Kategoria: NA MARGINESIE

na co nie iść do kina

Zacznę od tego, że poszłam na Pokot. Skuszona dobrym wspomnieniem stanowiącej podstawę filmu lektury. Podjarana przodownictwem Holland na liście reżyserów aktualnie wyklętych.

Zaczęło się miło, bo autorka samodzielnie, głosem z taśmy płynącym, podziękowała mi za frajerstwo moje, czyli płacenie za bilet do kina, kiedy mogłam sobie bezkosztowo, choć niezbyt uczciwie, film skądś ściągnąć. Poczułam się podwójnie szlachetna: nie dość, że prawa zwierząt i to i autorskie, suzmen, za własny grosz, będę celebrować.

Jednak po dziesięciu minutach patrzenia w ekran nastrój mi siadł. Dokładnie wtedy, kiedy kamera z uroków kotliny Kłodzkiej zjechała na główną bohaterkę. Nie tak sobie wyobrażałam wygląd Duszejko, ale to detal. Gorzej, że filmowa Duszejko mówi głosem Agnieszki Holland, dokładnie jej twardej i bezbarwnej intonacji używa, może tylko ciut mniej po męsku brzmi. Patrzyłam dalej i szybko doszłam do wniosku, że gra aktorska to wielka, choć nie jedyna, słabość tego filmu. Kwestie wygłaszane jak wierszyki, przerysowanie postaci, histeria i dosłownie zapluwanie się w grze, to wszystko raziło straszliwie.

Jakby tego było mało, konstrukcja akcji też była jakaś toporna, jakby siekierą Pani Duszejko rąbana, dialogi kiepskawe, sytuacje schematyczne. Jedyne co tu dobrze zagrało, to krajobraz i zwierzęta. Reszta wywołała u mnie zgrzytanie zębów. I głośne westchnięcia, że szkoda, że taki fajny temat został tak skiepszczony. Że ktoś pomyślał sobie, że zrobi kino zaangażowane i to wystarczy za wszystko. Otóż nie. Ważkość tematu nie zwalnia nikogo od utrzymania przyzwoitej artystycznej kondycji. Przynajmniej moim zdaniem.

mowa o:

pokot

zanim zakwitną bzy

zimowy-kwiat

Nie wiem jak u was, ale u mnie już wiosna. To znaczy tak wewnętrznie, w uszach, oczach i na czubku nosa. Mogłabym nazwać to alergią, ale wiosna brzmi znacznie lepiej i napawa optymizmem. Dla mnie nie polega on na nadziei na długie przejażdżki rowerem i spacery wśród kwiatów. U mnie optymizm wiosenny to nadzieja na długie wieczory w zamknięciu, z musującym w kubku wapnem i dobrą książką. Najbardziej cieszę oczywiście na ostatni element tej układanki. To właśnie od stosu książek przygotowanych na ten czas wieje mi radością. Bo wygląda on tak:

stos-1

W jego skład wchodzi:

  1. Kolejna Donna Tartt tym razem ze Szczygłem, podobno lepszym niż Mały Przyjaciel
  2. Witkowski i jego Fynf und Cfancyś, czyli kolejna jazda Michaśki
  3. Pielewina Mały Palec Buddy, czyli rosyjskie hołubce literackie
  4. Vermesa On, bo mi pasuje do tych czasów opowieść o reinkarnacji Hitlera
  5. Aleksandy Chrobak Beduinki na Instagramie, które podobno świetnie podnoszą samopoczucie polskim kobietom, a mogą być dla nic i przestrogą
  6. Chwalony w ostatnim Magazynie Książki Świat w płomieniach Siri Hustvedt
  7. Chwalony tym razem przez Anię Philip Larkin Zimowe Królestwo
  8. Pożyczona trochę bez przekonania Miniaturzystka Jessie Burton
  9. Wyprzedażowa Biografia Charlotte Bronte autorstwa Elizabeth Gaskel
  10. Listy Marie Curie do Córek, też z wyprzedaży
  11. Dawno już planowana Wegetarianka Han Kang
  12. Araela Zurli Biografia Gabrieli Zapolskiej, która marzyła mi się do dawna

Pozostaje westchnąć pyłki, chodźcie do mnie!

mowa o:

pierwiosnek

znowu dobry film widziałam

Noblista szargany przez ziomków. Brzmi znajomo? Ale tym razem to nie skrót niusów, tylko filmu. Noblista jest z literatury, pochodzi z małego argentyńskiego miasteczka, ale od dawna rezyduje w Hiszpanii. Stara się prowadzić życie odludka, konsekwentnie odmawiając udziału w większych i mniejszych imprezach. Ale wreszcie w poczcie znajduje list, na który odpowiada pozytywnie. To prośba z rodzinnego miasteczka, by przyjął jego honorowe obywatelstwo.

Bohater decyduje się wyruszyć w podróż, i to sam. Jedzie nie tylko do miasta swoich narodzin, ale i do miejsca które uczynił centrum akcji swoich powieści, rozsławionych na całym świecie. Początek pobytu w dawnych stronach jest niezbyt szczęśliwy, bo samochód wiozący autora nagle psuje się na środku pustkowia. Jednak kiedy nasz bohater dociera na miejsce czekają go serdeczności ze strony burmistrza i gromadka wzruszonych mieszkańców. Znajduje się wśród nich i dawny przyjaciel. Wszyscy słuchają wypowiedzi bohatera z nabożeństwem, pstrykają mu zdjęcia, zapraszają do udziału w miejscowych imprezach. Jednym słowem otaczają należytą atencją i uwielbieniem.

Sytuacja komplikuje się, gdy pisarz ma orzec w sprawie zwycięzcy konkursu plastycznego. Dokąd te komplikacje zaprowadza powinniście już sami zobaczyc. Zaręczam, że warto, bo film jest co najmniej dwuznaczny, jak sztuki Ionesco. Ponadto bohater wypowiada tyle błyskotliwych uwag na temat sztuki, książek i roli pisarza w świecie, że film zanotowałam sobie jako wart ponownego obejrzenia. Najlepiej z notesem w ręku.

mowa o:

obywatel

filmoteka 2016

sniegowa

Aaa jakie mam zaległości! Z tego roku, z tamtego roku, z opisów książek, z opisów filmów. Ponieważ książki trafiły mi się pod koniec 2016 takie, że mi się o nich wspominać nie chce (trzeci, a zwłaszcza czwarty tom Ferrante, kiepski kryminał i średnia biografia), opowiem, co widziałam zeszłego roku w kinach. Zwłaszcza, że mam z tego lepsze wspomnienia.

Zaraz początkiem tamtego roku trafiła mi się bosko (nomen omen) szurnięta komedia francuska Zupełnie Nowy testament. Zgodnie z tytułem jest to próba ekranizacji nowych pomysłów na zawartość Biblii. Gdzie Bóg jest wrednym piekielnikiem, wymyślającym prawa uprzykrzające ludzkości życie. Ma nieletnia córkę, zahukana żonę i syn imieniem Jezus, który już dawno uciekł z domu. Wszyscy domownicy maja Stwórcy dosyć i pewnego razu córka postanawia wziąć sprawy w swoje ręce. Formuje drużynę nowych apostołów, dobiera się do tatusiowego programu zarządzania światem i przedostaje się do ludzkości przez….. bęben pralki. Reszty nie będę opowiadać, bo to zbyt skomplikowane. Tylko dodam, że na koniec filmu popłakałam się ze śmiechu.

Zupełnie inną, co nie znaczy że gorszą komedią zeszłego roku, są Zagubieni Zelenki. To czeski film w pełni tego słowa znaczeniu. Głównymi bohaterami są pamiętająca czasy konferencji monachijskiej Papuga i czeskie kompleksy z korzeniami w okresie międzywojnia. Plus ekipa filmowa, która o tym wszystkim chce nakręcić materiał. Jest więc film w filmie, mnóstwo zamieszania i sporo prawdy o nas samych. Jest się z czego śmiać, jest o czym myśleć.

Mniej śmieszny, ale na pewno najdziwniejszy film, zeszłego roku to Lobster Yorgosa Lanthimosa. Na początku seansu, kiedy obserwowałam zasady funkcjonowania społeczeństwa gdzie bycie w parze jest prawnym obowiązkiem, bawiłam się nieźle. W świecie Lobstera ci, którzy nie mogą z jakiś powodów znaleźć partnera lub go utracili, są wysyłani na turnus wczasowy, w trakcie którego muszą znaleźć sobie parę. Sceny jak z sanatoriów, piosenki miłosne rodem z dawnych dansingów, wszystko to wywołuje uśmiech… do czasu. Turnosowiczów spotykają coraz dotkliwsze kary, a każdy boi się najbardziej, że nie znajdzie właściwej osoby. W takim przypadku delikwent zostanie przemieniony we wskazane przez siebie zwierzę, by pod inną postacią mieć znowu szansę na znalezienie pary. Cała historia robi coraz mniej zabawna, a coraz bardziej mroczna i okrutna. W rezultacie staje się krwawą, ale i mądrą przypowieścią o niektórych prawach rządzących naszym społeczeństwem.

Jednak moim ulubionym filmem tamtego roku będzie Co przynosi przyszłość z Isabelle Huppert. Jest to kameralna opowieść o kobiecie, która nagle zaczyna tracić wszystko: męża, matkę, możliwości rozwoju zawodowego. Wbrew pozorom jednak nie uważa tego biegu zdarzeń za ścieżkę do rozpaczy, tylko za drogę ku wolności. Przy czym nie ma tu patosu wyzwolenia. Są tylko migawki z życia inteligentnej, zaskoczonej biegiem wydarzeń kobiety. Pokazane ze smakiem i przebłyskami poczucia humoru (ach ten fragment gdy Isabelle wyrzuca kwiaty od byłego męża, i wraca się żeby wyciągnąć z kubła niebieska torbę Ikea, w którą je wsadziła-samo życie!).

Byłam tez na innych mniej wartych omówienia produkcjach, z których dwie zasługują na wyróżnienie w postaci ostrzeżenia. Absolutnie unikajcie Serca psa, kabotyńskiej opowieści pseudo artystki z inklinacją do dręczenia zwierząt. I nie oglądajcie Juliety, kiczowatej i topornej ekranizacji prozy Munro w wykonaniu Almodovara. Który wyśmienicie pokazuje jak kiepskie historie pisze noblistka.

najlepszy z tamtego roku:

podsumowanie 2016

 korfu-1

Przy klejeniu kolażu na podsumowanie stwierdzałam, że kiepskie miałam w zeszłym roku czytanki. Do tego stopnia, że musiałam załatać dziurę książką dla dzieci, uroczą zresztą. Po części trzeba winić za to moje chodzenie za trendem zamiast za własnym widzimisiem. Niezbyt dobrze wyszłam na czytaniu całej serii Ferrante, czy sequeli popularnych opowieści o Lichotce i Pani Szczupaczyńskiej.

Kompletną porażką była niby biografia Vivienne Westwood, nudna i przegadana do granic mojej czytelniczej wytrzymałości tak bardzo, że zdecydowałam się ja porzucić mniej więcej w połowie. Bo już wtedy miałam dosyć czytania o tym, jak Vivienne wbijała agrafki w podkoszulki i mieszała w kadziach z farba do ubrań.

Druga porzucona lektura zeszłego roku to profesor Stonner, książka o niedolach profesorskiego życia z niesłychanie mdłym i rozlazłym bohaterem. Czułam się, jakbym czytała nową wersję życiorysu niejakiego Ślimaka, bohatera lektury szkolnej autorstwa Bolesława Prusa. Na szczęście tym razem nie groziło mi odpytywanie z treści książki, wiec mogłam ją z wielką ulgą rzucić w kąt bez ponawiania prób dobrnięcia do końca. Kolejnym przykrym zaskoczeniem byli Czasomierze Mitchella, lektura rażąca infantylnością bohaterów i naiwnością fabuły. Z czytaniem dałam sobie spokój przed przewróceniem 50 strony książki.

Na szczęście było i kilka miłych niespodzianek. Wreszcie popróbowałam i doceniłam Pilcha. Dostałam i przeczytałam od lat poszukiwane Dzienniki Jadwigi Stańczakowej. Czytając Boks na ptaku, czyli wywiad rzekę Artura Andrusa tym razem z Wojciechem Karolakiem, mężem Marii Czubaszek, przekonałam się, że sequele nie koniecznie muszą być złe.

Nie sprawiły mi też zawodu powroty do takich ulubieńców jak Agata Christie, Gerald Durrell, Partick Modiano czy Amelie Nothomb. Zwłaszcza Christie zaskoczyła mnie umiejętnością psychologicznej analizy postaci w zupełnie niekryminalnej historii pewnej mężatki.

Stary znajomy który zafundował mi najlepsza jazdę bez trzymanki to Michał Witkowski. Jego Barbarę Radziwiłłównę z Jaworzna Szczakowej bez wahania zaliczam do trzech najlepszych książek zeszłego roku. Obok na podium stawiam Belgravię Fellowesa. Znalazła się tam za to, że się nie nadyma, nie udaje wybitnej i ambitnej, a jest wyśmienitą powieścią w starym angielskim stylu. Kolejną rewelacyjną lekturą jest stara, wygrzebana na bibliotecznej wyprzedaży książka Viki Baum Ludzie z Hotelu. Stara dobra seria KIK, w której ta nowela została wydana, po raz kolejny dowiodła swojej klasy. Dlatego w tym roku obiecuję sobie pamiętać, że nie wszystko co nowe i chwalone da się czytać. A właściwie większość raczej nie. O czym pewnie będzie w następnych postach, opisujących lektury z końca starego i początku bieżącego roku.

mowa o:

podsumowanie-1

znalezione pod choinką (i nie tylko)

choinkowy

Miałam naprawdę duże plany na Po Świętach: napisać o kolejnych Ferrante, zrobić podsumowanie czytelnicze roku 2016, zrobić podsumowanie filmowe roku 2016, zrobić zapowiedzi na rok 2017 i pochwalić się prezentami od Aniołka. Ale w poniedziałek zaczął mi się katar, we wtorek poszłam stać w kolejce do lekarza i nie dałam się przegnać do skutku, we środę zajęłam się przeziębieniową logistyką. I tak docieram do bloga dopiero dzisiaj, kiedy mam wszystkie pastylki, syropy, nawilżacze, herbaty i chusteczki zakupione i ustawione w najlepszych miejscach.

Szybko postanowiłam, że podsumowania zrobię na początku przyszłego roku, a ostatnio widziany film polecę teraz: Paterson. Idźcie na Patersona jak potrzebujecie chwili wytchnienia i relaksu, ten film uspokaja jak szum wodospadu, pojawiającego się w nim w przerywnikach. Jarmush pokazał Zen amerykańskiego miasteczka w sposób nienudny i nieprzesłodzony. Zrobił pochwałę codzienności, poezję zwyczajności, w najlepszy jaki mi się zdarzyło spotkać sposób. Wyszłam z filmu jak z psychicznego spa i do dziś na wspomnienie niektórych scen się uśmiecham. W czym pomagają mi kartki z wierszami filmowego bohatera, rozdawane przy biletach.

film

W dobry stan umysłu wprowadziły mnie też aniołkowe prezenty. Dlatego, w ramach częściowej realizacji planów, pokazuję je i opisuję. Oczywiście biorę się tylko za te książkowe, a było ich całkiem sporo jak na aniołkowe możliwości i na dodatek wszystkie trafione.

Zresztą sami zobaczcie, co znalazłam pod choinką:

prezenty-3

Od góry:

  1. Smutek Cinkciarza Sylwii Chutnik, który ma zgrabny format i łatwo mieści się w torebce, co stwierdziłam zabierając książkę na czekanie w przychodni.
  2. Dalsze Gawędy o sztuce Bożeny Fabiani, której opowieści o artystach uwielbiam słuchać w niedzielne poranki w radiu Dwójka. Przy okazji odkryłam, że książka została wydana w formie audiobooka czytanego przez samą autorkę, i zastanawiam się czy sobie go nie sprawić, bo niezwykły głos Fabiani dodaje sporo smaku jej historiom.
  3. Biografia Leopolda Tyrmanda, Marcela Woźniaka, Po prostu Aniołek zauważył, że jestem fanką jazzu, lubię Złego i coraz częściej noszę kolorowe skarpetki.
  4. Najlepiej w Życiu ma Twój kot, listy Wisławy Szymborskiej i Kornela Filipowicza, i tutaj nie będę tłumaczyć nic a nic, bo każdy kto czyta wie, że to tegoroczny musthave.
  5. Tomek Beksiński, Portret Prawdziwy Wiesława Weissa, książkę którą chciałam mieć po tym, jak zobaczyłam, kogo z Tomka zrobiono w filmie. No i po cichu przyznam ,że korcił mnie przewrotny pomysł na otrzymanie pod choinkę książki o kimś , kto pożegnał się z życiem właśnie w Wigilię. Tak, chciałam Aniołkowi doprawić jedno czarne piórko. A sama książka wygląda na niesamowicie szczegółową i ma mnóstwo świetnych zdjęć.

