Kategoria: Uncategorized

Cud miód i bajzelek

wachlarz.jpg

-Jak schodzi poezja?

-Nawet nikt nic nie ukradnie- odpowiada Maurie ze smutkiem

Lore Segal „Lucinella”, str 167

Inteligentna, oryginalna i z humorem. Tyle by wystarczyło do opisania tej książki. Ale że podobał mi się bardzo, opowiem o niej więcej. Lucinella jest młodą nowojorską poetką. Ma męża, ma przyjaciół literatów, być może ma również talent. Na pewno ma fantazję. I nie waha się jej użyć. Oprócz tego używa i słów. W sposób tak wyśmienity i precyzyjny, ze każde zdanie przez nią wypowiedziane sprawia czytelnikowi uciechę.

Z Lucinellą nie można się nudzić. Nawet kupno pasty do podłóg ma przy niej formę bajkowej przygody. Jest bałaganiarą, z obsesja na punkcie zmiętych ręczników, niezastruganych ołówków i zeszytów. Co chwilę kupuje nowy notatnik, z nadzieją, że zapełni go ciekawym tekstem. Zawsze dzieli włos na szesnaścioro, każdy gest ubiera w znaki i podteksty. No cóż, hm, czas to wyznać. Lucinella to ja. Może nie zgadza się wiek. Zdolności poetyckie też, powiedzmy, że niezupełnie. Jak i słabość do Zeusa. Cała reszta pasuje jak ulał. I pewnie stąd moje zauroczenie. Oraz żal do wydawców, że Lore Segal wydano tak późno i mówiono o niej tak mało.

Warto:

Lucinella 1.jpg

Reklamy

Jedenasty czyli jak przetrwać narodowe świętowanie

Głowacki.jpg

Głowacki 1.jpg

Janusz Głowacki „Bezsenność w czasie karnawału”, str 144, 145

Tak sobie myślę, że wśród nas są i tacy, co niekoniecznie chcą jutro w dymach i płomieniach wznosić flagi i okrzyki. I potrzebują dla świętowania jakiejś alternatywy. A że mam ją pod ręką, to się podzielę.

Bo uważam, że na ten czas, tuż po Zaduszkach, pełen patriotycznej pozy i grozy, znalazłam lekturę wyśmienitą. Wyborem będąca idealnym, najlepszym antidotum na narodowy szał, co właśnie nas zaczyna ogarniać. Ta książka pozwoli złapać dystans, nasyci inteligentnym humorem, skłoni do refleksji i wspomnień. Czasem gorzkich, nigdy nudnych. I choć autorowi nie udało się dzieła dokończyć, to i tak wyszła mu opowieść będąca portretem naszych czasów, skreślonym z talentem i wprawą. Nie będę wchodziła w szczegóły, nie będę streszczała zawartości tej niewielkiej książeczki. Każdy spoiler byłby przeciw niej wykroczeniem. Jest to rzecz, którą samemu trzeba poczytać. By znaleźć i docenić takie jak powyżej fragmenty.

warto:

Bezsennosc.jpg

 

Matka Niepolka

Lalki jak dzieci

Zeżarłyście mi pół mózgu, kochaneczki, i to całkiem na darmo. Na darmo, za darmo, za wszystko na świecie, zeżarłyście, i to od samych narodzin. Jak gąsienice, które nim owiną się w kokon, bezlitośnie wcinają, wszytko co zielone, długo słychać głośne chrupanie, po czym nagle zapada straszliwa cisza. Na znak dyrygenta orkiestra zamiera, i tylko gdzieś na gałęzi, niczym dwa worki bokserskie, huśtają się na wietrze dwa tłuściutkie zawiniątka.Wyleciały z gniazda, zostawiając matkę na pastwę losu.

Petra Hulova „Macocha”, tłum. Julia Różewicz, str 59 

W dniu Święta Tłumaczy wracam na bloga, ale nie po to żeby się tłumaczyć. Tak, wiem, suchar, a jeśli nawet nie, to kiepski dowcip. Ale nie bijcie, i tak jestem dostatecznie dręczona przez przeziębienie. Jednak nie komunikat o stanie zdrowia chce tu wystosować. Nic z tych rzeczy. To będzie pean na rzecz niedawno czytanej książki. Majstersztyku nie tylko sztuki pisarskiej, ale i translatorskiej.

Wygląda słodko i niewinnie, jak pudełko czekoladek na Dzień Kobiet. Różowa okładka, malutki format, to wszystko powinno zwiastować lekka i banalna prozę, w sam raz do damskiej torebki. Do czytania na przystanku, u fryzjera, lub w autobusie. Ostrzegam od razu. Że zgadza się tylko jedno. To wyborna książka dotorebkowa. Tylko, że trzeba uważać gdzie się po nią sięga. Zastanówcie się, czy w danym miejscu nie zaskoczą otoczenia wasze okrzyki, parsknięcia śmiechu i łapanie się to za brzuch, to za głowę. Bo tekst na pewno takie reakcje wywoła.

Ta opowieść pijanej, pyskatej i inteligentnej autorki średniej klasy romansów, to coś, czego nie da się czytać obojętnie. Z alkoholowych zwid, wspomnień i wywodów tworzy ona monolog współczesnej kobiety. Jest to historia gorzko kwaśna, przyprawiona niebywałym humorem, wypowiedziana w ostrych słowach i z wielką werwą. Powiecie, że na naszym rynku ostatnio sporo literatury o niedolach matki, żony i kochanki. Możliwe, ale na pewno nie są te opowieści poprowadzone w taki sposób. To nie są smęty na temat przyciasnych po ciąży spodni, brudnej ceraty i debetu na koncie. Przede wszystkim to nie są smęty. Zacznijmy od tego. To jest wrzask, bełkot i plucie w gębę mieszczańskiego społeczeństwa. Coś, czego jeszcze w naszych księgarniach nie było. A pojawiło się dzięki świetnej tłumaczce i wybitnej pisarce. Nie mającej sobie podobnych wśród autorek polskich.

Warto:

IMG_5987.JPG

powroty z odwracaniem kota

20180518_144743

Każda okazja jest dobra żeby wrócić na bloga. W moim przypadku to taka, że nie byłam na Festiwalu Big Booka. Tak jest, to nie pomyłka w pisowni. Tym właśnie zamierzam się chwalić. Że gdy inni pokazywali się w blasku reflektorów i grzali w emocjach pisarskich dyskusji, ja siedziałam w domu. Zmarznięta, w słabym świetle lampy z Ikei, zajadałam czereśnie i czytałam Sonnenberga. Od czasu do czasu zerkałam tez na regał, przemyśliwując jak upcham do niego obecne wszędzie książki. Ten bajzel zawdzięczam innej warszawskiej imprezie.

W maju byłam po raz pierwszy na Warszawskich Targach Książki i Festiwalu Apostrof. Jednocześnie. Oganiałam się tam jak hart w sezonie łowczym i wystrzelałam z kasy. Ale niech tam, było warto. Po pierwsze, pamiętając doświadczenia z Krakowa, zdecydowałam się odwiedzić targowe stoiska w piątek do południa. I to była mądra decyzja. Pusto, przestrzennie książkowo. Znudzeni wydawcy i księgarze jeszcze wtedy się uśmiechali i mieli chęci na rozmowy. Dzięki temu poznałam przemiłą właścicielkę i jednocześnie tłumaczkę wydawnictwa Afera, z która gadało mi się tak dobrze, aż zapomniałam na amen, że wybierałam się na jedno z targowych spotkań. Cóż, przyznaje ze wcale nie żałuję, że mnie ominęło. Powiem wam na ucho, ze po innych rozmowach z autorami doszłam do wniosku ze stolica cierpi na ostry deficyt osób zdolnych do prowadzenia spotkań autorskich.

By nie być gołosłowną, dam krotki opis najistotniejszego spotkania tych dni. Z Noblistą, Orhanem Pamukiem. Pisarz już na wstępie został w wyprowadzony z równowagi pytaniami o reakcje na otrzymanie nagrody dwanaście lat temu oraz o to, czy jej konsekwencja było wzmożone lenistwo. Potem musiał polecić najlepsze restauracje w Stambule, opowiedzieć jak egzaminuje studentów i czy jest w Turcji autorytetem. Na pytania o książki, proces twórczy, źródła inspiracji nie starczyło ani czasu ani weny prowadzącemu. Dość, że spotkanie skończyło się przeprosinami osób z widowni za zachowanie prowadzącego. Oraz niespodziewanym występem pani, która zamiast zadać pytanie autorowi, oświadczyła, że do książek Pamuka zapałała miłością dzięki oglądaniu tureckich seriali na rosyjskich kanałach youtuba. Myślę, że niepotrzebne jest wyjaśnienie, iż był to najbardziej żenujący wieczór autorski w mojej karierze czytelnika.

Na zakończenie, żeby nie finiszować na minorowej nucie, powiem, że podczas Apostrofu miałam przyjemność wziąć udział również w najlepszym w moim życiu spotkaniu z pisarzami. A konkretnie rozmowie pisarza z pisarką. Ale o tym już następnym razem.

