Miesiąc: Kwiecień 2010

trelemorele

Co za faux pas, przemilczeć na blogu czytelniczym Dzień Książki! Mogę tylko się usprawiedliwić czynnym jego obchodzeniem. Będę nudna – oczywiście że polazłam do empiku, oczywiscie że znowu szukałam trójcy. Co się tam nakucałam, naprzeglądałam, ciężko było i smętnie. Bo mi jakoś te wszystkie cudowne nowości nic  a nic na zmysły nie działają, no może za wyjątkiem powonienia.  Takich nazwisk jak Byatt, Atwood czy Sedaris to mogę sobie  w marzeniach poszukać, a nie na półkach księgarni. Na dodatek byłam prawie na czczo, a taki stan zawsze u mnie wyostrza krytycyzm, a mniej eufemistycznie rzecz ujmując, wrodzoną zgryźliwość. Tymczasem ofiarę znaleźć było trudno, bo między regałami z literaturą dla dorosłych człowieka nie uświadczyłam. Dopiero kiedy zbliżyłam się do działu dziecięcego usłyszałam jakieś rozmowy. I jakoś tak mnie olśniło, że chyba jedyna okazja kiedy u nas jeszcze czytać wypada, to kiedy czyta się dziecku. Wtedy to nie jest  żadna sztuka dla sztuki, bezproduktywne wgapianie się w szeregi liter. O nie, to jest ten mozół i harówka, który określamy p r o c e s e m w y c h o w a w c z y m  ( jeśli nazwa czegoś na w sobie słowo „proces” to jasne jest jak słonce, że nie może to być nic błahego lub, tfy tfy, miłego). Znam takich, co książek unikają bardziej niż diabeł świeconej wody, ale dziecku bajkę kupią, a nawet, o dziwo, przeczytają. No bo przecież mówi się, że książki młodym trzeba czytać codziennie, regularnie podawać małe łyczki literatury, bo to równie zdrowe jak porcyjka tranu albo jogurtu z naturalnymi szczepami bakterii. Nikt nie zaleca takiej terapii dorosłym, czyli im to niepotrzebne, a może nawet niewskazane?

Dlatego pewnie jakaś mama, w bardzo starych butach, w niemodnych dżinsach, płacąc przy kasie za książki dla dzieci tak strasznie się dopytywała, czy oferta „trzecia za 2 grosze”, obejmuje też książki dla dorosłych. I biegusiem złapała Biografię Kapuścińskiego. Czy dwa grosze są barierą możliwych do poniesienia kosztów przyjemności własnej posiadaczki rodziny? Obym nigdy nie musiała się o tym przekonywać.

Dwa grosze były dla mnie granicą kosztów ryzyka, bo „na trzecią” kupiłam wreszcie Fakultet Marzeń, który kusił i odstraszał mnie na przemian przez ostatnie dwa lata. Wzięłam tez Rozmowy z Herbertem, bo Herbert jest (a właściwie był) facetem z którym z przyjemnością zamieniłabym więcej niż parę słów. Skusił mnie jeszcze dzien Oprycznika, skusił i rozbawił taką to frazą : „Fiedka śmierdzi rano gorzej niż o wieczorze, To jest prawda jego ciała i nic nie można na to poradzić”. Zachichotałam sobie w duchu, myśląc, ileż to prawd poznam przy okazji powrotu autobusem do domu.

A teraz, tak żeby jakoś ładnie ten książkowy weekend zamknąć, wrzucam portret zbiorowy moich  (i nie tylko moich) najnowszych tomików.

Występują:

Amos Oz Opowieści o miłości i mroku- do których zachęciła mnie Nutta

Beata Tyszkiewicz Nie wszystko na sprzedaż – wpadła mi w ręce przy przeglądaniu podręcznej półki w bibliotece, nie wiem czy da się toto przeczytać, ale zdjęcia pani Beatki są tam śliczne

Magda Szabo Staroświeckie historie – jakiś mamy boom na Szabo ostatnio na blogach, się wiec dołączyłam do trendu

Daniel pennac Mała handlarka proza – Zosik tak zareklamowała, ze nie sposób było nie wypożyczyć

Nick Rennson Sherlock Holmes- bo tam tak strasznie dużo o starej Anglii i Anglikach, że musiałam kupić

Dan Lungu Jestem komunistyczna baba- Ci co pożyczyli mówili, że dobre

Jarosław Iwaszkiewicz Podróże do Polski- kolejna pożyczka od zaprzyjaźnionej czytelniczki, która mimo moich skandalicznych zapóźnień w oddawaniu udostępnia mi kolejno różne cudeńka: M., dziękuję bardzo!

Z Kapuścińskiego usprawiedliwiać się nie będę, a resztę obecnych już omówiłam. Teraz pogonię na strony empiku, może  jeszcze do północy coś wygrzebię ;).

Reklamy

westchnienie

Szanowny Kliencie,

Zapraszamy po

odbiór zamówienia do salonu empik. Po zamówienie

prosimy zgłosić się do

punktu odbioru paczek empik.com.
Zamówienie zawiera:
Moje ostatnie tchnienie
1 szt

 

Z tak surrealistycznym powitaniem zaanonsował swoje przybycie Pan Bunuel. Nie mogłam się nie uśmiechnąć na widok tego tekstu. I mój sentyment do pana B. nieznacznie wzrósł. Do tej pory przypominałam sobie o nim, a właściwie o jego filmach, zawsze w trzech sytuacjach: kiedy szłam asfaltową drogą  wśród pól w niewygodnych butach na obcasie, kiedy widziałam czarna sukienkę z białymi mankietami i kołnierzem, i kiedy spotykałam starszego mężczyznę z charakterystycznie wystylizowaną brodą. Wystarczyło przesunąć mi przed oczami te widoki, żeby odpowiednio w mojej pamięci wyświetlił się fragment Dyskretnego Uroku Burżuazji, Piękności Dnia albo Mrocznego Przedmiotu Pożądania. Pan Bunuel swoją mistrzowską ręką wbił mi w umysł te właśnie, a nie inne obrazy i nic nie jest w stanie ich wymazać.

Dlatego kiedy Amicus powiadomił mnie, że na rynku są wspomnienia reżysera, nie zwlekałam z ich kupnem. Teraz, po przejściu przez książkę, każdemu chętnemu na nią radziłabym jednak nie iść w moje ślady. Z tej książki wynika niewiele, albo wręcz nic. I to wcale nie dlatego, że jest przesiąknięta do cna surrealizmem. Ona jest realistyczna w każdym zdaniu. A zdania jej są niedługie, za to najeżone gąsienicowatymi imionami osób (każdy Hiszpan ma co najmniej dwa imiona, które nie mogą się składać z mniej niż czterech sylab), unurzane w mętnie opowiedzianych historyjkach, naprostowane do potrzeb czytelnika szukającego plotek, ale nie inteligentnej rozprawy. Trzeba się dobrze porozglądać by znaleźć w tym wszystkim choć ślad Bunuela.

A odnajdziemy młodzieńca rozrabiakę, dla którego dobra awantura jest najważniejsza, najgorsza natomiast nuda, nacjonalizm i poprawność towarzyska. Z niego wyrasta mężczyzna, który podczas wojny domowej przekonuje się, że robienie BUM wcale nie jest takie fajne, że rewolucja może jest malownicza, ale i śmiertelnie niebezpieczna. Ten mężczyzna przeistacza się w kombinującego jak przeżyć emigranta, który coś tam kręci i nagrywa, żeby, ni z tego, ni z owego, znaleźć się na festiwalu w Cannes. Jak powstawały jego filmy? Skąd brał na nie pomysły? Na te pytania odpowiedzi w książce na próżno szukać. Można w niej znaleźć nieco informacji o młodym Lorce i Dalim, o Bretonie i grupie surrealistów. Przy czym giną one wśród zagmatwanych i nie do końca ciekawych opowieści. Najwięcej cierpień przysporzyły mi te dotyczące wojny domowej. Nie tylko z uwagi na ich ciężar gatunkowy, ale i ze względu na skomplikowane relacje pomiędzy postaciami i wydarzeniami, które ciężko było mi ogarnąć. W pewnym momencie pomyślałam sobie, że gdyby Hiszpanii udało się uniknąć rozlewu krwi w 1936 roku, byłoby to z pożytkiem nie tylko dla całego narodu, ale i dla tej książki, która niewątpliwie zyskałaby na klarowności.

Bo konstrukcja książki przypomina opowieść staruszka drzemiącego w fotelu, budzącego się co jakiś czas, by rzucić wspomnienie lub opowiastkę, znowu zapadającego w sen, znowu wracającego do rzeczywistości, by powiedzieć parę zdań zupełnie niezwiązanych z początkiem rozmowy. Sam Bunuel w pewnym momencie stwierdza:

Zaczynam jedną historię, przerywam ją natychmiast, dla jakiegoś wtrętu, który wydaje mi się bardzo atrakcyjny, po czym zapominam o punkcie wyjścia i się gubię, Pytam ci agle przyjaciół „Ale po co ja to opowiadam”?

Bunuel, Moje Ostatnie Tchnienie, Str 194

Myślę, że na to pytanie nie tylko przyjaciołom ciężko jest znaleźć odpowiedź, ale i każdemu z czytelników tej książki.

mowa o: