Miesiąc: Kwiecień 2009

Po jakie licho ci ta książka?

 

Pyta koleżanka, którą proszę o zwrot książki pożyczonej po tym jak ja przeczytałam i poleciłam. Zatkało mnie, a powodem było nie tylko bezobcesowe zakwestionowanie mojego prawa własności. No bo wysuwać argument, że nie mamy prawa mieć tego, co nam niepotrzebne, to zamach na nasz, od pewnego czasu kapitalistyczny, porządek świata. Mnie raczej zaskoczyła cześć pytania dotycząca logiki mojego postępowania.

Pomyślcie, książka przeczytana, to właściwie  książka zużyta, a jeśli na dodatek jest to kryminał, to od momentu gdy wiemy, kto dokonał zbrodni, książka zapada bezpowrotnie  w czytelniczy niebyt. Skąd wiec u mnie potrzeba posiadania książki, z której, tak na zdrowy rozum, nie będę już miała pożytku?  I tu zagadnienie dotyczy nie tylko mojej pasji do gromadzenia „wszystkiego”. Chodzi o coś znacznie więcej, co wytłumaczyc ciężko, bo zbyt mocno zakrawa na abstrakcję W skrócie można by to nazwać potrzebą powrotu. Z iloma rzeczami , miejscami, osobami, musieliście pożegnać się w życiu na zawsze? Nie wrócicie już do własnej ławki w podstawówce, na pierwszą randkę, na kolana babci czy dziadka. Czas pozbawia nas kolejnych mikroświatów, w których zdołaliśmy się zadomowić. A tymczasem otwarcie książki już raz czytanej, ponowne zaczytanie się w znajomym tekście, dają złudzenie przybycia do znanego otoczenia, osób i sytuacji.

Mogę bezustannie wchodzić do pokoju gdzie w kącie drzemie kot, a pod ścianą pije herbatę Melrose Plant. Pani Marple spojrzy na mnie uważnie błękitnym okiem, ilekroć sięgnę na półkę z Agatą Christie. Żadnych rajów utraconych, co najwyżej w danym momencie nieczytanych. Dlatego pilnuję, by moich książek nie mogło dotyczyc powiedzenie the books go by.  

trojku lubit

 Spree to takie śliczne  angielskie słówko, którego dźwięk kojarzy mi się z szelestem wylatujących z portfela banknotów. Wczoraj użyłam go (że tak powiem stylowo i uczenie) pozawerbalnie, przy okazji empikowego dnia książki.

Było to wszystko podwójnie ekscytujące, bo nie dość że w ciągu 20 minut usiłowałam wydłubać  2 trzytomowe komplety książek, to jeszcze nadzwyczaj dużo ludzi kręciło się pomiędzy regałami i mogłam się oddać dyskretnemu podgladactwu.

A robię to nie ze zwykłego wścibstwa tylko. Ja mam taki sen, marzenie, że pewnego dnia zacznę śledzić poczynania jakiegoś kupującego i on mnie podprowadzi do półki z której weźmie książkę, a ja potem, jego śladem, po cichutku, na paluszkach, podejdę do tej samej półki, sięgnę po tę samą książkę, otworzę ją i będzie to absolutne literackie glory glory alelluja, które sobie zabiorę jak gdyby nigdy nic do domu, uśmiechając się chytrze pod nosem. 

Tymczasem obserwując kupujących zadrżałam i owszem, ale nie z zachwytu, tylko zgrozy. Koło mnie kręciły się dwie panny, takie z błyskiem oku, włosem rozwianym i ogólnie miastówkowo się noszące. Miny miały dumne i chmurne, chyba czuły się inteligencką elitą swojego światka. Patrzę więc zza regału, w czym one tam w kucki przebierają. No i jedna wyciągnęła Alchemika, tego w zacnej szarej oprawie, co niemal jak Biblia wygląda, druga natomiast tuliła serię z Meyer i jeszcze jakąś Blond Gejszę. Siłą woli powstrzymałam się od zagadnięcia, że  może by sobie tak coś innego wzięły, bo już kiedyś mnie jakaś kobieta o mało co nie opierniczyła, że się wtrącam do jej czytelniczych wyborów. Jednak nie ma to jak profesjonalna obojętność obsługi księgarń. Dają swobodę, nie namawiają do niczego, a jak o coś zapytasz, to możesz się spokojnie zastanowić, czy naprawdę chcesz daną pozycję, bo z reguły za pierwszym razem tytułu nie dosłyszą, a autora przekręcą. Tym sposobem sam/a przy powtórzeniu możesz zmyślić książkę, i nie musisz szukać potem wymówek, żeby jej nie brać. Jednak ja wzięłam i owszem, zamierzone trójki, w skład których weszły dwa Pamuki, chwalony wszędzie Sebald, Tajemnica Rodu Hogartych, ukochana książka mojego dzieciństwa i, nomen-omen, Sprzysiężenie Osłów ;).

 

 

of roses and mistakes

 Czy to naprawdę ja powiedziałam, że Grimes jest kolejnym wcieleniem Christie? Po przeczytaniu jej kryminału w oryginale, musze zrobić to, czego nikt nie lubi: przyznać się do błędu. Martha i Agatha to językowo dwa światy, ten drugi mogę polecić do zwiedzenia  wszystkim stawiającym pierwsze kroki w nauce angielskiego, ten pierwszy opatrzyłabym tabliczką z napisem „not for biginners”. Styl Grimes nie ma w sobie nic z prostoty wypowiedzi Christie, jest najeżony skomplikowanymi metaforami, zdaniami wielokrotnie złożonymi, wreszcie zwrotami idiomatycznymi, do których sedna dotrzeć się tak do razu nie da. Nie ma co tu liczyć na lekkie przebieganie wzrokiem kartek, przez te wersy trzeba się trochę poprzedzierać, nadwyrężyc wzrok i wiarę w swoją biegłą znajomość angielskiego  (do dziś prześladuje mnie pytanie, czym tak naprawdę są „fairy cakes”, którymi zajada się ciotka Agatha). Przy okazji – szacunek dla tłumacza, który nie uronił nic ze stylu Grimes, a nawet powiedziałabym, że delikatnie go ‘dosmaczył’ w polskich wersjach jej książek. 

Myślę, że seria o Inspektorze (a właściwie nadinspektorze, bo Jury uzyskuje wreszcie zasłużony awans) nie skończy się na dwóch pierwszych tomach i wkrótce będziemy mogli zobaczyć na półkach księgarń trzecią część jego przygód. Na pewno nie zawiedzie ona tych, którym pierwsze dwie przypadły do gustu. Mamy tutaj kolejne prowincjonalne miasteczko Anglii z galerią jej mniej i bardziej dziwacznych mieszkańców. Nie będę zdradzała szczegółów, żeby nie psuć przyjemności wyczekującym czytelnikom,. Powiem tylko, że odniosłam wrażenie, że ten tom jest bardziej melancholijny od pozostałych, przesiąknięty głębszym smutkiem  utraty i poczucia nieodwracalności losu.  Akcję jednak niezawodnie ożywiają koty, bywalcy pewnej lichej knajpy i bardzo nieznośna dziewczynka, dzielnie wspierająca naszego (nad)inspektora. Z którym zdecydowałam się rozstać na jakiś czas, tak może do jesieni? Jak by nie było Absence makes the heart grow fonder 😉.

mowa o:

Marlena

 Być gwiazdą, to żyć w świecie ułudy, bardziej pielęgnować, swój image niż talent, powoli stawać się mitem, tracąc rzeczywiste istnienie. 

 „Prawdziwa Marlena Dietrich” Gilles Plazy

 

Trudno uwierzyć, że ta bladolica femme fatale o omdlewającym spojrzeniu, była istotą z krwi i kości, kobietą silną, apodyktyczną i niesłychanie energiczną. A jednak! Marlena to był podobno człowiek, to był na pewno człowiek, jak udowadnia w całkiem niezłej biografii aktorki Gilles Plazy.

Diterich, dziś już niemal zapomniana, była niegdyś jedną z jaśniejszych gwiazd na firmamencie Hollywoodu, i może jedynie Greta Garbo od czasu do czasu była w stanie ją przyćmić. Jednak to nie gwiazdorskie rozgrywki są w tej książce najciekawsze. ale informacje o prawdziwym, czytaj: pozafilmowym życiu gwiazdy. Niedoszła skrzypaczka, zdecydowała się na wodewil w wieku około dwudziestu lat i dzięki niezłomnemu uporowi dostała rolę, która zapewniła jej niesłychany rozkwit kariery. Ale, gdyby nie była z tych, co to wyrzuceni drzwiami, wchodzą z powrotem przez okno, gdyby się choć trochę zniechęciła, fikałaby nóżką w kabarecie przez następnych kilkanaście lat. Gdyby nie silny charakter, dałaby się może uwieść szaleńcowi z grzywką na boczek, tak jak dały się uwieść miliony jej rodaków. Ona jednak odrzuciła propozycje zastąpienia Ewy Braun przy jego boku. Za to postarała się o Amerykańskie obywatelstwo i wyruszyła na front po części jako gwiazda –pocieszycielka, po części jako markietanka. Po wojnie, gdy jej kariera nieco przygasła, z zapałem zabrała się za występy estradowe, które ciągnęła, niemal dosłownie, do upadłego.

