Kategoria: NA MARGINESIE

się nie dało czytać czyli najgorsze książki anno 2017

z choinki 4

Styczeń. Choinka żyje i morduje bańki. Na podłodze pełno szklanych trupków. Rzeź kruchości i wspomnień. Budzi się we mnie żałość, ale i przewrotna chętka. Żeby się dołączyć i też podręczyć przedmioty. A ponieważ jestem na blogu, zacznę od książek.

Nie będę ich darła, ani paliła, bez obaw, na to jestem zbyt cywilizowana. Wezmę się za nie na swój sposób. Obgadam, czasem obśmieję i zaliczę do najgorszych.

Tak właśnie zacznę podsumowanie zeszłego roku. Od opowiedzenia książek, których niedoczytałam, bo stwierdziłam, że są nie do czytania. Oraz książek, które przeczytałam w całości, i dzięki temu przekonałam się, że są złe od początku do końca.

I tak moim pierwszym niedoczytaniem zeszłego roku była Miniaturzystka Jessie Burton. Zaczynała się interesująco, od migotliwego światła starego Amsterdamu i opowieści mieszkanki jednego z jego domostw. Niestety, potem robiło się coraz grzej, bo autorka skupiła się na tym by udowodnić, że w XVII kobiety i wszelkie mniejszości były uciśnione. Problem polega na tym, ze jest to teza udowodnienia niepotrzebująca. Bo nie jest tezą, tylko wszem i wobec znanym faktem. Jedynym plusem książki są opisy zwyczajów domowych panujących w dawnej Holandii. Reszta jest kiepska i niewiarygodna, na dodatek stopień egzaltacji narratorki wielokrotnie przekraczał mój poziom tolerancji. Na szczęście książka była z biblioteki i łatwo mogłam się jej pozbyć.

Kolejnym niedoczytaniem zeszłego roku jest Rok Królika Joanny Bator. Miała być mroczna przypowieść psychologiczna, wyszedł nudnawy gniot o kobiecie niewiedzącej co ze sobą zrobić. Bohaterka zmienia tożsamość, miejsce pobytu, pisze harlekina i snuje się po Ząbkowicach Śląskich, nocuje w obskurnym hotelu i plącze się po smętnych ulicach. Na dodatek autorka sili się tak bardzo na oryginalność, wtyka do tekstu taką ilość przedziwnych odniesień i metafor, że nie wiadomo, czy się śmiać czy pukać w głowę. Sami powiedzcie, co zrobiliście z porównaniem ziaren kawy do cipek? Zachwycać się raczej nie da. Czytać też nie bardzo, doszłam do takiego wniosku gdzieś w połowie książki. A dotrwałam przy niej tak długo tylko dlatego, że autorka od czasu do czasu wtrącała opowiastki o sposobach na znajdowanie tematów na opowiadania i książki. Gdyby tych warsztatowych sekretów nie zamieszczała, porzuciłabym czytanie znacznie wcześniej.

Wreszcie moje największe nieodoczytanie, nie tylko ze względu na gabaryty, ale także z uwagi na rozmiar zawodu, są Niksy Nathanna Hilla.

Książka była wychwalana pod niebiosa przez osoby które niby na pisaniu i czytaniu się znają. Korzystając z okolicznościowej obniżki zdecydowałam się ja kupić. I powiem, że na początku wydawało mi się, że będzie dobrze. Bohaterami okazali się nieudacznicy, a ci z reguły stanowią wdzięczny temat literacki. Cóż, nie tym razem. Choć rozbawiły mnie pierwsze akapity z historią leniwej, ale sprytnej studentki, dręczącej głównego bohatera, to potem, w miarę rozwoju akcji, było coraz gorzej. Autor decyduje się na coraz głębszą retrospekcję, a im dalej sięga wstecz, tym mocniej się akumulują nieszczęśliwe przypadki jego bohaterów. W rezultacie powstaje katalog traum współczesnej Ameryki, mniej więcej od wojny w Wietnamie poczynając, na zwycięstwie ostatniego prezydenta kończąc. Jakby tego było mało, losy głównego bohatera wykazują niepokojące podobieństwo do przypadków bohatera Szczygła. Obydwaj chłopcy tracą w dzieciństwie matki, obydwaj są pozostawieni samym sobie, wreszcie obydwaj darzą wielka i nieszczęśliwą miłością dziewczęta piękne, zdolne i zajmujące się muzyką. Jak na mnie, to trochę tych paraleli było za dużo. Weźmy do tego wysiłki autora by sporządzić Great American Novel i mamy ciężkostrawną i wtórną lekturę propagandową.

Żeby zachować równowagę z książek złych i przeczytanych wymienię trzy, z czego dwie były już wcześniej na blogu opisane. Ta nieopisana, bo na tyle niedobra, że na pisanie o niej szkoda było czasu i miejsca na blogu, to Costello. Przebudzenie. Liliany Hermetz. Autorka wpadła na dziwaczny pomysł pożyczenia bohaterki od Coetzee i zrobienia z niej postaci mniej intelektualnej, a bardziej cielesnej. W rezultacie Elizabeth zostaje pretensjonalną, starszą panią, popadająca w coraz większy zachwyt na punkcie swojego wyglądu. Jakby tego było mało zachwyt udziela się otaczającym ją mężczyznom, bez wyjątku i bez względu na wiek i stan cywilny. I tak Costello wymyka się spod kontroli swojego twórcy. Co gorsza wymyka się również i autorce i staje się, wbrew jej zamierzeniom, postacią niewiarygodną, a miejscami wręcz groteskową.

Pozostałe dwie książki, których czytania żałuję, to biografie. Jedna dotyczyła Tyrmanda i zaskoczyła mnie nieudolną narracją i chaotycznym opisem wydarzeń. Druga, właściwie nie biografia, ani nie zbiór wspomnień, zupełnie nie wiadomo co, to Pra Ludwiki Włodek. Naprawdę żal bierze, że taki autor jak Iwaszkiewicz został opisany w tak kiepskiej książce.

No i się wyżyłam, opisując moje zeszłoroczne cierpienia czytelnicze. O przyjemnościach powinno być wkrótce. Bo najpierw muszę uzupełnić notki o lekturach z tamtego roku.

mowa o:

zeszłoroczne1

 

Reklamy

na dobry początek

No i mamy to za sobą. Wejście w Nowy Rok. A na blogu książkowym wiadomo, ze najlepiej uroczysty dzień uczcić książkowym stosikiem. Dlatego, zaczynam tegoroczne blogowanie od wieżyczki książek, jakie przywiozłam z Krakowa.

Tak, jeszcze zerkam w stronę Festiwalu Conrada i targów Książek. Przytaskałam stamtąd, jak widać, trochę dobra. A na dodatek, już w trakcie podróży do domu, spotkała mnie mila okołoczytelnicza przygoda.

Otóż w moim przedziale, przy oknie, siedział ktoś czytający Agatę Chrsitie. Od razu wydawało mi się, że jak czyta o Pani Marple, to jest to osoba sympatyczna. I słusznie! Ten Pan, nie dość, że pomógł mi wrzucić na półkę walizkę, to jeszcze na mojej stacji, która okazała się też stacją wysiadkową dla niego, zupełnie bez proszenia chwycił mój ciężki od książek bagaż i zniósł go za mnie w dół, a następnie w górę, po licznych schodach!

Tak moi drodzy, jeśli szukacie w podróży Anioła Stróża, a raczej Anioła Niosącego Pomoc i Ciężkie Walizki, poznacie go po tym, że ma przy sobie tomik autorstwa Królowej Kryminału. Agata wskaże Wam drogę!

A w walizce były:

  1. „Zimowy Sen” Goli Taraghi, który zakupiłam impulsywnie po wysłuchaniu Perskich Opowieści i zręcznie podetknęłam autorce, nad obiadowym talerzem, by dostać autograf.
  2. „Guguły” Wioletty Grzegorzewskiej, kupione na Targach i tez z wyproszoną dedykacją od pisarki
  3. „Księgarnie” Jorge Carrion, zakupione na Festiwalu w ramach rekompensaty za niemożność udziału w spotkaniu z autorem
  4. „Pięć razy o przekładzie” Małgorzaty Łukasiewicz, bo zagadnienia translatorskie zajmują mnie od dawna
  5. „Księga Herbaty” Kakuzo Okakura, bo jestem zagorzała wielbicielką i tradycji japońskiej i herbacianych napojów
  6. „Listy do młodego kontestatora” Christophera Hitchens, bo czasy skłaniają do kontestacji, a ja chciałabym ją uprawiać umiejętnie
  7. „Duchologia polska” Olgi Drenda, bo lubię mieć literackie wsparcie we wspomnieniach
  8. „Nie ma się co obrażać” Patryka Mogilickiego, cudowna książka z obrazkami, bo zawierająca jakieś 400 prac ponad dwudziestu polskich ilustratorów.
  9. tutaj powinno też się znaleźć „Mężczyźni objaśniają mi świat”, ale podświadomie dałam upust chęci podzielenia się treścią tej książki z jak najszerszą rzeszą kobiet i zapomniałam jej u fryzjera.

A teraz to, co powinno się znaleźć w pierwszej noworocznej notce:

SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO ROKU!

NIECH WAM DOSTARCZY DOBREGO ZDROWIA, LUDZI I KSIĄŻEK!

spinning

Conrad 1

Jak nic zbliża się koniec roku, czas przyrzeczeń i podsumowań, fajerwerków zachwytu i przebłysków wspomnień, czas by coś z siebie wykrzesać, choćby akapit lub dwa. A ja jestem proszę Państwa, na zakręcie. A może na rozdrożu, w każdym razie trochę mi tak, ze skręconą szyją, pisać niewygodnie. Bo raz się obracam w kierunku festiwalu Conrada, opowieści o nim niedokończonych. Raz w kierunku książek przeczytanych i nieopisanych. I znowu raz w stronę tych niedoczytanych i nieopisanych. A potem , po raz kolejny, w stronę uskładanych i na czytanie czekających. I na tym obracanie muszę skończyć, bo mi stron świata zaczyna brakować, nie mówiąc o miejscu w pokoju.

A ponieważ mój stan doskonale się wpisuje w motyw przewodni festiwalu , którym był „Niepokój” do festiwalu postanowiłam wrócić i na szybko domknąć te opowieści.

Skończyłam na piątku i spotkaniu z Suchanow. A nie był to koniec dnia, o nie. Napalam się na jeszcze jeden meeting, szykowałam się na anatomię samobójstwa.

Wiatr nadal wył wisielczy, ciemno było, złowieszczo, atmosfera jednym słowem dopisywała. Gorzej było z resztą. Już na wstępie miałyśmy falstart, bo w brew zapewnieniom urodziwego dziewczęcia z obsługi, językiem spotkania okazał się nie angielski, a niemiecki. Pognałyśmy wiec ze znajomą po słuchawki i tutaj dopiero, przy stoisku gdzie je wydawali, ogarnął nas niepokój godny wielkiego fontu, większego niż ten na festiwalowym szyldzie.

Okazało się, że w zastaw za sprzęcik trzeba zostawić dowód. Osobisty! Wyobraźcie sobie jak na takie żądanie mogą zareagować dwie prawniczki z feblikiem na dobra osobiste! Jak od takich można oczekiwać, że oddadzą swój PESEL w obce ręce! I to na dwie godziny! Nie wiedziałyśmy, co robić, czy pisać do GIODO czy rezygnować ze spotkania. Na szczęście koleżanka miała przy sobie prawo jazdy, co wystarczyło i to na dwie pary słuchawek.

LukasBarfuss

Oburzone, rozognione, poszłyśmy na swoje miejsce. A tam, na sali, drżącym głosem jakiś chłopczyna zadawał pytania, od których oczy indagowanej pisarki robiły się coraz większe i większe, jakby coraz bardziej się dziwiła, o jakiej książce jest mowa. Zaczęłyśmy wzdychać, bo o anatomii samobójstwa widać było że mowy nie będzie, tylko że wieczór przeminie na dociekaniu, o co tak naprawdę w pytaniu chodzi. Reszty nie będę opowiadać, bo akurat to spotkanie zostało nagrane i jest w Conradowych podkastach. Mogę tylko się przyznać, że od nadmiaru powagi jak zwykle dopadła mnie głupawka i w momencie gdy Pisarz Drugi, zaczął rozważać bierność koali, nie wytrzymałam i skomentowałam, że brak aktywności może świadczyć o bogatym życiu wewnętrznym. Szczęśliwie moja refleksja dotarła tylko do koleżanki, i zamiast zadumy, wywołała w nas stłumiony chichot. Spojrzenie jakie rzucił nam prowadzący mogło zabić misia dowolnej wielkości. Na tym spotkaniu, które mnie ani nie zasmuciło, ani nie zaciekawiło, zakończył się festiwalowy piątek.

AnnaKim

Sobota zaczęła się od niespodzianek, tym razem miłych. Po pierwsze w Czeczotce dawali pyszne żeberka. Po drugie po sali krążyła Siri Hustvedt i mogłam dowoli się gapić na festiwalową gwiazdę. Po trzecie zdecydowałam się, że zamiast pokładać się przez następne trzy godziny na czeczotkowych poduszkach, pójdę na Perskie Opowieści. I był to mój najlepszy pomysł tego dnia! Bo trafiłam na najbardziej nastrojowe, najcieplejsze spotkanie ze wszystkich. Czułam się jakby mnie przetransportowano do seraju i posadzono u stóp dalekowschodnich sufi. Bajka!

perskie

A po niej był mocny zjazd do rzeczywistości, wieczór z Siri Hustvedt. Tu o żadnym bajaniu nie mogło być mowy, bo Siri najwidoczniej przejęła się faktem, że będzie występowała w mieście z uniwersytetem starszym od jej ojczyzny. Było naukowo, filozoficznie i cóż, trochę sztywno. Nawet kiedy atmosfera zdawała się w pewnym momencie rozluźniać i Siri zaczęła lekko chichotać, prowadzący pogroził pisarce palce i przywołał ją do porządku oświadczeniem, że chce jej zadać BARDZO POWAŻNE PYTANIE. Od razu zrobiło się smutno i zimno i tak już zostało do końca.

Siri.jpg

A ostatniego dnia, w niedzielę, na chwilę wyjrzało słońce, i trochę nas zagrzało, trochę rozmarzyło, wprowadzając nastrój do wspomnień z dzieciństwa, snutych przez dwie panie:

WeronikaG.jpg

Weronikę Gogolę

Wioletta G

Wiolettę Grzegorzewską. Całość spotkania tak świetnie opisała Naia, ze nie będę się tu z nią na notki ścigać, tylko od razu odeśle Was do jej opowieści.

ICE

Na ostatnim wykładzie, mistrzowskim, też byłam, po ICE chodziłam, i nie wiedziałam, co bardziej podziwiać, czy galowe stroje krakowskie, czy nowoczesność wnętrz, czy słowa Siri. O tym jak brzmiały możecie się sami przekonać, o tutaj.

I tym sposobem sprawozdanie z festiwalu zamykam. Uff, udało się jeszcze w tym roku!

mowa o:

Conrad Gala ICE.jpg

Piątek Conrada cz. 2 czyli azymut na Gombrowicza

lisc.jpg

Zdaje się, że wyszła mi samospełaniająca się przepowiednia i przychodzi mi kontynuować wspomnieniowe opowieści w miesięcznicę rozpoczęcia Festiwalu Conrada.

Nic to, wróćmy do punktu wyjścia czyli za kraty, do więziennych lektur. Cóż, ta część festiwalu nie należała do najlepszych, jak już wspomniałam. Zrobiło się ponuro, na zewnątrz na swój upiorny sposób dokazywał tajfun Gregory, a mnie się zachciało jakiegoś innego, cieplejszego klimatu. Argentyna i opuncje, zaświtało mi wspomnienie z poprzedniego wieczora i w tym kierunku postanowiłam się wybrać. Tyle, że tego dnia w Krakowie droga do cieplejszych klimatów prowadziła przez Bracką. Tym razem ulica była nie dość że zalana deszczem, to jeszcze totalnie rozgrzebana. Właściwie Bracka jako ulica w czasie festiwalu przestała istnieć. Został po niej tylko okazały rów, kanion, z doczepionym z każdej strony chodnikiem. Zastanawiałam się, za czym tam tak dłubią, czego szukają: źródeł piosenek? Zagubionych insygniów królewskich?

Z zamyślenia wyrwał mnie tymczasowy właściciel Brackiej, robotnik drogowy, który omal nie zrzucił mi na nogi żelaznej rury. Na szczęście w porę się zatrzymał, a ja chyłkiem wspinałam się dalej, w kierunku Des Revolutionibusa.

Jak tylko tam weszłam, wiedziałam, że znalazłam się gdzie trzeba. Temperatura tropikalna, wszędzie rozgorączkowany tłum. Aż poczułam, ze jestem od tych wędrówek i emocji potwornie głodna. Działając przytomnie rzuciłam co mogłam na krzesło blisko prelegenckiego stołu i pognałam przed siebie, prosto w kolejkę w części kawiarnianej. Okazało się, ze każdy stoi tam za czym innym, a to za zupą, a to za kawą. Mnie się spodobało marchewkowe ciasto, więc poprosiłam, zapłaciłam i wtedy okazało się, że pan jest jeden, co zamówienia przyjmuje, kasuje i podaje. Cuzamen, naraz. Pan polecił mi zająć miejsce, ale nie dałam się nabrać, bo moje miejsce jak wiadomo było daleko, gdzieś w Buenos Aires, i nie było szans, że wołanie „marchewkowe dla buksy” w tych rejonach usłyszę.

Bąknęłam tylko, że szybko, szybko, po mi spotkanie ucieknie, i ten dobry człowiek za lada się zlitował, wręczył mi po chwili olbrzymi kawał ciasta, i mogłam iść na swoje miejsce.

A tam już, w części audytoryjnej, było tłoczno jak na ostatnim transatlantyku przed wojną uchodzącym. Na szczęście mojego płaszcza nikt mi nie zrzucił i zaczęłam się na miejscu kokosić, bo tu aparat, tu ciasto, tu szalik, tu widelczyk, musiałam nad tym zapanować. Ze szczęścia wierzgnęłam, rasową pęcinę chcąc pokazać, ale nikomu tym nie zaimponowałam. Wręcz przeciwnie, pani obok powiedziała groźnie, że mnie sobie zapamięta. Ja nie z Krakowa, pochwaliłam się przytomnie, próbując zwalić wszystko na prowincjonalne pochodzenie.

No i siedziałam tak, tuż przed nosem prowadzących, wydłubując orzeszki, zdzierając polewę serową, stukając o talerzyk. Usiłowałam słuchać, jeść i nie zemdleć jednocześnie. Bo upał panował nieznośny. Prowadzący spotkanie, Tomasz Pindel, jakoś się dzielnie trzymał i nawet nie zdjął koszuli, mimo, że pod spodem miał interesujący tiszert. Natomiast główna bohaterka wieczoru, Klementyna Suchanow, mówiła słabym głosem, na bezdechu, i zaczęłam się martwic, czy się nam przypadkiem w pół zdania nie osunie na ziemię.

Gombrowicz 1.jpg

A mówiła mniej więcej to samo, co w wywiadach. Czyli skąd jej się wziął Gombrowicz (w wieku 15 lat przeczytała dzienniki i wsiąkła), jak jeździła do Argentyny i nie tylko, i jak cudem jej własny bohater jej nie połknął (co podobno kilku innym, obcującym z Gombrem, się zdarzyło: zostali pożarci, zniszczeni przez przedmiot swoich badań). Wspominała też o współpracy z Ritą Gombrowicz, jak dobrze się układała, choć nie zakończyła się przyjaźnią, bo zakończyć się miała książką, a nie trwałą relacją emocjonalną. Obie panie jakoś szczęśliwie dotrwały do końca, choć podobno na finale Rita ciut się wystraszyła.

Było też o powieściowym charakterze biografii, o dyskrecji Gombrowicza w stosunkach męsko – męskich i jego literackich przyjaźniach. Jeśli chodzi o te ostatnie, to podobno autor Ferdydurke nie zostałby jej autorem bez intensywnej pomocy Brunona Schulza, z którym się przed wojną zakolegował i który udzielił mu wielu cennych wskazówek przy pisaniu pierwszego dzieła. Było też słów kilka o kolegach szkolnych i Tomaszu Mannie, ale to pewnie można znaleźć w biografii.
Za najciekawszą część spotkania uznaję końcówkę. Wtedy otworzono okna i w sali , dzięki powietrzu z zewnątrz i pytaniom uczestników spotkania, zapanował rześki powiew. Można było reszcie usłyszeć rzeczy nie przerobione dotychczas w wywiadach. Wtedy dowiedzieliśmy się, że to dzięki kompleksom i na kompleksach Gombrowicz zbudował swoja wielkość. I że największym zaskoczeniem przy tworzeniu biografii pisarza było dla Suchanow znalezienie tekstów autorstwa matki Gombra: wynikało z nich, że wcale nie była tak szurnięta, jak synkowie ją przestawiali. Wręcz przeciwnie, była piszącą odważne feministyczne teksty kobietą.
Dla mnie natomiast najdziwniejsze było to, że Gombrowicz nie dogadywał się z Witkacym. Bo podobno ich dziwactwa były zupełnie niekompatybilne, a abstynencja jednej strony i zamiłowanie do używek drugiej tylko pogłębiała ten dystans. Co zanotowałam skrupulatnie. Wraz z postanowieniem, że na razie biografii nie kupię (cena zaporowa), ale na pewno będę cierpliwie czekać na pokazanie się jej w lokalnej bibliotece.

mowa o:

Gombrowicz

Piątek Conrada cz.1 czyli krótka historia o tym, jak chciałam się dowiedzieć co czytają w więzieniach

Conrad 2.jpg

Zdaje się, że muszę trochę moją festiwalową sprawozdawczość przyśpieszyć, bo jak tak dalej pójdzie, to nie dotrę do końca przed pierwszą Conradowską miesięcznicą.

Lecimy więc z kolejną opowieścią, choć przyznaję, że wahałam się, czy więzienie jest tematem na 11 Listopada właściwym. Jednak wydarzenia dnia pokazały, że to zagadnienie z obchodami naszego Święta Niepodległości jest zaskakująco kompatybilne.

Dlatego z czystym sumieniem wracam myślami do piątkowego popołudnia w Czeczotce. Wtedy odbyła się kolejna dyskusja festiwalu Konrada, pod tytułem „Lektura za kratami”. Brzmiał on kusząco nie tylko dla mnie, bo kiedy spytałam, jakie spotkanie chcielibyście mieć opisane na blogu, właśnie to zyskało największą liczbę głosów (czyli aż 4 :D).

Niestety, to wydarzenie było pierwszym zapowiadającym panującą na Festiwalu Conrada tendencję: że nazwa spotkania ma niewiele wspólnego z tym, co się tak naprawdę na spotkaniu dzieje. I tak już na wstępie prowadząca stwierdziła, że za temat uznaje rolę kultury w więziennictwie. Na szczęście pierwsze pytanie dostało się Sywlii Chutnik i była to jedyna osoba, której wypowiedz była zgodna z moimi oczekiwaniami.

Chutnik wspomniała, że dzięki naukom pobranym na kulturoznawstwie była przygotowana do prowadzenia różnorakiego rodzaju zajęć kulturalno –rozwojowych. Jednak w przypadku warsztatów z więźniami się nacięła, bo od razu dali jej do zrozumienia, że jak nie siedziała, to o ich sytuacji nic nie wie. Nie podobały się też osadzonym lektury dobrane przez Chutnik, bo chciała im zaproponować Grzesiuka, Nowakowskiego i Tyrmanda, oraz trochę literatury współczesnej, sądząc, że spodoba im się coś odnoszącego się do ich sytuacji życiowej. Tymczasem była proszona o dostarczenie Małego Księcia albo dziel Coehlo, lub innych książek z przesłaniem bardziej lub mnie metafizycznym.

Po pięciominutowym spiczu Chutnik miał wystąpienie Wojciech Brzoska, który z przyczyn głównie finansowych wziął się za prowadzenie warsztatów poetyckich w więzieniach. Jego historia dotyczyła więźnia o takim talencie literackim, że miał publikacje w Odrze i dwukrotnie został laureatem Konkursu Poetyckiego imienia Jeana Geneta.

Dalsze wypowiedzi były jeszcze bardziej ogólnikowe i nie na temat. Na dodatek, wbrew moim oczekiwaniom, całość nie miała formy rozmowy. Pani prowadząca po prostu wywoływała po kolei uczestników do zabrania głosu, a Ci grzecznie wygłaszali swoje kwestie. Żadnych kłótni, czy chociażby dyskusji. Poziom abstrakcji rósł, a temperatura na sali się obniżała. Do tego stopnia, że całość można było podsumować jedynie wzruszeniem ramion i krótkim ziewnięciem.

mowa o:

Hermes

Ponieważ wszystkie zdjęcia ze spotkania mi przepadły, za ilustracje posłużył Hermes, patron złodziei, w wersji krakowskiej.

Dwa Michały: Michał Drugi czyli Michaśka nocną porą (festiwalową)

Tak się złożyło, że w czwartek tygodnia Festiwalu Conrada miałam kumulację ulubionych Michałów. Z przerwą na Dana Browna, zupełnie nie kochanego przeze ze mnie, ale tak popularnego, że dałam się skusić na udział w spotkaniu z pisarzem. Na szczęście nie tylko ja uległam temu szałowi, ale kilka innych blogerów, którzy podjęli się opisu całego wydarzenia. Dlatego zamieszczam tu link do jednej z bardziej udanych relacji o Brownie, a sama z obowiązku czynienia notki na ten temat czuję się zwolniona.

A teraz przystępuję do rzeczy, czyli opowieści o clou wieczoru, jakim była dla mnie rozmowa z Witkowskim:

Nie wiem dlaczego została ona zaplanowana o godzinie przeznaczonej zwykle na filmy tylko dla dorosłych. 21.30,w dzień powszedni. Późna pora i półtora godzinny odstęp od zakończenia spotkania z Donem Brownem nie były w stanie mnie zniechęcić. Wręcz przeciwnie, po drodze do Czeczotki znajoma zafundowała mi uroczy spacer pod tytułem Kraków by night. Ożywiona zaglądaniem w ciemne bramy i cudze talerze za oknami knajp, dotarłam na miejsce pełna energii i oczekiwań. Takich jak ja było znacznie więcej, kłębił się tłum gości i z trudem wygospodarowałam sobie miejsce w najbliższym rzędzie.

W końcu się rozsiadałam, dyskretnie schowana, za barczystymi plecami jakiegoś pana i z dumą zaczęłam eksponować właśnie przeczytany egzemplarz Wymazanego i ubrane na tę okoliczność skarpetki – w muchomory, a jakże. Kuluary szeptały pytanie w co się na tą okoliczność Michaśka ubierze. Upal w sali tężał, a wszystko spowijał, jak na zamówienie, fioletowy poblask. Czekaliśmy, wpatrując się intensywnie w opalizujący biały stolik, z ustawioną na blacie kartką Michał Witkowski. Po chwili nastąpiło antree.

