Miesiąc: Luty 2016

Mary Westmacott daje radę

Lala

Jesteś sama, pomyślał. Zawsze będziesz sama. Dzięki Bogu, nigdy się o tym nie dowiesz.
Agatha Cristie ( Mary Westmacott) w samotności, Str 253

Trzeba nauczyć się być samemu ze sobą, powtarza moja mieszkająca w pojedynkę ciotka, ilekroć pytam jak jej się żyje. Przyznaję bez wahania, że jest to sztuka opanowana przez nielicznych. Nie posiedli jej moi znajomi, zawsze wyjeżdżający na grupowe wakacje, weekendujący na imprezach, unikający spędzenia choćby jednego dnia bez towarzystwa. Nie posiadła jej również bohaterka ostatnio czytanej przeze mnie książki, zacna Angielka wracająca z odwiedzin w dalekim kraju. Los płata jej figla i sprawia, że zamiast znaleźć się w zatłoczonym pociągu do Stambułu ląduje w gospodzie na kompletnym pustkowiu.
Początkowo jest tylko lekko zdenerwowana tą sytuacją. Gospodarze serwuje jej ohydne śniadania z owocami z puszki, okolica jest paskudna, a jedyna książka, jaką wzięła w podróż, okazuje się nadspodziewanie krótka. Byłoby to do wytrzymania przez dzień lub dwa, ale przymusowy postój zaczyna się przedłużać, a naszej bohaterce, z powodu braku innych zajęć, pozostaje jedynie siedzieć i rozmyślać. Te rozmyślania zaprowadza ja zupełnie w innym kierunku niż się spodziewała. Dokona niepokojących odkryć na temat swojego życia i rodziny.
To osobliwa książka Agathy Chrstie. Nie jest to powieść detektywistyczna, ale bohaterka prowadzi dochodzenie w sprawie najwyższej wagi: poszukiwania prawdy o sobie i o tym, jak postrzegają ją inni. Całość jest czymś pomiędzy halrequinem a powieścią psychologiczną.
Co dziwne, wzięłam te książkę do czytania podczas kolejnego ataku przeziębienia, bo nie miałam pod ręką lekkiego kryminału, a z powodu kiepskiego samopoczucia okazałam się niezdolna do ambitniejszych lektur (Modiano porzuciłam po pierwszych dwóch stronach i nie wiedziałam, czy to jego enigmatyczny styl czy moja wysoka temperatura powoduje moje zgubienie w tekście). I tym razem Christie okazała się niezawodna. Na dodatek w dziwny sposób odczucia bohaterki współgrały z moimi. Ona czuła się odcięta od świata w swojej gospodzie, ja byłam odizolowana odstraszając kaszlem potencjalnych rozmówców. Ona popadała w maligno zagubiona w samo południe na pustyni, mnie pękała głowa przegrzana od gorączki. Ona wahała się co począć ze sobą, mną targały wątpliwości czy wziąć następną tabletkę aspiryny czy kolejny syrop. I tak siedziałyśmy sobie, ona bardzo, ja trochę mniej, dzięki lekturze, samotna. Na koniec ona wskoczyła do pociągu, ja wyskoczyłam z betów. I wróciłyśmy do codzienności, choć muszę przyznać, że tym, jak zrobiła to bohaterka, byłam nieco zaskoczona.
Polecam na wszelkie wiosenne osłabienia:

Christie Mery

Reklamy

parę czasów

Jadwiga Stańczakowa str 87

Kiedy ten Miron jest nieznośny! Z Mirona na marona, z Mirona na wicka.
– Szkoda-pani J. na to- Pan wie, że marron to po francusku kasztan?
Pani J. radzi mi przeczytać Blancharda i pomyśleć o życiu własnym przedmiotów.
– Tak, tak – mówię- biała laska jest dla mnie żywym przedmiotem.
Rozmawiam potem o tym z Celiną, a ona:
– Tak, przedmioty żyją. Moja szafa to jest taka gaździna zasobna, a komódka filuterna pani.
Jadwiga Stańczakowa „Dziennik we dwoje”, str. 364

Te same czasy tylko gospodarz inny. A właściwie gospodyni. To trochę dziwne uczucie poznawać drugi raz te same historie opowiedziane innymi ustami. Jednak wbrew przypuszczeniom lektura dzienników Stańczakowej nie powinna znudzić nawet tych mających przeczytany Tajny Dziennik Białoszewskiego. Wręcz odwrotnie, Stańczkowa wydaje się dopowiadać to, co Miron uznał za mniej istotne. Jest bardziej przyziemna, opis mycia wanny i smażenia buraczków stawia na równi z opowieścią o spotkaniach z Janion. Ale to dzięki temu obraz mironowej codzienności staje się pełniejszy.
Jedyne, czego w tej książce mi brak, to, paradoksalnie, sceny z życia prywatnego samej bohaterki. Częściowo wyjaśnia przyczynę tego stanu rzeczy wstęp napisany przez autorkę, w którym pisze, że oryginał dziennika zawiera ponad 900 stron (!), a część oddana do druku stanowi wybór fragmentów o Mironie, z Mironem, lub przez samego Mirona napisanych. Z jednej strony można pochwalić autorkę za skromność i usunięcie się na drugi plan, by oddać palmę pierwszeństwa poecie. Jednak efektem tego zabiegu jest wrażenie, że sama Stańczakowa żyła głownie tym co robił i pisał Białoszewski. Po lekturze dziennika nie sposób się nie zastanawiać czy tak było naprawdę, czy to tylko rezultat zabiegów redakcyjnych jego autorki.
Na osobną uwagę zasługują zamieszczone w książce zdjęcia bohaterów. Owszem, fajnie jest zobaczyć, jak wyglądali Miron i Jadwiga naprawdę, ale w zdumienie wprawił mnie fakt, że wszystkie, co do jednego zdjęcia pochodzą z czasów sprzed lub po pisaniu dziennika. Mamy wiec portret Białoszewskiego z 1962, zdjęcia Stańczakowej z lat osiemdziesiątych, ale ani jednej fotografii z lat 1975-1978, opisanych w książce. Gdzie tkwi przyczyna tak nietrafionego wyboru? Nie uwierzę, że w braku materiałów, bo jak wynika z treści zapisów Dziennika, w tym czasie Miron i jego znajomi namiętnie kręcili filmiki ze sobą w rolach głównych, wystarczyło wiec wybrać z nich kilka kadrów i zamieścić w książce.
A jak już o filmach mowa, to kończąc tę notkę muszę wyrazi wielki podziw dla reżysera „Paru osób, małego czasu”, że z okruchów i fragmencików stanowiących zapiski Jadwigi, potrafił skleić fascynującą historię dwojga przyjaciół: Niewidomej i chorego na serce poety. Na szczęście wydawcy wpadli na świetny pomysł załączenia filmu do książki, wiec każdy czytelnik dzienników będzie mógł się tą realizacją nacieszyć.

mowa o:

Dziennik 2

witch hunting

witchy

Zawsze uważałam że najciekawszymi i najmniej cenionymi postaciami literackimi są czarownice. Od Jasia i Małgosi poczynając, na Mistrzu i Małgorzacie kończąc, łapię za każdy tytuł, który obiecuje spotkanie z dziwaczną kobietą na miotle.
Dlatego największa niespodzianka pod choinkę wzbudziła mój zachwyt, a potem lekki zawód. Byłam uszczęśliwiona, że dzięki troskliwości jednej z blogerek udało mi zdobyć tytuł nieosiągalny na polskim rynku. Historia zwykłej kobiety przechodzącej przemianę w wiedźmę, zapowiadała się dla mnie fascynująco.
I faktycznie taka była, choć w inny niż oczekiwałam sposób. Przede wszystkim nadzwyczajny jest styl pisarki, gładko i kunsztownie wytoczone zdania, tworzące elegancka i błyskotliwą całość. Trochę gorzej jest z akcją.
Nie ukrywam, że oczekiwałam, że transformacja zwykłej starej panny w babę jagę będzie miała wymiar bardziej spektakularny. Tymczasem tak naprawdę nie dzieje się tutaj nic, co mogłoby zadziwić. Owszem, kwaśnieje mleko zbyt nachalnemu kuzynkowi, a lokalne kobietki urządzają dziwna imprezę, zakwalifikowaną jako sabat, ale niewiele jest w tym magii. Więcej filozofii i przypowieści o kobiecym wyzwoleniu ze społecznych więzów. W książce mającym postać zbliżenia do natury. I muszę w tym momencie westchnąć, że żadna z perspektyw kobiecego losu, opisanych w książce, nie wydała mi się kusząca.
Ta pierwsza, dająca szansę na bycie kimś w rodzaju pomocy domowej, zniechęcała nudą i jednostajnością. Mogę tylko na myśl o niej zmarszczyć brwi w zdziwieniu, że niegdyś tyle pań za misję swojego życia uważało sprawne cerowanie skarpetek, wyszywanie serwetek i polerowanie sreber.
Jednak ta druga opcja, samotnicy snującej się po łąkach i lasach, też mnie nie kusi i wydaje się niewiele ciekawsza do pierwszej. Może dlatego, że jestem dzieckiem miasta, może przez katar sienny i inne pyłkowe alergie, dość, że nie widzę powodów do szczęścia w możliwości przespania się o dowolnej porze dnia w stogu siana.
Pozostaje mi poczucie ulgi, że nie muszę tylko pomiędzy tymi dwiema opcjami wybierać.

mowa o:

niespodzianka