Nie łudźmy się jednak, że Marlena była aniołem. Nawet tym błękitnym była tylko przez chwilę i wyłącznie na taśmie filmowej. W rzeczywistości była bardziej despotą o wielkim sercu i z szerokim gestem. Sporo namieszała w życiu tym, których kochała i którzy kochali ją. I choć to nie ona śpiewała „Miłość Ci wszystko wybaczy, bo miłość mój miły to ja”, słowa te doskonale odzwierciedlają jej oczekiwania wobec najbliższych. Taki przynajmniej wniosek nasuwa się po lekturze tej książki.

mowa o:

 

my precious

    skarby-43

Po malutku, po cichutku uskładałam sobie skarbeńków – ze źródeł przeróżnych. I tak dzięki świątecznym odwiedzinom mam zdobyczne „Pary” Updike, a z biblioteki przytargałam przebój bardziej niż minionego lata, czyli „Faktorię jedwabiu”. „Przeprawę” Zientarowej już przeczytałam, podobnie jak biografię Marleny, zakupioną w ramach przymusu Klubu Świata Książki ( się wkopałam, wbrew głębokiej awersji do zobowiązań wszelkich!). Miller przypałętał mi się zupełnie niespodziewanie (uwiodła mnie okładka), natomiast „Paryskie pasaże” i druga część Klubu Filozoficznego McCall Smitha to zakupy długo planowane.
Nie wiem kiedy tego Rutkowskiego zresztą przeczytam, a to nie z powodu braku czasu problem będzie, tylko z jakości wydania. Jest takie piękne, że wypadałoby przed użyciem założyć białe bawełniane rękawiczki a’la Anthea. Jednak chyba perfekcyjną czytelniczką nie zostanę i zaryzykuję kontakt ostrożny , lecz bezpośredni.
„Pchli pałac” to efekt recenzji Piotra Kofty, któremu jakoś wybaczyłam użycie terminu „literatura kobieca” (co myślę o tym „pojęciu” napiszę kiedyś w osobnej notce, obiecuję, przede wszystkim sobie ;)) i uwierzyłam, że książkę poczytać warto. Zresztą nie nastąpi to czytanie zbyt szybko, bo właśnie ugrzęzłam po uszy w Adzie Nabokova. Jest dziwnie ale pięknie, wiec się nie spieszę z wychynięciem na powierzchnie literackich fantazji Wladimira.
Za to w ramach przerywnika na pewno obejrzę jutro „Koronczarkę” z zachwycającą w tej roli Isabelle Huppert na TVP Kultura. A pod wpływem innej, serialowej, adaptacji kupiłam jeszcze „Powrót do Brideshead”. Który podobno został ostatnio zekranizowany, o czym w naszych kinach głucho. No cóż, dobrze, ze chociaż Prószyński jakoś ten fakt uczcił i wznowił tę powieść, po której sobie obiecuję powrotu do Gosfrod Park.

Nie zapomnijcie-TVP Kultura, 16.04.2009, godz 20.00

z cudzego ogródka

z-cudzego-ogrodka2
Na wzór Mości Wróbla, wiosnę podziwiam za cudzymi płotkami, jako że własnego nie posiadam. Nie martwi mnie to specjalnie, bo unikam dzięki temu wielu ciężkich i niewdzięcznych prac, a nacieszyć oko mogę zawsze spacerując, zwłaszcza że w okolicy zachował się sielski-anielski skraweczek uliczki domków drewnianych pełnej i prawie wiejskich ogródków.
Obce domy, mieszkania , balkony, okna lubię zresztą oglądać bardzo, jak pewnie większość z nas. Uwielbiam też przeglądać czyjeś regały z książkami, dokładnie przejść wzrokiem po tytułach, a co niektóre nawet wyciągnąć z rzędu i poprzeglądać. Ileż to rzeczy można przy okazji zaobserwować, pedanterię gospodarzy polegającą na ustawianiu książek tak, by wszystkie grzbiety były równe, upychanie książek po kątach, jakby były czymś wstydliwym, lub właśnie eksponowanie ich już w przedpokoju, tak by od wejścia widać było, że dom czytający to jest.
Oczywiście zrozumiałym następstwem oglądania obcych książek jest ich pożyczanie. I tu zaczyna się, przynajmniej w moim przypadku, problem. Bowiem nie tylko nie lubię swoich książek pożyczać, ale i korzystanie z książek znajomych odczuwam jako pewien dyskomfort.

Po pierwsze trzęsę się nad taka książką bardziej niż nad własną, bo nieswoją książkę zniszczyć lub -tfy tfy-  zgubić to wstyd wielki. Do dziś pamiętam jak pewna, zadawałoby się kulturalna i inteligentna koleżanka po wielu napominaniach zwróciła mi książkę wymiętoloną i wyczytaną nie do poznania. Skala mojej sympatii do tej osoby zleciała gwałtownie w dół.

Po drugie- ciężko mi się do czytania takich książek zabrać. Od lat dwóch stoi na mojej półce pożyczony Krajewski, Napoczęty Kapuścinski i poradnik „jak udoskonalić swoją pamięć w 10 dni” (który, o ironio, ciągle zapominam oddać). Trochę moje ociąganie powoduje fakt, że moi dobrze wychowani znajomi i krewni o te książki się specjalnie niedopominają. Ale główna przyczyna tkwi chyba w tym, że nie są to „moje” wybranki. Bo książki , które kupuję, wzbudziły moją sympatię na tyle, że zabrałam je do domu. Natomiast te cudze biorę do siebie bardziej z ciekawości, która zaspokajam z reguły szybko i pobieżnie, tak że nie starcza mi cierpliwości na całość.

No i po trzecie-to wstyd oddać książkę ‘zaczytaną’ ale nieprzeczytaną również. Bo co? Jeśli nie przeczytałam, to znaczy,  że mój gust rozmija się z gustem pożyczającego, ba, nawet moje nieprzeczytanie może być pewna formą krytyki preferencji czytelniczych właściciela. Jednym słowem obciach. Dlatego wpadłam an chytry pomysł: kupuję na prezenty książki, które a powinny wpasować się jakoś w gusty obdarowanego, a które jednocześnie i mnie powinny się spodobać. W ten sposób , po odczekaniu odpowiedniego czasu będę sobie mogła na cudzej półeczce wyszukać coś, co na pewno oddam dokładnie i z przyjemnością przeczytane.

jak Chanel, to nie Coco

No to trafiła mi się szmira co się zowie.  A wszystko przez lekceważenie Pan Intuicji, która już w księgarni znacząco pukała w różową okładkę i w czoło-na przemian. Potem jeszcze swoim ostrym paznokietkiem wycelowała w pierwsze akapity książki, traktujące o tym jak to srebrna kula wisi nad uchem Coco, zamarłej (a wkrótce i zmarłej) w hotelowym holu. Zamiast grzecznie posłuchać, machnęłam lekceważąco ręką na przestrogi spiczastopalcej Pani I.,  i pognałam do kasy. 

Po czterdziestu stronach czytania serdecznie żałowałam mojego postepowania.  A Pani I. tarzała się wytwornie ze śmiechu na moich poduszkach, z wielką satysfakcją podrzucając mi pod nos takie kwiatuszki: „ życie zdaje się rozciągać niczym guma do żucia, czyli w nieskończoność”  ( Cristina Sanchez-Andrade „Coco” str 51), „w ciągu paru minut słaby embrion przeczucia pęcznieje” ( tamże, str 9) czy „ile minut, godzin, dni  lat zmieści się na odcinku dwóch metrów?” (tamże, str 19) . Nic dziwnego,że w konsekwencji Pani I. podsuneła mi pytanie” Ile bzdur może pomieścić 301 stron formatu A5″?  Poszukanie odpowiedzi polecam bardziej wytrwałym czytelnikom. Sama znalazłam tyle chwastów stylistycznych i faktograficznych na pierwszych 70 stronach, że książkę rzuciłam w kąt.  W zamian zabrałam się za ponowne przeglądanie biografii Chanel, którą czytałam kilka lat temu. To solidna i brzmiąca wiarygodnie książka, z której naprawdę można się sporo dowiedzieć o słynnej projektantce. A niedługo doczeka się ona szczególnego zainteresowania, bowiem jeszcze w tym roku wejdzie do kin film o jej życiu. 

mowa o: