Miesiąc: Wrzesień 2010

a nice cup of everything

If the books I have read have helped to form me, then probably nobody else who ever lived has read exactly the same books, all the same books and only the same books, as me. So just as my genes and the soul within me make me uniquely me, so I am the unique sum of the books I have read. I am literary DNA.

 Jeśli książki które czytałam pomogły mnie ukształtować, to zapewne nie ma nikogo, kto w swoim życiu przeczytał dokładnie te same książki, wszystkie i tylko te, które ja przeczytałam. Tak jak moje geny i dusza tworzą tą jedyną i wyłączną mnie, tak samo stanowię unikalny zbiór książek, które przeczytałam. Jestem literackim DNA. (tłum. własne)

Susan Hill, „Howards End is on the Landing” str 202

 Tak mogłoby być na popołudniówce u angielskiej znajomej. Przysiadam w fotelu upstrzonym wzorami Laury Ashley, zagryzam jakieś scones i powoli rozpuszczając na  języku smak herbaty z mlekiem wsłuchuję się w opowieści o ludziach, których kompletnie nie znam. Ale kiwam przy tym głową z uśmiechem. Bo rozmówczyni jest urocza, a opowiadane przez nią historyjki całkiem interesujące. Od czasu do czasu wybąkuje nieśmiało ach, to ta. Brookner mignęła mi kiedyś, owszem, Fitzgerald to całkiem ciekawa postać, Nancy Mitford spotkałam raz i to strasznie dawno temu, a ten Chatwin faktycznie wygląda na obieżyświata. Tak sobie cicho podgadywałam, biegając wzrokiem po opowieści Susan Hill.

Do napisania której pretekstem było złożenie przez autorkę obietnicy, że przez rok będzie czytała tylko te tytuły, które ma już w domu. A że dom jest obszerny i ma wiele zakamarków, z których każdy wypełniony jest regałami pełnymi książek, akcja toczy się wartko. Przeglądanie domowych zapasów staje się impulsem do wspomnień o lekturach dawnych i dawniejszych, pisarzach znanych dobrze lub tylko z widzenia, ale z reguły brytyjskich. I to właśnie było jedną z wad tej książki. Autorka rzadko wychyla z niej nos poza własne, angielskie podwórko, w związku z czym na próżno szukać w niej wzmianek o literaturze światowej. Pewnym zadośćuczynieniem jest za to wielość tematów dotyczących czytania. Od E- bookow po biblię i książki dla dzieci, od Woolf po Szekspira, Hill porusza każde chyba zagadnienie mogące zainteresować osobę czytającą na co dzień. Wszystko napisane prostym, potocznym, ale żywym językiem, bez popadania w głębokie analizy literackie, za to okraszone ploteczkami, których na próżno można szukać w biografii niejednego z wymienianych w książce pisarzy.

Kolejna zaletą tej książki jest to, że już same tytuły jej rozdziałów mogą stać się źródłem niekończącej inspiracji dla każdego książkowego blogera. Jednak nie wiem czy to ta różnorodność, czy brak znajomości wielu przytaczanych nazwisk i tytułów, coś sprawiło, że treść tej książki przepłynęła przez moja świadomość zbyt wartko, ledwie zostawiając mi w  pamięci osad jakiś informacji. Dlatego z westchnieniem ulgi powitałam spis czterdziestu książek dla Susan Hill najcenniejszych, podany na końcu jak wyjątkowo wykwintny i godzien zapamiętania deser.

mowa o:

Reklamy

na rykowisku

Padma niedawno pisała o literaturze „komfortowej”, mnie przyszła do głowy notka o lekturze  katarowej. Nie żartuję,  już drugi rok zachodzi w moim czytelniczym życiu pewna prawidłowość. Robi się pierwszy deszczowy jesienny tydzień, temperatura spada poniżej 14 stopni, łapię przeziębienie, a w empiku zjawia się następna zamówiona Grimes.

Dzięki takiemu zrządzeniu losu parę dni temu jedną ręką regularnie sięgałam do pudełka chusteczek, drugą na przemian po strepsil i kolejną  stronę nowego kryminału. Nic bowiem nie działa na mnie tak rozgrzewająco jak żwawa akcja z morderstwami w tle. Chociaż największą dla mnie zagadką podczas czytania tej części przygód Jurego i spółki, było działanie mikstury jaką się raczył Sierżant Wiggins. Jako uniwersalnego lekarstwa na przeziębienia mój ulubiony hipochondryk używał rumu z masłem. Drugim zaskoczeniem było upodobnienie się Merlosa Planta do Sherlocka Holmesa. Dotyczy to nie tylko kawalerskich nawyków, ale i używanej przez niego broni: ukrytej we wnętrzu laski mini szpady. Czy to nie Conan Doyle wyposażył swojego bohatera w ten rodzaj oręża? Trochę to niepokojące, bo jeśli autorka pójdzie tym tropem, w następnych częściach serii będzie można się natknąć na Planta dającego sobie w żyłę. Ale czy to  przejdzie przez sito amerykańskiej moralności?

Najbardziej jednak szaleje w tym tomie Nadinspektor Jury. Nie tylko zaprzyjaźnia się z sąsiadką pracującą w nocnym klubie ale i ucina sobie miłosną przygodę z… no zresztą sami zobaczycie. Żeby Was uspokoić, powiem tylko, że to nie ciotka Agata staje się obiektem jego uczuc ;).

Reszta w normie, a nawet powyżej, bo tym razem do końca nie udało mi się odgadnąć kto jest sprawcą zbrodni. I chociaż główna bohaterka, 15 chłopczyca i nowe wcielenie Doktora Dolittle w jednym, budziła moja sympatię w stopniu umiarkowanym, to całość uważam za całkiem udany wypiek z kryminalnej kuchni pani G.

I pewnie już niedługo rozejrzę się za dokładką.

mowa o:

znowu nowe

Od dzisiaj mam już grzejące kaloryfery. Od dawna mokre szyby i ciepłe dresy. Tylko patrzeć jak znikną wszystkie liście, powietrze zadymi się, zasmęci i zawilgoci. A potem nastąpi ten słodki czas długich wieczorów i sztucznego światła. Jednym słowem nadchodzi pora sprzyjająca czytelnictwu. Którą zainaugurować wypada świeżo usypanym stosikiem. Tym razem jest w nim kilka poczytników, czyli książek których nie da się przeczytać ciurkiem.

Na pewno należy do nich „Geografia Szczęścia” Erica Weinera, w której opisano przeróżne kraje pod kątem panującej w nich ideologii szczęścia. Tutaj o pierwszeństwie zadecyduje nie kolejność stron, a tytuły rozdziałów. Narazie faworytem jest : „Islandia. Szczęście jest porażką” .

Wybiórczo będę czytała Iwaszkiewicza „Rozmowy o książkach”. Rozpoczynające się od lat pięćdziesiątych rozważania zawierają  opis  lektur wówczas „ideowo słusznych”, z dziełami Żeromskiego na czele.

Nie wiem też, czy w całości przeczytam „Kobietę” Bator. Odłożyłam ją po pierwszych dwudziestu stronach, które stanowią przedziwną filozoficzną genderową mieszankę, wyglądającą na egzaltowaną i i przestylizowaną syntezę pracy doktorskiej autorki. Za feminizmem to owszem jestem, ale za wyciskaniem z prac naukowych beletrystyki już mniej.

Ale jedźmy dalej. O Cortazarze już wspominałam, wiec sobie teraz daruję. O nowej Grimes opowiem w następnej notce, Susan Hill już kończę i też niedługo opiszę.

„The Yellow Wallpaper” od dawna zamierzałam kupić. Odkąd przeczytałam tłumaczenie w WO,  chciałam wrócić do tego pokoju, w którym wydłubano zza ciężkiej tapety feminizm.  

„Kuchnia Franceski” to prezent, „Mała Apokalipsa” to nadrabianie zaległości, a „Noc Wyroczni” i „Linia Piękna” to efekty grzebania w książkowych dyskontach.

„Na Plebanii w Haworth” zareklamowała maiooffka. „Coraz dalej od miłości” zareklamował DK do Dziennika. Do „Rozmów o Miłoszu” namówiło mnie na odmianę radio. Do „Ghostwritten” przekonało mnie już tylko nazwisko autora i wspomnienie Snu numer dziewięć. Tym sposobem opowiedziałam o całym stosie. A szczegóły wkrótce. 

mowa o:

nie gdzie ale z kim

Gdy do mojej skrzynki zlatują się – jak jesienne szpaki na jabłonkę- ostatnie wakacyjne pocztówki, przypomina mi się pytanie zadane dawno temu przez Maga-marę w ramach ebałtowego kwestionariusza. Maga-mara chciała się dowiedzieć z którym z pisarzy lub pisarek najchętniej wybrałabym się w wakacyjną podróż. Pytanie świetne, bo jak wiadomo wybór właściwego celu podróży to tylko połowa sukcesu. Druga zależy z reguły od towarzystwa, jakie sobie na ten czas dobierzemy.

I kiedy się tak zastanawiam na odpowiedzią, dochodzę do wniosku, że niewielu z z moich ulubionych autorów nadaje się na kompanów dalszej wyprawy. Chociażby taka Sylwia Plath, autorka niesamowitych wierszy i świetnego Szklanego Klosza. Była nie tylko osobą skłonną do depresji, ale i trudną we współżyciu. Obsesyjna perfekcjonistka, łatwo popadała w gniew, kiedy ktoś, choćby przypadkowo, naruszył ustanowione przez nią zasady. Kiedyś podobno wpadła w szał, bo jej współlokatorka ośmieliła się zrobić mały nieporządek w jej szufladzie. Nie mam zwyczaju grzebać w cudzych rzeczach, wiec pewnie nie przydarzyłoby mi się naruszenie prywatności Sylwii. Ale moje bałaganiarstwo na pewno nie raz wyprowadziłoby ją z równowagi. A że jestem zwolenniczką zasady, że na wakacje nie jedzie się po to by sprzątać bądź układać wszystko w kostkę lub kancik, czekałaby nas więcej niż jedna awantura, to pewne.

Inaczej, choć nie znaczy, że prościej, byłoby z kolejną moją ulubienicą, Wirginią Woolf. Nie ma żadnych pogłosek na temat jej zamiłowania do porządku, ale Wirginia zdaje się być osobą uwielbiającą długie spotkania towarzyskie i ciągnące się w nieskończoność dyskusje. Musiałabym jej wiec towarzyszyć w licznych przyjęciach i spotkaniach. Lubię gawędzić ze znajomymi, ale nie przepadam za imprezami, na których bywa więcej niż 6 osób, a ciągnące się w nieskończoność rozmowy działają na mnie z reguły wyczerpująco. Na dodatek byłabym cały czas w zasięgu bystrego spojrzenia Wirginii, co dałoby mi pełne dyskomfortu poczucie, że wciąż jestem w jakiś sposób egzaminowana. I potem być może zostanę obgadana w jej Dzienniku. Poza tym Wirginia była osobą kompletnie niezainteresowaną modą i ciuchami, odpadałoby więc wspólne buszowanie po napotkanych w podróży sklepach.

To już chyba lepszy byłby Wańkowicz. Nie podejrzewam go o zamiłowanie do biegania po butikach, ale można by było w jego towarzystwie oddać się innym przyjemnościom. Jak na przykład wędrowaniu od jednej restauracji do drugiej w poszukiwaniu idealnych kołdunów, barszczyku lub blinów. To wszystko na pewno byłoby okraszone świetnymi humoreskami Melchiora. Jednak nie wiem czy zdołalibyśmy zwiedzić przybytki innej sztuki niż kulinarna.

Zabawnie też byłoby z Madzią Samozwaniec. Na pewno nie miałabym problemów z zaciągnięciem jej do odzieżowego. Pytanie tylko, czy by zanadto nie wybrzydzała? I czy za często nie musiałybyśmy wpadać tu i tam by się nieco „odświeżyć” koktailem, kawką lub choćby seteczką wódki. Ani chybi czekałyby mnie przy tym wspominki o Kossakowce. No i peany na cześć Lilki. A peany powtarzane zbyt często, nawet gdy dotyczą osoby nieprzeciętnej, zaczynają nudzić i drażnić.

Nie ma co dalej się rozwodzić, trzeba wreszcie postanowić, kto będzie tym najlepszym. I chyba już wiem, kogo powinnam wskazać: Pania Wisławę. Tak, naszą noblistkę. I nie chodzi o to, że chciałbym się ciut poprzechadzać w nimbie jej chwały i sławy (chociaż to też byłaby pewna przyjemność, musze przyznać ;)), ale o to, że sposób Pani Wisławy na zwiedzanie wydaje mi się idealny. Oczywiście zaglądałybyśmy do galerii i muzeów, ale nie po to, żeby snuć się przez długie i wyczerpujące godziny zaliczając wszystkie dostępne eksponaty. O nie, zatrzymałybyśmy się przy kilku dla nas najistotniejszych, wymieniłybyśmy parę błyskotliwych uwag na ich temat, a potem poszyłybyśmy odpocząć do muzealnej kafejki. Po nabraniu sił, skoczyłybyśmy do sklepu z pamiątkami. Jeśli coś dostarcza mi więcej  radości niż przewracanie stert ubrań, to jest to przewalanie półek z suwenirami rożnego autoramentu. Największy ich urok polega na tym, że wydają się tak błahe i typowe w miejscu którego dotyczą, ale przewiezione te parę tysięcy kilometrów dalej nagle nabierają wartości- sentymentalnej głównie. Nigdy nie zapomnę przyjemności przymierzania kapelusza z sera (plastikowego) w Wisconsin czy oglądania kubków z portretem Her Majesty w Londynie. Sycylijskie cytrynki z fajansu, greckie statuetki, fartuszki z mapa regionu, wszystko przypomni kiedyś o tej fantastycznej bajce, jaką był ten czy inny wypad. Dlatego wybieranie fantów na loteryjkę Pani Wisławy byłoby pełnym zaspokojeniem moich szopaholicznych namiętności. Zresztą nie tylko obiecywałabym sobie po wspólnej podróży  z Panią Wisławą udanych odwiedzin w muzeach i sklepach, ale i niezłej zabawy w trasie, czy to przy wymyślaniu limeryków czy to przy szukaniu dziwacznych nazw miejscowości . Taka wyprawa byłaby też cenną lekcją spostrzegania tego co po drodze, nauką zauważania drobiazgów, które czasem bywają najistotniejsze. I to wszystko bez pośpiechu, plecaka na grzbiecie, zdobywania szczytów czy odhaczania zabytków. Nic, tylko przyjemność zwiedzania bez napięcia i przymusu realizacji planu. Za to z dużą dawką humoru i inteligentnej rozmowy.

Jakby Pani, Pani Wisławo, nie mała z kim jechać w przyszłym roku, to mój mail jest tam obok, na marginesie ;).

mowa o:

wszystkie pory roku

 

 

W moim przekonaniu nie ma żadnego powodu, żeby się martwic o Lata. Wydaje mi się, że jest to prawdziwie zwarta i naprężona książka: nie bez pewnego piękna i poetyckości. Szczelnie wypełniona książka. Właśnie ją skończyłam i czuję się nieco przejęta.

V. Woolf „Chwile Wolności, Dziennik 1915-1941”, Str 549

 W trakcie czytania tej książki przypomniał mi się krążący w czasie mojego dzieciństwa dowcip. Brzmiał on tak :

Była sobie pewna mała dziewczynka, która, gdy zaczęła mówić, jasno wyrażała swoje życzenie co do prezentu urodzinowego. Zawsze prosiła tylko o jeden rodzaj daru: trzy żółte kuleczki. Rodzina myślała, że to tylko chwilowy kaprys małego dziecka, ale gdy panna wyrosła, nadal domagała się, by podarowano jej w dniu urodzin trzy żółte kuleczki. Nie przeszło jej również, gdy się ustatkowała. Od męża, dzieci, a potem wnuków, co rok domagała się trzech żółtych kuleczek. Wreszcie po wielu latach, gdy leżała na łożu śmierci, mając za sobą spokojne i pogodne życie, a liczna rodzina zgromadziła się wokół by towarzyszyć jej w tej jakże istotnej chwili, jedno z prawnucząt ośmieliło się zadać nurtujące wszystkich pytanie: „Babciu dlaczego zawsze chciałaś dostawać trzy żółte kuleczki w prezencie urodzinowym?”. Starowinka z trudem rozchyliła usta, szepcząc ”bo trzy żółte kuleczki….” Tu westchnęła i wyzionęła ducha.

Podobne niedomówienia zapełniają strony ostatnio przeze mnie czytanej książki V.Woolf. Pozornie jest to historia jednego pokolenia rodu Pargiter, rozgrywająca się na przełomie wieków opowieść rodzinna. Początek akcji to wiosna roku 1880, czas w którym dobiega końca życie matki stojących u progu dorosłości Pargiterów. Jej odejście to koniec pewnej epoki, to także i smutek i ulga dla poszczególnych domowników. Potem bracia i siostry Pargiter, ich znajomi i krewni, są ukazywani przez poszczególne lata nieregularnie, jakby w kilku zbliżeniach przyciągających uwagę czytelnika do kolejnych spotkań, przyjęć i rozmów. W tych ujęciach można zauważyć dwa istotne elementy. Pierwszy z nich to powtarzające się jak refren przedmioty, o których była mowa w poprzednich rozdziałach. Kwiatek w rogu portretu, koraliki podarowane małej dziewczynce czy wycieraczka do pióra stają się towarzyszami życia bohaterów i jego świadkami, choć, to jak się je spostrzega i wspomina ulega przekształceniu. Drugą charakterystyczną cechą tej powieści jest odczucie, że jej bohaterowie poddają się wciąż niemożności wypowiedzenia tego co istotne.

 Chciał ułożyć następne zdania. Ale jak tego dokonam -myślał, patrząc na Eleonor, która ściskała w dłoni jedwabną chusteczkę -jeśli nie będę wiedział co jest pewne, co jest prawdziwe w moim życiu i w życiu innych ludzi?

V.Woolf.” Lata”, Str 456

 Zastanawia się North, syn jednego z Pargiterów. Jego współziomkowie odnajdują złudzenie tej pewności w stałości przedmiotów. I dlatego poddają się ich obecności. Dlatego przechowują stare fotele, wieszają na ścianach przymglone lustra, kolekcjonują obrazy i egzotyczne kufry.

Warto przeczytać tę powieść, warto zauważyć jej kolejne warstwy, zachwycić się prostotą stylu i próbą wyrażenia tego, co niewypowiadalne. Warto umieścić te książkę na jesiennym stosiku. Warto spróbować odgadnąć, dlaczego czasem na dnie szuflady ktoś trzyma żółte kuleczki. 

mowa o:

 

 

 

talking shop

She had a kind heart, though that is not of much use when it comes to the matter of self-preservation.

 Miała dobre serce, co mało jest przydatnym gdy w grę wchodzi konieczność ochraniania siebie. (tłum własne)  

Penelope Fitzgerald „The Bookshop”, str 1.

 Zaczytałam się jakoś jesiennie, deszcz za oknem to nos w książce, ta odwieczna prawidłowość po raz kolejny zawładnęła moim życiem. Rezultatem jest rosnąca sterta lektur przeczytanych i nieopisanych. Ale dość już tego, dość, w miarę schnięcia chodników należy  zmniejszyć tę stertę powstałą z czytelniczego rozpasania.

Na początek niech wiec będzie obiecany The Bookshop, wyszperany dzięki blogowi dovegreyreader. Ta książka, właśnie ze względu na tytuł, wzbudziła nie tylko moje zainteresowanie. Tymczasem już na wstępie wszystkich zaciekawionych muszę ostrzec, że tytuł jest zwodniczy. Bo jeśli myślą, że kryje się pod nim opis uroczej księgarenki i zapełniających ją ksiąg, portrety wytrawnych czytelników i ich literackich fascynacji, to z góry powinni zostać uprzedzeni, że oczekiwania te nie zostaną spełnione.

Prowadzenie księgarni w prowincjonalnym miasteczku to taki sam small business jak każdy inny, a czasem trudniejszy niż każdy inny, ze względu na rodzaj towaru. Książka to przedmiot, bez którego większość ludzi doskonale się obywa, przedmiot zbytku lub ekstrawagancji. W obecnych czasach, jako  rzecz używana przez marnotrawiących czas ekscentryków (a tak naprawdę leni, którzy nie chcą się wziąć za porządną robotę, jak choćby kiszenie ogórków czy polerowanie podłóg),  powinna być uznana za dobro luksusowe. A może już jest? Bo 8 procent podatku to tak naprawdę czego dotyczy? Może dzieki niemu czeka nas ekscytujący przewrót kulturowy? Kto się wykaże większym szpanem: ten, kto wysiada z mercedesa, czy ten, kto niesie pod pachą najnowszego Pamuka czy dopiero co przetłumaczonego Mitchella?  Nie wiem jak Wy, ale ja widzę przed sobą pełną snobizmu przyszłość i już za chwilę zacznę się zastanawiać nad kupnem butów, pasków i rękawiczek pasujących fakturą i kolorem do najnowszych okładek. A potem ściskając w ręce tomik właśnie kupiony będę się przechadzać, roztaczając wokół zapach najświeższego Vat-u. Zubożała czytelniczka, ale za to pełną gębą Europejka, ha!

No dobra, wróćmy na ziemię, albo przynajmniej na karty opisywanej książki. Jak już wspomniałam, wbrew tytułowi, lektura ta nie skupia się na rozkoszach ksiegarnianego życia, a raczej koncentruje się na hierarchii brytyjskiego społeczeństwa połowy ubiegłego wieku. Bo tak, jak każda książka w sklepie ma przynależną jej półkę, odpowiednie miejsce, świadczące o jej ważności i atrakcyjności, tak i każdy z mieszkańców niewielkiego miasteczka w którym toczy się akcja, ma swoją wyznaczoną pozycję i szczebelek w drabinie społecznych przywilejów. Biada temu, kto nie zważając na niepisane, ale surowe zasady lekceważy je lub łamie. Biada Florence, która wbrew życzeniu lokalnej patrycjuszki, kupuje Stary Dom i urządza w nim księgarnię. Nie pomoże jej ani świetna (bo nieczytająca) asystentka, ani przyjaźń z podstarzałym arystokratą, ani sukcesy bestsellerów. W walce zostanie użyta najgroźniejsza broń: legalnie ustanowione prawo. A z prawem się nie wygra. Bez względu na to, czy dotyczy własności nieruchomości czy obwiązujących podatków.

Na pocieszenie dodam, że do wygranych, jak los na czytelniczej loterii, mogę zaliczyć nawiązanie znajomości z Penelope Fitzgerald. Jej lekkie, lecz ostro zakończone pióro bardzo przypadło mi do gustu. I na pewno nieraz zechce sięgnąć po inne tytuły jej autorstwa. Pozostaje tylko sprawdzić, czy na książki obcojęzyczne sprowadzane z zagranicy również będzie obowiązywał ten nowiuśki podatek.

mowa o: