Miesiąc: Marzec 2014

nowalijki czyli stos wiosenny świeżym kwieciem garnirowany

kwiatki

 

Strasznie głupi film wczoraj widziałam. Na dodatek momenty były, więc nawet dla dzieci się nie nadawał, choć całość byłaby raczej dla dziesięciolatków odpowiednia. Opowieść miała być i zajmująca i śmieszna, dech w piersiach wstrzymywać i się naigrywać. Wyszła z tego mieszanina niecierpianych przez mnie gatunków, coś pomiędzy komedią slapstikową a filmem akcji. Miał to niby być James Bond w stylu retro i z przymrużeniem oka. Tyle, że bardziej z tego wyszło niemrawe kłapniecie ciężką od sztucznych rzęs powieką. Jednym słowem koszmar.

kwiatki 1
Wróciłam więc do domu skrzywiona i z rozrzewnieniem rozejrzałam się po swoim pokoju. W którym panował słodki bałagan poksiążkowych zakupów. Nie było nawet gdzie usiąść, bo książki walały się wszędzie. Ogarnął mnie smutek, że na chałę (z dobrymi recenzjami, ale jednak) straciłam dwie godziny, które mogłam spędzić znacznie przyjemniej. Zresztą oceńcie proszę sami, zerknijcie na stos który usypałam z tego, czym mogłam sobie ten czas wypełnić:

stos

Patrząc od góry stos formują:
· Sindabad wraca do domu Marai’a, do którego po bardzo udanych spotkaniach obeicałm sobie wracac
· Tuwim wylękniony bluźnierca Mariusza Urbanka , biografia na którą od dawna mam ochotę
· Moja podróż po imperium Agaty Christie, czyli autorski opis wojaży jakie Chrstie dobyła w towarzystwie swojego pierwszego męża. Zdążyłam przejrzeć i nacieszyć oko mnogością fotografii.
· Oszustki Kerstin Ekman, czyli zawiła historia życia dwóch kobiet
· Bridget Jones Szalejąc za facetem Helen Fielding, cóż, nie ma jak powroty do starych znajomych
· Muzeum Niewinności Orphana Pamuka, które wydało mi się po pierwszym oglądzie bardzo proustowskie, wiec zachowam je na czas gdy Prousta przeczytam i zacznę tęsknić do atmosfery jego książek
· Cranford Elizabeth Gaskell, na które polowałam od czasu obejrzenia świetnego serialu
· Witkacowskie Muzy Dominiki Spiettelun, do których zachęciła mnie Montogmerry
· Rekin z parku Yoyogi Joanny Bator, czyli popularna pisarka w jedynej wersji w jakiej ją lubię
· Zakochania Javiera Mariasa, których okładkowe zajawki bardzo wiele obiecują
· Zatańcz ze mną ostatni walc Zeldy Fizgerlad, może nie będzie to książka dobra, ale na pewno intrygująca
· Buckingham za zamkniętymi drzwiami, Bertranda Meyer-Stabley, czyli szansa żeby trochę się pokręcić po królewskim dworze
· Jej wszystkie życia Kate Aktinson, której Padma zrobiła taką reklamę, że nie mogłam jej nie kupić
· Jane Austen i jej racjonalne romanse Anny Przedpełskiej-Trzeciakowskiej, którą sobie zostawię pewnie na zimę, bo wtedy najprzyjemniej będzie posiedzieć w starym angielskim dworku w towarzystwie inteligentnej panny
· To ona napisała Marry Poppins, życie P.L. Travers Valerie Lawson, bo musiałam mieć biografię ulubionej pisarki mojego dzieciństwa
· Pamiętniki Zofii Tołstoj, do których się przymierzałam do czasu przeczytania Anny Kareniny.

kwiatki 4

I tak mogę wszem i wobec oświadczyć, że zamiast spring cleaning najpewniej zajmie mnie wkrótce wiosenne czytanie. Zwłaszcza, że w tworzenie stosu weszły fundusze przeznaczone na nowy odkurzacz. Cóż nie będę sprzątać, skoncentruję się na lekturze. I pewnie zrobię to bez żalu.

pszczoła

Reklamy

opuszczony

dama

Możliwe, że i nasze koszmary są dla nas w nocy straszne, ale po przebudzeniu jesteśmy inną osobą, którą niewiele obchodzi, że jej poprzedniczka musiała we śnie uciekać przed bandytami.

