Kategoria: NA MARGINESIE

kambeczek

Przyglądają mi się, jakbym była zepsutą lalką ludzkich rozmiarów

Barbara Klicka „Zdrój”, str 78

Wracam, moi Mili Nieliczni Czytelnicy, wracam do wpisów i fotek. Uroczyście ogłaszam czas bujania w obłokach, z dala od bloga, czasem minionym. Schodzę na ziemię. Przeganiam mrzonki, robię z marzeń mrożonki i spadam. Na glebę, z obitym ego, rozbitym tym i owym. Ale za to z planem notkowania przynajmniej raz w tygodniu. Nie wiem jak was, ale mnie reaktywacja Czytanki jara jak mało co ostatnio.

Kraków 1900 2

Żeby się długo nie zastanawiać jak się do tego zabrać, zaczynam od końca. Czyli od podsumowania zeszłego roku. A podziało się sporo. Nobel rzecz jasna, Nobel najważniejszy, najcenniejszy i najbardziej brzemienny w skutki. Nie tylko te oczywiste, jak powołanie fundacji i obecność książek Laureatki na każdej poczcie polskiej i pod każdą ojczyźnianą strzechą. Bo rezultatem nagrody jest moim zdaniem zmiana w geografii literackiej kraju. Oto Kraków przestaje być literacką stolicą Polski. Ze zubożałym festiwalem Conrada, z oprotestowanymi targami książki, usuwa się w cień. Z atrybutów literackich zostaje Krakowowi deszcz i miesięcznik Znak. Przyznacie, że to nie dużo. A kto w grudniowym Znaku podczyta dział literacki właśnie, przekona się, że jeszcze mniej niż by się na pierwszy rzut oka wydawało.

Kraków 1900 4

Miejsce Krakowa z uśmiechem, z luzikiem, z rozwianą brodą Irka Grina, zajmuje Wrocław. Z jednej strony cieszę się i gratuluję, z drugiej trochę się martwię. Bo Wrocław mam daleko i mogę sobie pozwolić na czytelnicze podróże do Krakowa jedynie. Pozostaje mi mieć nadzieję, że znajdę tam coś więcej oprócz zamkniętych na czas spotkań literackich kawiarnio-księgarni i pustych kącików noblowskich w empiku.

Nobel empikKącik noblowski Szymborskiej w empiku w krakowskim Rynku, obecnie jedynej księgarni w ścisłym centrum miasta. Piątek, środek dnia, Festiwal Conrada 2019.  

Kącik noblowski Miłosza w empiku w krakowskim Rynku, obecnie jedynej księgarni w ścisłym centrum miasta. Piątek, środek dnia, Festiwal Conrada 2019.  

Ale ad rem, czyli do książek wrócę, bo jednak to one są i wciąż będą głównym tematem tutejszych pogawędek. W ramach podsumowania słów kilka o moich wonderbookach roku 2019. Z książek obcojęzycznych jest nim Lucinella Lore Segal. Jestem tego pewna jak nigdy. Bo Lucinnelę czytałam początkiem roku, i potem niejednokrotnie otwierałam ją na byle jakiej stronie i zawsze znajdowałam w niej słowa, frazy i spostrzeżenia budzące zachwyt. To jedna z tych książek, co przychodzą do Was we właściwym momencie w życiu, dostarczając trafnych w danym czasie przemyśleń i refleksji.

Kraków 1900 1

A co z literaturą rodzimą? Hmm. To temat na kilka notek, ba, uczony esej. Tego ostatniego się nie podejmuję, te pierwsze może kiedyś popełnię. A teraz tylko powiem, że najlepszą książką polską tego roku jest dla mnie Zdrój Barbary Klickiej. Jakoś słabo zauważany i doceniany póki co. A wielka szkoda, bo ta nieduża książka ma w sobie wszystko, co dobra współczesna literatura powinna oferować. Świetny język, wielowarstwowość, i niedopowiedzenia pozwalające czytelnikowi na własną interpretację tekstu. Bardzo bym chciała, żeby droga wyznaczona przez Klicką stała się częściej używanym traktem przez rodzimych twórców. Bo to, co od nich z reguły dostajemy…. cóżżż. To na pewno nie temat na tę, już przydługą, notkę ;).

mowa o:

 

Raport z pewnego festiwalu

Ha, tym razem się udało! Jestem z tego taka dumna, że przerywam milczenie. Tak, wczoraj zdołałam dotrzeć na Festiwal Conrada. Przyznam od razu, że wpadłam tam jak błyskawica. Na pół dnia zaledwie. A że błyskawicy zwykle towarzyszą gromy, to trochę tu sobie pogrzmię. Po pierwsze z powodu niedofinansowania festiwalu z państwowej kiesy. Oszczędności dało się mocno odczuć. I to nawet na kilka dni przed rozpoczęciem imprezy. Przekonałam się o tym, gdy się kazało, że wydarzenie towarzyszące, na które w zeszłym roku byłam serdecznie zapraszana, w tym roku ma ograniczoną liczbę miejsc. I organizatorzy nie zapraszają na nie, tylko powiadamiają o nim. Oględnie. Pytając czy aby na pewno się chce przyjść. Myląc przy tym dni i godziny spotkania. I nie podając lokalizacji. Cóż, pomyślałam sobie, trudno, Buksy, przejrzeli cię. Ze mimo lichej postury zjadasz całkiem sporo i szkód narobisz w bufecie większych niż przeciętny uczestnik. Powiedziałam też sobie, Buksy ,zachowaj się, nie pchaj się, zwłaszcza, że nawet nie wiesz gdzie i o której jest impreza. Dzięki tak przyjętej strategii mogłam się skoncentrować na wydarzeniach otwartych dla szerokiej publiczności.

Jak tylko dotarłam na krakowski rynek, stanęłam zadziwiona. Oto nigdzie nie było znaku, że to tu, zaraz obok, odbywa się jeden z najznamienitszych festiwali literackich w Europie. W miejscu, gdzie dwa lata temu łopotały wielkie chorągwie z logo festiwalu, było pusto. Tam, gdzie kiedyś dumnie wypinało klatę ogromne C, też nic nie było. Weszłam do Czeczotki, rozejrzałam się. Kawę na szczęście mieli, ale plakatów festiwalowych już nie. Dopiero w bocznej uliczce zobaczyłam niewielki Conradowski baner, a obok niego przesuwające się, jakby na paluszkach, nieco chyłkiem, trochę bokiem, postaci. W tym momencie ogarnał mnie dreszcz emocji. Oto poczułam się jak uczestniczący w tajnym spotkaniu członek Wyklętego Bractwa Czytelników. Cała w rumieńcach pobiegłam na pierwsze spotkanie, o Kafce. Było merytorycznie i na temat (co na tym Festiwalu zdarza się nieczęsto) i pewnie zostałabym do końca, gdyby nie kolejne uciążliwe oszczędności wprowadzone przez organizatorów. Dla zmniejszenia kosztów postanowiono nie włączać klimatyzacji. W rezultacie tego, po półgodzinie, bliska omdlenia, musiałam się ratować świeżym, krakowskim powietrzem.

Kiedy się nawdychałam i ochłodziłam dostatecznie, wróciłam na salę, żeby posłuchać o awangardzie. I tym razem zrobiło mi się gorąco, ale bardziej z powodu oburzenia niż temperatury. Bo jeden z prowadzących oświadczył, że rola kobiet w awangardzie artystycznej była marginalna. No, może jakaś tam Czeszka coś tam zrobiła, ale tak ogólnie, to panowie wodzili prym. Miałam ochotę wstać i zakrzyknąć że jak to, a taka Woolf, albo mniej znana Carrington. Że o współczesnej i rodzimej Rottenberg nie wspomnę. Ale nikt nie miał zamiaru dopuścić publiki do dyskusji, prowadzący tokowali i pletli bez umiaru i bez większego sensu. Najbardziej zdumieli mnie stwierdzeniem, że tak do końca to nie wiadomo, co będzie wyznacznikiem awangardy naszych czasów. Typują działania na rzecz ochrony środowiska. Ha, nieźle, uradowałam się. W ten sposób wystarczy w markecie nie brać foliówki przy zakupie warzyw. I już hop, zaliczasz się człeku do awangardy. Artystycznej na dodatek. Chcąc ten plan jak najszybciej zrealizować, w środku spotkania wybiegłam na zakupy. Spożywczego w pobliżu nie było, więc zadowoliłam się Benettonem, gdzie nabyłam zieloną owcę z breloczkiem i załączonym do niej płóciennym woreczkiem. Wygląda eko aż miło.

Potem wpadłam na spotkanie w języku niemieckim. Tam walka tłumacza z językiem polskim była tak męcząca i dla niego i dla słuchaczy, że znowu skróciłam pobyt na spotkaniu. Na szczęście sympatyczna znajoma zaprosiła mnie na chwile odpoczynku w pobliskiej knajpce, więc udało mi się zaspokoić potrzebę mądrej i dowcipnej rozmowy w miłym towarzystwie. Za co chcę serdecznie podziękować Ani z Literackich Skarbów.

Jednak ta przyjemność trwała krótko, bo popędziłam na następne spotkanie. O czarownicach. Zdumiałam się na widok tłumów zalegających obie sale Czeczotki. Nie miałam pojęcia że wiedźmy  są tak mocno na topie. I przyznaję, ucieszyłam się z tego powodu. Jednak i tu spotkał mnie lekki zawód, bo zarówno autorka omawianej książki jak i prowadząca spotkanie wydawały się zmęczone i pozbawione energii. Jakby wieloletnia walka o prawa kobiet wyczerpała je do cna. A może i tak było na serio? Sama rozmowa dotyczyła ściśle treści zawartych w książce Czarownice niezwyciężona siła kobiet i kto dokładnie rzecz przeczytał, nie miał niespodzianek. Znowu nie dotrwałam końcowej dyskusji, bo musiałam biec do pociągu. Zdążyłam tylko spostrzec, że mimo dominującej obecności kobiet, pytania zadawali głownie panowie. Z drugiej strony chyba należy się cieszyć, gdy na tego rodzaju spotkaniach bywają i mężczyźni. Nawet gdy ich udział wynika z chęci podsłuchania wroga. Przy okazji muszę tu jednemu z uczestników spotkania szczególnie podziękować. Za to, że dzielnie mnie, obcą babę, być może czarownicę, ratował przed upadkiem. Taki to miły i wręcz symboliczny gest spotkał mnie ze strony przedstawiciela męskiej publiczności. Bo czy to nie budujące, że facet jednej z wiedźm chce podać pomocną dłoń? I tym optymistycznym akcentem kończę moją przydługą opowieść.

mowa o:

Trzy na cztery czyli zestaw na weekendowe czytanie

Przede wszystkim czekał aż czas minie i zabierze ze sobą mnóstwo rzeczy, potem odkrywał historię

Alessandro Baricco „Mr Gwyn”, str. 259

Zbliża się długi weekend, więc wybudzam się z letargu i zapodaję notkę. O tym jak przemienić cztery dni wolnego w weekend czytelniczy. Pogoda ma sprzyjać temu żeby się w książki zanurzyć. Co stwierdzam z satysfakcja, radością i nadzieja. Ale dobra, nie komunikat meteo chce tu wystosować. Tylko sporządzić przegląd książek. Dla tych, co chcieliby jakąś świeżynkę wziąć do poczytania. Ale nie bardzo mają pomysł, lub pomysłów maja zbyt wiele i nie mogą się zdecydować. Here i come. Oto jestem znaczy się. Gotowa i chętna do niesienia pomocy, podawania obciążonej książką dłoni. Oto moja skromna lista przedweekendowych polecanek. Bierzcie i czytajcie co nieco z tego, nie będziecie żałowali.

  • „Ale z naszymi umarłymi”. Będzie dla was doskonałe, jeśli macie dość ojczyźniano historycznej hucpy co grzmi dookoła. Coraz głośniej i natrętniej. Będzie też świetne dla wielbicieli wszelkich żywych trupów. Najnowsza opowieść Dehnela to żwawa dykteryjka o tym, jak to do życia, dosłownie, powracają nasi więksi i mniejsi bohaterowie. Zaczyna się niewinnie, od rujnacji wiejskiego cmentarza i kilku zombie sunących niemrawo skrajem szosy. Ale niech was to nie zmyli. Akcja rozwija się błyskawicznie, jest i śmiesznie i strasznie. Uroku książce dodają sympatyczni protagoniści. Z parą młodych gejów na czele. O uśmiech przyprawiają niektóre pomysły autora. Oto pokazuje się nam Sowiński, odgryzający temu i owemu nogę, by brak własnej uzupełnić, Marszałek na nadgniłej kasztance, czy Bolesław Chrobry wiodący armię zombich do Berlina. Jest zabawnie, ale na końcu wieje grozą. Narodową rzecz jasna.

 

  • „Sny o Hiroszimie”. Zdziwiłam się mocno, że książkę ochrzczono mianem thirllera, Powodem mojego zdziwienia była  nie jej akcja, a styl, jakim została napisana. Po prostu jest za dobry, jak na mrożącą krew w żyłach sensację. Im dalej  w szłam w tekst, tym bardziej gotowa byłam ją uznać za współczesną klasykę. Za powieść psychologiczno obyczajową. Z inteligentną i niezbyt szczęśliwą bohaterką. Z zapętloną historią miłosną. Z pakietem traum i tajemnic. To wszystko spowodowało, że na autora bardziej pasował mi tu Dygat niż Stephan King. Dopiero pod koniec się przekonałam, że mam do czynienia z thrillerem. Faktycznie.

 

  • „Mr Gwyn”. To książka o tym, jak pewnego dnia uznany pisarz publikuje artykuł w Guardianie, gdzie podaje listę 52 rzeczy, których nie ma zamiaru więcej robić. Wśród nich jest i pisanie. Jest w swojej decyzji nieugięty. Co więcej, postanawia zacząć inna działalność. Portrecisty. Nie kupuje w tym celu zestawu pasteli, pędzli i akwarel. Szuka za to odpowiedniego lokum. Montuje w nim specjalnie dobrane oświetlenie i zamawia muzykę. I postanawia robić portrety literackie. Naprawdę warto poczytać, jak mu to wyszło. I być może wziąć przykład z bohatera. Wykorzystać większą ilość wolnego czasu na stworzenie własnej listy. Rzeczy nie do robienia. Wypróbowałam i zapewniam, że choć u mnie było nie 50, a mniej niż 5 elementów, był to odświeżający eksperyment.

I jak się Wam moja lista podoba? Jak się nie podoba, to pamiętajcie, że zawsze możecie poratować się klasyką. I złapać za Obłomowa.

mowa o:

better late than never czyli wybesty i mejery zeszłego roku

Prawdziwa władza to język

Laurent Binet „Siódma funkcja języka” str 185

Znowu zapadłam w sen, tym razem przedwiosenny. Choć wciąż nic nie kuka, chłopiec panny nie szuka, bo na zapiecku albo przy kaloryferze jeszcze siedzi.

Ale może ktoś już przyuważył przebiśniegi. Ktoś, kto mieszka w miejscu, gdzie kwiatek musi się przebijać tylko przez zamarznięte błoto. A tymczasem ja, tu, na osiedlu z betonu, gdzie nie ma prawdziwej miłości, ani roślinności, sobie słodko kimam. A jak mi się czasem oko otworzy, to widzę, że zaległości mam, nie tylko we wiosny szukaniu. Moje zaległości sięgają hen, w zeszłoroczne śniegi, i nietegoroczne lektury. Tak, właśnie spostrzegłam, że o dobrych książkach anno domini 2018 nic nie powiedziałam. A tyle ich było. Niektóre pojawiły się w notkach na blogu: Barnes razy dwa, Głowacki, Sylwia Siedlecka i Rosendorfer. Oraz niezrównana Macocha, której już teraz mogę wręczyć tytuł najlepszej książki tamtego roku.

Ale były i inne czytanki, co im się tu wzmianka należy, a nieobnotkowane zostały. Na pewno zalicza się do nich Siódma funkcja języka, kryminał, czy ja wiem, semiotyczny? Lingwistyczny? W każdym razie to kryminał głównie dla filologów, bo tylko ich ucieszą opisy turniejów oratorskich Logos Klubu, czy losy rękopisu Barthesa.

Zupełnie innych przyjemności dostarczyły mi Mikrotyki. To napisane cudownym językiem opowiastki z życia blokowiska. Można je czytać i czytać, smakując wciąż na nowo każde zdanie. I za każdym razem wzdychać z zachwytu. Mikrotyki razem z Macochą stawiam więc na podium, opasując szarfą z napisem The Champions.

Na wyróżnienie zasługuje też sympatyczna, choć i lekko powierzchowna, biografia Berezowskiej. I zeszłoroczny kryminał Czubaja, Dziewczynka z zapalniczką, co mnie uchronił przed straszliwa nudą , wywołany niby biografią Komedy. Po raz kolejny utwierdziłam się w przekonaniu, że na wakacjach porządną historię zbrodni trzeba mieć ze sobą, żeby samemu czegoś złego z nadmiaru wolnego czasu nie popełnić. I ta książka, z ognistym warkoczem na okładce, właśnie była moim ratunkiem w czasie urlopu. Trzymam więc kciuki, żeby nowy kryminał autora ukazał się jeszcze przed początkiem lata. Podobno ma być jazzowy, więc może i niesmak po Komedzie uda mi się nim zagłuszyć.

warto:

nie do czytania 2018

Nie było mnie trochę w zeszłym roku tutaj, wiem. Ale, ale, to nie znaczy, że nie brałam się za książki. Że nie czytałam. Że nie sprawdzałam, Że nie zaglądałam w nowości, w bestselery i empikowe topiki. Robiłam to, tylko rozsądniej. W końcu wiek dojrzały, nie tylko mój, ale i bloga, do czegoś zobowiązuje. Dlatego postanowiłam zadbać o oszczędne gospodarowanie. Nie tyle pieniędzmi, co czasem. I nie kończyć książek co je wszędzie chwalono, a mnie nie przypadły do gustu. Oględnie mówiąc.

Pierwszą wielką porzuconą na mojej zeszłorocznej liście, jest Komeda Grzebałkowskiej. Nie powiem, że się nie starałam. Wzięłam książkę na wakacje, więc warunki do zainteresowania mnie miała idealne. Cóż, nie była w stanie ich wykorzystać. Zanudziła mnie doszczętnie wielością danych statystycznych, cytatami pism z ministerstw, urzędów i biur festiwalowych. I nikłą obecnością głównego bohatera na swoich stronach. Bo zawartość Komedy w Komedzie jest doprawdy niewielka. Często miałam wrażenie że wynosiła mniej niż 15% procent. Co okazało się stanowczo za mało, do poczucia w trakcie czytania przyjemnego zawrotu głowy. Dlatego w okolicach 140 strony porzuciłam tę książkę. Bo ziewałam nad nią tak, że nie mogłam ani czytać, ani zasnąć.

Kolejny zawód sprawił mi tytuł chwalony gorąco przez osoby, których gustom literackim mocno ufam. I polecane przez nie tytuły czytam z przyjemnością. Cóż, zawsze zdarza się wyjątek od reguły. I Denmakrova swoim „Przyczynkiem do historii radości” właśnie go sporządziła. Już na początku wydawało mi ze autorka coś za bardzo się stara. Że chce pisać literaturę nie tylko przez duże L, ale i zawijasem. No ten zawijas książce zaszkodził. Jeszcze wytrzymywałam przy zdaniach takich jak „ Słowa policjanta zostawiają zmarłego i wracają do właściciela. Wiedza co to Lojalność” str 32. Usiłowałam przymknąć oko na stwierdzenia, że jaskółki „maja pergaminowe powieki, pod którymi gromadzi się mądrość” str 47 czy „Julia, synogralica, która musiała stać się sójką , chce zatrzasnąć jaskółczym oczom drzwi przed dziobem” (Sic! str 48) i że „męskie ciała dławi przybój dziewczęcej cielesności” . Choć tak naprawdę to już przy zdaniu „Pod muszlą klozetową wala się wężowa skóra rozmokłego różowego papieru” (ibidem, str 22) moja chęć czytania wysiadła. Kiedy się za nią obejrzałam, zobaczyłam, że wyraźnie drżą jej plecy. Od tłumionego chichotu. Cyniczna i krytyczna z niej bestia, pomyślałam sobie. Odłożyłam książkę na półkę zanim dobiłam do pięćdziesiątej strony.

Jakby tego mało, pod koniec roku dałam się skusić na książkę chwaloną w mediach publicznych. O naiwna, naiwna, naiwna, śpiewałam sobie kilka godzin po przytaskaniu tytułu z księgarni. Linclon z Bardo okazał się bowiem nie cudem, ale cudakiem, bełkoczącym naiwnie zombie, co nieudolnie naśladuje tak dobrze nam znane Dziady. Jeśli ktoś chce czytać o konwersacjach prowadzonych po nienaszej stronie grobu, to radzę sobie Lincolna darować. I sięgnąć bo dobrze znanego wieszcza.

Grudzień przyniósł nadzieję, że rozsądek zaczyna zmierzać w moim kierunku. Oto bowiem końcem roku nastąpiła jedna z licznych literackich epifanii na naszym rynku wydawniczym. Odkryto zapomniane i nieodceniane arcydzieło. Ktoś wziął, odkurzył i przetłumaczył Ostępy Nocy  Djuny Barnes. I książka została okrzyknięta największym literackim skarbem, jaki możemy wziąć do czytania. Kusiła mnie, przyznaje bardzo. Na półkach brak, nie było jak do niej kuknąć, wiec już miałam popełnić szaleństwo i zamówić ją w ciemno. Na szczęście Znajomy Czytelnik podarował mi fragmenty Ostępów Nocy, publikowane niegdyś w Literaturze na Świecie. Zajrzałam, zamrugałam, i wysłałam mu list dziękczynny za ustrzeżenie mnie od popełnienia kolejnego głupstwa. Bo Djuna Barnes to, proszę Państwa, Florence Jenkins literatury amerykańskiej. Innymi słowy czystej wody grafomanka, uporczywie usiłująca zostać pisarką. Co jej się, niestety, udało. I oto zostaliśmy obdarowani nowością wydawniczą noszącą na swoich stronach takie na przykład zdania:

się nie dało czytać czyli najgorsze książki anno 2017

z choinki 4

Styczeń. Choinka żyje i morduje bańki. Na podłodze pełno szklanych trupków. Rzeź kruchości i wspomnień. Budzi się we mnie żałość, ale i przewrotna chętka. Żeby się dołączyć i też podręczyć przedmioty. A ponieważ jestem na blogu, zacznę od książek.

Nie będę ich darła, ani paliła, bez obaw, na to jestem zbyt cywilizowana. Wezmę się za nie na swój sposób. Obgadam, czasem obśmieję i zaliczę do najgorszych.

Tak właśnie zacznę podsumowanie zeszłego roku. Od opowiedzenia książek, których niedoczytałam, bo stwierdziłam, że są nie do czytania. Oraz książek, które przeczytałam w całości, i dzięki temu przekonałam się, że są złe od początku do końca.

I tak moim pierwszym niedoczytaniem zeszłego roku była Miniaturzystka Jessie Burton. Zaczynała się interesująco, od migotliwego światła starego Amsterdamu i opowieści mieszkanki jednego z jego domostw. Niestety, potem robiło się coraz grzej, bo autorka skupiła się na tym by udowodnić, że w XVII kobiety i wszelkie mniejszości były uciśnione. Problem polega na tym, ze jest to teza udowodnienia niepotrzebująca. Bo nie jest tezą, tylko wszem i wobec znanym faktem. Jedynym plusem książki są opisy zwyczajów domowych panujących w dawnej Holandii. Reszta jest kiepska i niewiarygodna, na dodatek stopień egzaltacji narratorki wielokrotnie przekraczał mój poziom tolerancji. Na szczęście książka była z biblioteki i łatwo mogłam się jej pozbyć.

Kolejnym niedoczytaniem zeszłego roku jest Rok Królika Joanny Bator. Miała być mroczna przypowieść psychologiczna, wyszedł nudnawy gniot o kobiecie niewiedzącej co ze sobą zrobić. Bohaterka zmienia tożsamość, miejsce pobytu, pisze harlekina i snuje się po Ząbkowicach Śląskich, nocuje w obskurnym hotelu i plącze się po smętnych ulicach. Na dodatek autorka sili się tak bardzo na oryginalność, wtyka do tekstu taką ilość przedziwnych odniesień i metafor, że nie wiadomo, czy się śmiać czy pukać w głowę. Sami powiedzcie, co zrobiliście z porównaniem ziaren kawy do cipek? Zachwycać się raczej nie da. Czytać też nie bardzo, doszłam do takiego wniosku gdzieś w połowie książki. A dotrwałam przy niej tak długo tylko dlatego, że autorka od czasu do czasu wtrącała opowiastki o sposobach na znajdowanie tematów na opowiadania i książki. Gdyby tych warsztatowych sekretów nie zamieszczała, porzuciłabym czytanie znacznie wcześniej.

Wreszcie moje największe nieodoczytanie, nie tylko ze względu na gabaryty, ale także z uwagi na rozmiar zawodu, są Niksy Nathanna Hilla.

Książka była wychwalana pod niebiosa przez osoby które niby na pisaniu i czytaniu się znają. Korzystając z okolicznościowej obniżki zdecydowałam się ja kupić. I powiem, że na początku wydawało mi się, że będzie dobrze. Bohaterami okazali się nieudacznicy, a ci z reguły stanowią wdzięczny temat literacki. Cóż, nie tym razem. Choć rozbawiły mnie pierwsze akapity z historią leniwej, ale sprytnej studentki, dręczącej głównego bohatera, to potem, w miarę rozwoju akcji, było coraz gorzej. Autor decyduje się na coraz głębszą retrospekcję, a im dalej sięga wstecz, tym mocniej się akumulują nieszczęśliwe przypadki jego bohaterów. W rezultacie powstaje katalog traum współczesnej Ameryki, mniej więcej od wojny w Wietnamie poczynając, na zwycięstwie ostatniego prezydenta kończąc. Jakby tego było mało, losy głównego bohatera wykazują niepokojące podobieństwo do przypadków bohatera Szczygła. Obydwaj chłopcy tracą w dzieciństwie matki, obydwaj są pozostawieni samym sobie, wreszcie obydwaj darzą wielka i nieszczęśliwą miłością dziewczęta piękne, zdolne i zajmujące się muzyką. Jak na mnie, to trochę tych paraleli było za dużo. Weźmy do tego wysiłki autora by sporządzić Great American Novel i mamy ciężkostrawną i wtórną lekturę propagandową.

Żeby zachować równowagę z książek złych i przeczytanych wymienię trzy, z czego dwie były już wcześniej na blogu opisane. Ta nieopisana, bo na tyle niedobra, że na pisanie o niej szkoda było czasu i miejsca na blogu, to Costello. Przebudzenie. Liliany Hermetz. Autorka wpadła na dziwaczny pomysł pożyczenia bohaterki od Coetzee i zrobienia z niej postaci mniej intelektualnej, a bardziej cielesnej. W rezultacie Elizabeth zostaje pretensjonalną, starszą panią, popadająca w coraz większy zachwyt na punkcie swojego wyglądu. Jakby tego było mało zachwyt udziela się otaczającym ją mężczyznom, bez wyjątku i bez względu na wiek i stan cywilny. I tak Costello wymyka się spod kontroli swojego twórcy. Co gorsza wymyka się również i autorce i staje się, wbrew jej zamierzeniom, postacią niewiarygodną, a miejscami wręcz groteskową.

Pozostałe dwie książki, których czytania żałuję, to biografie. Jedna dotyczyła Tyrmanda i zaskoczyła mnie nieudolną narracją i chaotycznym opisem wydarzeń. Druga, właściwie nie biografia, ani nie zbiór wspomnień, zupełnie nie wiadomo co, to Pra Ludwiki Włodek. Naprawdę żal bierze, że taki autor jak Iwaszkiewicz został opisany w tak kiepskiej książce.

No i się wyżyłam, opisując moje zeszłoroczne cierpienia czytelnicze. O przyjemnościach powinno być wkrótce. Bo najpierw muszę uzupełnić notki o lekturach z tamtego roku.

mowa o:

zeszłoroczne1

 

na dobry początek

No i mamy to za sobą. Wejście w Nowy Rok. A na blogu książkowym wiadomo, ze najlepiej uroczysty dzień uczcić książkowym stosikiem. Dlatego, zaczynam tegoroczne blogowanie od wieżyczki książek, jakie przywiozłam z Krakowa.

Tak, jeszcze zerkam w stronę Festiwalu Conrada i targów Książek. Przytaskałam stamtąd, jak widać, trochę dobra. A na dodatek, już w trakcie podróży do domu, spotkała mnie mila okołoczytelnicza przygoda.

Otóż w moim przedziale, przy oknie, siedział ktoś czytający Agatę Chrsitie. Od razu wydawało mi się, że jak czyta o Pani Marple, to jest to osoba sympatyczna. I słusznie! Ten Pan, nie dość, że pomógł mi wrzucić na półkę walizkę, to jeszcze na mojej stacji, która okazała się też stacją wysiadkową dla niego, zupełnie bez proszenia chwycił mój ciężki od książek bagaż i zniósł go za mnie w dół, a następnie w górę, po licznych schodach!

Tak moi drodzy, jeśli szukacie w podróży Anioła Stróża, a raczej Anioła Niosącego Pomoc i Ciężkie Walizki, poznacie go po tym, że ma przy sobie tomik autorstwa Królowej Kryminału. Agata wskaże Wam drogę!

A w walizce były:

  1. „Zimowy Sen” Goli Taraghi, który zakupiłam impulsywnie po wysłuchaniu Perskich Opowieści i zręcznie podetknęłam autorce, nad obiadowym talerzem, by dostać autograf.
  2. „Guguły” Wioletty Grzegorzewskiej, kupione na Targach i tez z wyproszoną dedykacją od pisarki
  3. „Księgarnie” Jorge Carrion, zakupione na Festiwalu w ramach rekompensaty za niemożność udziału w spotkaniu z autorem
  4. „Pięć razy o przekładzie” Małgorzaty Łukasiewicz, bo zagadnienia translatorskie zajmują mnie od dawna
  5. „Księga Herbaty” Kakuzo Okakura, bo jestem zagorzała wielbicielką i tradycji japońskiej i herbacianych napojów
  6. „Listy do młodego kontestatora” Christophera Hitchens, bo czasy skłaniają do kontestacji, a ja chciałabym ją uprawiać umiejętnie
  7. „Duchologia polska” Olgi Drenda, bo lubię mieć literackie wsparcie we wspomnieniach
  8. „Nie ma się co obrażać” Patryka Mogilickiego, cudowna książka z obrazkami, bo zawierająca jakieś 400 prac ponad dwudziestu polskich ilustratorów.
  9. tutaj powinno też się znaleźć „Mężczyźni objaśniają mi świat”, ale podświadomie dałam upust chęci podzielenia się treścią tej książki z jak najszerszą rzeszą kobiet i zapomniałam jej u fryzjera.

A teraz to, co powinno się znaleźć w pierwszej noworocznej notce:

SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO ROKU!

NIECH WAM DOSTARCZY DOBREGO ZDROWIA, LUDZI I KSIĄŻEK!