Etykieta: Białoszewski

parę czasów

Jadwiga Stańczakowa str 87

Kiedy ten Miron jest nieznośny! Z Mirona na marona, z Mirona na wicka.
– Szkoda-pani J. na to- Pan wie, że marron to po francusku kasztan?
Pani J. radzi mi przeczytać Blancharda i pomyśleć o życiu własnym przedmiotów.
– Tak, tak – mówię- biała laska jest dla mnie żywym przedmiotem.
Rozmawiam potem o tym z Celiną, a ona:
– Tak, przedmioty żyją. Moja szafa to jest taka gaździna zasobna, a komódka filuterna pani.
Jadwiga Stańczakowa „Dziennik we dwoje”, str. 364

Te same czasy tylko gospodarz inny. A właściwie gospodyni. To trochę dziwne uczucie poznawać drugi raz te same historie opowiedziane innymi ustami. Jednak wbrew przypuszczeniom lektura dzienników Stańczakowej nie powinna znudzić nawet tych mających przeczytany Tajny Dziennik Białoszewskiego. Wręcz odwrotnie, Stańczkowa wydaje się dopowiadać to, co Miron uznał za mniej istotne. Jest bardziej przyziemna, opis mycia wanny i smażenia buraczków stawia na równi z opowieścią o spotkaniach z Janion. Ale to dzięki temu obraz mironowej codzienności staje się pełniejszy.
Jedyne, czego w tej książce mi brak, to, paradoksalnie, sceny z życia prywatnego samej bohaterki. Częściowo wyjaśnia przyczynę tego stanu rzeczy wstęp napisany przez autorkę, w którym pisze, że oryginał dziennika zawiera ponad 900 stron (!), a część oddana do druku stanowi wybór fragmentów o Mironie, z Mironem, lub przez samego Mirona napisanych. Z jednej strony można pochwalić autorkę za skromność i usunięcie się na drugi plan, by oddać palmę pierwszeństwa poecie. Jednak efektem tego zabiegu jest wrażenie, że sama Stańczakowa żyła głownie tym co robił i pisał Białoszewski. Po lekturze dziennika nie sposób się nie zastanawiać czy tak było naprawdę, czy to tylko rezultat zabiegów redakcyjnych jego autorki.
Na osobną uwagę zasługują zamieszczone w książce zdjęcia bohaterów. Owszem, fajnie jest zobaczyć, jak wyglądali Miron i Jadwiga naprawdę, ale w zdumienie wprawił mnie fakt, że wszystkie, co do jednego zdjęcia pochodzą z czasów sprzed lub po pisaniu dziennika. Mamy wiec portret Białoszewskiego z 1962, zdjęcia Stańczakowej z lat osiemdziesiątych, ale ani jednej fotografii z lat 1975-1978, opisanych w książce. Gdzie tkwi przyczyna tak nietrafionego wyboru? Nie uwierzę, że w braku materiałów, bo jak wynika z treści zapisów Dziennika, w tym czasie Miron i jego znajomi namiętnie kręcili filmiki ze sobą w rolach głównych, wystarczyło wiec wybrać z nich kilka kadrów i zamieścić w książce.
A jak już o filmach mowa, to kończąc tę notkę muszę wyrazi wielki podziw dla reżysera „Paru osób, małego czasu”, że z okruchów i fragmencików stanowiących zapiski Jadwigi, potrafił skleić fascynującą historię dwojga przyjaciół: Niewidomej i chorego na serce poety. Na szczęście wydawcy wpadli na świetny pomysł załączenia filmu do książki, wiec każdy czytelnik dzienników będzie mógł się tą realizacją nacieszyć.

mowa o:

Dziennik 2

MB tajne czytanie

biblioteka

W pokoju pana Zdzisława półki z książkami. Przeglądanie ich, niby łakomie, a ze znudzeniem. Nie ma sensu czytać tyle. Im więcej się czyta, tym więcej się zapomina i myli. Zrastają się jedne rzeczy z drugimi i nawet przestaje się rozróżniać autorów. Zresztą na tym by mi nie zależało. Chodzi o to, ze takie czytanie ubiernia bardzo i zatyka czas.

Miron Białoszewski Tajny Dziennik, Str 633

Prawie dałabym się zwieść, zbajerować tej mironowej bajce o nieczytaniu. Ale zamiast się dziwić i zasmucić, wyostrzyłam sobie zmysły i zaczęłam tropić wszystkie ślady jego lektur. Oczywiście okazało się, że Miron wpuścił mnie w maliny, bo książki czytał i to bardzo różne. Oglądał też. Na przykład album malarstwa włoskiego, w którym szczególnie przyglądał się portretom madonn. Ciekawe, czy potem, czy przedtem, dopatrzył się ich twarzy migających na karuzelach.

Czytał ramotki krajoznawczo historyczne, jak Jana Potockiego Podróż do Turek i Egiptu, zawierającą opisy Kairu i Konstynatopola. W młodości sięgał po klasykę, na przykład Portret artysty z czasów młodości Joyce’a i Trzech Muszkieterów Dumasa. Z sentymentem wspomina Rymy Księdza Baki znalezione kiedyś w ciotczynej otomanie, dyskusje z dziadkiem o Słowackim i otrzymanego po nim w spadku czterotomowego Mickiewicza.

Wygląda na to, że kiedy dorósł i dojrzał, nie gardził niczym. Nie bardzo widzę granice miedzy literatura piękna i brzydka. (…) bardzo lecę ostatnio na takie tytuły, jak tajemniczy szkielet, tajemnica piwnicy, ze mam gust służącej.(ibidem, Str 507) wyznał spotkanej na literackich wakacjach w oborach autorce kryminałów. Znowu przesadził, ale nie do końca. Wspomina o łóżkowym poczytywaniu starej, dobrej, Christie, a swoją rozmówczynię z Domu Literatów prosi o pożyczenie pierwszego z jej kryminałów, wydanej w  roku 1968 Przekładanki. Parę lat później sięgnął po Ciemne sprawy dawnych warszawiaków Stanisława Milewskiego.

Jednak wbrew swoim wypowiedziom, nie ogranicza się do sensacji. Próbuje Lema, konkretnie, Wizję lokalną, gdzie znajduje Ciekawe pomysły ale strasznie zagęszczone dowcipami (ibidem, str 918). Lekturę Warszawiaków urozmaica sobie Listami markizy de Rabutin Cahntal de Savigne i sam sobie się dziwi, że chce mu się zanurzać w intrygi i powiązania towarzyskie Ludwika XIV. Chociaż muszę tu szepnąć, że kto pozna bliżej życiorys (zwłaszcza dojrzałego) Mirona, może doszukać się miedzy obydwoma panami pewnego podobieństwa.

Białoszewski wraca też do dawnych lektur. W szpitalnym pokoju po raz kolejny czyta Zielone Piekło Maufraisa, znaleziony w guańskiej dżungli dziennik zaginionego podróżnika. W moim domu ta książka stała w pierwszym rzędzie, ale zawsze przerażała mnie myśl o czytelniczym towarzyszeniu skazanemu na śmierć w dzikim buszu człowiekowi. O wiele bardziej odpowiednią lekturą na czas rekonwalescencji wydaje mi się Tajemnica żółtego pokoju Gastona Leroux, o której Miron pisze, że Kryminał dobry, las, zamek córka, słudzy, laboratorium, grota Św Genowefy, dziadówka, Klęcząca Matka, a za nią chodzi Zwierzątko Boże, wielkie kocisko wydające w nocy przeraźliwe wołania. Niedoduszenie córki, kradzież wynalazku, jęk Bożego Zwierzątka. Kto o co?( ibidem, str. 869)

Pewnie nie wytrzymam, i zacznę się rozglądać za Tajemnicą, żeby znaleźć odpowiedź na mironowe pytanie.

mowa o:

MB

 

chodził, słuchał, zapisywał

dino 1

A tak to wpływało na mnie rozgadanie się z dobrymi partnerami. Puszczenie w ruch myślenia. Tak jakby od siebie. I od swoich bliskich. Myślę, że ja żyję bardziej tym, co jest Kolo mnie i moimi bliskimi, którzy są mi bardzo pomocni w pisaniu.

Miron Białoszewski ”Tajny Dziennik”, Str 633

 

Teraz, kiedy skończyłam mironowe dzienniki, jestem skłonna uwierzyć w plotę, że ich autor na bieżąco spisywał, w kącie za szafą, za wanną, rozmowy i powiedzonka towarzyskie. Może i to było dla otoczenia denerwujące, ale teraz ma niepowtarzalny walor. Daje wrażenie aktualnego sprawozdania z rzeczywistości, daje wręcz możliwość w niej uczestniczenia na poziomie jednego z jej odbiorców. Miron nie wspina się na podest pod tytułem literatura, jest bardziej przekaźnikiem – nadajnikiem swojej codzienności. I dzięki temu daje się tej codzienności czytelnik ponieść.

Dzienniki szybko stają się opowieścią od której ciężko odejść. To nie tylko zasługa autora, ale i ludzi, wśród których się obracał i czasów, w których żył. Sporo tu różnych plot i ciekawostek o mironowych znajomych, i staje się zrozumiałe, dlaczego autor kazał z drukiem swoich zapisków odczekać tyle lat. Trzeba też zaznaczyć że to ciacho, ten gigantyczny tort czytelniczy na dziewięćset stron z okładem, ma więcej niż jedną warstwę kremu. Kiedy czytelnik pokosztuje opisów mironowego otoczenia, napotyka kolejne smaczki. Kto nie pamięta, albo nie doświadczył, stania po papier toaletowy i mydełko, przeżyje emocje kolejkowe przez współodczuwanie z biegającym po sklepach Mironem. Ci, którym nie dane było słuchać radia i telewizji tamtych lat, będą mogli poczuć ekscytację wyłuskiwania nowinek z Radia Wolnej Europy i euforię wywołaną wyborem papieża Polaka. Komunikowanie się bez telefonu, tego zwykłego , nie komórkowego, tłukący się sąsiedzi, kupowanie butów na kartki, bieganie po znajomych bez zapowiedzi, włóczenie się po polach i łąkach, rozmowy o UFO, telepatii, buddyzmie, medytacji, to stałe elementy życia z tamtych lat, które z detalami poznaje czytelnik.

Bo otwarcie tej książki, jest jak otwarcie drzwiczek wehikułu czasu, z kierunkowskazem nastawionym na przełom lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Przewodnik, pan Miron B. zapewnia długą i bogatą we wrażenia podróż, po której nie chce się rozpinać pasów i wysiadać.

Warto:

Miron

Mirongrafia

Miron 1

-„Spier.dalaj, Ch.uju”

 Poeta nie jest pewny, pyta siebie: czy to było powiedziane do mnie? I dalej mówi, jakby był przybyszem z kosmosu „zamyśliłem się, czy na innych planetach też jest tak duży procent tego rodzaju mowy”. Dochodzi do wniosku, że „chyba też”. Nie czuje się upokorzony. W pewien sposób ekscytuje go ta młodzieńcza wulgarność. Stanowi rodzaj kontaktu z rzeczywistością, na który jest zawsze gotowy.

Tadeusz Sobolewski „Człowiek Miron”, Str 127

 

Tak to mniej więcej wygląda. Skrótowość Mirona kontra długi wywód na jej temat. Poeta chlapie punkcik, biograf wyczynia wokół niego esy floresy, rysuje linie poplątanych domysłów i rozważań. Wróć. Autor to przecież nie biograf. On nie opowiada życia Mirona, tylko je tłumaczy. Interpretuje niestrudzenie kawałki jego prozy wrzucane co dwie strony tekstu, docieka, ale do sedna nie dociera. Forma jego wypowiedzi coraz intensywniej przypomina piosenkę niby żółwia, który zabawia Alicje (tę w Krainie Czarów) wyjękując i wykwękując  swoją historię.

Miron 2

Największym powodem marudzenia jest dla autora brak waleczności Mirona. W Powstaniu nie walczył, za Stalina nie walczył, z robotnikami nie walczył, ze studentami nie walczył, nawet w 1981 nie walczył. Wreszcie drapiąc i rozgrzebując temat Pan Tadzio wpada na pomysł. Że jednak walczył. O siebie walczył! Ha, nie wiem co na to powiedziałby sam Miron, który, jak wyczytałam w dziennikach, na wypadek jakiejkolwiek wojny miał jeden plan:

Postanowiłem dawno temu na wiadomość o wybuchu wojny łyknąć od razu śmiertelną dawkę czegoś tam, żeby nie ruszyć się nawet z łóżka

Miron Białoszewski „Tajny Dziennik”, Str 66 

Z powyższego, jak dla mnie wynika, że poeta absolutnie nie miał zamiaru z nikim wojować. Tudzież o nic. I cenię go za to.

Miron 6

Książki Sobolewskiego może aż tak nie cenię, ale jestem wdzięczna za te fragmenty, z których dowiedzieć się mogę kim były Lu. Lu, i Le, Maliny i Anule oraz escy (Sobolew-Scy). Człowiek Miron to bezcenny wstęp do Dzienników, w których cały czas przewijają się te wszystkie, zagadkowe dla mnie wcześniej, postaci. Jeszcze atrakcyjniejszym dodatkiem do tajnych zapisków Mirona byłyby dla mnie dzienniki Jadwigi Stańczakowej. Nawet się trochę dziwię, że nikt nie pomyślał o ich ponownym wydaniu na fali zeszłorocznego mironowego szaleństwa. I powodzenia filmu „Parę osób, mały czas”, który obecnie TVP Kultura nadaje co trzy miesiące. Na dodatek w tej samej TV co rusz występuje wnuczka Jadwigi, Pani Justyna. Może do niej warto by się uśmiechnąć o przypomnienie utworów Babci?

mowa o:

Miron 4

Czekając na Mirona

Nie jestem dzieckiem natury. Mam w sobie jeszcze tę siedemnastowieczną niechęc do marszczonego od wiatru błota i do podjeżdżającego na zimnie zawiewu zielska, mam tak jak i mój ojciec, a Ojciec po dziadku, pęd do miasta, hałasu i tłoku. Nasi prapra, kiedy utknęli w błocie na pewno marzyli o życiu w kupie, w cieple i o chodzeniu po twardym.

Miron Białoszewski, Szumy, zlepy, ciągi, Str 215

Ostatnio przy oglądaniu niusów nieźle się zdziwiłam. Pomiędzy fragmentem o tym jak kogoś zasypało śniegiem, a obrazkiem uśmiechniętego twórcy nowych światów z pudełek zapałek, zobaczyłam równiutki rząd sunących po taśmie produkcyjnej książek. Czyżby jednak ósmy tom przygód Harrego Pottera? Ależ nie, o niespodzianko, na okładce nasz rodzimy czarodziej i to sprzed lat co najmniej paru. Rewelacja i sensacja rynku wydawniczego to nie chłopiec z blizną na czole, a facet w worowatych spodniach i z łysinką. Oto szykuje się pierwsze wydanie tajemniczych dzienników Białoszewskiego, ostrzega spiker głosem tak pełnym napięcia, że niektórzy widzowie gotowi kupić książek w ciemno, przekonani, że Miron był co najmniej asem PRLowskiego wywiadu.

Chociaż sama nie spodziewam się tam innych poza stylistycznymi rewelacji, to książkę już zamówiłam. A nawet dwie, bo przecież równolegle ma się ukazać również zbiór wspomnień o Mironie. Jednym słowem ful wypas dla każdego czytelnika MB. Na razie pozostaje głód i tęsknota, i żeby jakoś przebiedować, sięgnęłam po kolejny tom prozy Mirona. Zaraz jak zaczęłam się wczytywać okazało się, że jest on niepokolei właśnie, bo dotyczy czasu sprzed Chamowa, od którego znajomość z Mironem zawarłam. Trudno, czytać się i tak da, bo przecież nie o chronologię i ciągłość wydarzeń w tych książkach chodzi. Autor sam daje to jasno do zrozumienia mieszając opowieści współczesne, czyli te z roku 1973, z historyjkami z czasów okupacji i wczesnych lat pięćdziesiątych. Raz wszystko jest opowiedziane prawie zwyczajnie, raz zupełnie po mironowemu, z tańczącymi w blasku luster rękawami koszul suszących się w łazience, babami gadającymi o kieckach i szukającymi chłopa, raczej na stałe. Czasem się coś mota, czasem imiona mylą, są poznane wcześniej Berbery oraz LuLe, jest wiele osób znienacka wyskakujących z powieści. Miron kręci kolejną karuzelę z codziennościami, podczas lektury lekki zawrót i zamglenie wzroku murowane. Ale znowu okazuje się, że warto dać się wyprowadzić Białoszewskiemu z równowagi.

mowa o:

sercowo

Emmę bym poczytał dalej, nuży, bo nuży, ale coś do niej przyzwyczaja. A może to rozpęd na stara Anglie. Na te dwory, zamki parki, ścieżki, wertepy. Na ten kraj mgieł i chwalonej pogody, ojczyznę czarownic i kryminałów. Bardzo mnie to ciągnie.

Miron Białoszewski Zawał, Str 85

 Miron w prozie, po raz drugi po Chamowie. Choć najpierw chyba poeta miał ten zawał, a potem przeprowadził się do bloczyska. Ale brak chronologii niczemu nie wadzi. Podobnie jak Mironowi przy czytaniu Austen i tutaj najmocniej chodzi o atmosferę. Taki mały skrawek świata, ograniczony do jednej salki, czy miasteczka, który dzięki odpowiednim opisom urasta do wielkości wszechświata. I to z rozmachem podmalowanego. Tylko u Białoszewskiego salowa może spać „po gotycku”, a schorowany facet człapiący w piżamie zyska miano Chrobrego. Szpitalne piętro staje się teatralną sceną, kluczowym momentem odgrywanego dramatu próba znalezienia sprawnego ustępu. I to wcale nie jest nudne, uciążliwe. Sama dziwiłam się swojemu zaczytaniu w błahych scenkach z życia człowieka chorego. Co dziwniejsze im bardziej autor zdrowiał i wracał do normalności, tym mniej mi to czytanie smakowało. Najlepszy jest Miron z początku leczenia, z zatłoczonej sali, gdzie pacjenci gadają jędzą i palą (papierosy!) na potęgę. Potem, gdy zaczyna życie rekonwalescenta w sanatorium w Inowrocałwiu staje się zwyklejszy. A może bardziej podobny do tego łażącego wiecznie i wszędzie Białoszewskiego z Chamowa. Choć tego też lubię. I jeszcze nieraz poczytam.

mowa o:

mironczar

„Na plakacie obok Gioconda. Tylko  z ustami, z uśmiechem. Reszta niewidoczna, za napisem „Krajowa Loteria Pieniezna”.”

Miron Białoszewski „Chamowo”, str. 386 

Bardzo jestem ciekawa, czy gdyby nie całe życie spędzone w blokowych mieszkaniach, też bym z taka przyjemnością czytała tę książkę. Czy gdyby nie coroczne wakacyjne wizyty w niedużym mieszkaniu na Saskiej Kępie, opisy mostku pod Afrykańska też budziłyby we mnie takie ciepłe uczucia. Pamiętam tę Afrykańską i Lizbońską, i wydaje mi się że nawet mam w pamięci obraz Afrykanina w fezie i narodowych szatach kręcącego się wokół jednej z ambasad. Ale może to już tylko moja wyobraźnia? Musiałam przecież się czymś zająć, stercząc na przystanku w oczekiwaniu na 117. Teraz pluje sobie w brodę, że nie skoncentrowałam się raczej na obserwacji starszych panów. Pomyśleć, że mogłam tam sobie tkwić u boku jednego  z najlepszych współczesnych poetów! A tymczasem gapiłam się na młode warszawianki, żeby jako prowincjonalna panienka się nauczyć wielkomiejskiego szyku. Studiowałam zwłaszcza grzywki, bo nigdy nie wiedziałam, co zrobić z własną (do dziś zresztą nie wiem). Takie to błędy młodości przychodzi mi teraz rozpamiętywać!

Okazja jest nielicha, w postaci właśnie wydanego „Chamowa”. Jak wiadomo, jest to opis pierwszego roku, jaki Białoszewski spędził w nowym mieszkaniu na Saskiej Kępie. Miło tam nie było, sąsiedzi się tłukli, bajzel wszędzie, a w mieszkaniu co pięć minut cos się psuło. W tym wszystkim Białoszewskiemu udawało się zachować pogodną twarz, ba, podczas czytania mam wrażenie, że nic go nie było wstanie wyprowadzić z równowagi. Nawet nocne roboty stolarskie nad głową nie skłoniły go do zrobienia awantury, a jedynie do wysłania delegacji przyjaciół w celu wypertraktowania  odrobiny spokoju. Za to cieszył się jak dziecko z „widokowego” 11 pietra, z zielsk rosnących w pobliżu, które namiętnie zrywał, z gołębi okupujących rusztowania jego bloku. „Szare eminencje zachwytu” towarzyszyły mu tu na co dzień, kłaniając się w pas jego zamiłowaniu do szczegółu. Czytelnikowi też wypada się pokłonić tej Mirnowskiej zdolności do postrzegania jako wyjątkowych rzeczy, rozmów i wydarzeń codziennych. Bo choć w tej książce brak jest akcji i suspensu, to czyta się ją wyjątkowo dobrze. I życzyłabym sobie bardzo, żeby jak największa liczba blogowiczów posłużyła się nią, jako idealnym wzorem na prowadzenie bloga. Białoszewski naprawdę wyśmienicie uczy jak dobrze pisać o tym, co z pozoru powszednie i niezauważalne. Można i warto się pobawić w patrzenie na świat Mironem. Wyniki takiego eksperymentu dadzą, moim zdaniem, nad wyraz interesujące rezultaty.

Tym, którzy jeszcze ciągle po przeczytaniu „Chamowa” nie będą mieli Białoszewskiego dość, polecam obejrzenie „Parę osób, mały czas”, w którym zobrazowany został miedzy innymi okres życia Mirona opisywany w „Chamowie”. Główny wątek to jednak relacja Mirona z jego przyjaciółką, niewidomą Jadwigą Stańczkową. Jej rolę dano Krystynie Jandzie, która mnie osobiście trochę drażniła przerysowaniem granej postaci, wyposażeniem jej w ten jandowski zajęk i nerwowość. Natomiast w roli Białoszewskiego zachwycił mnie zupełnie mi nieznany Andrzej Hudziak. Zresztą możecie się sami/same przekonać, jaki jest świetny, bo jutro (środa 23.09.) TVP Kultura o godzinie 20 wyemituje wspomniany film. A dla tych, którzy dostępu do tego kanału nie mają, miła niespodzianka: film można sobie obejrzeć tutaj.

mowa o: