Miesiąc: Styczeń 2014

teary torn and tired

Masz zamęt w głowie, co? Nie spiesz się mon ami, Jesteś wzburzony, podniecony. To zrozumiałe, naturalne. Uspokoiliśmy się trochę, więc teraz uporządkujmy fakty: ładnie, każdy na właściwym miejscu. Będziemy je badać, segregować, odrzucać. Istotne odłożymy na później, Te bez znaczenia … puf! ..-Poirot wykrzywił się pociesznie i dmuchnął. – Niech idą z wiatrem.

Agatha Christie „Tajemnicza historia w Styles”, str 30

Stało się coś strasznego: Zabili mi Poirota! Zaraz początkiem roku. A było to tak. Włączyłam kolejny odcinek ulubionego serialu. Było bardziej szaro i ponuro niż zwykle. Dech mi zaparło nie ukazanie tajemnicy, ale na widok zmarnowanego detektywa sunącego na wózku inwalidzkim. Jak to, Poirot już nie drypce? Jak sobie ze śledztwem poradzi? Jakoś mu poszło, ale nie bez konsekwencji. W finałowych klatkach filmu dramatycznie kona i nie jest to tylko wybieg dla zmylenia przeciwnika. Wykonawcą jego ostatniej woli zostaje Hastings, a Poirot na dobre znika. Szczerze mówiąc, autorka nieźle się na nim zemściła, bo sprokurowała mu dość smutny koniec. Tak smutny, że czułam, że muszę koniecznie się jakoś pocieszyć.

Lekarstwo było jedno: przeczytać wreszcie którąś z tak świetnie zekranizowanych, poirotowskich przygód. Do tej pory byłam wierną wielbicielką książkowej wersji Panny Marple, Małego Belga pozostawiając filmowi. Postanowiłam to zmienić i przy najbliższej wizycie w bibliotece wzięłam coś, co wyglądało na najstarszą z przygód słynnego detektywa.

Zaskoczeniem dla mnie było, że jej narratorem jest Hastings. Który, oględnie mówiąc, nie jest zbyt błyskotliwy. Zauważa i opisuje niewiele, raczej stroni od podawania zbędnych szczegółów i koncentruje się na samej śledczej akcji. I tu poczułam największy zawód.  Bo Hastings moim zdaniem podchodzi do sprawy zbyt po męsku. A raczej po wojskowemu. Nie patrzy na boki, dziarsko dąży do celu. Jest bardziej autorem kroniki policyjnej niż kryminału o szerokim tle obyczajowym. Nie daje opisów przydomowego ogródka, wolno sączonych herbatek czy plotek opowiedzianych przy kuchennym stole.

Nie ma tu wiele z tego, co u Christie najbardziej lubię. Oczywiście, jak to u Agathy, jest tajemnicze morderstwo, śmierć bogatej damy, na której skorzystać mogło wielu. Akcja dosyć szybko i zawile pomyka, ale to nie ten styl, nie ten smak, który znam z opowieści o Pannie Marple. Pozostało westchnąć jaka szkoda i dalej rozglądać się za mordercą.

mowa o:

w Styles 1

Porozmawiajmy o Marcelu

Być może jestem tępakiem, ale nie rozumiem, dlaczego ten facet potrzebuje trzydziestu stron na opisanie tego, jak się przewraca z boku na bok.

Alfred Humblot w Alain De Botton „jak Proust może zmienić twoje życie”, str 37

Jak wiadomo Prousta streścić się nie da. Za to można się w nim niejednego dogrzebać. Jednym z  wyznawców tej tezy jest autor plotkarskiego quasi poradnika, wrzuconego mi pod choinkę przez dobrze orientującego się w moich upodobaniach Aniołka. Żeby było śmieszniej, książka, w przeciwieństwie do proustowskiego cyklu, jest malutka, ma format kieszonkowy i zawiera dokładnie 200 strony. Czy to wyciąg wszystkiego, co o Prouście wiedzieć warto?

Nie posunęłabym się do takiego wniosku. To raczej zgrabna układanka przypowieści i anegdot o autorze i jego dziele. Czasem czyta się to jak poświęcone Proustowi wydanie „życia na gorąco” sprzed wieku. Można dowiedzieć się, że Marcel cierpiał na nieżyt żołądka, jadał jeden obfity posiłek dziennie i  to na osiem godzin przed snem. Do snu natomiast się układał, uprzednio założywszy szczególnie dopasowaną w pasie bieliznę. Miał alergie niemalże na wszystko, nie mógł używać żadnych kosmetyków, do umycia ciała  potrzebował za każdym razem około dwudziestu ręczników. Te i inne rewelacje szybko czytelnikowi uświadamiają, że Proust nie należał do osób przesadnie szczęśliwych. Dręczony wyimaginowanymi i rzeczywistymi dolegliwościami, nie był jednak człowiekiem kwękającym i nudnym. Przeciwnie, miał sporo znajomych, których potrafił sobą zachwycić. Ale czy naprawdę wiedział jak żyć?

Na to pytanie autor raczej nie odpowiada. Za to pokazuje nam, na kilku przykładach, jak wiele z doświadczeń i książek Prousta możemy wyszukać rzeczy ważnych dla siebie. Tematu książki nie wyczerpuje, ale uczy jak Prousta czytać. I dowodzi, że  w jego cyklu znaleźć można wszystko, co chcielibyśmy wiedzieć o życiu, ale nie mamy kogo zapytać.

mowa o:

Proust M

fajerwerki i fuszerki 2013

Lizbona mn

Jednak, jednak, mimo senności, i braku chęci, z poczucia obowiązku zamykania tego, co powinno zostać zakluczone i odstawione, podsumuję tamten rok. Bez przesady, przeczytanych książek ani stron nie policzyłam. Mogę za to podać bez wahania zeszłoroczną rekordzistkę: najpotężniejszą książką, jaką  w tamtym roku wzięłam do czytania, jest niewątpliwie Anna Karenina, 900 bitych stron w jednym tomie. Łokcie sobie nadwerężyłam i dlatego szukam teraz tomów lekkich, które bez wysiłku trzyma się w ręce. W przeciwnym razie będę potrzebowała rehabilitacji kończyn górnych. Zresztą wielką ta książka była nie tylko gabarytowo, ale i jakościowo, o czym całkiem niedawno pisałam.

Można śmiało powiedzieć, że zeszłego roku na pewno zawodu nie sprawiła mi klasyka, łącznie z kolejnymi tomami Prousta. Nawet ciekawa byłam, czy mój zachwyt to pojedyncze odchylenie i poszukałam Marcela na fejsbuku. Okazuje się, że fanpejdża ma niejednego, a na każdym setki tysięcy lajkow. Też go lubię, ale inaczej, po prostu go czytam, zamiast mu w lubienia klikać.

Ze starych znajomych w moim czytaniu obecni byli Białoszewski i Nabokov, którzy i tym razem dobrze się spisali. Nowym znajomym okazał się Jeffrey Eugenides. Tutaj relacja była jak w krótkim związku miłosnym: najpierw zauroczenie świetnymi Samobójczyniami, potem lekkie zniecierpliwienie Middlesexem, wreszcie kompletne rozczarowanie Intrygą małżeńską. Od tej pory z tym panem się nie widujemy.

Za to bardzo chciałabym spotkać się jeszcze z Maraiem, którego W podróży jest jedną  z najlepszych książek, jakie w zeszłym roku czytałam. Chętnie też powrócę do Margaret Forster, Nancy Mitford i Hiromi Kawakami.

Jeśli chodzi o niespodzianki, to najniezwyklejszą zafundował mi Pablo Tusset. Czytanie jego Najlepsze co może się przydarzyć rogalikowi wprowadza w trans niczym słynny taniec derwiszów. Kto szuka w literaturze okazji do odlotów, powinien Rogalika koniecznie skonsumować.

A co można sobie darować? Opowieści Czajki Stachowicz o jej paryskim życiu, coraz grubszą czcionką piszącego Murakamiego, katalogującego niedole losu kobiecego Hallgrimur Halgasona, kolejną kiczowatą opowiastkę o Chanel Chrisa Greenhalgh, nieporywającego Mendozę   i marudzącego o bywaniu w świecie Tabucciego.

warto było:

kolaż 2013

na szare dni

choinka 7

Tęskniłam do przygody, do wielkiej miłości, do romantycznych przeżyć, tymczasem skazana byłam na najbardziej prozaiczną egzystencję. Wypożyczalnia książek w naszej wiosce oferowała mnóstwo rozlatujących się na strzępy, tanich powieści. Ich lektura stanowiła dla mnie namiastkę prawdziwej miłości i prawdziwej przygody. Zasypiając marzyłam o silnych, małomównych Rodezyjczykach, o mężczyznach, którzy „Kładli swoich wrogów jednym ciosem”. W naszej wiosce nie było nikogo, kto chociażby wyglądał na zdolnego położyć swojego wroga , jeśli nie jednym, to nawet kilkoma ciosami.