Pisarz wykorzystał znajdującą się na końcu sali ściankę, i zamiast jak pozostali wbiec boczkiem na scenę, przeparadował wzdłuż rzędów krzeseł, jak model. Szedł powoli, pod drodze puścił uśmiech do jakiegoś blondyna i już był na scenie. Już łapał mikrofon, już wołał kto mu potrzyma iphona, wyjmował kartki z kieszeni i zaczynał czytać. Zaskoczony Kloska grzecznie nadstawił komórkę, u stop pisarza klękło chłopię dzierżące mikrofon.

Przyznaję, że jęknęłam w duchu, bo nie tego się spodziewałam. Czytanie na instagramie mogłam obejrzeć w domu. A nie tarabanić się przez kawał Polski i mroki Krakowa po to tylko, żeby audycję na insta oklaskiwać. Jednak Michaśka czytał żwawo, a tekst był dobrany idealnie, o przygodzie babci bohatera za młodu, gdy się w późny wieczór wyrwała po kryjomu do kina. Gdy tak słuchałam o strachach i niepokojach dziewczęcia błądzącego ciemną ulicą, mnie też ogarniały lęki jak wrócę po nocy sama, tramwajem, na Nowa Hutę. Nie miałam szans, jak ona, dobrego wróża spotkać, nie te czasy, nie te gwiazdy i nie te dorożki. Przy czytaniu o opuncjach i umeblowanych pokojach wymiękłam i zaczęłam się, jak wszyscy na sali, śmiać. Naśmiałam się, nasłuchałam, a potem nastąpiła tak bardzo oczekiwana dyskusja. I byłam szczęśliwa, że postanowiłam na nią zaczekać.

Po pierwsze prowadzący, Szymon Kloska, naprawdę z bohaterem wieczoru rozmawiał, zadawał sensowne pytania, a nie wygłaszał swoje kwestie, jak wielu innych prowadzących spotkania w następnych dniach. Po drugie Michaśka, okazał się sympatycznym, przystępnym facetem, szczerze i bez nadymania mówiącym o swoich książkach i warsztacie pisarskim. Nie silił się na filozofię, za to zażartował, że ma już takie szczęście, że czego się nie dotknie, okazuje się to tematem na marginesie. Mówił o pisaniu Barbary Radziwiłłówny pod dużym wpływem Masłowskiej, czym tłumaczył trudny rzekomo język książki. Tu się trochę zdziwiłam bo akurat język w Barbarze to potęga, ale widocznie jestem czytelnikiem nienormalnym, bo podobno normalny rzucał czytanie po pierwszych 5 stronach, a mnie się podobało od początku do końca. Było jeszcze o tym, jak nauczył się Michaśka tworzyć fabułę, Narracja to owszem, piękny materiał, ale musi z niego, być wykrojona jakaś sukienka, bo dopiero i fason i tkanina mogą zrobić odpowiednie wrażenie. Jako mistrz takiej gładko płynącej, ale z czasem nużącej opowieści został podany Białoszewski.

Mistrzem suspensu był dla Michaśki Dumas, i rozbierając na części pierwsze Czterech Muszkieterów oraz naszyjnik Królowej, znalazł niemal matematyczne wzory, według jakich można utworzyć dobrze sprzedające się powieści. Tu jako ideał podał Mnicha, którego każdy czytał i w którym jest gotowy przepis na sukces literacki. Poczułam się jak głąb, bo nigdy przedtem o Mnichu nie słyszałam. Przez następny tydzień wszystkich dookoła pytałam o Mnicha. Nie znał go nikt. Od razu poczułam się lepiej.

I zaczęłam żałować, że Michaśka nie prowadzi jakiś kursów pisania poczytnej prozy, bo naprawdę dawał wyśmienite rady. Jak ta o konieczności ciągłego poprawiania tekstu. Przyznał, że na przykład Wymazane było cofane z druku kilka razy, bo ciągłe uznawał je za niedobre. I że w Wymazanym znajdują się zalążki jego przyszłych powieści. Niestety, nie będzie wśród nich kontynuacji kryminałów. Tak drodzy czytelnicy, okazuje się, że zamordowaliśmy Drwala, bo druga część serii sprzedawała się słabiej, w związku z czym autor zrezygnował z pisania trzeciej. Bo największy problem współczesnego pisarza, nawet tak dobrego jak Witkowski, to pisać tak, żeby nie zbankrutować. I jednocześnie nie stać się twórcą brazylijskich seriali. Na szczęście Michaśce jakoś się balans złapać udaje.

mowa o:

Dwa Michały : Michał Pierwszy czyli Rusinek na Książkowych Targach.

