Miesiąc: Luty 2015

Phoebe i duchy

Providence

Spośród wszystkich ogarniętych fantazjowaniem na temat zaświatów mieszkanek Providence tylko Phoebe wiedziała, że duchy nie są nieomylne.

Agnieszka Taborska Niedokończone życie Phoebe Hicks, str. 108

Dawno, dawno temu, kiedy byłam na tyle mała, że nie umiałam sobie sama znaleźć rozrywek, moja starsza opiekunka podsuwała mi do czytania paczkę wycinków z gazet. Dzięki temu miałam zajęcie na wiele godzin i nie plątałam się jej pod nogami w ciasnej kuchni i niedużym pokoju. Cóż mogło znaleźć interesującego w starych artykułach dziesięcioletnie dziecko? Wierzcie mi, że wiele. Bo były to wycinki tylko i wyłącznie o zjawiskach paranormalnych. Którymi się zafascynowałam. Z zapartym tchem czytałam czym jest ektoplazma, jak można sobie wędrować bez ciała i jakim słynnym medium był Ossowiecki.
Choć teczka z tą prasówka znikła już dawno na skupie makulatury, sentyment do jej zawartości został mi do dziś. Dlatego zachciało mi się tej książki. Napisanej przez Agnieszkę Taborska, specjalistkę od surrealizmu, psuedo biografii Phoebe Hicks.
Kiedyś zwykła dziewczyna, po ciężkim zatruciu pokarmowym, Phoebe staje się wybitnym medium. Przychodzi jej to tym łatwiej, że miejscowość w której mieszka, miasteczko Providence w Nowej Anglii, jest tłoczne od duchów i zjaw. Sporo jest w nim i żywych mieszkańców, którzy chcą zajrzeć w zaświaty. Dlatego seanse spirytystyczne Phoebe zyskują szybko sławę. Do ich popularności przyczyniają się różne niespodziewane atrakcje, jak ukazujące się nagle w salonie pustynne karawany czy postać miniaturowego biskupa.
Wszystkie te cuda są skrupulatnie opisane przez autorkę, która swojemu dziełu nadała formę suchego sprawozdania o charakterze naukowym. Z jednej strony dodaje to autentyczności biografii Phoebe, z drugiej jednak sprawia, że opowieść jest pozbawiona literackich walorów. W rezultacie mogę pomysłowość autorki docenić, ale muszę skrzywić się na to, jak wielki dystans stwarza pomiędzy czytelnikiem a osobą swojej bohaterki.

mowa o:

Providence 1

Reklamy

Pensja Pani Napier

Portret dostojnej damy

-Możemy mocą wyobraźni stworzyć sobie całkiem użyteczny świat. Nie wiem, dlaczego fałsz nie miałby być równie przydatny jak prawda.
-często jest bardziej przydatny, dlatego się go stosuje w miejsce prawdy
Ivy Compton-Burnett Więcej Pań niż panów, str 319

Kolejna wiktoriańska lansiara. Oto Pani Józefina Napier, nie tylko dostojna dama, ale energiczna busines woman, której bez pomocy funduszy unijnych udało się rozkręcić całkiem niezły interes, jakim jest szkoła dla panien. Kobieta sukcesu w każdym calu, zawsze potrafi osiągnąć swój cel, obojętnie, czy jest to wymarzone małżeństwo czy dochodowy interes.
Jednak i jej czasem sytuacja zdaje się wymykać spod kontroli. Oto najpierw odwiedza ją dawna przyjaciółka i ukochana jej męża. Wychodzą z ukrycia jakieś niezbyt czyste sprawy, zatajone listy, brzydkie intrygi, które w dawnych latach nie dopuściły do ponownego zejścia się kochanków, dzięki czemu Pani Napier mogła osiągnąć niezbędny do funkcjonowania w ówczesnym społeczeństwie status dostojnej mężatki. Potem już tylko nieszczęścia się mnożą, a Pani Napier musi znosić, knuć i ukrywać coraz więcej.
Akcja, jak to u Compton bywa, jest spowita w piętrowe, niekończące się dialogi. Zgodnie z tytułem przeważają tutaj kobiety i to nie tylko liczebnie. To kobiety stają się motorem większości zdarzeń, to one najwięcej kombinują. Mężczyźni to sympatyczne, ale raczej bezwolne stworzenia, które zdają się być marionetkami w ich rękach. Przynajmniej do pewnego czasu. Bo główną bohaterką tej książki nie jest żadna z pań, ale sztuka manipulacji. Używana zarówno dla zaspokojenia najbardziej ukrywanych emocji, jak i w celu zbudowania odpowiednich relacji z ówczesną społecznością. Pani Napier za wszelka cenę pragnie miłości i zachwytów. Nie wystarcza jej pozycja najzasobniejszego członka rodziny. Zasiadanie na czołowym miejscu przy rodzinnym stole.
Dlatego Pani Napier od czasu do czasu wymyka się do nauczycielskiego pokoju, gdzie stara się nadać odpowiedni ton wydarzeniom w swoim życiu. Za każdym razem zapewnia, jeśli nie siebie, to swoje współpracownice, że wszystko co jej dotyczy, jest przemyślane i przez nią kierowane. Czuje potrzebę nie tylko władzy, ale i pełnych podziwu i uwielbienia spojrzeń.
Jestem pewna, że gdyby Pani Napier urodziła się dzisiaj, dążyłaby do zdobycia tysięcy lajków na fejsbuku. Dlatego, mimo różniących nas epok, mogę z fascynacją o niej czytać.

mowa o:

Więcej Pań

zamek którego nie trzeba zdobywać

zamek 8

Poparł to kilkoma pytaniami zadawanymi przez zwiedzających: kto to był barok?, Od kiedy era jest nasza?Dlaczego jezuici ukrzyżowali Chrystusa? Co to jest Rembrant? Gdzie leżało średniowiecze?

Evzen Bocek Ostatnia Arystokratka, str 219

W moim mieście nie ma prawdziwego zamku, takiego do zwiedzania. Na zwiedzanie trzeba jechać do Łańcuta, gdzie jest zamek Lubomirskich z parkiem, fosa, marmurami, pergolami i wnętrzami z epoki. Jako dziecko uwielbiałam tam bywać, oglądać te wszystkie urodziwe i cenne przedmioty, a potem, przed snem, marzyć jakby to było móc mieszkać w takim miejscu, w tych olbrzymich, ze smakiem urządzonych pokojach.
Okazuje się, że raczej nie wyglądałoby to różowo. Przekonałam się o tym podczas mojej niedawnej lektury „najśmieszniej czeskiej książki”. Tak jest ten tytuł u nas rekomendowany przez wydawnictwo. Czy jest to najzabawniejsza książka w Czechach nie jestem w stanie ocenić, bo niestety literaturę tego kraju znam słabo. Faktem jest, że dawno się przy czytaniu tak często nie chichrałam.

zajezdnia 1

Książka jest pisana przez młoda arystokratkę, świeżo upieczona współwłaścicielkę i dziedziczkę odzyskanego w Czechach szlacheckiego zamku. Tak, wiem, mnie też to w ogólnym zarysie przypomina opowieść Dodie Smith. Tyle, że tu historię opowiada nie egzaltowana panienka, ale rzeczowa i dowcipna dziewczyna, która krytycznym, choć nie pozbawionym życzliwości okiem, obserwuje swoje otoczenie. A nie brak w nim barwnych postaci. Jest tatusiek, główny władca zamku, niegdyś amerykański profesor, obecnie kombinator i sknera, próbujący jakoś wiązać koniec z końcem w obliczu finansowej katastrofy, jaką okazuje się odzyskane dziedzictwo. Jest mamuśka, Amerykanka zachwycona swoim świeżo zyskanym arystokratycznym imidżem, która zaczytuje się w biografii Diany i bierze sobie księżnę za wzorzec osobowy. Jest też i zamkowa służba, czyli cierpiący na turystofobie kasztelan, rozmiłowana w domowych nalewkach gospodyni i muzykujący ogrodnik. Po pewnym czasie cale to niewydarzone towarzystwo dostaje się we władanie energicznej specjalistki od marketingu, która za wszelką cenę chce przekształcić zamek w dochodowy park rozrywki. Jak jej to wychodzi musicie już sami przeczytać, bo nie podejmę się streszczenia tych wydarzeń jako ze na pewno wyszło by mi mniej śmiesznie niż w książce.

zamek 6
Autor sam był latami kustoszem czeskiego zamku, wiec i marketingowe trendy i zachowania turystów zna od podszewki i naprawdę się nie certolił i ostro, choć z wielkim humorem, i jednym i drugim przywalił. Oczywiście nie należy się tu spodziewać dogłębnej analizy całej sytuacji, bo to nie ten typ lektury. To jest po prostu lekko zjadliwa satyra, która się czyta szybko i nie bez uśmiechu.

brama 1
Jest to tez debiut na rynku nowego wydawnictwa o nazwie stara szkoła. Kilka słów tutaj muszę powiedzieć, bo nie wiem czy przez brak doświadczenia czy przez fatum zwane nomen omen czeskim błędem, wydawnictwo naliczyło mi omyłkowo podwójną opłatę za koszt przesyłki. Powiadomiono mnie szybko o całej sprawie mailem i zaproponowano kilka rozwiązań. Wybrałam opcje przesłania kolejnej książki. Nie bez lęku wybrałam, bo nie wiedziałam, czy będę zwolniona tylko z opłaty pocztowej czy z całości i jak i czy faktycznie ten drugi egzemplarz przyjdzie. Tymczasem pani z wydawnictwa była ze mną w stałym kontakcie, i drugą książkę, bez żadnych opłat, dostałam w niecały tydzień po odebraniu pierwszej. Byłam mile zaskoczona, że wydawnictwo tak się dla swoich klientów stara. Zwłaszcza, że jego książki są nie do dostania w księgarniach, a jeszcze w tym roku ma się ukazać drugi tom zamkowych opowieści. Z ulgą więc stwierdziłam, że mogę spokojnie zamawiać u nich dalej, bo nawet jak się pomylą, to z nawiązką mi to wynagrodzą. No i jeszcze mnie cieszy ten zapasowy egzemplarz. Będzie jak znalazł na prezent dla zagonionej matki trójki dzieci albo zarobionego księgowego. Jestem przekonana, że im dostarczy niezłej rozrywki, a mnie przysporzy towarzyskich punkcików.

mowa o:

 arystokratka

men in love women in need

portret 1

wszyscy wiemy, że bardzo bogaty wdowiec, młody jeszcze, przystojny, o dobrodusznym usposobieniu, może niekiedy spotkać miłą kobietę, która pocieszy go w samotności i otoczy opieką jego dzieci pozbawione matki.

Wiliam M. Thackeray „Wdowiec Lovel”, str 88

Epoka wiktoriańska. Tam właśnie spędziłam najsroższe dni tegorocznej zimy. Portiery, draperie, nie zawsze grzejące kominki. I pełno ludzi. Zauważyliście, jak w domach epoki wiktoriańskiej jest tłoczno?
Na przykład jest pensjonacik, w którym przemieszkuje bohater i narrator przeczytanej przeze mnie powieści. To samotny kawaler, jednak cały czas ktoś koło niego jest obecny. Albo kolejny głośny sąsiad, albo jedno z dzieci właścicielki domu. Albo wszędobylski chłopiec na posyłki. Każdą z tych osób nasz bohater mniej lub bardziej się interesuje. Najmocniej nastoletnią Elżbietą, która usiłuje wspomóc matkę w utrzymaniu rodziny. Gromadka dzieci i niefrasobliwy ojciec potrzebują sporo pieniędzy, więc dziewczę, choć nieśmiałe i skromne, poświęca się występując w wodewilu.
Cały czas jednak udaje jej się utrzymać imydż niewinnej panienki i we właściwym czasie awansuje na guwernantkę. Po małej praktyce u wuja, znajduje zatrudnienie u przyjaciela narratora, tytułowego wdowca Lovela. I tu dopiero zaczyna się spektakl!
Wiecie przecież, jak to w tych czasach bywało. Kobiety mogły liczyć tylko na utrzymanie mężczyzn. To były bezradne niewolnice sytemu. Który jednak gnębił nie tylko damską część społeczności. Bo siłą rzeczy panie musiały wyrobić w sobie instynkt, który je przepoczwarzył w cwane i nieustępliwe sępy, wytrwałe i uparte w pilnowaniu swojej, zamożnej, zdobyczy. Tytułowy Pan Lovel, człowiek bardzo majętny, utrzymuje nie tylko służbę i dwójkę dzieci, ale własną matkę i teściową. A nawet matkę guwernantki i jej przychówek.

Świadome swych interesów i ich zagrożeń, matki i świekry pilnie strzegą swego pupila przed ponownym ożenkiem. Nic wiec dziwnego, że nakłonienie takiego osobnika do złożenia prośby o rękę, graniczy z cudem. Okazuje się jednak, że znalazł się ktoś, kto temu zadaniu sprostał. Kto to był, niech będzie tajemnicą, a zarazem zachętą do przeczytania tej książki. Dowcipnej, napisanej z wdziękiem. Z lekką ironią odmalowującej portrecik epoki wiktoriańskiej.

Tylko na koniec nie mogę powstrzymać się od konkluzji, że gdyby Angela Merkel miała zdolności dyplomatyczne wiktoriańskiej panienki, konflikt na Ukrainie byłby już zażegnany.

mowa o:

Wdowiec 1

bez demiurga

Bałwanek

Jestem skromny z resztek wyrachowania, bo wydaje mi się , że milej będzie obcować z jegomościem skromnym niż rozjątrzonym pyszałkiem, egotystą świecącym nam w oczy swoja wyższością. Moja skromność to roztargnienie, to lenistwo, to apatia.

Tadeusz Konwicki „Kalendarz i Klepsydra”, Str 277

Czy to nie dziwne, że bardziej mi po drodze z chudym, bazgrzącym piórem starszawym panem, sprzed lat czterdziestu, niż z piękną i wziętą pisarką, Joanną Bator? I na dodatek mi współczesną. Skąd to się wzięło?
Ano ze sposobu w jaki ten pan się kreuje. Na szaraczka, na gryzipiórka, na zagubionego w warszawskiej mgle kolegę. Żadne tam mroczne rodzeństwo, planety czy ciemne gwiazdy nie towarzyszą jego czynom. Lekko demoniczny bywa najwyżej kot Iwan, a i to nie zawsze, bo w końcu daje się czasem głasnąc.
Zamiast pod rozgwieżdżonym niebem, przy biurku z widokiem na Dunaj, Konwicki siedzi w swojej nyży, skulony na wysłużonym tapczanie i pisze w pożółkłym nieco zeszycie. Ale jak.
No może nie zawsze na mój temat. Może trochę za ojczyźniano, za lirycznie. Jednak tak sprytnie przerabia codzienność, tak tasuje wspomnienia, że boczek książki spuchł od znaczonych cytatów.
I tylko żal bierze, że Pani Bator, szykując swoją egzotyczną podróż, obok książek Witkacego i Bouviera nie włożyła do walizki jego. Ileż mogłaby się od Pana Tadzia nauczyć.

mowa o:

Iwan 1

ślady na śniegu

zima

Osobiście sądzę inaczej. Każdy uczynek zamieniony w drobne drżenia fotonów wyruszy w końcu w Kosmos jak film i do końca świata będą go oglądały planety.
Olga Tokarczuk Prowadź swój pług przez kości umarłych, Str 57

Nie wiem, czy to książka o odrzuconych. Nie, to raczej o tych, których nie bierze się pod uwagę. Bez kasy i urody, bez specjalnych sukcesów, tkwiących gdzieś w głębinach Kotliny Kłodzkiej.
Protagonistka to starsza pani, Janina Duszejko, na ćwierć etatu nauczycielka, na cały miłośniczka zwierząt i horoskopów. Jej najbliżsi znajomi to sąsiad gbur, niewydarzony, tłumaczący poezję policjant i właścicielka sklepu z używaną odzieżą. Trochę później zjawia się, błądzący wśród mchów i pieńków, entomolog. Czyli sami nieudacznicy, na jakich nawet człowiek nie spojrzałby na ulicy. A jednak przy ich udziale zaczyna się toczyć całkiem zgrabna historyjka. Prawie kryminał, choć ciężko tu znaleźć i podejrzanych i motywy zbrodni.
Akcję nieco rozcieńcza narracja Pani Duszjeko. Oprócz opisów kolejnych niezwykłych wypadków, dodaje sporo dywagacji na temat ekologii, postępowania zwierząt, zachowania gwiazd. Zwłaszcza w tych ostatnich zaczynałam się gubić i z niejakim zmęczeniem borykałam się z kolejnymi opisami ascendentów.
Ale te cierpienia z nawiązką mi równoważył motyw poezji Blake’a, który przemyka przez powieść to w formie wiersza, to w kształcie tygrysa. Właściwie warto byłoby tę książkę jeszcze raz przeczytać, mając za sobą utwory zebrane poety. Wtedy dopiero mogłoby sporo z niej, na pozór niezauważalnego, wyleźć.
Sam kryminał, trzeba przyznać, też niczego sobie. Rozwiązanie zagadki zaskakujące, tak jak być powinno. Przewrotne, dające do myślenia. Po tej książce zaczniecie zwracać uwagę na mijające was starsze panie z siatami i w niemodnych płaszczach.

mowa o:

Tokarczuk