A tak na marginesie, może ktoś potrafi mi wyjaśnić, skąd w naszej stolicy wzięła się mania łączenia wydarzeń czytelniczych z miejscami imprez sportowych: targi książki na stadionie, Big Book przy wspinaczkowej ściance? Czy książki nawet organizatorom wydają się tak nieciekawe, że czują potrzebę uatrakcyjnienia literackich wydarzeń w ten sposób? Czy są inne powody ?

mowa o:

Targi

 

lost again

Perhaps love could never be captured in a definition, it could only be captured in a story

(być może miłości nie można określić definicją, być może da się ją uchwycić tylko opowieścią, tłum. własne)

Julian Barnes, The Only Story, str 206

 

Ach, ten Barnes! Znowu mnie wpuścił w maliny, jak krew czerwone i cierpkie. Ale nie czas błądzić po chruśniakach i przywoływać Leśmiana, kiedy bardziej właściwym miejscem do startu z opisem tej książki jest angielski yard, z trawą dobrze wystrzyżoną. Tudzież kort tenisowy, z wypielęgnowaną nawierzchnią. Tam się wszystko zaczyna, stamtąd kiełkuje ta historia.

Autor już na wstępie zwodzi, za motto obierając cytat ze słownika, wyjaśniający, że nowela to historyjka o miłości. Choć i tu powinnam była się zastanowić, bo użyte tam słowo tale, może oznaczać i opowieść i bajkę. No właśnie, do końca nie byłam pewna, w która kategorię czytaną książkę włożyć. I które tłumaczenie byłoby najwłaściwsze.

Pomyślcie sami. Dziewiętnastolatek do szaleństwa zakochany w kobiecie pod pięćdziesiątkę, mężatce z dwójką dzieci? To musi być bajka.

Starzejąca się kobieta, uciekająca z młodszym kochankiem od niesympatycznego męża? To wygląda na prawdziwą historię.

Tak będzie cały czas, w tej książce nie można niczego być pewnym. Za to można się w niej zaczytać, zamyślić i zasmucić na koniec. A w trakcie czytania zastanawiać i zastanawiać, nad każdym akapitem i zdaniem. Bo tak się powinno ją, moim zdaniem czytać, nie dla akcji, ale dla refleksji, dla pozyskania różnych widzeń miłosnej przygody. A na koniec i tak to widzenie będzie nieostre.

mowa o:

Cleanser

Kot Poetki

Próbowałam zmienić swoje nastawienie w Polish Babel, ale w nowej pracy nadal widziałam w ludziach zwierzęta. odmiana w mojej zaburzonej percepcji polegała na tym, ze teraz stado było bardziej zróżnicowane.

Joanna Bator „Purezento”, str 8

Zaczęłam czytać tę książkę, gdy byłam zmęczona i niedoleczona. Umysł miałam mocno przymknięty i oczy ledwo otwarte. Na ten stan nadawała się ona dobrze. Bo jest to lektura niewymagająca. Dająca spokój i odpoczynek. Może zastąpić lekką herbatę lub głaskanie kota. Nie zachwyci, a jak znuży, to delikatnie.

Ma wyciszona bohaterkę, odczuwająca rezygnacje i depresje po nagłej śmierci chłopaka. Dziewczyna jest smutna choć powinna być i wkurzona bo tuz przed tragicznym w skutkach wypadkiem dowiedziała się, że ukochany ma kogoś innego. Ale ze tytuł tej książki można odczytać pure.zen.to, jej rozpacz jest utrzymana w medytacyjnej konwencji. Wychodzenie z niej również. To z kolei wprowadza czytającego w pewien stan rozleniwienia. Chciałabym dodać do tego również rozmarzenie, ale nie mogę aż tak mijać się z prawdą.

Natomiast zniecierpliwienie wywołuje na pewno. Ten wciąż powtarzający się motyw krwiożerczego rekina, metafory złych wspomnień. Te niedorzeczne dialogi, wieczne jazdy rowerem i nieziemsko dobry chłopak, ofiarowujący cierpliwość, łagodność i zrozumienie. A w końcu namiętna miłość. To wszystko może wywołać w najlepszym razie uśmiech pobłażania. Dlatego ostrzegam, nie spodziewajcie się tej książce za wiele. Natomiast jeśli potrzebny wam jest jakiś oddech pomiędzy jedna intensywna lekturą i drugą, to polecam ją szczerze. Bo ona nie pozostawi w was nic oprócz kilku słabych westchnień.

mowa o:

purezen.jpg

Pisarz radzi: jak się (nie) oświadczać.

Z powodu jutrzejszego święta odkurzam tę ostatnio zapomnianą serię. Okazja taka, że chyba warto? Jak nie z sentymentu do świeżo nabytej tradycji, to chociaż z miłości do literatury? Oczywiście będzie po mojemu, czyli przewrotnie. Dla zasady i dla zachęty. Oto poniżej zamieszczam najoryginalniejsze i pewnie najbardziej szczere oświadczyny, jakie udało mi się w książkach znaleźć:

Gombrowicz do Chądzyńskiej.jpg

Gombrowicz do Chądzyńskiej 2.jpg

Klementyna Suchanow „Gombrowicz. Ja, Geniusz.” Str 161, 162