Miesiąc: Sierpień 2013

wśród zielska

garden

Did you know, sweet ladies, that iambic pentameter embodies, as it were, the number of heartbeats between a breath taken in and the same breath sighed out? Shaespeare’s verse is human time.

(czy wiedziałyście, miłe panie, że pentametr jambiczny, tak  naprawdę odzwierciedla liczbę uderzeń serca pomiędzy wdechem a wydechem? Szekspirowski wers to rytm ludzkiego życia -tłum. własne.) 

A.S. Byatt, The Virgin in The Garden,  Str 415 

garden 1

 Tytuł wakacyjny, bo o jakiej innej porze roku, jak nie w lecie, mogą po ogrodach przechadzać się dziewice. Tytuł też i mylący, bo nie o jedną tylko niewinność błąkającą się po gąszczu tutaj chodziło. Można go odnieść do przynajmniej trzech bohaterów: Elżbiety I, na temat której wystawiana jest w ogrodzie sztuka. Dorastającego chłopca zagubionego wśród dziwnych figur swojej wyobraźni. I dojrzewającej panny, która plącze się po chaszczach w poszukiwaniu okazji do utracenia cnoty. Można śmiało rzec, że ogrody też tutaj powinny występować w liczbie mnogiej. Na szczęście przynajmniej jeśli nie miejsce, to czas akcji, jest jasno określony: przełom lat 1952/53, kiedy to Brytania gotowała się do historycznej chwili oddania królestwa w ręce nowej, młodej władczyni.

garden 2Trzeba od razu wyjaśnić, że bohaterowie książki są bardziej obserwatorami niż uczestnikami tych zdarzeń. Sami mają zbyt wiele własnych spraw na głowie, by na serio przejąć się tym, co dzieje się na scenie politycznej ich kraju.

Alexander, autor i reżyser wystawianej w ogrodach sztuki, martwi się nie tylko oto, jak będzie wyglądała realizacja jego dzieła. Jeszcze większym jego problemem jest wplątanie się w romans z młodą matką i mężatką, która chętnie obsadziłaby go w roli głowy swojej rodziny.

Fryderyka, odtwórczyni roli młodej Elzbiety I, ciężko pracuje i nad właściwym odegraniem swojej postaci i nad uwiedzeniem Alexandra.

Stefania, starsza siostra Fryderyki, wplątuje się w niezłą awanturę, poślubiając młodego pastora wbrew woli swojego antyklerykalnego ojca.

Marcus, brat Fryderyki i Stefanii, zaplątuje się swoje własne wizje i szalone teorie swojego nauczyciela.

in the garden 3

Tak mniej więcej prezentują się dramatis personae odgrywanego na ponad 500 stronach spektaklu autorstwa Pani Byatt. Nie ukrywam, że ze względu na tematykę i nastrój chciałam dopatrzyć się w nim kolejnej adaptacji snu nocy letniej. Tymczasem jedynym nadzwyczajnym zjawiskiem jest tutaj posłużenie się dyskusją literaturoznawczą jako skutecznym narzędziem sztuki uwodzenia.

Jednak ogólnie rzecz biorąc, jest to, jakby nie było,  kawał solidnej, czasem błyskotliwej, czasem nużącej prozy, na której autorka zapewne ćwiczyła swoje pióro, by zdolne było wydobyć z siebie coś tak pełnego finezji jak Opętanie.

mowa o:

in the garden

Reklamy

Sheikie, Mumbo, Dicey

szkolni

Naprzeciwko kobiety siedzącej już przy stoliku usadowiła się duża kobieta w obcisłym, czarnym turbanie i z imponującą broszką przypiętą do kołnierzyka czarnej sukni. Ta, która siedziała, zdawała się staczać ze sobą walkę czy ma wstać na powitanie czy  też nie. Wyciągnęła zdecydowanie rękę, po czym ja cofnęła, rozchyliła usta, ale nic nie powiedziała. Jej zbyt wyszukany jak na Londyn wygląd, nieporadne, wręcz dramatyczne próby dostosowania do sytuacji sprawiły, ze robiła wrażenie trochę przesadnie mondaine. Miała na głowie kapelusz z różowych różyczek.

Elizabeth Bowen, Dziewczynki, Str 37 

To miała być opowieść z cyklu przyjaźń po wieki, jedna z tych uroczych historyjek o trzech lub czterech dziewczętach, które zawiązują tajne stowarzyszenie w latach szkolnych. Odbywają wspólnie rytuał braterstwa krwi i zakopania skarbów w magicznym miejscu. Potem, po kilku dekadach, odnajdują się i dowodzą, że więzi nie zniszczył czas, że dalej kochają się jak wariatki i jedna za drugą wskoczy w ogień, albo przynajmniej odda jej własną nerkę, lub dom. W wersji nowoczesnej ekstremalnie przyjaciółki wzięłyby ślub.

Na początku czytania wszystko się zgadza, wydaje się, że idziemy znanym tropem, kiedy dowiadujemy się, że około sześćdziesięcioletnia Dina, jedna z bohaterek powieści, założyła niegdyś dziewczyński klub. Dawno temu, razem z dwiema koleżankami ze szkolnej ławy, zebrały się w pewną noc, by pod ziemią ukryć przedmioty mające dla nich niezwykłą wartość. Nagle, po latach, Dina postanawia odszukać dawne znajome i wspólnie z nimi odnaleźć ich tajny skarb. Rozsyła wiec do gazet mnóstwo ogłoszeń o dramatycznym brzmieniu, wzywając koleżanki do przybicia.

No i tu bajka o przyjaźni przez wieki przybiera niespodziewany obrót. Okazuje się, że poszukiwane koleżanki są przerażone perspektywą spotkania, żadna z nich nie ma ochoty na powrót do starych znajomości. Kiedy wreszcie decydują się na zlot, staje się on bardziej przyczynkiem do odkrycia dawnych niesnasek niż odnowienia zażyłości. Zresztą, dzięki zwróceniu akcji wstecz, do czasów gdy wszystkie trzy były nastoletnimi dziewczynkami, możemy zobaczyć, że właściwie nie było tu głębokich związków do odkurzania. Ot, wspólne wygłupy i przekomarzanki, wśród których ciężko dostrzec prawdziwie przyjacielskie powiązania.

W rezultacie książka staje się analizą nie tyle międzyludzkich związków, co towarzyszących im złudzeń. Jednak, przewrotnie, nie jest to też historia o wielkich rozczarowaniach, o czym przekona się każdy, kto dotrwa do ostatnich zdań tej powolnej i pachnącej jesienią opowieści.

mowa o:

Bowen

Mądra Baba opowiada

Janion 2

Czułam się wyrobnikiem. Siedziałyśmy w bibliotece całymi dniami z panią Maryną, wiec mówiłyśmy sobie, ze jest to grób naszej młodości. Czasem wieczorem, bo zamykali o ósmej, a myśmy siedziały do końca, można jeszcze było iść do kina. Na jakieś filmy sowieckie na ogół. Kołchoźnicze musicale na przykład. Czasami dawali cos lepszego, więc trzeba było stać długo w kolejce. Dostałyśmy się na Cenę Strachu.

Janion Transy, traumy, transgresje, Niedobre dziecię , Str 108

Zawsze było dla mnie zdumiewające, jak ta kobieta potrafiła urzeczywistniać, a właściwie ograniczać, swój udział w świecie, poprzez pisanie. Problemy były od tego, żeby mogła je roztrząsać w naukowych rozprawach. Lektura jej rozmowy rzeki z dawną studentką potwierdza taki stan rzeczy. Ale i też umożliwia dostrzeżenie bardziej miękkich zarysów w postaci naszej spiżowej humanistki. No bo jednak chodziła do jakiejś szkoły, miała trochę pokiereszowane dzieciństwo, w którym nie tylko czytała, ale i rozrabiała. Do tego stopnia, że plany co do jej kariery były bardzo konkretne. Oddana na wychowanie do ciotki, miała zostać w przyszłości krawcową i znaleźć sobie porządnego (nie takiego jak mama) męża. Jakoś się jednak te zamierzenia rozmyły, po części dlatego, że została wyzwolona spod kurateli ciotki i wróciła do rodzinnego domu. Sielanki tam nie było, tylko bieda i smutek, bo ojciec był alkoholikiem, który doprowadził majątek rodzinny do ruiny.

Janion 3

Początki są wiec naprawdę ciekawe, potem zaczyna się wojenna i powojenna rzeczywistość wygnańców, można by powiedzieć teraz, że narodowa klasyka. Powoli dochodzi opowieść do tego, jak zaczynała się Pani Maria stawać tym, kim jest dzisiaj. Czyli jak już wspominałam, naszą posągową humanistką. I tu muszę przyznać, że niejednokrotnie przy tej części lektury wzdychałam z wdzięcznością do Losu,  że uchronił mnie od prób zostania polonistką. Bo przy większości opisów fascynujących, zdaniem interlokutorki, problemów zawodowych, umysł mój wędrował w inne, bardziej interesujące dla niego rewiry. I ze wstydem łapałam się na tym, że zachowuję się jakbym znowu siedziała w szkolnej ławce, gdzie na lekcji koncentrowałam się łącznie na jakieś piętnaście minut, z łatwością dryfując myślami w innym kierunku, gdy tylko ten obrany przez nauczyciela zdążał w rejony dla mnie nudą wiejące. Na szczęście już po chwili wracały one na tryb działania pod tytułem podsłuchujemy cudze rozmowy w  autobusie.

Janion 4

Bo trochę tak to się czyta, jakbyśmy siedzieli czekając na znajomych w kafejce i nasze ucho wyciągało się w stronę sąsiedniego stolika, gdzie pytlują dwie oryginalne pańcie, zawzięcie wszystko obgadując. A my zupełnie niechcący zaczynamy się wsłuchiwać się w tę obcą rozmowę, i choć czasem nie do końca się orientujemy o kim i o czym mowa, zaczyna nam zależeć, żeby znajomi jak najdłużej nie przyszli, żeby spokojnie i dokładnie wysłuchać wszystkiego, o czym te dwie tak rozprawiają.

mowa o:

Janion

.

odlot 1

Tak oto dusza mi się skarży pod tym niebem, które rzeczywiście stale jest chmurne i ibsenowskie. Ale skarżyć się musi, bo jak powiadam, na skraj jakiś zaszedłem, dalej drogi nie znam, a zostać, gdzie jestem nie mogę, więc Ciebie, sąsiada, za klapy łapię, gorączkowo zagaduję, może masz sąsiad zapałki, może poświecisz, a może by się przysiąść, piwka popić, byle nie stać pyskiem w pysk z tą ciemnością, do której wejść trzeba.

 Lem Mrożek Listy, str 93

 

triki i uniki

Staroświecka ze mnie babina, czego dowodem jest między innymi trzymanie ciągle w domu telefonu stacjonarnego. Którego numer kiedyś wylądował w książce telefonicznej, ergo stał się dostępny dla wszelkiego rodzaju reklamodawców, sprzedawców i ankieterów. Rezultat jest taki, że gdy właśnie wymaluje w połowie paznokcie, albo ubiorę już jednego buta, czy zmyję dokładnie całą podłogę, rozlega się dzwonek. Gonię wiec po słuchawkę, niszcząc lakier na paznokciach, skacząc na jednej nodze lub zadeptując świeżo wypolerowany parkiet. Po to tylko, by dostać zaproszenie na pokaz gotowania na parze lub ścielenia łóżek kołdrami z wełny lamy nepalskiej. W takim momencie mam ochotę się mścić. Na tym który zawraca mi głowę, na nieszanującym mojego czasu i prywatności dzwonniku. I ostatnio nawet wiem jak. Dla tych, którzy też chcieliby wiedzieć jak wygrać walkę z telemarketingowym gladiatorem, poniżej zamieszczam niezwykle pouczającą rozmowę instruktażową.

tele 1tele 2źródło: Pablo Tusset „Najlepsze co może się przydarzyć rogalikowi” str 13-14

na zbyt gorące lato

chłodne

Bezlitosna zima przypuściła wczesny atak na Londyn, mróz zdawał się ścinać nawet płomyki gazowych latarń, a ich wątły blask tonął w nieskończonych tumanach mgły. Ludzie sunęli chodnikami niczym duchy, z pochylonymi głowami i zasłoniętymi twarzami, a dorożki mijały ich w pędzie, jakby koniom śpieszono było do ciepłej stajni.

Anthony Horowitz Dom Jedwabny Str 17

W zeszłym roku dla ochłody proponowałam zaśnieżony Nowy Jork. Tego lata, dla odmiany, serwuje dżdżysty i mżysty Londyn i mrożącą krew żyłach opowieść kryminalną. Na dodatek opowiedzianą nie przez byle kogo, bo samego doktora Watsona. Tak jest, nie tak dawno urządziłam sobie czytelniczą wycieczkę na Baker Street, w trakcie której byłam raczej zadowolona. Wydawało mi się to trochę dziwne, bo nigdy nie byłam fanką Holmes’a, a próby zawarcia bliższej znajomości z reguły szybko porzucałam, zniechęcona. Zastanawiam się wiec, jakby na ten, moim zdaniem udany pastisz, zareagował prawdziwy fan znanego detektywa. Czy zżymałby się na nieścisłości, parskał przy oczywistych, dla stałego czytelnika zapewne, odnośnikach do dawnych przygód i o nich opowieści? Być może. Mnie jednak, jako dyletantce, te rzeczy nie mogły przeszkadzać. Za to cieszyła mnie wartka fabuła, potoczysty język snutej opowieści.

Sherlock jak zwykle jednym rzutem oka jest w stanie odkryć nieujawnione fakty, Watson jest nieco przyciężkawym, ale wiernym kompanem jego poczynań. Sam fakt opowiedzenia jeszcze jednej holmesowskiej historii, jest usprawiedliwiony wyjaśnieniem, że nie mogła ona być ujawniona za czasów Conan Doyle’a ze względu na delikatne sprawy, jakich dotyczyła. W końcu po blisko pięćdziesięciu latach Watson decyduje się na jej opowiedzenie, a czytelnik może z uśmiechem zanurzyć się w opisy małego pokoiku Holmesa, do którego drzwi stuka kolejny klient. Tym razem jest to handlarz dzieł sztuki, zaniepokojony nagabywaniem przez obcego przybysza. Akcja rozwija się jak trzeba, są i bandyci i niewinne ofiary zbrodni. I choć rozwikłania zagadki można domyślić się jeszcze przed ostatnim rozdziałem, to muszę przyznać, że jak na sequel, całość czytało się nadspodziewanie dobrze.

mowa o:

Holmes