z Isabelle Huppert. Jest to kameralna opowieść o kobiecie, która nagle zaczyna tracić wszystko: męża, matkę, możliwości rozwoju zawodowego. Wbrew pozorom jednak nie uważa tego biegu zdarzeń za ścieżkę do rozpaczy, tylko za drogę ku wolności. Przy czym nie ma tu patosu wyzwolenia. Są tylko migawki z życia inteligentnej, zaskoczonej biegiem wydarzeń kobiety. Pokazane ze smakiem i przebłyskami poczucia humoru (ach ten fragment gdy Isabelle wyrzuca kwiaty od byłego męża, i wraca się żeby wyciągnąć z kubła niebieska torbę Ikea, w którą je wsadziła-samo życie!).

Byłam tez na innych mniej wartych omówienia produkcjach, z których dwie zasługują na wyróżnienie w postaci ostrzeżenia. Absolutnie unikajcie Serca psa, kabotyńskiej opowieści pseudo artystki z inklinacją do dręczenia zwierząt. I nie oglądajcie Juliety, kiczowatej i topornej ekranizacji prozy Munro w wykonaniu Almodovara. Który wyśmienicie pokazuje jak kiepskie historie pisze noblistka.

najlepszy z tamtego roku:

Mały Gatsby z Ciechocinka

Jak do kina to tylko o dziesiątej w nocy, miło, cicho, jest gdzie płaszcz i torebkę położyć. I na film polski, można przysnąć, można pogadać i tak się wątku nie straci. To są moje główne wnioski po obejrzeniu Excentryków.
A teraz info dla tych, co chcą przeczytać o filmie więcej niż trzy linijki, czyli garść szczegółów.
Wiadomo, że Excentrycy to film zrobiony na podstawie książki, ale raczej nie jest dobrze książkę przed pójściem do kina przeczytać. W książce jest gęściej, jest zabawniej. W filmie zostaje rewelacyjny Pszoniak z genialnymi monologami literackiego homofoba i straszna baba równie dobrze grana przez Dymną. Dla tej parki warto jest dwadzieścia złociszów na bilet do kina wydatkować. Niestety, mają czasu ekranowego jakieś piętnaście minut. Znaczenie więcej zajmuje go mdły w swojej roli Maciek Stuhr. Jego główny bohater miał być zakochanym jak szczeniak starym chłopem, został tylko zakochanym szczeniakiem. Może to zabrzmi jak niedorzeczne narzekanie, ale Stuhr jest do roli Fabiana za młody, za ładny, za chudy i za czysty. Wolałbym lekko podpasionego Żebrowskiego z czterodniowym zarostem i prześwitem na potylicy.
Kto zna książkę, będzie wiedział o czym mówię. Zrozumie też dlaczego się zdziwię, że w wersji filmowej magnolie kwitną w czasie ubierania choinek, a szkiełko Edzia leży nieużywane w kieszeni fabianowego prochowca. O to szkiełko mam zresztą największy żal. Kiedy byłam w trakcie lektury, cały czas myślałam, że momenty, kiedy bohater przykłada staroświecką lupę do oka, to wprost wymarzone sceny filmowe. Barwne opisy odrealnionych obrazów idealnie przełożyłyby się na ekran. Można by szkiełkiem Edzia widza poczarować, tak jak czarował Kieślowski szklaną kulką w rękach Weroniki.
Jednak to nie ten wymiar, nie ten zamiar, tutaj mamy jak najprościej opowiedziana historię, z topornym wątkiem miłosnym Nie dodaje jej uroku odtwórczyni roli perelowskiej famme fatale, której moim zdaniem ani śpiewać ani grac nie potrafi. Można było tutaj obsadzić jakąś piosenkarkę, choćby Brodkę. Na pewno gorzej by nie zagrała, a przynajmniej uratowałaby część muzyczną filmu.
Dla równowagi jest bardzo naturalna Sonia Bohosiewicz, bardzo muzykalna Sonia Smołokowska (szkoda, że tylko na końcu) i bardzo klimatyczna scenografia. Pytanie tylko, czy dzięki temu szala faktycznie przechyla się na planszę oznaczoną hasłem „film dobry”.

 mowa o:

 

aż w końcu będzie zimne lato

upał

Przegrzana, podduszona, snuję się z jedną książką pod pachą od balkonu do kanapy, od kanapy, do fotela. I tak cały tydzień. I czekam. Aż się schłodzi. Aż przyjdzie nowa Malanowska, tym razem kryminalna. Aż w sobotę otworzą biblioteki. Na razie grzebię i szukam. Nowinek. I tak dowiaduję się, że Witkowski zabił madame Gizzy, a cały ciuchowy zgiełk do prozy był mu potrzebny, bo trzecią część Drwala szykuje. I nie mogę się nie zastanawiać, czy kiedyś nie okaże się, że Michaśka ma labradora, żonę i dwoje ślicznych dzieci, a gejowski anturaż też tylko do prozy był robiony. To byłby dopiero camałt!
Tymczasem wyjść gdziekolwiek trudno. Chyba, że do kina, choć i tam chłód coraz bardziej przyblakły. Powlokłam się ostatnio na Amy. Zacisnęłam zęby. Raz, żeby nieświeże powietrze lepiej filtrować, dwa, żeby nie ugryźć panienki obok, która rozwinęła z wielkiej reklamówki wałówkę i ciamkała szeleszcząc. Piknik w kinie, czemu nie, tylko niech fotele wyniosą z tej części sali, to nie będę tam siadać.
Na szczęście film poluzował mój nastrój. Amy to naprawdę dobrze zrobiony dokument, bez komentarzy twórcy. Głos ma bohaterka i jej znajomi, ocena, na szczęście, pozostawiona jest widzom. Nie ma wyciskania łez, że taka zdolna, taka młoda i poszło wszystko tak źle. Za to jest po filmie ulga, że nie jest się młodym, zdolnym i że idzie średnio. Przynajmniej u mnie była. Spotęgowana wieczornym powiewem.

mowa o:

together