Agatha Christie „Mężczyzna w brązowym garniturze”, Str 15

choinka 9

Posypały się resztki igeł z choinek, do następnego wolnego ponad sto dni, jednym słowem nastał czas poświątecznej smuty. Przetrwać go trzeba, musi się człowiek jakoś pocieszyć. A to nareszcie swobodnym  zjadaniem zwolnionych z roli świątecznych ozdób słodyczy, a to stosowną herbacianą mieszanką. I koniecznie właściwie dobraną lekturą. U mnie w takim czasie przymulenia najlepiej sprawdzają się kryminały. I nie żadne skandynawskie zbrodnie i fiordy, tylko klasyka gatunku. Czyli zawsze dobra Agatha.

Tym razem zrezygnowałam z zawsze przynoszącego pocieszenia towarzystwa Panny Marple, i zaczęłam czytać coś zupełnie nieznanego. Wyglądało mi to na starszawy kryminał mojej ukochanej autorki. Akcja rozgrywa się po zakończeniu pierwszej wojny światowej, a narratorką jest młoda dziewczyna. Ta świeżo dorosła panienka zostaje osierocona przez ojca, wybitnego i roztargnionego naukowca, który w wyniku swojej lekkomyślności nabawił się śmiertelnego w skutkach przeziębienia. Dziewczyna początkowo zostaje przygarnięta przez rodzinę znajomego prawnika, jednak szybko bierze los we własne ręce. Oto na stacji londyńskiego metra staje się świadkiem tragicznej śmierci dziwnie zachowującego się człowieka. Przypadkiem znajduje skrawek papieru, na którym denat zapisał tajemniczy adres. Nasza bohaterka jest ciekawska i na cztery nogi kuta, więc angażuje się w śledzenie dziwnej sprawy. W rezultacie odkrywa, że napis na znalezionej kartce oznacza nazwę statku, który odpływa w najbliższym czasie do Afryki. Bez namysłu kupuje za cały pozostawiony jej spadek bilet i udaje się w podróż w nieznane. Spotyka ją oczywiście mnóstwo przygód, które opowiada z humorem i swadą. Są tam lwy, miłość i diamenty, czyli to, czego dobrej akcji potrzeba.

Sama narratorka też jest niczego sobie. Ta trochę egzaltowana, ale też inteligentna i sprytna panienka była ani chybi starszą siostrą tak przez czytelników kryminałów uwielbianej Flawii de Luce. Dla równowagi jej ciut naiwne monologi są przerywane fragmentami pamiętników Sir Eustchego Pedlera, zblazowanego arystokraty, który nieustannie żali się na brak świętego spokoju i nadgorliwość swojego sekretarza. Jego opowieść przypominała mi stylem historie opisane przez Bertiego Woostera, pracodawcę wyśmienitego kamerdynera Jeevesa.

Myślę, że po takich porównaniach nie muszę udowadniać, że ta książka to świetny, pełen humoru, ciepła i żwawej akcji, kryminał. Namawiam gorąco, przekonajcie się sami.

Idealna na zimowego bluesa:

Christie

rosyjska epopeja

choinka

Annę się potępia. Za co? Cóż, czy ja jestem od niej lepsza? A ja przynajmniej mam męża, którego kocham, nie w taki sposób wprawdzie kocham, jak bym tego sobie życzyła, ale w każdym razie-kocham. Anna swojego nie kochała. Gdzież więc jej wina? Czy w tym, że chce żyć?

Lew Tołstoj Anna Karenina, Str 674

 Anna! Anna, która umiała uwieść każdego, uwiodła i mnie. W jej towarzystwie, Anny K., największej miłośnicy literatury, spędziłam ponad trzydzieści dni. Tak dla porządku kilka słów z jej historii. Oto w Rosji, w drugiej połowie 19 wieku pewna stateczna matka, arystokratka i pani domu zakochuje się ze wzajemnością w dobrze urodzonym paniczyku. Po kilku tygodniach namysłu decyduje się rzucić wszystko, by tylko być przy boku najdroższego. Występująca przeciw nudzie i konwenansom mężatka, płaci za swój bunt drogo. Wykluczeniem ze środowiska, pogardą zacnych dam, wreszcie utratą miłości własnego syna i udręką kobiety skazanej na zazdrość i samotność. Jak wszyscy wiemy, prowadzi to do tragicznego finału.

Jednak kto widział tylko film, nie wie, ze Anna w tytule to jedynie trik. Bo to nie ona jest książki bohaterką. Raczej na tym miejscu postawić należy Lewina, potem dołączyć do niego Kitty, a w tyle postawić Obłońskiego, Dolly i Karenina. W trzecim rzędzie powinniśmy mieć Księstwa Szczerbackich, Warneńke i Betty. A jeszcze za nimi kilka cieni. W ten sposób mielibyśmy choć częściowy obraz głównych postaci. Lewin jednak, ani chybi tołstojowskie alter ego, przesłania wszystkich. To nudziarz, raptus i maruda, nieobyty towarzysko chłopak i ambitny gospodarz. Przysparza sobie i innym udręki szukaniem idealnego sposobu zarządzania gospodarstwem. Filozofuje i złości się na przemian, od czasu do czasu popadając w ekstazę wywołaną praca na roli. Bohater nie mój, za to autora ulubiony.

Moim faworytem jest raczej Obłoński, typowe dziecko swej epoki, radosny utracjusz, którego pogody ducha i chęci parcia do przodu nie zmorzy nic. Jest to typ uniwersalny, obecny w literaturze i życiu do dziś. To dzięki niemu, wykonywanej przez niego urzędniczej pracy, ze zdumieniem przekonałam się, że tak naprawdę w administracji od czasów carskich nie zmieniło się prawie nic. Co więcej, widać tutaj, że i w ogólnych zasadach funkcjonowania sympatii społecznych nie zmieniło wiele. Obłoński to typ którego musi się lubić. Zawsze miły, miał migdałowy uśmiech i był niejako organicznie wesół. Mimo, że nie interesowała go właściwie ani nauka, ani sztuka, ani polityka, stale podzielał poglądy większości i jej dziennika, a zmieniał je tylko wówczas, gdy zmieniła je większość. Mówiąc ściśle, nie on zmieniał poglądy, lecz one same się w nim niedostrzegalnie zmieniały. Obłonski nie wybierał kierunku ani zapatrywań; prądy i zapatrywania przychodziły do niego same,, podobnie jak nie wybierał fasonu kapelusza ani kroju surduta, lecz nosił to co wszyscy. (Lew Tołstoj Anna Karenina Str 15) Jednym słowem Obłoński to nie tylko człowiek sympatyczny oraz zadowolony, ale i modny.

Jego przeciwieństwem będzie kostyczny Karenin, zdradzony mąż Anny, którego jednak tak przedstawiono, że można przyczyny jego chłodu i dystansu, oraz późniejszej dewocji, zrozumieć. Dzięki tej książce można zresztą pojąć znacznie więcej, niż tylko uczucia porzuconego męża i jego zdesperowanej żony. Bo tak naprawdę to wielki, z rozmachem stworzony portret całej epoki i jej mieszkańców, wspaniały zarówno w pełnym ujęciu jak i w najdrobniejszym, precyzyjnie opisanym detalu.

klasyk, którego bardzo warto:

Karenina

zaległości

Murakami

Haruki Murakami Bezbarwny Tsukuru Tazaki i jego lata pielgrzymstwa

Wszyscy zabrali się już za coroczne pod sumowania, a mnie jeszcze została do opisania co najmniej jedna zeszłoroczna lektura. Był to tradycyjnie na chybcika przeczytany prezent gwiazdkowy. Różnica polegała w tym przypadku na braku potrzeby szukania prezentu zastępczego. O ile w poprzednich latach książkowe zakupy pod choinkę wymagały uzupełnień, bo nagle okazywało się, że nabyłam coś, z czym nie chcę się rozstać, to w tym roku bez żalu zapakowałam czytelniczy prezent. A nawet z pewnym wyrzutem sumienia, że darowuję rzecz niezbyt dobrą. Wiedziałam jednak ze samo nazwisko autora, Murakami, wzbudzi zachwyt u obdarowanej.

Tymczasem po raz kolejny zaczęło mnie intrygować, jak ten popularny Japończyk zabiera się do pisania swoich książek. Lektura Tsukuru nasunęła mi pewne podejrzenia, że jest to skrupulatnie dobrany zestaw snów, ulotek reklamowych (tym razem pewnej firmy samochodowej i oferty szkoleniowej z HR) i sensacyjnych artykułów z gazet. Autor skleja to wszystko od linijki, nie specjalnie dbając o sens i jednolitość stylu. W rezultacie powstaje historia, w której zachowanie bohaterów dalekie jest od wszelkich zasad logiki lub zdrowego rozsądku. Ale niechby sobie i byli ci bohaterowie dziwni, to mogłoby nawet dodać im uroku. Cóż, kiedy to wszystko jest przybrane lepkim od ckliwości sentymentalizmem, przeestetyzowanymi opisami głównych postaci, i okraszone dialogami, których nie powstydziłby się sam Koehlo.

Serca bohaterów krwawią, drżą i zamierają na przemian, ulotne wichry przemian zmieniają ich życie, a czytelnik niemalże jęczy z udręki przewracając kolejną kartkę nowej powieści tego japońskiego wcielenia niegdysiejszej Mniszkówny.

mowa o:

Murakami 1