Miesiąc: Kwiecień 2015

skurczybyk, poeta, nihilista

Charles

Kiedy Sam Cherry przyjechał na North Mariposa Avenue, Bukowski starał się zapozować na twardziela, chwaląc się, że zabił pięć osób.
-Daj spokój, nie wciskaj kitu, Bukowski – odparł Cherry – Ilu ludzi naprawdę zabiłeś?
Bukowski napił się, spojrzał na pękniecie w ścianie i powiedział, że zabił czworo. Cherry zarechotał i po kolejnej chwili milczenia Bukowski skorygował tę liczbę do trzech.
– Po jakichś dwudziestu czy trzydziestu minutach zszedł do zera – mówi Cherry – Bezustannie pieprzył takie bzdury.
Howard Sounes Charles Bukowski w ramionach szalonego życia, Str 66

Pomilczałam trochę, bo miałam kaca. Nie, to nie efekt przeimprezowania Dnia Książki. To skutek ostatniej lektury. Której bohater chla, pije, zapija, i pociąga z butelki na niemal każdej z 240 stron swojej biografii.
Właściwie mogłam się tego spodziewać, że jeśli będzie mowa o Bukowskim, to będzie mowa o piciu. Miałam jednak nadzieję, że i o czymś więcej. Że zza zapijaczonej gęby wychynie delikatna twarzyczka poety, czułego dla słów i ludzi. Tymczasem Bukowski jeśli był czuły, to dla zwierząt, od rybek akwariowych poczynając (opłakiwał śmierć złotej rybki swojej zmarłej dziewczyny) na bezdomnych kotach kończąc (pod koniec życia miał ich co najmniej siedem). Przyjaciół, znajomych swoje dziewczyny, traktował z buta. Osoby mu przychylne często obrażał w prymitywny sposób, kobiety wyzywał, fanów traktował z pogardą. Dziennikarzowi, który z wrażenia podczas spotkania nie mógł wydusić słowa i tylko w przepraszającym geście wyciągnął do Charliego rękę, napluł na nią.
Jednym słowem Charles był dokładnie tym, na kogo wyglądał. Paskudnym sukinsynem. Tyle, że cholernie wytrwałym, bo pisał co dzień swojej maszynie, nawet po szychcie na słynnej poczcie. Umiał też zbudować swój mit autsidera i buntownika w niezwykle konsekwentny sposób. Wiedział, których znajomych naprawdę nie opłaci mu się stracić. Swojego wydawcę, abstynenta (!) traktował dobrze i był mu wierny do końca. No i pisał tak, że trafiał do mas nieudaczników, do wychuchanych chłopców, którzy tak jak on chcieli być twardzielami, do dziewczyn, które marzyły o prawdziwym samcu i wrażliwym facecie w jednym.
Tak naprawdę pod zapijaczonym chuliganem tkwił zatroskany o codzienny byt mieszczuch. Który kiedyś, dzięki przeczytanej książce, wpadł na pomysł bycia dzikusem, enfant terrible amerykańskiej poezji. Powoli i nie bez zdziwienia dowiadywałam się o tym, że podczas rzekomych dziesięciu szalonych lat swojej wędrówki po kraju, Charlie bywał u swoich rodziców i paradował w odprasowanym garniturze przed ich domem. Że kiedy szedł grac na wyścigach, miał wcześniej zapłacony czynsz i odłożone pieniądze na tzw codzienność. I że kiedy wreszcie na swoim pisaniu zarobił, spełnił marzenie swojego życia: kupił okazałą willę na przedmieściach Los Angeles.
Cóż, nie powiem, żeby Charlie wzbudził moją sympatię. Raczej podziw dla swojego sprytu i uporu. Oraz mocnej wątroby, bo nawet w wieku siedemdziesięciu lat potrafił w ciągu wieczora z dwójką przyjaciół wypić siedem butelek wina i szampana.

mowa o:

Charles 1

Reklamy

Bo mnie się marzy Święto Książki

róża

Najpiękniejszy dzień w roku czytelnika. Tak jest, Światowy Dzień Książki, o nim mowa. Uczcić go można na wiele sposobów.

Najmilej byłoby wziąć urlop, zacząć dzień w łóżku z książką do śniadania, zwlec się koło południa do ksiegarni, gdzie każda okładka miałaby znak 50% zniżki, uśmiechnięci księgarze serwowaliby darmowa kawę i herbatę, a wdzięczne chóry amatorów czytałyby na głos fragmenty najsłynniejszych dziel literackich. Po obiedzie można by się wybrać na spotkanie z ulubionym pisarzem (Nabokov zmartwychwstały?), po drodze hacząc o book crossing na głównym placu miasta. A wieczorem kolacja przy świecach i poezji czytanej przez miejscowych aktorów. Potem tylko wieczorna kąpiel w towarzystwie wodoodpornego zbioru opowiadań i nocne czytanie kojącej umysł prozy.

