Miesiąc: Luty 2020

Odkrycie

Wgryzł się w swoją gorycz. Dziś jeszcze prosił nieśmiało, jutro będzie klął, a za rok popadnie w obłęd.

Joseph Roth „Hotel Savoy”, str 123

Roth, Joseph Roth, proszę go nie mylić z Philipem, to pisarz niedawno przeze mnie poznany. Znajomość te zawarłam z zachwytem i na dłużej. Bo Joseph Roth pisze tak, że jak się go czyta, to wiadomo od razu: facet jest mistrzem w ujmowaniu rzeczy i zjawisk w słowa. Nie dziwaczy, nie przesadza, nie robi girlandek z metafor i supełków ze składni. Ale nie jest to tez proza literacko jałowa, nie jest pozbawiona błyskotliwych pisarskich zabiegów. Stosowane z umiarem nadają jej szlachetności i cóż, powiedzmy, że blasku.

Kiedy zaczęłam kupować książki Rotha, elegancko wydane przez krakowską Austerię, prawie dziwiłam się jak to możliwe, że kosztują tyle samo, co kryminały na przykład Bondy. Bo takie wino przecież, choć zawsze ma formę płynną i jest sprzedawane w butelkach, cenę ma uzależnioną od stopnia szlachetności. A książka, bez względu na jakość zamieszczanego tekstu, kosztuje zawsze tak samo. Jedynie ilość stron i jakość okładki i papieru może spowodować podwyższenie ceny danego wydania. Nie no, wcale nie narzekam, że za Rotha nie każą mi płacić trzy razy tyle co za dzieło Bianki L. Się tylko delikatnie zastanawiam jak to działa.

W każdym razie zapewniam Was, że Joseph Roth jest wart czytania. Oświadczam to po zakończeniu lektury jego Hotelu Savoy i przejrzeniu kolejnych sześciu lub siedmiu tytułów jego autorstwa.

Dlaczego Hotel Savoy, a nie Proza Podróżna albo Marsz Radetzeky’ego, te bardziej znane tytuły autora? Bo do literatury, powiedzmy, hotelowej, mam niezwykłą słabość. Lubię zaglądać w hotelowy mikroświatek, z reguły pokazujący jak działa dane społeczeństwo, jakie zasady nim rządzą. Hotel Du Lac i czy Ludzie z Hotelu, to powieści idealnie spełniające moje w tym zakresie oczekiwania. Roth też mnie nie zawiódł. Choć jego Hotel Savoy to raczej nie wykwintna noclegownia, a ostoja opresji i społecznych nierówności. Pod pozorami luksusu łatwo dostrzec okrucieństwo i absurd rządzące relacjami na linii biedni bogaci.

I jedni i drudzy zamiast działać, czekają na mesjasza, co zagwarantuje im jak nie wybawienie, to przynajmniej spokojną i zasobną egzystencję. Mesjasz, czyli pochodzący z okolic Hotelu milioner, przybywa, ale wcale nie chce spełnić oczekiwanej od niego misji. Ma zamiar zaspokoić wyłącznie swoje potrzeby i kiedy tego dokona, znika bardziej niepostrzeżenie niż się pojawił. Przez co zostawia i bohaterów książki i samego pisarza w stanie niedowierzania i bezradności. Tak silnym, że zakończenie książki zawodzi nieco i sugeruje nagłą chęć porzucenia jej akcji przez autora.

warto:

tego nie czytajcie czyli porażki 2019

Oślinione usta dziewczyn, które nie mogą istnieć bez swych ojców, braci, wujów czy mężów, dotykają pomarszczonych powierzchni dłoni swych rodzin, pielęgnując odrębność, obyczaj i język.

Waldemar Bawołek „Bimetal”, str 5.

Zaraz, zaraz, miałam przejść do omawiania bieżących lektur, kiedy zauważyłam pewien brak w opisywaniu tych zeszłorocznych. Tak, zapomniałam ponarzekać na książki niedobre. A przecież były, o, trafiały się całkiem często i budziły to śmiech, to złość, to niedowierzanie. Najwięcej tych negatywnych reakcji wywołało u mnie dzieło pisarza coraz bardziej znanego. Waldemar Bawołek miał w zeszłym roku wyjątkowe powodzenie, jeśli nie u czytelników, to u wydawców i krytyków na pewno. Kiedy sięgnęłam po jego Echo Słońca, stwierdziłam, że całkiem słusznie. Ale gdy wreszcie zerknęłam do przywiezionego z Targów Książki Bimetalu, zmieniłam zdanie. Bo tam znalazłam teksty upiornie niedobre. Nie tylko grafomańskie, ale i pełne mitomanii, szowinizmu i mizogini. Ta mieszanka była tak fatalna, że pobiłam swój rekord prędkości z rezygnacji z czytania książki i porzuciłam ją niedoczytawszy pierwszej strony.

Kolejnym zawodem czytelniczym była głośna i podobno budząca zachwyty książka o życiu pewnego księgarza i antykwariusza w małym szkockim miasteczku. Facet zrobił furorę, opisując swoje życie wśród książek, a do jego miejsca pracy zaczęły sunąć pielgrzymki chętnych do sprawdzenia, jak ono rzeczywiście wygląda. No i dałam się skusić. Wydawało mi się, że nawet jeśli rzecz będzie błaha, to dzięki tematowi chociaż  urocza. Niestety nie była. Na darmo starałam się odnaleźć w tekście ciekawe historyjki o dniach powszednich bibliofila. Autor okazał się nie miłośnikiem książek, a zapalonym buchalterem. Czego rezultatem były teksty przypominające bardziej księgę przychodów i rozchodów niż pamiętnik księgarza. Poddałam się po kilkudziesięciu stronach i odłożyłam książkę na półkę.

Na koniec kilka słów o książce może nie najgorszej, ale na pewno najnudniejszej. Na szczęście ta, w przeciwieństwie do dwóch pozostałych, trafiła do mnie z biblioteki. Wreszcie, Buksy zmądrzałaś, powiedziałam sobie, kiedy po serii ziewnięć zrezygnowałam z dalszego czytania Swingtime Zadie Smith. Dzięki której przekonałam się, że nawet na tak fascynujący temat jak taniec można napisać kompletnie nieciekawy tekst.

mowa o:

jeszcze jedna zeszłoroczna

 

Staję przed biurkiem drugiego ojca, młodszego-moczy nogi w płynącym przez biuro aromatycznym strumieniu, robi notatki w notesie z moleskinowa okładka. Notes omdlewa z rozkoszy, rozkłada szeroko kartki. Ojciec zapisuje w nim złote myśli.

Olga Tokarczuk „Anna In w Grobowcach Świata”, str 51

Co tu kryć, Nobel nie tylko ministra zmotywował do sięgnięcia wreszcie po książki pióra obecnie najbardziej znanej polskiej pisarki. Ale całe rzesze współrodaków. Mnie także. Gdyby nie nagroda dla autorki, pewnie przez kilka następnych lat chomikowałabym ten tytuł, jako żelazny zapas na czasy, gdy nie będę miała co czytać.

Ale poddałam się panującym od października trendom i oto rok zakończyłam wczytując się w jedno z dzieł Noblistki. Czyli w Annę In w Grobowcach Świata.

To pomieszanie mitologii z science finction daje koktajl, przyznaję, niezwykły. Ale nie będę kłamać, że mnie zachwycający. Dlatego Anna nie wylądowała w notce o wybestach zeszłego roku. Jednak zasługuje na wyróżnienie i osobny opis.

To w Annie autorka zastosowała słynnego czwartoosobowego narratora, tak entuzjastycznie opisanego w mowie noblowskiej. Tak naprawdę jest to narrator wieloosobowy, podobny do tego, jaki występuje w Biblii. Podobieństwo jest chyba nieprzypadkowe, bo historia zmartwychwstania i tu i tam staje się w pewnym momencie wątkiem głównym opowieści. Głos zmultiplikowany ma stać się głosem Pana, istoty wszechwiedzącej i wszechwidzącej. Tyle, że do mnie osobiście ten wybieg literacki średnio przemawia. Ten „ja Każdy, który opowiadam” drażni mnie. Mimo pierwszosobowego narratora, otrzymuję narratora pozbawionego osobowości. Na szczęście styl wypowiedzi relacjonujących akcję temu brakowi przeczy. Cieszy mnie to, bo po prostu lubię, kiedy książka do mnie gada głosem człowieka, a nie głosem istoty poza albo nadziemskiej.

Sama Bohaterka, sumeryjska bogini, co postanawia zejść do podziemi, do świata zmarłych, rządzonego przez jej siostrę bliźniaczkę, to kobieta na wskroś nowoczesna. Śmiała, pozbawiona zahamowań. Wyzwolona nawet od śmierci. Imponuje mi, przyznaję szczerze. Oraz prowokuje do zadumy. Nad tym, jak to naprawdę było z innym mitem. Tym, co stał się fundamentem obowiązującej w naszym kraju religii. Tak, przy czytaniu tej książki przemknęła mi nieraz przez myśl refleksja czy biblijny odkupiciel grzechów w swojej pierwotnej, czytaj prawdziwej wersji, nie był kobietą.

Utwierdziły mnie w tym przekonaniu nie tylko prześmiewczo opisane postaci ojców, co niby mogą, ale nie chcą pomóc Annie w jej powrocie do świata żywych. Ale posłowie od tej książki. Napisane przez samą autorkę, zamiast z reguły oferowanych w tym miejscu wydumanych dywagacji literackich, daje klarowne i mądre wyjaśnienie przesłania tej opowieści. Brzmi ono tak jak poniżej i przyczynia się do zwiększenia mojego entuzjazmu dla tej książki.

mowa o:

Olga Tokarczuk, posłowie do „Anna In w Grobowcach Świata”, str 214