Kategoria: ogladając i czytając

na co nie iść do kina

Zacznę od tego, że poszłam na Pokot. Skuszona dobrym wspomnieniem stanowiącej podstawę filmu lektury. Podjarana przodownictwem Holland na liście reżyserów aktualnie wyklętych.

Zaczęło się miło, bo autorka samodzielnie, głosem z taśmy płynącym, podziękowała mi za frajerstwo moje, czyli płacenie za bilet do kina, kiedy mogłam sobie bezkosztowo, choć niezbyt uczciwie, film skądś ściągnąć. Poczułam się podwójnie szlachetna: nie dość, że prawa zwierząt i to i autorskie, suzmen, za własny grosz, będę celebrować.

Jednak po dziesięciu minutach patrzenia w ekran nastrój mi siadł. Dokładnie wtedy, kiedy kamera z uroków kotliny Kłodzkiej zjechała na główną bohaterkę. Nie tak sobie wyobrażałam wygląd Duszejko, ale to detal. Gorzej, że filmowa Duszejko mówi głosem Agnieszki Holland, dokładnie jej twardej i bezbarwnej intonacji używa, może tylko ciut mniej po męsku brzmi. Patrzyłam dalej i szybko doszłam do wniosku, że gra aktorska to wielka, choć nie jedyna, słabość tego filmu. Kwestie wygłaszane jak wierszyki, przerysowanie postaci, histeria i dosłownie zapluwanie się w grze, to wszystko raziło straszliwie.

Jakby tego było mało, konstrukcja akcji też była jakaś toporna, jakby siekierą Pani Duszejko rąbana, dialogi kiepskawe, sytuacje schematyczne. Jedyne co tu dobrze zagrało, to krajobraz i zwierzęta. Reszta wywołała u mnie zgrzytanie zębów. I głośne westchnięcia, że szkoda, że taki fajny temat został tak skiepszczony. Że ktoś pomyślał sobie, że zrobi kino zaangażowane i to wystarczy za wszystko. Otóż nie. Ważkość tematu nie zwalnia nikogo od utrzymania przyzwoitej artystycznej kondycji. Przynajmniej moim zdaniem.

mowa o:

pokot

znowu dobry film widziałam

Noblista szargany przez ziomków. Brzmi znajomo? Ale tym razem to nie skrót niusów, tylko filmu. Noblista jest z literatury, pochodzi z małego argentyńskiego miasteczka, ale od dawna rezyduje w Hiszpanii. Stara się prowadzić życie odludka, konsekwentnie odmawiając udziału w większych i mniejszych imprezach. Ale wreszcie w poczcie znajduje list, na który odpowiada pozytywnie. To prośba z rodzinnego miasteczka, by przyjął jego honorowe obywatelstwo.

Bohater decyduje się wyruszyć w podróż, i to sam. Jedzie nie tylko do miasta swoich narodzin, ale i do miejsca które uczynił centrum akcji swoich powieści, rozsławionych na całym świecie. Początek pobytu w dawnych stronach jest niezbyt szczęśliwy, bo samochód wiozący autora nagle psuje się na środku pustkowia. Jednak kiedy nasz bohater dociera na miejsce czekają go serdeczności ze strony burmistrza i gromadka wzruszonych mieszkańców. Znajduje się wśród nich i dawny przyjaciel. Wszyscy słuchają wypowiedzi bohatera z nabożeństwem, pstrykają mu zdjęcia, zapraszają do udziału w miejscowych imprezach. Jednym słowem otaczają należytą atencją i uwielbieniem.

Sytuacja komplikuje się, gdy pisarz ma orzec w sprawie zwycięzcy konkursu plastycznego. Dokąd te komplikacje zaprowadza powinniście już sami zobaczyc. Zaręczam, że warto, bo film jest co najmniej dwuznaczny, jak sztuki Ionesco. Ponadto bohater wypowiada tyle błyskotliwych uwag na temat sztuki, książek i roli pisarza w świecie, że film zanotowałam sobie jako wart ponownego obejrzenia. Najlepiej z notesem w ręku.

mowa o:

obywatel

filmoteka 2016

sniegowa

Aaa jakie mam zaległości! Z tego roku, z tamtego roku, z opisów książek, z opisów filmów. Ponieważ książki trafiły mi się pod koniec 2016 takie, że mi się o nich wspominać nie chce (trzeci, a zwłaszcza czwarty tom Ferrante, kiepski kryminał i średnia biografia), opowiem, co widziałam zeszłego roku w kinach. Zwłaszcza, że mam z tego lepsze wspomnienia.

Zaraz początkiem tamtego roku trafiła mi się bosko (nomen omen) szurnięta komedia francuska Zupełnie Nowy testament. Zgodnie z tytułem jest to próba ekranizacji nowych pomysłów na zawartość Biblii. Gdzie Bóg jest wrednym piekielnikiem, wymyślającym prawa uprzykrzające ludzkości życie. Ma nieletnia córkę, zahukana żonę i syn imieniem Jezus, który już dawno uciekł z domu. Wszyscy domownicy maja Stwórcy dosyć i pewnego razu córka postanawia wziąć sprawy w swoje ręce. Formuje drużynę nowych apostołów, dobiera się do tatusiowego programu zarządzania światem i przedostaje się do ludzkości przez….. bęben pralki. Reszty nie będę opowiadać, bo to zbyt skomplikowane. Tylko dodam, że na koniec filmu popłakałam się ze śmiechu.

Zupełnie inną, co nie znaczy że gorszą komedią zeszłego roku, są Zagubieni Zelenki. To czeski film w pełni tego słowa znaczeniu. Głównymi bohaterami są pamiętająca czasy konferencji monachijskiej Papuga i czeskie kompleksy z korzeniami w okresie międzywojnia. Plus ekipa filmowa, która o tym wszystkim chce nakręcić materiał. Jest więc film w filmie, mnóstwo zamieszania i sporo prawdy o nas samych. Jest się z czego śmiać, jest o czym myśleć.

Mniej śmieszny, ale na pewno najdziwniejszy film, zeszłego roku to Lobster Yorgosa Lanthimosa. Na początku seansu, kiedy obserwowałam zasady funkcjonowania społeczeństwa gdzie bycie w parze jest prawnym obowiązkiem, bawiłam się nieźle. W świecie Lobstera ci, którzy nie mogą z jakiś powodów znaleźć partnera lub go utracili, są wysyłani na turnus wczasowy, w trakcie którego muszą znaleźć sobie parę. Sceny jak z sanatoriów, piosenki miłosne rodem z dawnych dansingów, wszystko to wywołuje uśmiech… do czasu. Turnosowiczów spotykają coraz dotkliwsze kary, a każdy boi się najbardziej, że nie znajdzie właściwej osoby. W takim przypadku delikwent zostanie przemieniony we wskazane przez siebie zwierzę, by pod inną postacią mieć znowu szansę na znalezienie pary. Cała historia robi coraz mniej zabawna, a coraz bardziej mroczna i okrutna. W rezultacie staje się krwawą, ale i mądrą przypowieścią o niektórych prawach rządzących naszym społeczeństwem.

Jednak moim ulubionym filmem tamtego roku będzie Co przynosi przyszłość z Isabelle Huppert. Jest to kameralna opowieść o kobiecie, która nagle zaczyna tracić wszystko: męża, matkę, możliwości rozwoju zawodowego. Wbrew pozorom jednak nie uważa tego biegu zdarzeń za ścieżkę do rozpaczy, tylko za drogę ku wolności. Przy czym nie ma tu patosu wyzwolenia. Są tylko migawki z życia inteligentnej, zaskoczonej biegiem wydarzeń kobiety. Pokazane ze smakiem i przebłyskami poczucia humoru (ach ten fragment gdy Isabelle wyrzuca kwiaty od byłego męża, i wraca się żeby wyciągnąć z kubła niebieska torbę Ikea, w którą je wsadziła-samo życie!).

Byłam tez na innych mniej wartych omówienia produkcjach, z których dwie zasługują na wyróżnienie w postaci ostrzeżenia. Absolutnie unikajcie Serca psa, kabotyńskiej opowieści pseudo artystki z inklinacją do dręczenia zwierząt. I nie oglądajcie Juliety, kiczowatej i topornej ekranizacji prozy Munro w wykonaniu Almodovara. Który wyśmienicie pokazuje jak kiepskie historie pisze noblistka.

najlepszy z tamtego roku:

Mały Gatsby z Ciechocinka

Jak do kina to tylko o dziesiątej w nocy, miło, cicho, jest gdzie płaszcz i torebkę położyć. I na film polski, można przysnąć, można pogadać i tak się wątku nie straci. To są moje główne wnioski po obejrzeniu Excentryków.
A teraz info dla tych, co chcą przeczytać o filmie więcej niż trzy linijki, czyli garść szczegółów.
Wiadomo, że Excentrycy to film zrobiony na podstawie książki, ale raczej nie jest dobrze książkę przed pójściem do kina przeczytać. W książce jest gęściej, jest zabawniej. W filmie zostaje rewelacyjny Pszoniak z genialnymi monologami literackiego homofoba i straszna baba równie dobrze grana przez Dymną. Dla tej parki warto jest dwadzieścia złociszów na bilet do kina wydatkować. Niestety, mają czasu ekranowego jakieś piętnaście minut. Znaczenie więcej zajmuje go mdły w swojej roli Maciek Stuhr. Jego główny bohater miał być zakochanym jak szczeniak starym chłopem, został tylko zakochanym szczeniakiem. Może to zabrzmi jak niedorzeczne narzekanie, ale Stuhr jest do roli Fabiana za młody, za ładny, za chudy i za czysty. Wolałbym lekko podpasionego Żebrowskiego z czterodniowym zarostem i prześwitem na potylicy.
Kto zna książkę, będzie wiedział o czym mówię. Zrozumie też dlaczego się zdziwię, że w wersji filmowej magnolie kwitną w czasie ubierania choinek, a szkiełko Edzia leży nieużywane w kieszeni fabianowego prochowca. O to szkiełko mam zresztą największy żal. Kiedy byłam w trakcie lektury, cały czas myślałam, że momenty, kiedy bohater przykłada staroświecką lupę do oka, to wprost wymarzone sceny filmowe. Barwne opisy odrealnionych obrazów idealnie przełożyłyby się na ekran. Można by szkiełkiem Edzia widza poczarować, tak jak czarował Kieślowski szklaną kulką w rękach Weroniki.
Jednak to nie ten wymiar, nie ten zamiar, tutaj mamy jak najprościej opowiedziana historię, z topornym wątkiem miłosnym Nie dodaje jej uroku odtwórczyni roli perelowskiej famme fatale, której moim zdaniem ani śpiewać ani grac nie potrafi. Można było tutaj obsadzić jakąś piosenkarkę, choćby Brodkę. Na pewno gorzej by nie zagrała, a przynajmniej uratowałaby część muzyczną filmu.
Dla równowagi jest bardzo naturalna Sonia Bohosiewicz, bardzo muzykalna Sonia Smołokowska (szkoda, że tylko na końcu) i bardzo klimatyczna scenografia. Pytanie tylko, czy dzięki temu szala faktycznie przechyla się na planszę oznaczoną hasłem „film dobry”.

 mowa o:

 

aż w końcu będzie zimne lato

upał

Przegrzana, podduszona, snuję się z jedną książką pod pachą od balkonu do kanapy, od kanapy, do fotela. I tak cały tydzień. I czekam. Aż się schłodzi. Aż przyjdzie nowa Malanowska, tym razem kryminalna. Aż w sobotę otworzą biblioteki. Na razie grzebię i szukam. Nowinek. I tak dowiaduję się, że Witkowski zabił madame Gizzy, a cały ciuchowy zgiełk do prozy był mu potrzebny, bo trzecią część Drwala szykuje. I nie mogę się nie zastanawiać, czy kiedyś nie okaże się, że Michaśka ma labradora, żonę i dwoje ślicznych dzieci, a gejowski anturaż też tylko do prozy był robiony. To byłby dopiero camałt!
Tymczasem wyjść gdziekolwiek trudno. Chyba, że do kina, choć i tam chłód coraz bardziej przyblakły. Powlokłam się ostatnio na Amy. Zacisnęłam zęby. Raz, żeby nieświeże powietrze lepiej filtrować, dwa, żeby nie ugryźć panienki obok, która rozwinęła z wielkiej reklamówki wałówkę i ciamkała szeleszcząc. Piknik w kinie, czemu nie, tylko niech fotele wyniosą z tej części sali, to nie będę tam siadać.
Na szczęście film poluzował mój nastrój. Amy to naprawdę dobrze zrobiony dokument, bez komentarzy twórcy. Głos ma bohaterka i jej znajomi, ocena, na szczęście, pozostawiona jest widzom. Nie ma wyciskania łez, że taka zdolna, taka młoda i poszło wszystko tak źle. Za to jest po filmie ulga, że nie jest się młodym, zdolnym i że idzie średnio. Przynajmniej u mnie była. Spotęgowana wieczornym powiewem.

mowa o:

together

skarb na każdej stronie

ród Ardenów

Nagle dzieciom wydało się,, jak gdyby gruchanie gołębi i szelest ich skrzydeł przeniknęły przez dach do pokoju i zewsząd je otoczyły. Odgłosy te stawały się coraz głośniejsze i bliższe, a różne części garderoby wywędrowały ze skrzyni i znalazły się na dzieciach. Oboje nie mieli pojęcia, jak to się stało-podobnie jak i wy nie wiecie-ale wydawało się, ze to właśnie gołębie gruchanie odegrało role pomocnych rąk, i już po chwili dzieci ubrane były w stroje, jakich nigdy w życiu nie nosiły. Elfryda miała na sobie długa do ziemi suknie, o wysokim stanie, z przeźroczystego muślinu w zielony deseń. Znikły jej brązowe trzewiki z szerokimi noskami i miała na nogach cieniutkie, płytkie pantofelki.
Edith Nesbit Ród Ardenów, str 68

Pamiętam, że była to jedna z moich ulubionych dziecięcych fantazji: znaleźć jakiś stary kufer ze strojami z dawnych epok, przebierać się w nie i tym sposobem podróżować w czasie. Tak jak bohaterowie Edith Nesbit z Rodu Ardenów. Znacie tę opowieść? To historia dwójki rodzeństwa, należącego do zubożałej angielskiej arystokracji, które szczęśliwym zrządzeniem losu przeprowadza się do podupadłego zamczyska należącego do wieków do ich rodu. Tam, błądząc po zapuszczonych salach i komnatach, dzieci znajdują tajemniczą skrzynię wypchaną starymi ubraniami z różnych epok. Dla zabawy zaczynają je przymierzać. Kiedy całkowicie przebrane opuszczają kryjówke aby znowu błądzić po zamku, wchodzą w zupełnie inna rzeczywistość, należące dla nich do historii lata, z których pochodzą właśnie nałożone stroje. W ten sposób zwiedzają epokę napoleońską, czasy Henryka Ósmego i przyczyniają się do wykrycia spisku prochowego. Przy okazji maja oczywiście mnóstwo niezwykłych przygód.

ród Ardenów 1

Mnie jednak najbardziej urzekały w tej opowieści nie wyczyny dzieci, ale cudowne przebieranki w których mogły uczestniczyć. Ach zamienić moje opadające i gryzące rajstopy na jedwabne pończoszki, ohydne juniorki na pantofelki, i paskudny skudlony sweter na ręcznie wyszywaną batystową sukienkę, to by dopiero była frajda (na gorset na szczęście byłam za mała).
I nie wiem czy to od tego momentu, bo wydaje mi się, że od zawsze, od kiedy zaczęłam błądzić wzrokiem po literach ze zrozumieniem, zwracałam uwagę na to, co i jak noszą moi literaccy bohaterowie. Często ciężko było mi zrozumieć o co chodziło, gdy autor wymieniał turniury, gipiury, kryzy i koronki. Nieraz potrzebowałam wyjaśnień jakiegoś obeznanego w temacie pomocnika. Z reguły trudno było go znaleźć.

fashion 1
Teraz wreszcie, po latach, udało się! I to z wielkim sukcesem. A było to tak. W moim mieście właśnie otwarto TK Maxxa, który dawno temu zaplusował u mnie sprzedażą po połowicznej cenie uroczych książek Angeli Adoree. Oczywiście byłam w sklepie w dniu otwarcia, W przeciwieństwie do większości kupujących, nie zajrzałam do stoisk z ciuchami, jednym tylko okiem rzuciłam na kosmetyki, zręcznie wyminęłam półki z butami i wylądowałam szybciutko w dziale gospodarczym. Tak naprawdę chciałam kupić foremki do Magdalenek, z wiadomych chyba wszystkim moim czytelnikom względów (Proust, pewnie że chodzi o Prousta). Niestety ich nie było, więc poszłam dalej do książek kucharskich i wyrobów papierniczych. A tam, wśród ksiąg pełnych przepisów kuchni wegetariańskiej, marokańskiej i całkiem klasycznie angielskiej, leżała sobie jak gdyby nigdy nic książka – przepustka do wszystkich epok mody. Wielka, biała, z cudownym tytułem fashion i szczelnie zafoliowana. Zaczęłam tę folię skubać, potem rozciągać, wreszcie zdzierać, zupełnie jakbym szarpała zasłonę zakrywającą wejście do innego, lepszego świata.
I faktycznie tak było! Kolorowo i odlotowo. Na każdej stronie mogłam obejrzeć barwne stroje z innej epoki, pokazane z detalami, opisane dokładnie. Po jakiego grzyba mi magdalenki, pomyślałam od razu, tylko kuchnie zapaćkam niepotrzebnie, a ciastka i tak nie wiadomo czy wyjdą. Teraz mogę zawitać w czasach Prousta w znacznie łatwiejszy i przyjemniejszy sposób. Wystarczy otworzyć ten wspaniały album na początku 20 wieku i przyjrzeć się strojom epoki.
W takim kubraczku pewnie Marcel biegał na swoje przyjęcia:

fashion 2
W którejś z tych sukni mogła paradować Księżna Oriana:

fashion 3
Rozochocona wędrowałam dalej. O proszę, pewnie w czymś takim musiała chodzić Anda w Godzinie Pąsowej Róży, kiedy nagle przeniosła się w czasy Ciotki Eleonory:

 fashion 7

A teraz skok do najbardziej rozrywkowej ery, szalonej epoki jazzu. Tutaj zaczynam się zastanawiać, czy taki strój pasowałby do Gatsbiego:

  fashion 8

I czy może Daisy swingowała w tej lub podobnej sukience:

fashion 4

Mogę zawędrować i w dawniejsze wieki, na przykład sprawdzić w czym na co dzień biegali, a może raczej kroczyli, rycerze Okrągłego Stołu:

fashion

Tak mniej więcej wygląda mój niezwykły bilet w mody wszystkich czasów. Książka, którą nie waham się nazwać najlepszym zakupem tego, prawie minionego, lata.

 mowa o:

fashion

Od Allena lata nie ma

Woody Allen

Jeśli nie jesteś w nastroju, żeby znosić moje obsesje , to chyba nie jesteś w nastroju, żeby obejrzeć mój film
Woody Allen w osobisty Album Woody’ego Allena, str 174

To najbardziej gorzki film Woodiego Allena – wyłowiłam ten akapit wzrokiem z jakiejś gazety, właśnie kiedy zbierałam się do kina. Dalej nie czytam, postanowiłam i automatycznie zaczęłam się zastanawiać, w czym ta gorycz może się przejawiać. Widziałam zapowiedzi filmu już kilka razy i wyglądało to na historyjkę wręcz lukrowaną, a tymczasem zamiast cukru najwyraźniej do polewy użyto piołunu. Nic tylko uwodzicielska bohaterka okaże się babką Blue Jasmine i dzięki swoim paranormalnym zdolnościom przewidzi nie tylko kolejną wojnę, ale i smutne losy wnuczki, pomyślałam.

Woody 1

Jednak się myliłam. Osadzona w dekoracjach jakby żywcem recyclingowanych z Wielkiego Gatsbiego historia, nie zawiera żadnych ponurych przepowiedni. Dopiero po obejrzeniu całości zaczęłam podejrzewać gdzie te nutkę goryczy rodzimy widz może znaleźć. Bo niejeden wychowany w tzw tradycji katolickiej biedak będzie miał problemy ze zrozumieniem postawy głównego bohatera. Który nie dość, że wyrósł z zakładu Pascala, to jeszcze naczytał się Nietzschego. I w rezultacie zastąpił potrzebę wiary zamiłowaniem do iluzji. Z drugiej strony, czy to nie wzruszające ze ktoś może się jeszcze przejąć poczynionymi wiek temu anonsami ze Bóg umarł? Choć tak naprawdę bardziej mnie przeraża niż roztkliwia nieznajomość historii filozofii u współziomków i brak zrozumienia zasadniczych z jej przesłanek.

Woody 4

Ale wróćmy do naszych baranów, a właściwie duchów, ektoplazmy i znikających słoni. Sama opowiastka Allena, staroświecka jak spirytystyczny seans, jest sympatycznym wywodem o naszej potrzebie złudzeń i irracjonalności uczuć. Fabuły opowiadać nie będę, bo jest dokładnie taka jak w zajawkach przedstawiają. Atmosfera filmu jest bardzo blada kalką tego, co dawniej stary dobry Woodie wytwarzał. Niestety odtwórca głównej roli, Collin Firth, co do którego większość widzów miała na pewno wielkie nadzieje, nie wyszedł ciągle z roli angielskiego króla. W rezultacie miałam wrażenie, że oglądam film o tym, jak to Jerzy VI nie wytrzymał i abdykował, a na życie zarabia jako magik i demaskator fałszywych mediów. Przyznam, że trochę mnie to wprowadzało w zamęt.

Woody 2
I chyba z tęsknoty za dawnym Allenem, tego od Annie Hall i Manhattanu, zaczęłam sobie oglądać właśnie wydany album o reżyserze. Z odpowiednim podkładem muzycznym do tego, bo jeszcze do kompletu dołożyłam trzypłytowy album z muzyką filmową Allen’a. Choć akurat jeśli o ścieżkę dźwiękową do najnowszego wyrobu reżysera chodzi, to jest ona taka jak zawsze. A sam wyrób? Nie rzuca na kolana, ale ma swój urok delikatnego i ciut pozbawionego blasku cacka.

mowa o:

Woody 3