Marcel Proust „W poszukiwaniu straconego czasu.T.6 Nie ma Albertyny”, str 181

 

Tym razem podwójna niespodzianka. Po pierwsze zmiana tłumaczy, bo Boy nie zdążył opracować ostatnich dwóch części proustowskiego cyklu. Zmienia się wiec trochę język opowieści. Na współcześniejszy. Ale nie do końca jestem pewna czy lepszy. Bo mimo różnych staroświeckich fidrygałków, zdania były szyte przez Boya wytworniejszym ściegiem. Teraz zaczęłam rozumieć dlaczego przekład Żeleńskiego jest nazywany mistrzowskim.
Druga niespodzianka to znikniecie głównej bohaterki. Przez co w dużej mierze ten tom jest opisem stanu z czasu utraty. Nie tylko treścią opowiada o uczuciu wielkiego żalu, ale i ogarniętym letargiem smutku tempem akcji. A właściwie ciągłym jej przechodzeniem na bieg wsteczny. Dopiero pod sam koniec, kiedy bohater wraca trochę do siebie, kiedy już przeboleje swoją miłość, zaczynają do głosu dochodzić wydarzenia bieżące. I dopiero pokonując zmęczenie wywołane czytaniem o przejawach rozpaczy narratora, czytelnik zaczyna się orientować, że tylko tak, poprzez kompletne znużenie snuciem bezustannych wspomnień, mógł autor dać mu odczuć jak wygląda czas wielkiej tęsknoty po utracie najdroższej osoby.

mowa o:

Marcel

zbrodnia niedoskonała

przebiśniegi 1

Rozumie pan jednak, monsieur, ze człowiek czasami poświęca się zdobyciu jakiegoś celu, w pocie czoła dąży do zorganizowania sobie nowego trybu życia, łączącego odpoczynek i pracę, a potem mimo wszystko dochodzi do wniosku, że ciągnie go ku dawnym pełnym świetności czasom, ku dawnemu zajęciu, które tak bardzo chciał porzucić.

Agatha Christie „Zabójstwo Rogera Ackroyda”, Str 17

  Kolejny Poirot, tym razem na czas wiosennego osłabienia. Tutaj narrator był, na szczęcie, bystrzejszy. To doktor z małej mieściny, gdzie wszyscy znają wszystkich. Na dodatek ma siostrę, starą pannę, z którą mieszka i która uwielbia trzymać rękę na pulsie i być na bieżąco. Lubi też wszystkie lokalne ciekawostki z bratem omawiać, choć ten nie pali się do dyskusji. Wkrótce pojawia się temat, którego nie sposób uniknąć podczas żadnego towarzyskiego spotkania. W jednym z zamożnych domów popełniono morderstwo, a do stwierdzenia zgonu jest wezwany nasz lekarz narrator.

Oczywiście zaraz się okazuje, że sąsiadem pana doktora jest rozpoczynający hodowlę dyni Poirot. Słynny detektyw przerzuca jeden z nieudanych okazów przez płot i w ten sposób zawiera z lekarzem znajomość. Reszty łatwo się domyślić. Poirot szybko wraca do dawnej pasji i panowie spędzają razem mnóstwo czasu na próbach rozwikłania kryminalnej zagadki. Wokół kłębią się wydarzenia i domysły, a kolorów akcji dodają bystre uwagi lekarskiej siostry.

I wszystko było pięknie i końcówka byłaby pełna niespodzianek, gdyby nie jeden istotny szczegół. Otóż całkiem niedawno czytałam Mężczyznę w brązowym garniturze, za którego bardzo Christie chwaliłam. Niestety, okazało się, że nawet mistrzyni szła czasem na skróty i zastosowała w obydwu książkach ten sam trick. O czym się z wielkim niesmakiem przekonałam podczas czytania finału.

mowa o:

Agatha

zimówki

Ciągle chodzę w kozakach, nie wiadomo po co. Śniegu i mrozu ani śladu, zima tylko w kalendarzu, jeszcze przez parę dni. Trochę mi szkoda, że znowu mija ten czas dekowania się w cieple i cieniu zamkniętych pomieszczeń. Pokój z książką, sala kinowa, to miejsca gdzie najlepiej się czuję o tej porze roku. Do kina biegałam na ile się dało, choć program jak zwykle nie rozpieszczał.

Zaliczyłam głośnego Wilka z Wallstreet którego popularność zwalnia mnie raczej od jego opisu. Wrażenia miałam średnie, kolejny film balanga, na którym wyśmienicie i na dodatek nie za swoje pieniądze bawili się aktorzy.

W ramach wyciszenia obejrzałam Tajemnice Filomeny, gdzie łagodność Judie Dench ukoiła moje niepokoje wywołane brakiem słońca i przedwiosennym spleenem. To film-przypowieść, spokojny i prawie filozoficzny, na dodatek ze świetną obsadą. Taki balsam na duszę umęczoną współczesną walką  o przetrwanie i konieczne zwycięstwo. Otóż nie zawsze trzeba postawić na swoim mówi nam reżyser, pokazuje główna bohaterka. Czasem należy skinąć głową, powiedzieć parę mądrych słów i dać ponieść się życiu, nie starając się za wszelka cenę czegoś odwrócić lub zmienić.

Dla odmiany następny film miałam o ludziach walecznych, choć nie koniecznie do walki stworzonych. Monuments Men, czyli obrońcy skarbów to kino prawie akcji, z porządną obsadą wielkich lub pięknych amerykańskich chłopców. Akcja też szlachetna, o odzyskiwaniu dzieł sztuki po drugiej wojnie światowej. Oczekiwałam co prawda historii bardziej finezyjnej. Tymczasem był to sprawnie skonstruowany film wojenny, nie pozbawiony wzruszeń i anegdot, jak to w prawdziwym hollywodzkim wyrobie. Jedno jest pewne, podczas seansu spać mi się nie chciało, a po zakończeniu czułam na twarzy rumieńce. Czasem i dla takich wrażeń warto posiedzieć w kinie.

Kolorów pozbawił mnie zupełnie kolejny filmowy wybór. Właściwie to zabawne, że w zeszłym tygodniu dzień po dniu poszłam na filmy pozbawione akcji i jeden mnie udręczył, a drugi zachwycił. Na pierwszy wybrałam się, co tu kryć, pod wpływem lektury o Tomku Beksińskim. Mieszkaniec krypty, wielbiciel Nosferatu, zakręcił mnie na poszukiwanie wampirów. Jak wypatrzyłam w programie nowy film Jarmuscha, z Tildą Swinton na dodatek, to byłam zdecydowana, żeby go obejrzeć. Dla Tomka, w jego imieniu. I z własnego zamiłowania do zasłoniętych przed dziennym światłem okien. Spotkały mnie dwie niespodzianki. Po pierwsze Tylko Kochankowie Przeżyją było wyświetlane w ramach seansu tzw Kina Kobiet. Trafiałam więc na capstrzyk, gdzie usiłowano wcisnąć mi kolejno: bukiety z lilii, od których kicham, balsam do rąk, który wywoływał wysypkę i kupon na pizzę z zakalcem, wiec powodującą wzdęcia. Świetnie pomyślałam, wyobrażam sobie, jakby to wszystko Tomek zjechał. Choć może podobałoby mu się, że ludzie teraz w kinach nie żrą z szeleszczących torebek, tylko papierowych pojemników, wydających znacznie dyskretniejsze dźwięki. Sam film, litości! Zasługuje na laur najnudniejszego filmu dekady, a może i ostatniego dwudziestolecia. Blada Tilda leży na kanapie, przewraca kartki książki, od czasu do czasu sączy krew z eleganckiego kieliszka. Jej partner po drugiej stronie świata siedzi na sofie, ogląda kolekcje unikatowych gitar, zapodając wszelkie ich techniczne szczegóły. Też sączy. Wreszcie para się spotyka. Miejsce akcji: opuszczone Detroit. Miasto w którym zanikł urbanistyczny metabolizm zwiedzane przez cierpiące na chroniczną niedokrwistość istoty. Brak energii jest tu obowiązkowy, ale skąd pomysł na brak jakiegokolwiek życia? Owszem, na dziesięć minut pojawia się rozwydrzona młoda wampirzyca Mia, ale jest ona tylko chwilowym zakłóceniem. Potem, razem z bohaterami, film znowu popada w totalną anemię. Jedyne pięć minut zachwytu może wywołać końcowa piosenka. Reszta tylko senność i osłabienie.

Żeby te blade, ale trwałe wrażenia zatrzeć, jakoś zaradzic na filmowy niesmak, zaraz na drugi dzień obejrzałam Wielkie Piekno. Faktycznie. Film piękny jak sen, na dodatek, wyśniony przez samego Felliniego i to po mocnej trawce. Nawet patrzenie w sufit reżyser zamienia w dryfowanie po bezkresnym morzu. Jest tu wszystko co w Rzymie, co u Frederico najlepsze. Niezwykle typy (redaktor karlica została moim ulubionym). Snucie się bez celu po ulicach. Erotyka , szarady i zabawy towarzyskie. Główny bohater, wzięty dziennikarz, zaraz na początku oświadcza, że właśnie kończy 65 lat i nie ma czasu już na robienie rzeczy, których nie lubi. Prowadzi więc widza tropem swoich ukochanych czynności, pokazuje zwykłych ludzi, rzymskie bachanalia i zakamarki pełne dzieł sztuki. Przegląda najlepsze wspomnienia, obserwuje rzeczy niezwykłe, jak znikniecie żyrafy czy stado flamingów pasące się na jego tarasie. Może cały czas szuka, może tylko patrzy. Bierze udział w barwnych korowodach i podczas jednego z przyjęć wykrzykuje do gospodyni: Twoje wężyki są najlepsze, bo prowadza do nikąd. Chciałoby się powiedzieć: jak życie. Które dzięki taki filmom staje się i piękniejsze i większe.

warto:

Straszni Panowie Dwaj

obraz 1

Wszyscy oczekują dziwnego faceta w pelerynie i z minami a la Starowieyski zamieszkującego wraz z sową, wilkiem i kilkoma demonicznymi przyjaciółkami poddasze wypełnione starymi zegarami pajęczynami i trupimi główkami, który to facet ma wewnętrzne inklinacje do bycia kapłanem Sztuki Metaforycznej i wykładów uduchowionych na ten temat, takie skrzyżowanie Liszta z Towiańskim. Tymczasem ich oczom jawi się przeciętne wnętrze zastawione meblami Białystok nabytymi w handlu uspołecznionym i wypełnionymi płytami, magnetofonami, aparatami fotograficznymi, boksami, kolbami do lutowania, a wewnątrz porusza się sympatyczniak”

(list Z. Beksińskiego do Aleksandra Szydły w M. Grzebałkowska „Beksińscy Portret Podwójny”,  str 240)

zdjęcie 1

 

At the tender age of fourteen, tak powinnam zacząć tę notkę. Bo poznałam Beksińskiego w wieku lat 14, wędrując do domu po religii, która wtedy, jak Pan Bóg przykazał, odbywała się w Kościele. Zajęcia prowadził czarnooki i uśmiechnięty chłopiec, który  pokazywał nam przeźrocza ze scenami życia codziennego w  inferno. Gdzie każda z nas chętna była dać mu się zaprowadzić, bo młody księżyk piękniejszy był od diabła. By trochę ochłonąć, biegłyśmy potem do pobliskiego muzeum. Mogłyśmy tam do woli ślizgać się w filcowych kapciach. Mogłyśmy też doopbrazowac sobie nasze katechetyczne nauki, bo jedna z sal miała stałą wystawę Beksińskiego. Jakże nam się ona podobała! Jak lubiłyśmy wpatrywać się w obrazy Beksińskiego! Podziwiać, jak dokonał tego, czego zdołał tylko Anglik z naszego słownika: zamroził wnętrza piekieł. Potem je ładnie poporcjował, oprawił i tak, schludnie spakowane, serwował naszym zachwyconym oczom.

obrazy

Z Tomkiem miałam mniej szczęścia. Kiedy on grasował po okolicy, siedziałam grzecznie za biurkiem, ozdabiając zeszyty flamastrem. Jeszcze mody na lolitki nie było i nikt po klubach nie prowadzał dziewczynek z grzywką i w białych skarpetkach. Cóż, w młodości nie było mi lekko.

W każdym razie, jak wyżej opowiedziane historie wskazują, miałam motywację, by zabrać się za książkę o Beksach. I jeszcze te wszystkie zachwyty, typowanie do Nike, to był na pewno dodatkowy bodziec.

I co? Owszem Nike bym dała, ale nie autorce, tylko Zdzisławowi. Który oprócz tego, że malował, uwielbiał pisać, zasypywał znajomych tysiącami listów, barwnych, z pazurem, z treścią, żartem, metaforą która mogła i ubawić, i zaskoczyć. Widać, że ojciec nawet pod tym względem był lepszy od syna. Bo Tomek, niestety, aż tak nie błyszczał. Za młodu wypisywał straszne farmazony. Potem się trochę wyrobił, marudzenie wyniósł do rangi sztuki lub przynajmniej znośnego felietonu.

obraz

A sama biografia? Na pewno ciekawa. Uparty i egocentryczny malarz, jego rozpuszczony synek. Inżynier który zostaje plastykiem, uroczy chłopaczek, który chce zostać wampirem. Gdzieś w tle żona i matka, chłopaków podpora, sługa uniżona. Pomiatana i nieważna, dla autorki również. Dla autorki niby ważne są relacje, obiecuje, że będzie o trudnej miłości, ale  w to nie wierzcie. Co do miłości, to do siebie, owszem, wielką miał Pan Malarz. Synek kochał raczej nienawidzić, w wieku dorastania marzył o tym, żeby wszystkich wytłuc. Kiedy dorósł, łatwo mu nie było, nikt na dłuższą metę nie mógł z nim wytrzymać. Zresztą tak na serio, to nie dorósł nigdy, miał swoje zabawki (płyty i kasety), swoje przebrania (czarną pelerynę) i swoje laleczki, przy których zasypiał. Na których się wyżywał, często wręcz publicznie, w swoich felietonach. Wiemy o tym wszystko, bo Tomek jak pisał niby o muzyce, to sporo dawał o sobie. Wystarczyło wyguglac i już był pakiecik, gotowy materiał do wrzucenia w książkę.

zdjęcie

A jak ociec z synem? Co to się nie przytulali? Być może. Zresztą znacznie więcej będzie o relacji Mistrza z marszandem, energicznym Polakiem, mieszkającym we Francji. Najpierw trochę się głowiłam, po co tyle danych o targach o kolejne wystawy i obrazy. Ale potem się wydało. Po pierwsze panowie bardzo dużo do siebie pisali (nie tak jak z Tomkiem, który mieszkał obok, wiec listów po co pisać nie było). Po drugie, kiedy ostatecznie ze sobą malarz i wielbiciel zerwali, ten ostatni wysmarował książkę, w której nie szczędził szczegółów na temat Beksińskiego i jego rodziny. Wyszło z tego 800 stron, szczerych i kąśliwych do tego stopnia, że żona Beksińskiego obraziła się straszliwie i pilnowała, by panowie ze sobą się nie kontaktowali. Ta prawdziwa katoliczka do końca życia trzymała się braku przebaczenia. Dopiero po jej śmierci Beksiński (ateista, którego, nie wiadomo po co, z braku wiary autorka gorliwie tłumaczy) się jakoś z marszandem pogodził. Ale książka została i na pewno nie jedno do biografii wniosła. Pytanie tylko, ile z tego dobrze przepisała autorka, bo czasem wiarygodność zamieszczonych treści budziła moje podejrzenia.

zdjęcie 2

Zaczęło się od zdjęcia na którym Tomek, w wieku lat mniej więcej ośmiu, obejmuje kurę. Kokoszka jako kokoszka, chłopak wychowany na wsi, więc się nie zdziwiłam. Dopiero gdy tekst do zdjęcia przeczytałam, to zaczęłam mrugać i oczy przecierać. Autorka tutaj opowiada, jak Tomek miał fazę na hodowlę drobiu. I wziął pod opiekę same koguty. Tymczasem na zdjęciu jak byk, to znaczy jak kura, jest kura, duża i z krótkim grzebieniem. Wiem, że detal, ale zastanawia. Podobnie jak fraza w Beksińskiego liście „Tom potem miał niezły ubaw, wypisując w listach rozmaite bzdury sprzeczne ze sobą, a nawet robiąc sobie w listach trzy biografie, każda inna ”(M. Grzebałkowska „Beksińscy Portret Podwójny”, str 79)

Cóż robić, należy sobie szukanie prawdy odpuścić, cieszyć tym co dane, wyszperane, przepisane albo przeklejone z netu. Autorki, tak chwalonej, nie ma co dołować. Trzeba dołożyć jakiś niewielki komplement. Że dała żyć tekstom swoich bohaterów, że nie spieprzyła sprawy smętnym pitoleniem o tragedii artysty, samobójczym losie i samotności, co wśród tłumu zęby szczerzy w uśmiechu Draculi.

mowa o:

Beksińscy

moja pierwsza sufrażystka

fotografia

Nie wiem czy to dobrze, że dziewczęta w tym wieku interesują się sprawami raczej dla chłopców odpowiednimi. Przyszłość twoją mam na względzie, Anusiu. Obawiam się, aby twych zainteresowań nie poczytano za ekstrawagancje. Przygotowywać się powinnaś do roli, jaka przeznaczona jest kobiecie – do zarządzania domem, zajmowania się gospodarstwem domowym i robótkami dla stanu twego odpowiednimi. Na tamborku winnaś więcej wyszywać.

Maria Kruger „Godzina pąsowej róży” Str 128

Ostatnio w notce u To przeczytałam, komentatorki zgodnym chórem wspominały uroki Godziny pąsowej róży. Oczywiście też należałam i  ciągle należę do wielbicielek tej książki. Co więcej dzisiaj, przy ósmym marca, zdałam sobie sprawę że Pąsowa róża dała mi znacznie więcej, niż kilka godzin rozkosznie spędzonych nad lekturą.

Bo nie Kinga Dunin czy Kazimiera Szczuka, ale czternastoletnia Anda, wędrująca po odległej epoce stała się feministyczną przewodniczką moich lat dziecięcych. Na tle nieźle wymyślonej fabuły, traktującej o tym jak współczesna dziewczyna przenosi się osiemdziesiąt lat wstecz (z roku 1960 do 1880), mogłam zaobserwować jak bardzo w ciągu zaledwie osiemdziesięciu lat zmieniła się sytuacja kobiety. Anda współczesna uprawia pływanie i męczy się trochę z matematyką, ściga się z chłopakami, jej matka jest lekarką, a siostra próbuje sił w  aktorstwie. Anda przemieszczona do 19 wieku nie może chodzić sama po ulicy, wyszywa kapcie i musi zmieścić się w gorsecie. Na pensji dla panien uczy się mniej więcej tego, co  współczesne dzieci w czwartej klasie podstawówki. Z biegiem lat jej los nie zapowiada się lepiej. Może zostać albo starą panną, która nawet nie może się wybrać do teatru bez zgody rodzicielki, albo obarczoną wielodzietną rodziną mężatką, która musi znosić fochy i skąpstwo męża. Nic dziwnego, że staje na głowie by wrócić do swojej epoki. Też bym na jej miejscu tak robiła.

Bo mimo szlachetnych sukien, uroku starej biżuterii i wykwintnych obiadów, bycie kobietą w tych czasach byłoby dla nas obydwu nie do przyjęcia. I nie wiem czy współczesna dziewczyna, nawet ta, która oświadcza bezmyślnie że „bynajmniej nie jest feministką”, naprawdę dałaby  radę żyć bez tego wszystkiego, co zapewniły nam nasze praciotki, 100 lat temu wrzeszcząc i wymachując transparentami.

mowa o:

pąsowa

zainstaluj w lajfie książkę

książki

Chodzę, surfię i węszę. Nowe trendy na wiosnę. Najlepsze, najważniejsze w necie są chyba blogi lajfstajlowe. Każdy lajfsajl musi mieć. Zupie przed spożyciem trzeba zrobić zdjęcie,  nowe sznurówki w trampkach należy nie wiązać, ale linkowac, nawet podmuch wiatru cieplejszego we włosach warto wrzucić na instagram. Inaczej Cię nie ma, po prostu nie żyjesz.

Zrobiłam wiec przegląd i inwentaryzację, dla zbadania zastylenia mojego lajfu. I choć umknęła mi wczoraj szansa, by na bloga dać pomidorową (z lanym ciastem była), to jednak coś na rzeczy jest. Styla można by wyprofilowac z tego. Pewnie, że niszowy, ale kto wie, przy odpowiednim lansie i zachęcie, propagandzie i oświetleniu, może znajdzie paru zwolenników?

Chcę spróbować. Dlatego już dziś. Kumulacja i prezentacja porad, jak sobie radzić z czytaniem. Dla tych, co to „na książki czasu nie mają ”. Gwarantuje wam, że jest sposób, by ten czas znaleźć. Oto kilka prostych zasad, dzięki którym da się czelendżowi czytania sprostać:

1.      nie łaź z przeziębieniem

       Smarkasz, kichasz, chrypisz, zdychasz, ale łazisz. Do pracy. Bo musisz, bo szef, bo termin, bo kolega. Bo inaczej się nie da. Potem też. Obiad, pomaganie, układanie, w domu nie po to jesteś, żeby siedzieć. Ale zaziębiony/a po to, żeby poleżeć. Z książką. Zalegnij wiec spokojnie, uznaj, że z takim kapaniem nosa i tak nic nie zrobisz. Weź herbatę i chusteczki pod rękę, a książkę w ręce obydwie. Nie musi to być słownik filozofów, wystarczy niezły kryminał. Gwarantuję, że po paru popołudniach w kocach, malinowych sokach i relaksujących tekstach poczujesz się lepiej.

3.      kup lakier do paznokci

Są dwie czynności, które wymagają spokojnego siedzenia. To czytanie i suszenie świeżo wymalowanych paznokci. Można je z łatwością połączyć w użyźniające umysł sesje. W tym celu trzeba polakierować pazury dokładnie i kilkakrotnie, potem usiąść wygodnie oświadczając, że niczego poza brzegami kartek tknąć przez najbliższe pół godziny nie możemy. Dla zachęty dodam, że podobno w tym sezonie najmodniejszy jest lakier biały, który trzeba nakładać warstwowo i zestalać bardzo powoli.

4.      nie niszcz bałaganu

Cierpisz, bo nie ułożyłaś w kostkę skarpet, nie obrębiłaś firanek, nie wypolerowałaś kranów? Odpuść. Skarpetki równie dobrze czują się w kłębach, firankom nic się nie stanie, krany po jednym myciu znów będą spryskane. A Ty zamiast jęczeć nad jałowością starań o miano perfekcyjnej pani domu, masz szansę poczuć się lepiej stając sie beztroską czytelniczką biografii ludzi, którzy bez sprzątania osiągnęli wiele.

5.      nie czytaj głupich gazet

Masz w planie jakieś dłuższe czekanie. U fryzjera, na pociąg, autobus czy w sporej kolejce. Żeby się nie nudzić wzięłaś do przejrzenia Vivę, podczytujesz Galę, zerkasz sobie w strony Poradnika Domowego. A przecież w tym czasie możesz równie dobrze, a właściwie znacznie lepiej, wziąć się za książkę!

6.      zrób rachunek z zanudzenia

Umówiłaś się z Krychą, chociaż strasznie ględzi. Jutro widzisz się z Majką, i już wiesz co usłyszysz. Że jej Michaś ma stopę jak podolski złodziej i wciąż nie nadąża z kupnem dla niego obuwia. A Marysia trzy godziny dziennie spędza nad fizyką. Na samą myśl o tych rewelacjach ziewasz, ale nie odpuścisz, bo trzeba spotykać się ludźmi. Owszem trzeba, byle nie za często. Pomyśl, czy serio chcesz przytakiwać Hance do narzekań na Krzyśka. Potem mały bilans, czy nie warto byłoby od czasu do czasu z tych atrakcji zrezygnować i sięgnąć po inne, czyli czytelnicze?

7.     czytaj przy jedzeniu

spożywanie kanapek to piętnaście minut, obiad pół godziny. Nad talerzem można siedzieć kładąc za nim książkę. Może to być coś apetycznego, jak wspomnienia Wańkowicza o litewskich kołdunach.

Czytać można też wannie, o czym na szczęście już kiedyś pisałam. I przy wielu innych okazjach i czynnościach, o czym może i będzie, ale trochę później. Bo na teraz kończę i idę do książki.

mowa o:

Instalacja