Tak, wiem bredzę, gwiazdki z nieba mi się zachciewa i zupełnie się mi w głowie przewróciło.

Jak chcę dzień książki celebrować, to sobie mogę pójść i zamówić kilka tytułów w internetowej ksigarni, może akurat się zlitują i zetną trochę ceny. Pytanie tylko na co. Kupić cos co się rzuci po pierwszych 20 stronach w kąt nie sztuka. Cały wic polega na tym, żeby dorwać coś, co zachwyci nie tylko niskim kosztem nabycia, ale i walorami literackimi. Sztuka to niełatwa, i nawet najwytrawniejszym czytelnikom nie zawsze wychodzi.

Dlatego, żeby Was wesprzeć w tym uroczystym dniu, zamieszczam poniżej użyteczną podpowiedz. To 10 warunków które według francuskiego pisarza, Frederica Beigbedera powinna spełniać książka „by można było ja pokochać” z moimi komentarzami (które mają na celu nieco te listę dostosować do naszych warunków) :

  1. Wygląd autora (zachowanie albo styl ubierania się).-to akurat mam w nosie
  2. Humor (punkt za każdy wybuch śmiechu). – cenię byle ze smakiem i umiarem
  3. Życie prywatne autora (na przykład – mocny punkt, jeżeli popełnił samobójstwo w młodości) – dodałabym samotność i/lub chorobę psychiczną
  4. Emocje (punkt za każdą uronioną łzę). – niekoniecznie
  5. Czar, wdzięk, tajemniczość (gdy mówisz „Och, jakie to piękne!”, nie będąc w stanie wyjaśnić dlaczego). – O tak, jak najbardziej!
  6. Obecność zabójczych aforyzmów, ustępów, które ma się chęć wynotować albo wykuć na pamięć (punkt za każdy cytat wywierający wrażenie na kobietach). – Cytowanie literatury facetom z mojego toczenia mogę sobie darować, ale aforyzmy do wypisania i smakowania lubię
  7. Zwięzłość (dodatkowy punkt, jeżeli książka ma mniej niż sto pięćdziesiąt stron).– e tam, dobra książka może być gruba, a nawet powinna. Za to nie powinna się dłużyć.
  8. Snobizm, arogancja (mocny punkt, jeśli postać autora owiana jest tajemniczym mitem, dwa – jeśli autor pisze o ludziach, których nie znam, trzy – jeśli akcja rozgrywa się w miejscach, do których nie ma łatwego dostępu). – czy ja wiem?- Wystarczy, że autor dobrze zmyśla
  9. Złośliwość, rozdrażnienie, gniew, wysypka (punkt, jeśli naszła mnie ochota, by wyrzucić książką przez okno). –no jak wyrzucam książkę przez okno to już po nią drzwiami nie wychodzę, odpada.
  10. Erotyzm, zmysłowość prozy (punkt w przypadku erekcji, dwa – w przypadku orgazmu bez użycia rąk). -erotyzm owszem, punkt w nawiasie odpada z przyczyn naturalnych.

(źródło: Frederic Beigbeder Pierwszy Bilans po apokalipsie, Str 22, 23)

Ze swojej strony dodałabym do tej listy niezwykłość, magię i intrygującego bohatera. A Wy?

mowa o:

Fiesta

Miss from Missisipi

wiosenne 1

Mama chciała dać mi na imię Mignon, po swojej siostrze, ale tato wpadł w szał. Krzyczał, że nie chce żeby jego jedynaczka nazywała się jak befsztyk. Robił strasznie dużo hałasu, a ta kobieta z metryką miała już dość czekania, więc babcia Pettibone zakończyła sprawę, dając mi na imię Daisy, tylko dlatego, ze w pokoju stał wazonik ze stokrotkami. Bardzo bym chciała wiedzieć, kto przysłał te cholerne stokrotki.
Fannie Flag Daisy Fay i Cudotwórca, Str 9