Rusinek na Targach

Wiadomo, że legendy kiełkują z innych legend. Smok wawelski wylągł się przy Wawelu, Mrożek przy Przekroju, a Michał Rusinek przy Szymborskiej. Odkąd brakuje poetki stał się bytem osobnym, samodzielnie niosącym poezji kaganek. A mnie się bardzo chciało i ten kaganek i tę legendę zobaczyć z bliska.

Dlatego Spotkanie z Rusinkiem było jedyną imprezą tegorocznych Targów Książki, na jaką się wybrałam. Na salę przyszłam wcześniej, zajęłam dobre miejsce i zaczęłam się wokół rozglądać. Moja uwagę zwrócił niepozorny pan w nienowym garniturze, z bródką, przyszarzony siwizną. Podszedł do stolika, sięgnął do torby, zaczął wykładać na blat książki. Kiedy skończył, grzecznie usiadł z boku, a mnie naszła refleksja, jaki ten Kraków jest inteligencki, skoro nawet pan tragarz jest zainteresowany spotkaniem autorskim.

Na dalsze rozmyślania czasu mi brakło, bo wkroczył sam bohater wydarzenia. Wyglądał nieskazitelnie, wymuskany, dyskretnie elegancki, nigdzie niewymięty. Zupełnie jakby go Poetka przechowywała w przeznaczonej na najcenniejsze bibeloty szufladzie z cedrowego drzewa, wyłożonej pergaminem i delikatną bibułką. Najbardziej w tym wszystkim wyróżniała się zwisająca mu z ramienia szara torba z napisem konsTYtucJA.

Rusinkowy ekwipunek

Rusinek rzucił torbę na biurko, a potem w przestrzeń bon mocik o tym, że przydałoby się zielone sukno, mineralna i paprotka. Pani Organizatorka (też szaro – siwa, nie z bródką, ale z koczkiem) spłoszyła się podwójnie, bo żądanie wzięła na serio, a na dodatek ktoś zaczął jej robić zdjęcia z konstytucyjno- kontestacyjną torbą.

Jej niepokój jakoś został ukojony i spotkanie się zaczęło. Nie miało formy rozmowy, tylko wygłoszonej na stojąco przez autora opowieści, co w rezultacie sprawiło, że czułam się trochę jak uczestnik wykładu. Trzeba jednak dodać, że wykładu poprowadzonego z wdziękiem, lekko i dowcipnie.

Rusinek i Fistaszki

Najpierw usłyszeliśmy kilka słów o tym, jak Rusinek zaczął przygodę z tłumaczeniami. Okazało się, że „Wiersze dla Krzysia” A.A. Milne’a (autora Kubusia Puchatka) były trzecią tłumaczoną przez niego książką i że początkowo o ich przekład Ilg poprosił Szymborską, ta jednak odmówiła. A że Rusinek akurat coś robił w tym samym pokoju, w trakcie toczącej się na ten temat rozmowy, Ilg od niechcenia rzucił do niego „A może Ty byś to zrobił?”.

Rusinek zażartował, że wobec takiej zachęty wyraził zgodę. I tak się potoczyło. Dowiedzieliśmy się o niuansach współpracy nie tylko z autorami ksiazek dla dzieci, ale i ze śpiewakami, bo Michał porwał się kiedyś na tłumaczenie musicalu. Okazało się, że w tym przypadku największym problemem było nie dobranie odpowiednich ekwiwalentów językowych ojczystej mowy, tylko właściwych do śpiewania samogłosek!

Rusinek z ksiażka

Usłyszeliśmy także, dlaczego Rusinek nie zdecydował się przetłumaczyć dzieł Conrada (trauma z dzieciństwa spowodowana wisząca nad łóżkiem półką z dziełami zebranymi autora Jądra Ciemności) i jak mu się współpracowało z Keretem ( pisarza okazał się wyjątkiem od reguły, że najlepiej tłumaczyć autorów nieżyjących).

Cały czas było zabawnie i miło, czułam się trochę jak spotkaniu w niegdysiejszym Wisławowym saloniku. Zrozumiałam jeszcze lepiej, czym Michał Rusinek zauroczył Szymborską. I dlaczego poetka mogła tak długo z nim współpracować.

A największe zdziwienie przeżyłam na końcu, gdy domniemany Pan Tragarz nagle wyskoczył na środek sali, pochwycił mikrofon i zaczął się przedstawiać. Jako jeden z Prezesów Stowarzyszenia Tłumaczy.

mowa o:

Rusinek i Peter Pan