W podskokach

Zajączek siedział nieruchomo na szklanej ladzie. Pracownice banku porzuciły pracę i zebrały się wokół niego. Wszystkie podziwiały słodkiego zwierzaczka i chciały go pogłaskać.

– Proszę tylko nie dotykać tylnej łapki, jest złamana -ostrzegł Vatanen uprzejmie.

-Ojej, jaki śliczny -wzdychały kobiety. W holu banku zapanował chwytający za serce nastrój ogólnej szczęśliwości.

Arto Paasilinna „Rok zająca”, Str 25

Obdarzony pochwałami i zachwytami, Zając Paasilinna wreszcie dokicał do mnie. Dzięki uprzejmości wydawnictwa Książkowe Klimaty i  nieustającej w pracy Poczcie Polskiej. Ponieważ moja ciekawość tej książki narastała już od kilku miesięcy, za czytanie wzięłam się prawie natychmiast. Czyli po tygodniu od otwarcia paczki.

Pierwsze wrażenie, a może i zaskoczenie, to jak bardzo męska jest proza Arto Paassilinna. Rąbanie drzew, otwieranie konserw, picie bimbru, błądzenie po kniei to główne zajęcia jego bohatera.

Drugie zaskoczenie, znacznie mniej przyjemne, to jak Paassilina potrafi być seksistowski. Niemal wszystkie kobiety w tej książce to idiotki, zrzędliwe i egoistyczne, uprzykrzające życie protagonisty do tego stopnia, że to przez nie chce się skryć w lesie i mieć do czynienia wyłącznie z zającem. Szczególnie zastanowiła mnie postać żony protagonisty, babiszcza tak niesympatycznego, ze Ksantypa jest przy niej uroczą dziewuszką ze skłonnością do gadulstwa. Hej no, Panie Autorze Kochany, miałam chęć zakrzyknąć, jeśli ta Pani jest tak okropna, to po jakie licho twój bohater w ogóle się z nią ożenił? Tekst książki do końca nie ujawnia tej tajemnicy. Za to info na skrzydełku okładki podaje, że książka została napisana w roku 1975, kiedy, jak wiadomo, szowinizm był równie trendi jak picie napojów gazowanych. Po krótkim namyśle odpędziłam pokusę zrobienia aluzji do sodowych bąbelków i męskiego poczucia wyższości w tych czasach i wróciłam do omawiania książki.

Od pierwszych stron kojarzyła mi się trochę z Waldenem, trochę z Dopplerem. Tutaj łosia zastępuje zając, bo to w towarzystwie i z powodu szaraka bohater Passilinna wraca do natury. Z dala od cywilizacji prowadzi życie proste. I bogate w coraz bardziej nieprawdopodobne przygody.

Zagęszczenie akcji serią dziwnych zdarzeń, sprawiło, że zaczęłam się zastanawiać jak naprawdę powinnam odszyfrować te książkę, by było do zgodne z intencjami jej autora. Z ich przyczyny można tę książkę czytać, nie tylko dosłownie ale i jako błyskotliwą satyrę na współczesne społeczeństwo i rządzące nim prawa.  

Czy naprawdę bohater wybiegł z samochodu do zająca i nigdy nie wrócił? Czy pogonił za rannym zającem tylko myślami i powstał z tego ciąg marzeń o życiu wyrwanym z dotychczasowej codzienności? Czy to ma być fikcja literacka czy bajka dla dorosłych? To drugie przyszło mi na myśl, kiedy zając mnie więcej w środku powieści zaczął zmieniać barwę z szarej na białą. Co natychmiast skojarzyło mi się z ulubioną lekturą  moich lat dziecinnych, gdzie Alicja zostaje sprowadzona na baśniowe manowce przez Białego Królika. Zając Paasilinna co prawda nie nosi kamizelki i nie sprawdza kompulsywnie zegarka, ale na swojego opiekuna oddziałuje podobnie. Sprawia, że ten gubi się coraz mocniej, dziczeje z upływem akcji. To dziczenie i towarzyszące mu okrucieństwo wobec zwierząt, mnie, miastowej babie, nie do końca się podobało.  Choć w miarę czytania coraz bardziej rozumiałam,  czym ta książka zauroczyła niektórych jej czytelników. Tak, myślałam sobie, niejeden znużony siedzeniem w ofisie obywatel pozazdrości Vatanenowi i chętnie pogoni za nim i jego zającem, marząc o życiu z dala od zgiełku cywilizacji. We mnie  ochoty na powrót do natury książka nie wzbudziła. Za to jej finał potwierdził kilka moich podejrzeń co do jej charakteru i wywołał zabarwiony niedowierzaniem uśmiech.

mowa o: