Kategoria: Uncategorized

Pisarz radzi: jak się (nie) oświadczać.

Z powodu jutrzejszego święta odkurzam tę ostatnio zapomnianą serię. Okazja taka, że chyba warto? Jak nie z sentymentu do świeżo nabytej tradycji, to chociaż z miłości do literatury? Oczywiście będzie po mojemu, czyli przewrotnie. Dla zasady i dla zachęty. Oto poniżej zamieszczam najoryginalniejsze i pewnie najbardziej szczere oświadczyny, jakie udało mi się w książkach znaleźć:

Gombrowicz do Chądzyńskiej.jpg

Gombrowicz do Chądzyńskiej 2.jpg

Klementyna Suchanow „Gombrowicz. Ja, Geniusz.” Str 161, 162

Reklamy

Na dobranoc

Bezsenny
Nocne niebo jest tylko rodzajem kalki
Czarno niebieskiej, przetykanej strefami gwiazd
Przepuszczającej światło, dziurka po dziurce

Światło kościanobiałe, jak śmierć, tkwiąca za każdą rzeczą.
Pod oczami gwiazd i krzywym uśmiechem księżyca
Znosi pustą poduszkę, bezsenność
Rozprzestrzeniającą na wszystkie strony swój drażniący piasek.

 

W kółko, i w kółko stary, ziarnisty film
obnaża wstyd-dni
Dzieciństwa i dorastania, lepkich od marzeń,
Twarze rodziców na wysokich łodygach, na przemian poważne i we łzach
Ogród robaczywych róż skłaniających go do płaczu.
Jego czoło jest nierówne jak worek kamieni.
Wspomnienia biją się o lepsze miejsce jak zapomniane gwiazdy filmowe.

 

Jest odporny na pastylki: czerwone, fioletowe, niebieskie-
Jakże rozświetlają nudę niekończącego się wieczoru!
Te cukrowe planety których działanie dało mu
Na chwile życie błogosławione nie-życiem
I słodkie, przymroczone przebudzenie zapominalskiego dziecka.
Teraz tabletki są zużyte i głupie, jak greccy bogowie.
Ich śpiące-skaczace kolory nie działają.

 

Jego głowa to ciasne wnętrze z szarych luster.
Każdy gest natychmiast ulatuje w aleje
Zmniejszających się perspektyw, a jego znaczenie
Znika jak woda przez daleki koniec odpływu.
Mieszka pozbawiony prywatności w pokoju bez powiek,
Gładkie otwory jego oczu zesztywniały szeroko otwarte
od ciągłego migotania wydarzeń.

Całą noc, w granitowym ogrodzie, niewidzialne koty,
Jęczały jak kobiety, albo zepsute instrumenty.
Już zaczyna czuć światło dnia, białą chorobę,
Skradającą się z kapeluszem wypełnionym zwykłymi powtórzeniami.
Miasto jest teraz mapą radosnych świergotów.
I wszędzie ludzie, ze srebrzystymi i pustymi oczami,
W szeregach jada do pracy, jak po świeżym praniu mózgu.
S. Plath, maj 1961

Plath S

Storm and thunder

figura

Nie mówił, nie śmiał się, nie dotknął mnie ani razu i przede wszystkim karał sam siebie. Wiesz co? Miał rację. Zasłużył na to.

Meir Shalev „Dwie niedźwiedzice”, Str 96

Książka huragan. Do czytania jednym haustem, do krztuszenia się z emocji. Przy czym mnie gdzieś z tylu świadomości stukały myśli, że to i owo jest przegięciem, że słabo łapię odnośniki do Biblii (jak większość obywateli naszego katolickiego kraju znam ja bardzo słabo) i że za wiele spotykam tu okrucieństwa na modłę średniowiecza.

Narratorka tej opowieści, nauczycielka Biblii w prowincjonalnej szkole, kobieta średniego wieku i wielkiej cierpliwości, to bawiła mnie, to złościła na przemian. Bawiła przenikliwością i inteligencją, złościła spolegliwym podejściem do męża i męskich przedstawicieli jej rodu. A doprawdy wiele miała im do wybaczenia, bo opowiadana przez nią historia to ciąg rodzinnych waśni i mordów ich autorstwa.

Dwie niedźwiedzice to krwista i krwawa przypowieść, której jednak to i owo można  zarzucić. Jak na przykład zbyt wielką czasem egzaltację, czy nadużywanie biblijnych metafor (te stada węży snujące się wszędzie!). Przesada autora jest czasem posunięta wręcz do absurdu: oto mężczyzna pracujący całymi dniami na powietrzu, dodajmy, że jest to gorące powietrze Izraela, pozostaje nieopalony, śnieżnobiały, od czubka głowy po stóp krańce. Jakim cudem? Cóż, przyjmijmy, że licencja poetica jest najmocniejszym z możliwych filtrem przeciwsłoneczym.

Ale jeżeli chcecie się powzruszać, pooburzać, a czasem i pozłościć, jednym słowem, jeśli potrzebujecie czegoś na pobudzenie, to serdecznie polecam wam ten tytuł. Zastąpi spokojnie więcej niż jedną mocną kawę.

mowa o:

Shalev

się nie dało czytać czyli najgorsze książki anno 2017

z choinki 4

Styczeń. Choinka żyje i morduje bańki. Na podłodze pełno szklanych trupków. Rzeź kruchości i wspomnień. Budzi się we mnie żałość, ale i przewrotna chętka. Żeby się dołączyć i też podręczyć przedmioty. A ponieważ jestem na blogu, zacznę od książek.

Nie będę ich darła, ani paliła, bez obaw, na to jestem zbyt cywilizowana. Wezmę się za nie na swój sposób. Obgadam, czasem obśmieję i zaliczę do najgorszych.

Tak właśnie zacznę podsumowanie zeszłego roku. Od opowiedzenia książek, których niedoczytałam, bo stwierdziłam, że są nie do czytania. Oraz książek, które przeczytałam w całości, i dzięki temu przekonałam się, że są złe od początku do końca.

I tak moim pierwszym niedoczytaniem zeszłego roku była Miniaturzystka Jessie Burton. Zaczynała się interesująco, od migotliwego światła starego Amsterdamu i opowieści mieszkanki jednego z jego domostw. Niestety, potem robiło się coraz grzej, bo autorka skupiła się na tym by udowodnić, że w XVII kobiety i wszelkie mniejszości były uciśnione. Problem polega na tym, ze jest to teza udowodnienia niepotrzebująca. Bo nie jest tezą, tylko wszem i wobec znanym faktem. Jedynym plusem książki są opisy zwyczajów domowych panujących w dawnej Holandii. Reszta jest kiepska i niewiarygodna, na dodatek stopień egzaltacji narratorki wielokrotnie przekraczał mój poziom tolerancji. Na szczęście książka była z biblioteki i łatwo mogłam się jej pozbyć.

Kolejnym niedoczytaniem zeszłego roku jest Rok Królika Joanny Bator. Miała być mroczna przypowieść psychologiczna, wyszedł nudnawy gniot o kobiecie niewiedzącej co ze sobą zrobić. Bohaterka zmienia tożsamość, miejsce pobytu, pisze harlekina i snuje się po Ząbkowicach Śląskich, nocuje w obskurnym hotelu i plącze się po smętnych ulicach. Na dodatek autorka sili się tak bardzo na oryginalność, wtyka do tekstu taką ilość przedziwnych odniesień i metafor, że nie wiadomo, czy się śmiać czy pukać w głowę. Sami powiedzcie, co zrobiliście z porównaniem ziaren kawy do cipek? Zachwycać się raczej nie da. Czytać też nie bardzo, doszłam do takiego wniosku gdzieś w połowie książki. A dotrwałam przy niej tak długo tylko dlatego, że autorka od czasu do czasu wtrącała opowiastki o sposobach na znajdowanie tematów na opowiadania i książki. Gdyby tych warsztatowych sekretów nie zamieszczała, porzuciłabym czytanie znacznie wcześniej.

Wreszcie moje największe nieodoczytanie, nie tylko ze względu na gabaryty, ale także z uwagi na rozmiar zawodu, są Niksy Nathanna Hilla.

Książka była wychwalana pod niebiosa przez osoby które niby na pisaniu i czytaniu się znają. Korzystając z okolicznościowej obniżki zdecydowałam się ja kupić. I powiem, że na początku wydawało mi się, że będzie dobrze. Bohaterami okazali się nieudacznicy, a ci z reguły stanowią wdzięczny temat literacki. Cóż, nie tym razem. Choć rozbawiły mnie pierwsze akapity z historią leniwej, ale sprytnej studentki, dręczącej głównego bohatera, to potem, w miarę rozwoju akcji, było coraz gorzej. Autor decyduje się na coraz głębszą retrospekcję, a im dalej sięga wstecz, tym mocniej się akumulują nieszczęśliwe przypadki jego bohaterów. W rezultacie powstaje katalog traum współczesnej Ameryki, mniej więcej od wojny w Wietnamie poczynając, na zwycięstwie ostatniego prezydenta kończąc. Jakby tego było mało, losy głównego bohatera wykazują niepokojące podobieństwo do przypadków bohatera Szczygła. Obydwaj chłopcy tracą w dzieciństwie matki, obydwaj są pozostawieni samym sobie, wreszcie obydwaj darzą wielka i nieszczęśliwą miłością dziewczęta piękne, zdolne i zajmujące się muzyką. Jak na mnie, to trochę tych paraleli było za dużo. Weźmy do tego wysiłki autora by sporządzić Great American Novel i mamy ciężkostrawną i wtórną lekturę propagandową.

Żeby zachować równowagę z książek złych i przeczytanych wymienię trzy, z czego dwie były już wcześniej na blogu opisane. Ta nieopisana, bo na tyle niedobra, że na pisanie o niej szkoda było czasu i miejsca na blogu, to Costello. Przebudzenie. Liliany Hermetz. Autorka wpadła na dziwaczny pomysł pożyczenia bohaterki od Coetzee i zrobienia z niej postaci mniej intelektualnej, a bardziej cielesnej. W rezultacie Elizabeth zostaje pretensjonalną, starszą panią, popadająca w coraz większy zachwyt na punkcie swojego wyglądu. Jakby tego było mało zachwyt udziela się otaczającym ją mężczyznom, bez wyjątku i bez względu na wiek i stan cywilny. I tak Costello wymyka się spod kontroli swojego twórcy. Co gorsza wymyka się również i autorce i staje się, wbrew jej zamierzeniom, postacią niewiarygodną, a miejscami wręcz groteskową.

Pozostałe dwie książki, których czytania żałuję, to biografie. Jedna dotyczyła Tyrmanda i zaskoczyła mnie nieudolną narracją i chaotycznym opisem wydarzeń. Druga, właściwie nie biografia, ani nie zbiór wspomnień, zupełnie nie wiadomo co, to Pra Ludwiki Włodek. Naprawdę żal bierze, że taki autor jak Iwaszkiewicz został opisany w tak kiepskiej książce.

No i się wyżyłam, opisując moje zeszłoroczne cierpienia czytelnicze. O przyjemnościach powinno być wkrótce. Bo najpierw muszę uzupełnić notki o lekturach z tamtego roku.

mowa o:

zeszłoroczne1

 

spinning

Conrad 1

Jak nic zbliża się koniec roku, czas przyrzeczeń i podsumowań, fajerwerków zachwytu i przebłysków wspomnień, czas by coś z siebie wykrzesać, choćby akapit lub dwa. A ja jestem proszę Państwa, na zakręcie. A może na rozdrożu, w każdym razie trochę mi tak, ze skręconą szyją, pisać niewygodnie. Bo raz się obracam w kierunku festiwalu Conrada, opowieści o nim niedokończonych. Raz w kierunku książek przeczytanych i nieopisanych. I znowu raz w stronę tych niedoczytanych i nieopisanych. A potem , po raz kolejny, w stronę uskładanych i na czytanie czekających. I na tym obracanie muszę skończyć, bo mi stron świata zaczyna brakować, nie mówiąc o miejscu w pokoju.

A ponieważ mój stan doskonale się wpisuje w motyw przewodni festiwalu , którym był „Niepokój” do festiwalu postanowiłam wrócić i na szybko domknąć te opowieści.

Skończyłam na piątku i spotkaniu z Suchanow. A nie był to koniec dnia, o nie. Napalam się na jeszcze jeden meeting, szykowałam się na anatomię samobójstwa.

Wiatr nadal wył wisielczy, ciemno było, złowieszczo, atmosfera jednym słowem dopisywała. Gorzej było z resztą. Już na wstępie miałyśmy falstart, bo w brew zapewnieniom urodziwego dziewczęcia z obsługi, językiem spotkania okazał się nie angielski, a niemiecki. Pognałyśmy wiec ze znajomą po słuchawki i tutaj dopiero, przy stoisku gdzie je wydawali, ogarnął nas niepokój godny wielkiego fontu, większego niż ten na festiwalowym szyldzie.

Okazało się, że w zastaw za sprzęcik trzeba zostawić dowód. Osobisty! Wyobraźcie sobie jak na takie żądanie mogą zareagować dwie prawniczki z feblikiem na dobra osobiste! Jak od takich można oczekiwać, że oddadzą swój PESEL w obce ręce! I to na dwie godziny! Nie wiedziałyśmy, co robić, czy pisać do GIODO czy rezygnować ze spotkania. Na szczęście koleżanka miała przy sobie prawo jazdy, co wystarczyło i to na dwie pary słuchawek.

LukasBarfuss

Oburzone, rozognione, poszłyśmy na swoje miejsce. A tam, na sali, drżącym głosem jakiś chłopczyna zadawał pytania, od których oczy indagowanej pisarki robiły się coraz większe i większe, jakby coraz bardziej się dziwiła, o jakiej książce jest mowa. Zaczęłyśmy wzdychać, bo o anatomii samobójstwa widać było że mowy nie będzie, tylko że wieczór przeminie na dociekaniu, o co tak naprawdę w pytaniu chodzi. Reszty nie będę opowiadać, bo akurat to spotkanie zostało nagrane i jest w Conradowych podkastach. Mogę tylko się przyznać, że od nadmiaru powagi jak zwykle dopadła mnie głupawka i w momencie gdy Pisarz Drugi, zaczął rozważać bierność koali, nie wytrzymałam i skomentowałam, że brak aktywności może świadczyć o bogatym życiu wewnętrznym. Szczęśliwie moja refleksja dotarła tylko do koleżanki, i zamiast zadumy, wywołała w nas stłumiony chichot. Spojrzenie jakie rzucił nam prowadzący mogło zabić misia dowolnej wielkości. Na tym spotkaniu, które mnie ani nie zasmuciło, ani nie zaciekawiło, zakończył się festiwalowy piątek.

AnnaKim

Sobota zaczęła się od niespodzianek, tym razem miłych. Po pierwsze w Czeczotce dawali pyszne żeberka. Po drugie po sali krążyła Siri Hustvedt i mogłam dowoli się gapić na festiwalową gwiazdę. Po trzecie zdecydowałam się, że zamiast pokładać się przez następne trzy godziny na czeczotkowych poduszkach, pójdę na Perskie Opowieści. I był to mój najlepszy pomysł tego dnia! Bo trafiłam na najbardziej nastrojowe, najcieplejsze spotkanie ze wszystkich. Czułam się jakby mnie przetransportowano do seraju i posadzono u stóp dalekowschodnich sufi. Bajka!

perskie

A po niej był mocny zjazd do rzeczywistości, wieczór z Siri Hustvedt. Tu o żadnym bajaniu nie mogło być mowy, bo Siri najwidoczniej przejęła się faktem, że będzie występowała w mieście z uniwersytetem starszym od jej ojczyzny. Było naukowo, filozoficznie i cóż, trochę sztywno. Nawet kiedy atmosfera zdawała się w pewnym momencie rozluźniać i Siri zaczęła lekko chichotać, prowadzący pogroził pisarce palce i przywołał ją do porządku oświadczeniem, że chce jej zadać BARDZO POWAŻNE PYTANIE. Od razu zrobiło się smutno i zimno i tak już zostało do końca.

Siri.jpg

A ostatniego dnia, w niedzielę, na chwilę wyjrzało słońce, i trochę nas zagrzało, trochę rozmarzyło, wprowadzając nastrój do wspomnień z dzieciństwa, snutych przez dwie panie:

WeronikaG.jpg

Weronikę Gogolę

Wioletta G

Wiolettę Grzegorzewską. Całość spotkania tak świetnie opisała Naia, ze nie będę się tu z nią na notki ścigać, tylko od razu odeśle Was do jej opowieści.

ICE

Na ostatnim wykładzie, mistrzowskim, też byłam, po ICE chodziłam, i nie wiedziałam, co bardziej podziwiać, czy galowe stroje krakowskie, czy nowoczesność wnętrz, czy słowa Siri. O tym jak brzmiały możecie się sami przekonać, o tutaj.

I tym sposobem sprawozdanie z festiwalu zamykam. Uff, udało się jeszcze w tym roku!

mowa o:

Conrad Gala ICE.jpg

Piątek Conrada cz. 2 czyli azymut na Gombrowicza

lisc.jpg

Zdaje się, że wyszła mi samospełaniająca się przepowiednia i przychodzi mi kontynuować wspomnieniowe opowieści w miesięcznicę rozpoczęcia Festiwalu Conrada.

Nic to, wróćmy do punktu wyjścia czyli za kraty, do więziennych lektur. Cóż, ta część festiwalu nie należała do najlepszych, jak już wspomniałam. Zrobiło się ponuro, na zewnątrz na swój upiorny sposób dokazywał tajfun Gregory, a mnie się zachciało jakiegoś innego, cieplejszego klimatu. Argentyna i opuncje, zaświtało mi wspomnienie z poprzedniego wieczora i w tym kierunku postanowiłam się wybrać. Tyle, że tego dnia w Krakowie droga do cieplejszych klimatów prowadziła przez Bracką. Tym razem ulica była nie dość że zalana deszczem, to jeszcze totalnie rozgrzebana. Właściwie Bracka jako ulica w czasie festiwalu przestała istnieć. Został po niej tylko okazały rów, kanion, z doczepionym z każdej strony chodnikiem. Zastanawiałam się, za czym tam tak dłubią, czego szukają: źródeł piosenek? Zagubionych insygniów królewskich?

Z zamyślenia wyrwał mnie tymczasowy właściciel Brackiej, robotnik drogowy, który omal nie zrzucił mi na nogi żelaznej rury. Na szczęście w porę się zatrzymał, a ja chyłkiem wspinałam się dalej, w kierunku Des Revolutionibusa.

Jak tylko tam weszłam, wiedziałam, że znalazłam się gdzie trzeba. Temperatura tropikalna, wszędzie rozgorączkowany tłum. Aż poczułam, ze jestem od tych wędrówek i emocji potwornie głodna. Działając przytomnie rzuciłam co mogłam na krzesło blisko prelegenckiego stołu i pognałam przed siebie, prosto w kolejkę w części kawiarnianej. Okazało się, ze każdy stoi tam za czym innym, a to za zupą, a to za kawą. Mnie się spodobało marchewkowe ciasto, więc poprosiłam, zapłaciłam i wtedy okazało się, że pan jest jeden, co zamówienia przyjmuje, kasuje i podaje. Cuzamen, naraz. Pan polecił mi zająć miejsce, ale nie dałam się nabrać, bo moje miejsce jak wiadomo było daleko, gdzieś w Buenos Aires, i nie było szans, że wołanie „marchewkowe dla buksy” w tych rejonach usłyszę.

Bąknęłam tylko, że szybko, szybko, po mi spotkanie ucieknie, i ten dobry człowiek za lada się zlitował, wręczył mi po chwili olbrzymi kawał ciasta, i mogłam iść na swoje miejsce.

A tam już, w części audytoryjnej, było tłoczno jak na ostatnim transatlantyku przed wojną uchodzącym. Na szczęście mojego płaszcza nikt mi nie zrzucił i zaczęłam się na miejscu kokosić, bo tu aparat, tu ciasto, tu szalik, tu widelczyk, musiałam nad tym zapanować. Ze szczęścia wierzgnęłam, rasową pęcinę chcąc pokazać, ale nikomu tym nie zaimponowałam. Wręcz przeciwnie, pani obok powiedziała groźnie, że mnie sobie zapamięta. Ja nie z Krakowa, pochwaliłam się przytomnie, próbując zwalić wszystko na prowincjonalne pochodzenie.

No i siedziałam tak, tuż przed nosem prowadzących, wydłubując orzeszki, zdzierając polewę serową, stukając o talerzyk. Usiłowałam słuchać, jeść i nie zemdleć jednocześnie. Bo upał panował nieznośny. Prowadzący spotkanie, Tomasz Pindel, jakoś się dzielnie trzymał i nawet nie zdjął koszuli, mimo, że pod spodem miał interesujący tiszert. Natomiast główna bohaterka wieczoru, Klementyna Suchanow, mówiła słabym głosem, na bezdechu, i zaczęłam się martwic, czy się nam przypadkiem w pół zdania nie osunie na ziemię.

Gombrowicz 1.jpg

A mówiła mniej więcej to samo, co w wywiadach. Czyli skąd jej się wziął Gombrowicz (w wieku 15 lat przeczytała dzienniki i wsiąkła), jak jeździła do Argentyny i nie tylko, i jak cudem jej własny bohater jej nie połknął (co podobno kilku innym, obcującym z Gombrem, się zdarzyło: zostali pożarci, zniszczeni przez przedmiot swoich badań). Wspominała też o współpracy z Ritą Gombrowicz, jak dobrze się układała, choć nie zakończyła się przyjaźnią, bo zakończyć się miała książką, a nie trwałą relacją emocjonalną. Obie panie jakoś szczęśliwie dotrwały do końca, choć podobno na finale Rita ciut się wystraszyła.

Było też o powieściowym charakterze biografii, o dyskrecji Gombrowicza w stosunkach męsko – męskich i jego literackich przyjaźniach. Jeśli chodzi o te ostatnie, to podobno autor Ferdydurke nie zostałby jej autorem bez intensywnej pomocy Brunona Schulza, z którym się przed wojną zakolegował i który udzielił mu wielu cennych wskazówek przy pisaniu pierwszego dzieła. Było też słów kilka o kolegach szkolnych i Tomaszu Mannie, ale to pewnie można znaleźć w biografii.
Za najciekawszą część spotkania uznaję końcówkę. Wtedy otworzono okna i w sali , dzięki powietrzu z zewnątrz i pytaniom uczestników spotkania, zapanował rześki powiew. Można było reszcie usłyszeć rzeczy nie przerobione dotychczas w wywiadach. Wtedy dowiedzieliśmy się, że to dzięki kompleksom i na kompleksach Gombrowicz zbudował swoja wielkość. I że największym zaskoczeniem przy tworzeniu biografii pisarza było dla Suchanow znalezienie tekstów autorstwa matki Gombra: wynikało z nich, że wcale nie była tak szurnięta, jak synkowie ją przestawiali. Wręcz przeciwnie, była piszącą odważne feministyczne teksty kobietą.
Dla mnie natomiast najdziwniejsze było to, że Gombrowicz nie dogadywał się z Witkacym. Bo podobno ich dziwactwa były zupełnie niekompatybilne, a abstynencja jednej strony i zamiłowanie do używek drugiej tylko pogłębiała ten dystans. Co zanotowałam skrupulatnie. Wraz z postanowieniem, że na razie biografii nie kupię (cena zaporowa), ale na pewno będę cierpliwie czekać na pokazanie się jej w lokalnej bibliotece.

mowa o:

Gombrowicz

Piątek Conrada cz.1 czyli krótka historia o tym, jak chciałam się dowiedzieć co czytają w więzieniach

Conrad 2.jpg

Zdaje się, że muszę trochę moją festiwalową sprawozdawczość przyśpieszyć, bo jak tak dalej pójdzie, to nie dotrę do końca przed pierwszą Conradowską miesięcznicą.

Lecimy więc z kolejną opowieścią, choć przyznaję, że wahałam się, czy więzienie jest tematem na 11 Listopada właściwym. Jednak wydarzenia dnia pokazały, że to zagadnienie z obchodami naszego Święta Niepodległości jest zaskakująco kompatybilne.

Dlatego z czystym sumieniem wracam myślami do piątkowego popołudnia w Czeczotce. Wtedy odbyła się kolejna dyskusja festiwalu Konrada, pod tytułem „Lektura za kratami”. Brzmiał on kusząco nie tylko dla mnie, bo kiedy spytałam, jakie spotkanie chcielibyście mieć opisane na blogu, właśnie to zyskało największą liczbę głosów (czyli aż 4 :D).

Niestety, to wydarzenie było pierwszym zapowiadającym panującą na Festiwalu Conrada tendencję: że nazwa spotkania ma niewiele wspólnego z tym, co się tak naprawdę na spotkaniu dzieje. I tak już na wstępie prowadząca stwierdziła, że za temat uznaje rolę kultury w więziennictwie. Na szczęście pierwsze pytanie dostało się Sywlii Chutnik i była to jedyna osoba, której wypowiedz była zgodna z moimi oczekiwaniami.

Chutnik wspomniała, że dzięki naukom pobranym na kulturoznawstwie była przygotowana do prowadzenia różnorakiego rodzaju zajęć kulturalno –rozwojowych. Jednak w przypadku warsztatów z więźniami się nacięła, bo od razu dali jej do zrozumienia, że jak nie siedziała, to o ich sytuacji nic nie wie. Nie podobały się też osadzonym lektury dobrane przez Chutnik, bo chciała im zaproponować Grzesiuka, Nowakowskiego i Tyrmanda, oraz trochę literatury współczesnej, sądząc, że spodoba im się coś odnoszącego się do ich sytuacji życiowej. Tymczasem była proszona o dostarczenie Małego Księcia albo dziel Coehlo, lub innych książek z przesłaniem bardziej lub mnie metafizycznym.

Po pięciominutowym spiczu Chutnik miał wystąpienie Wojciech Brzoska, który z przyczyn głównie finansowych wziął się za prowadzenie warsztatów poetyckich w więzieniach. Jego historia dotyczyła więźnia o takim talencie literackim, że miał publikacje w Odrze i dwukrotnie został laureatem Konkursu Poetyckiego imienia Jeana Geneta.

Dalsze wypowiedzi były jeszcze bardziej ogólnikowe i nie na temat. Na dodatek, wbrew moim oczekiwaniom, całość nie miała formy rozmowy. Pani prowadząca po prostu wywoływała po kolei uczestników do zabrania głosu, a Ci grzecznie wygłaszali swoje kwestie. Żadnych kłótni, czy chociażby dyskusji. Poziom abstrakcji rósł, a temperatura na sali się obniżała. Do tego stopnia, że całość można było podsumować jedynie wzruszeniem ramion i krótkim ziewnięciem.

mowa o:

Hermes

Ponieważ wszystkie zdjęcia ze spotkania mi przepadły, za ilustracje posłużył Hermes, patron złodziei, w wersji krakowskiej.