A Wy co znaleźliście pod Choinką?

mowa o:

pod-choinka

zestaw dwunastu ksiąg smakowitych na stół świąteczny wygospodarowanych

choinka-3

Uszka zalepione, barszcze uwarzone, choinki przystrojone? W takim razie zapraszam do stołu. Wszystko będzie zgodnie z tradycją, dwanaście dań. Książkowych. Jedne tradycyjne, inne nietypowe, niektóre sprawdzone, niektóre nie. Ale każdy głodny literackich wrażeń powinien poczuć się jeśli nie przejedzony, to przynajmniej nasycony.

choinka-6

Oto moje propozycje książkowych specjałów na dzisiejszy wieczór. Wszystkie świeże, wydane w tym roku:

  1. śledź w śmietanie: Tove Jansson Córka Rzeźbiarza. Jeśli na prezent to dla: Większych lub mniejszych wielbicieli Muminków i wspomnień z dzieciństwa
  2. postny barszcz: Zofia Stryjeńska Chleb prawie że powszedni, czyli wznowione dzienniki wybitnej i niezwykłej polskiej malarki. Jeśli na prezent to dla: Niespełnionych artystów, miłośników sztuki, feministek i tych, którym zawsze brakuje do pierwszego
  3. uwaga mięso! : Indyk Beltsville. Opowiadania Zebrane Jerzego Pilcha. Indyk jest tak utuczony, że starczy na pierwszy i drugi dzień Świat. Jeśli na prezent to dla: wujka, brata, szwagra po czterdziestce. I nie tylko. Zapewniam, że nie jestem ani wujkiem ani szwagrem ani bratem, a Indyka sprawiłam sobie niedawno w prezencie.
  4. groch z kapustą: Sztuka powieści. Wywiady z pisarzami z Paris Review. Książka została niedawno pochlebnie opisana na blogu Tomasz Pindela i w magazynie literackim Tygodnika Powszechnego. Jeśli na prezent to dla: tych, którzy chcieliby pogadać z Borgesem, Nabokovem albo Houllebecqiem. I którym nie przeszkadza nadmiar testosteronu na kartach powieści, bo podobno nie ma tu ani jednego wywiadu z pisarką.
  5. uszka nadziewane grzybami: Nostalgia Mircea Cartsescu, czyli zbiór opowiadań wybitego pisarza rumuńskiego. Jeśli na prezent to dla: wrażliwców z wyobraźnią
  6. wykwintny karp w galarecie: Biografia Leopolda Tyrmanda Moja Śmierć będzie taka jak moje życie. Jeśli na prezent to dla: fanów jazzu, Złego i kolorowych skarpetek.
  7. sushi: Takashi Hirade Kot, który spadł z nieba, historia o tym, jak dzięki kotu można odmienić życie. Jeśli na prezent to dla: miłośników mruczków i japońskiej wrażliwosci.
  8. pierogi ręcznie robione przez Panią domu:  Austin Wright Zwierzęta Nocy, powieść reaktywowana przy okazji nowego filmu Toma Forda. Jeśli na prezent to dla: lubiących skomplikowane związki i zawiłości damsko męskich relacji.
  9. kutia: Planeta LEMa, zbiór felietonów Stanisława Lema. Jeśli na prezent to dla: Tych, co w młodości zaprzyjaźnili się z Pilotem Pirxem.
  10. Earl Grey podany w staroświeckiej filiżance:  Julian Fellowes Belgravia, niedawno przeze mnie wychwalana powieść o angielskiej socjecie epoki wiktoriańskiej. Jeśli na prezent to dla: wielbicielek Dawnton Abbey brytyjskich ceremonii herbacianych.
  11. sernik z chili z polewą z gorzkiej czekolady: Mark Danielewski Dom z Liści, podobno niesamowity eksperyment literacki. Jeśli na prezent to dla: Niebojących się wyzwań i strasznych opowieści.
  12. Fantazyjny tort wielosmakowy: Martin Gayford, David Hockney „Historia Obrazów” czyli opowieści o sztuce niesamowitego Malarza. Jeśli na prezent to dla: wielbicieli Bigger Splash i innych arcydzieł.

choinka-1

A teraz, kiedy już jesteśmy przy tym suto zastawionym stole, chciałbym Wam życzyć pogodnych Świąt, spędzonych w zdrowiu i na czytaniu zbiorowym i indywidualnym.

 pod-choinka