Przy lekturze tej książki towarzyszyło mi stałe uczucie deja vu. Nie wiem czy to dlatego, że faktycznie bardzo dawno temu czytałam już opowieść o Daisy, czy może dlatego, że główna bohaterka, jedenastolatka ganiająca samopas po amerykańskim miasteczku, do złudzenia przypominała mi inną rezolutna dziewczynkę, Emmę z hotelowej trylogii kryminalnej Marthy Grimes. Jednego jestem pewna: jeśli ktoś polubił tamtą smarkulę, powinien niezwłocznie poszukać książki o Daisy Fay.
Daisy mieszka z rodzicami na amerykańskim południu lat pięćdziesiątych, jest nad wiek rozgarnięta i uwielbia opisywać drobne wydarzenia ze swojego życia. A dzieje się w jej życiu wyjątkowo dużo, dzięki pomysłowemu tatusiowi, który bez chwili wytchnienia i z niezmąconym optymizmem dąży do osiągnięcia wielkiego sukcesu. Idzie mu średnio, ale kombinuje jak może. A to zakłada bar przy plaży z kolegą, a to zdobywa nagrodę za złowienie największej ryby, podstawiając wypchanego śrutem pstrąga, albo podpala swój plajtujący bar, żeby dostać pieniądze z odszkodowania.
W tle tych dziwacznych historii maluje się portret obyczajowy Ameryki połowy ubiegłego wieku. Mama Daisy umiera ze strachu, że jej córeczka zarazi się heinemediną i co pięć minut prowadzi ją do lekarza. Gdy chce wyglądać elegancko, ubiera futro ze srebrnych lisów i do tego bierze torebkę z krokodyla. Kiedy opuszcza ojca Daisy, może znaleźć tylko pracę kelnerki. Sama Daisy pilnie bierze udział w cotygodniowych spotkaniach młodych debiutantek, prowadzonych przez ambitną Panią Dot. Dziewczęta zdobywają tam tak istotne umiejętności jak postępowanie z kolorowa służbą (Można dotknąć albo uściskać kolorowa kobietę, to jest w porządku, ale nigdy kolorowego mężczyznę. Ale najważniejsze jest to, żeby nigdy nie siedzieć i nie jeść z nimi przy jednym stole, ibidem, str 88) i otrzymują złote myśli, które brzmią na przykład tak: jeżeli zaprzyjaźnisz się z telefonem i mrożonkami, twoje życie będzie jak bułka z masłem (ibidem,  str 88).
Na szczęście Daisy jest nie w ciemię bita i robi co jej się podoba, zupełnie nie przejmując się konwenansami. Ma też złote serce, wielu osobom pomaga lub przynajmniej stara się pomoc, przez co zresztą niejednokrotnie popada w tarapaty. Jednak w ogólnym rozrachunku wychodzi na swoje, a czytelnik z uśmiechem rozrzewnienia łyka finał z pokrzepiającym morałem, że ten, kto wspiera innych, nie jest naiwnym jełopem, ale człowiekiem, którego w odpowiednim czasie z nawiązką wynagrodzi ludzka wdzięczność.
Bo taka jest ta książka, niewymagająca, ale i nie głupia, czasem zabawna, czasem wzruszająca, istny balsam dla duszy i rozjaśniacz ciemnych myśli. Nic dziwnego, że z biblioteki przyszło mi szybko upomnienie żeby ją oddać, bo już następni czekają w kolejce. To idealna lektura na czas wiosennego przesilenia.
Mowa o:

Daisy

Choć szron na głowie

Pan

A ja skończyłem siedemdziesiątkę. Minąłem kres życia przewidziany w Piśmie Świętym, Od tej chwili rozpoczyna się czas na kredyt. Człowiek ogląda się wstecz, na drogę którą przebył i zaczyna kwestionować wartości , które mu przyświecały.
Peter Ustinov Monsieur Rene, str 86

James Bond jako siwowłosy starszy pan to śmiała koncepcja. Czy warta uwagi? W tym wydaniu, w jakim mnie udało się ją spotkać, owszem.

Pan Rene to były pracownik renomowanych hoteli, gdzie znany był jako dyskretny sługa bogatych tego świata, umiejący spełniać ich najdziwniejsze zachcianki. W momencie gdy przechodzi na emeryturę, wpada na oryginalny pomysł na zagospodarowanie swojego wolnego czasu. Otóż chce utworzyć ze swoich kolegów po fachu, którzy dzięki swoim kontaktom z wpływowymi i zamożnymi tego świata będą mieli dostęp do różnych tajnych informacji, siec działającą na rzecz sprawiedliwości i moralności. Koledzy będą podsłuchiwać rozmowy, prowadzić obserwacje i kiedy zauważą coś niepokojącego, powiadomią odpowiednie służby o konieczności podjęcia działań.
Plan w realizacji średnio się sprawdza. Śledzenie emira Dżabadii, który piecze jagnię na hotelowym balkonie, co prawda naprowadza pana Rene na trop międzynarodowej afery, ale nie udaje mu się zapobiec zamachowi politycznemu. Za to Pan Rene zawiera bliższą znajomość z prawie emerytowanym komendantem policji i atrakcyjną konsjerżką Agnes. I choć szybko porzuca swoje szlachetne zamiary i tak zmienia diametralnie swoje życie. Przyczynia się do tego wiele spraw, z których namiętna miłość i olbrzymie gaże za opublikowane pamiętniki będą najistotniejszymi.
Książka jest czymś pomiędzy literaturą przygodową, a romansidłem, jednak dzięki niezwykłemu bohaterowi, jakim jest zamieniający się w najbardziej pożądanego mężczyznę Genewy stateczny Pan Rene, ma swój urok. Zresztą, kto z nas nie chciałby przekonać się o tym, że prawdziwe życie zaczyna się po siedemdziesiątce?

Rene