Miesiąc: Listopad 2011

creme de la creme

 

W przyszłym roku będą was uczyli specjaliści: kto inny historii, kto inny matematyki, kto inny języków; czterdzieści pięć minut na to, czterdzieści pięć minut na tamto. Ale w ostatnim roku ze mną zbierzecie owoce pełni mojego życia. I to wam zostanie na zawsze.

Muriel Spark „ Pełnia życia Panny Brodie”, Str 47

 Panna Brodie stała się bohaterką zeszłej wiosny, a mnie przyszła ochota na zwarcie znajomości jesienią. Przedyskutowana i wyczytana na wszystkie strony, na wszystkich blogach, łypie teraz smętnie z otwartej książki. Piękna Panna Brodie, energiczna, zuchwała, pełna życia, choć niespełniona. Kim ona do licha jest, ta prowincjonalna nauczycielka o ambicjach trochę zbyt wygórowanych jak na wiejska szkółkę, mocno wybujałym libido i nieposkromionych ambicjach pedagogicznych. Moim zdaniem nie jest nawet tak naprawdę bohaterką historyjki, której tytuł obdarzyła swoim imieniem. Bezkonkurencyjnie wysiodłała ją z tego miejsca Sandy, jedna z ulubionych uczennic.

Ale może lepiej coś wspomnę o fabule, bo a nuż zjawią się jednostki, które książki jakimś cudem nie czytały. Dla nich słów kilka wyjaśnienia. Otóż panna Brodie uczy w okresie międzywojennym dziewczęta w jednej ze szkockich szkół. Robi to w sposób niekonwencjonalny, raczej nie w klasie, tylko w cieniu drzew, raczej nie z podręczników, tylko snując własne opowieści. Jednym słowem Panna Brodie jest super, bo zamiast kazać dziewczętom wkuwać nudne formułki, oplata na lekcjach o swoich podróżach, romansach i kreacjach. Ma szóstkę ulubienic, którym poświęca znacznie więcej uwagi, zabiera je na wystawy, przestawienia teatralne i co sobotę zaprasza do domu. Bo panna Brodie jest pełna zawodowej pasji i robi wszystko by właściwie ukształtować swoje podopieczne. I tak mamy historię, w której snują się cienie Klaudynki i Pikniku pod Wiszącą Skałą. Pensjonarki, czy może być wdzięczniejszy temat? A właściwie bardziej skomplikowany?

W miarę rozwoju akcji czytelnik przekonuje się, że panna Brodie nie jest tylko egzaltowaną orędowniczką sztuki i piękna. Powoli i niepokojąco zaczyna pokazywać lekko psychopatyczne skłonności, wykorzystując uczennice do coraz bardziej niebezpiecznych gierek. Ale nie do końca staje się panią sytuacji, niektóre sprawy wymykają jej się spod kontroli. Na przykład dziewczyna typowana na kochankę wielbiciela Panny Brodie zostaje nieoczekiwanie pozbawiona tej roli przez Sandy, brzydką, wąskooką pannicę, która obserwuje Panne Brodie od lat. A może nawet więcej niż obserwuje, bo pod wpływem opowieści nauczycielki jako dziecko snuła coraz dziwniejsze fantazje, pisała cudaczne romansidła i do spółki z koleżanką wymyślała zabawy będące inscenizacjami fragmentów życia Panny B. Pytanie tylko, na ile były to śmieszne wybryki dziesięciolatki, a na ile przejawy niebezpiecznej osmozy osobowości. Kiedy Sandy podrośnie i zacznie wraz z koleżankami ze „stadka” panny Brodie pozować szkolnemu artyście, w portrecie twarzy każdej z dziewcząt doszuka się uderzającego podobieństwa do panny B. Może to nic dziwnego, bo malarz kocha się w pannie B. A może to przejaw obsesji Sandy, która nie potrafi się uwolnić od panny B., bo ta wtopiła się tak mocno w umysły jej i jej koleżanek, że zatraciły one cechy indywidualne i stały się kopiami swojej mentorki. Za to właśnie najbardziej cenie tę książeczkę panny Spark. Za to, że jej niby błaha fabuła kryje w sobie drugie, a może i trzecie dno, że wywołuje po przeczytaniu falę niekończących się domysłów.

mowa o:

Reklamy

kitek

Jestem inletektualistą. Poniekąd enklycopedią słów obcych, aurytotetem pierwszej kategorii. Nie idzie mi przy tym o to, by przechwalać się mym uniserwalnym wykształceniem, lecz jedynie o prezycję językową. Nie trzeba do tego zaliczyć gimzanjum. Wystarczy własna iwincjatyna.

Walter Moers „Kot Alchemika”, str 64

Jak tylko robi się zimno, odczuwam ciągoty do czytania opowiastek, bajek, historii nieprawdziwych. Dlatego kiedy słupek rtęci zaczął wskazywać poniżej 5 stopni, natychmiast chwyciłam za mojego ostatniego Moersa. Nie dość, że to  że bajka, to jeszcze z kotkiem, a kot to najlepsze stworzenie na chłody, z tym swoim ciepłym mruczeniem, zaspaniem i miękkim futerkiem. Jeszcze żeby tak chciał siadać na kolanach. No ale nie wymagajmy za dużo.

Kot z Camonii może do pieszczochów nie należy, za to posiada dwie wątroby, niesłychaną pamięć i umiejętność prowadzenia rozmowy w każdym z istniejących języków. Nic dziwnego, że tak na naprawdę nie jest to kotek, tylko Mrukotek. Ten, z którym zawarłam bliższą znajomość, ma wyjątkowego pecha. Po pierwsze mieszka w Sledwai, miasteczku „ w którym występują najrzadsze bakterie i najdziwaczniejsze choroby: kaszel mózgu i migrena wątroby, świnka żołądkowa i katar jelitowy, szum uszny i depresja nerkowa. Krasnoludzka grypa dopadająca jedynie osoby poniżej metra wzrostu. Ból głowy godziny duchów, rozpoczynający się wraz  z wybiciem północy i znikający punkt pierwsza, zawsze w pierwszy czwartek każdego miesiąca. Fantomowy ból zębów, dotykający wyłącznie ludzi, którzy noszą już sztuczne szczeki” (Walter Moers „Kot Alchemika”, str 9). Po drugie jego spokojne bytowanie ulega gwałtownemu pogorszeniu po śmierci jego pańci. Echo, bo takie nosi imię ten mrukotek, zostaje wyrzucony na bruk i na próżno błaga o nakarmienie słaniających się z osłabienia mieszkańców miasteczka. Bliski śmierci głodowej decyduje się na dramatyczny krok: wchodzi w układ z przeraźnikiem, okrutnym alchemikiem władającym miastem. W zamian za wikt obiecuje mu podarować własne życie, a właściwe potrzebny do eksperymentów  tłuszcz z własnego grzbietu, po upływie księżycowego miesiąca.

W ten sposób Echo załapuje się nie tylko na potrawy najlepszego kuchmistrza Camonii, ale i na staż u wybitnego czarodzieja. Zamieszkuje  z nim razem w niesamowitym zamczysku, poznaje z czasem jego słabości i zalety. A także jego szaleństwa.

Jak to w Camonii bywa, wszystko jest niezwykłe. Opisy dań serwowanych mrukotkowi doceni każdy smakosz z wyobraźnią, a każdy miłośnik bajkowych historii poczuje się nasycony czytając o ich cudownych właściwościach. Ponieważ kot i alchemik spędzają mnóstwo czasu razem, opowiadają sobie sporo historii, zaczynają tworzyć miedzy sobą dziwna relację i w pewnym momencie mrukotek zdaje się wręcz cierpieć na syndrom sztokholmski.

Jednak nie zapominajmy, że mamy do czynienia nie z przypowiastką psychologiczną, a z baśnią, która musi być sporządzona zgodnie z kanonami gatunku. Dlatego mamy taki a nie inny finał, brawurowością ocierający się prawie o śmieszność. Na szczęście olbrzymia wyobraźnia autora, poczucie humoru i umiejętność zabawiania czytelnika setkami niezwykłych pomysłów sprawiają, że każdy poszukiwacz prawdziwych bajek poczuje się w pełni usatysfakcjonowany.

mowa o:

singiel

 

 

To jest właśnie wolność – pomyślał. Wolność polega na tym, ze bierze się, co się chce i nie zaciera śladów. 

 Anita Brookner „Prywatne doznania”, Str 230

 

 

 

Dlaczego wszyscy samotni bohaterowie angielskich książek maja na imię George? Nie mogłam się oprzeć tej refleksji, czytając ostatnio wypożyczoną Brookner. George stworzony przez Isherwooda ciągle jeszcze mocno tkwił mi  w pamięci, utrwalony filmem Forda, a zwłaszcza gra Colina Firtha.

 George Brooknerowski jest heteroseksualny i mniej intelektualny, ale też zagubiony w życiu. Ten George właśnie przeszedł na emeryturę i zamiast cieszyć się wolnością roztrząsa w pamięci wydarzenia ze swojej, niezbyt wesołej przeszłości. Wspomina kłócących się rodziców, potem dziwaczejącą matkę, wreszcie coraz nudniejszy w swojej jednostajności związek miłosny. Najmilej kojarzy mu się jedyny przyjaciel, którego poznał u początku zawodowej kariery, z którym spędził wiele przyjemnych chwil i planował wspólne wojaże po zakończeniu pracy. Niestety Putnam zmarł nieoczekiwanie, zostawiając Goerge’a z niemałą fortuną i brakiem chęci do realizowania podróżniczych planów w pojedynkę.

 

Georgowi pozostaje wiec snucie się po mieście, wędrowanie po elegancko urządzonym mieszkaniu, poczytywanie książek, drzemka i pogawędki z portierem. Ten smutek bezczynnych dni nagle przerywa pojawienie się młodej kobiety, Kate, która rzekomo została zaproszona do skorzystania z mieszkania obok przez nieobecnych sąsiadów. Po chwili wahania Goerge udostępnia jej apartament i odtąd, zupełnie nieoczekiwanie, staje się obiektem zainteresowania  Kate. Najpierw niechętny jej nagłym wizytom, po pewnym czasie zaczyna upatrywać w Kate szansy na odmianę swojego losu. Dla obojga jasnym jest, że Kate chodzi tylko i wyłącznie o dobranie się do pieniędzy George’a. Ale nagle,w wieku 65 lat ogarnia go chęć na przeżycie czegoś ekscytującego. Problem George’a polega bowiem nie tylko na osamotnieniu i nudzie, ale i na niezdolności do odczuwania pasji. Zawsze spokojny, zawsze rozważny, George nigdy nie wykrzesał z siebie wielkiej namiętności, czy do kobiety, czy do sztuki, czy do czegokolwiek innego. I teraz George ma ochotę stać się jednym z bohaterów wzorowanych na postaciach z Nobokova. Choć miałby być tragiczny, to chce być szalony. Ale czy człowiek, który godzinami rozważa każdy swój następny krok, jest w stanie działać spontanicznie i beztrosko?

 

Tego można się dowiedzieć dopiero przy końcu powieści, o ile czytelnik dotrwa do niego, niezniechęcony drobiazgowymi opisami wszystkich wątpliwości bohatera. Brookner bowiem uczyniła z historii George bardzo szczegółowy opis stanów samotności. Pokazując jak George mozolnie wypełnia sobie puste dni, jak rozpaczliwie poszukuje zasadności podjęcia najbłahszych choćby działań, autorka perfekcyjnie portretuje życie człowieka bezczynnego.

  Jeśli jednak książka wzbudziłaby w Was lęk przed jałowością emerytalnych dni, niewątpliwą pociechą będzie to, że po realizacji zapowiadanych zmian, w wieku 65 lat każdy z nas będzie jeszcze pracował dziarsko pełną parą, odsuwając nudę na o wiele późniejszy czas.

mowa o:

w drodze na Hula Gula

Kiedy podczas spotkań autorskich pytają mnie, co mam teraz na warsztacie, to biorąc pod uwagę, że ostatnio moim warsztatem jest komputer, odpowiadam, że na warsztacie mam popiół i psią sierść. A na pytanie, skąd czerpię natchnienie, co mnie pcha do pisania, mówię że konkretne zamówienie i niezapłacony rachunek, ja nie lubię pisać, ale w związku z tym, ze nic innego nie potrafię, to piszę. Nie żyję, żeby pracować, tylko pracuję, żeby żyć.

Maria Czubaszek „Każdy szczyt ma swój Czubaszek”, Str 94,

 

Lubię absurd, bez tego lubienia nie byłabym tu gdzie jestem przez tyle czasu. Nic tak nie dodaje życiu smaczku jak szczypta niedorzeczności. W latach dzieciństwa tej przyprawy dostarczało mi słuchanie audycji „60 minut na godzinę” w radiowej trójce. Młoda lekarka, chłopaki opowiadający sobie filmy czy wreszcie pewien nerwus który mówił serwus byli moimi ulubieńcami, których kochałam głównie za niezmącony spokój i lekkość w pleceniu bzdur. Już wtedy strzygłam uchem na dźwięk nazwiska Czubaszek, bo wiedziałam że oznacza niezły tekst i prawdziwy galimatias zwariowanych skojarzeń i nonsensów. Dlatego nie mogłam się oprzeć, gdy to samo nazwisko zobaczyłam na okładce książki. Wreszcie nadarzyła się okazja, żeby dowiedzieć się czegoś więcej kto się za tym wszystkim kryje. Faktycznie, moje wiadomości na temat zjawiska pod tytułem Maria Czubaszek poszerzyły się znacząca.

Niedoszła anglistka, zawdzięczała życie bystremu psu, a karierę zaczynała od pisania artykułów do Przeglądu Sportowego. Szybko wyszła za mąż za niewłaściwego faceta i potem długo się z nim rozwodziła. Miała mnóstwo kochanków i psów. O tych pierwszych rzekomo zapomniała, o tych drugich opowiada z czułością i swadą. Wspomina też wybitnych znajomych, miedzy innymi Jonasza Kofte, Adama Kreczmara czy Jacka Janczarskiego. No i oczywiście tłumaczy się z małżeństwa z Karolakiem całkiem szczegółowo, choć bez sentymentu, W ogóle jej opowieści to nie wywody na wysokich obcasach i z zadartym nosem. Maria Cz. nie cedzi słów przez wypuczone silikonem usta, nie trzepocze jedwabiem rzęs nad błękitnymi źrenicami uzbrojonych w odpowiednie soczewki oczu. Nie unosi wzdychając obfitej i dobrze odsłoniętej piersi, nie odgarnia wystudiowanym gestem złotego loka znad czoła. Jednym słowem przyzwyczajonym do obowiązującej w naszych tokszołach konwencji Maria może wydać się mało kobieca.

 

A ona sobie po prostu rozmawia z sympatycznym facetem. Jak wiadomo jest kobietą dowcipną, Arturowi A. tez niczego nie brakuje, a po pytaniach (Andrus) i odpowiedziach (Czubaszek) widać, że tych dwoje odbiera na podobnych falach. Dzięki temu całość jest porządną pogaduchą o życiu, zwierzakach znajomych i krewnych królika, a także o przygodach zająca. I naprawdę dobrze się to czyta po całym dniu listopadowej rzeczywistości. 

mowa o:

o zmierzchu

Wreszcie dzięki zmianie godziny mamy wspaniale wydłużone wieczory. A wieczorem, wiadomo, trzeba poczytać. Albo siąść gdzieś pogadać. Albo pójść do kina. Mnie ostatnio pognało na kilka filmów, z których najlepiej, najdłużej wspominam Melancholię. To film, który ma moc trzymania się w głowie i od niektórych obrazów pewnie nie uwolnię się już nigdy. Oczywiście poszłam też popatrzeć na Jane Eyre, właśnie tak, bo tylko do oglądania to się nadaje, do podziwiania pięknych kostiumów i dramatycznych krajobrazów. Dla mnie to kandydat do Oscara za scenografię, reszta taka sobie, no ale cóż można tak naprawdę jeszcze wykrzesać z tej staroświeckiej historii, ekranizowanej co trzy lata mniej więcej. Zaliczyłam też Służące, co do których przeliczyłam się. Oczekiwałam czegoś więcej niż hollywoodzkiego gniota o dobrych i złych, ciemiężonych, lecz niezwyciężonych. Jeśli jednak czytają to jakieś miłośniczki mody vintage, to polecam pójść obejrzeć sobie dokładnie, bo kiecki z końcówki lat pięćdziesiątych były nie do pobicia. Za to ich właścicielki, wypieszczone lalunie z Południa, prosiły się wręcz o mocny strzał w szczękę. Napasłam wzrok kolorami, nawzdychałam się nad losem ofiar rasizmu, ale do księgarni po książkę nie pobiegłam. Za to przeszłam się do biblioteki i w rezultacie mam taki oto zapas na wydłużony czas popołudniowego czytania:

Jest tam:

  1. Opowieść blogowiczki o Japonii, ostatnio przemieniona w książkę.
  2. Zbiór kolejnych historyjek z życia Mirona B.
  3. Minipowieść tegorocznego laureata Nagrody Bookera.
  4. Kryminał coraz bardziej lubianego Kingsleya Amisa.
  5. Kolejna powieść nieoszacowanej Pani Brookner.
  6. Nie greckie, ale cypryjskie historie poważniejszego z braci Durrel.
  7. Dialogi nie na cztery nogi (tylko koła), z kairskimi taksówkarzami.
  8. Zbiór opowiadań mojego ukochanego Nabokova.
  9. Nieznana szerzej powieść mało popularnej pisarki.
  10. Pogaduszki z Marią Czubaszek.

 Ozdobą stosu miał być nowy tom przygód braci Morgan, ale niestety wciąż jeszcze przemierza szeleszczące pokłady liści i nie dotarł.

flash in the pan

No bo co charakteryzuje człowieka? Jakie pytanie zadajemy mu jako pierwsze, kiedy chcemy się czegoś o nim dowiedzieć? W niektórych społeczeństwach najpierw pytamy czy jest żonaty, czy ma dzieci, u nas przede wszystkim pytamy o zawód. Człowiek zachodniego charakteryzuje jego miejsce w procesie produkcyjnym, a nie jego status jako reproduktora.

Michel Houllebecq, „Mapa i Terytorium”, str 140

 Mój pierwszy Michel właśnie skończony. Po dziwnej przygodzie sensorycznej, czytaj po odczekaniu na wywietrzenie podejrzanego smrodku, książka została wzięta do czytania. W tym przypadku była to czynność gładka, pozbawiona entuzjazmu i nagłych uniesień. Bezbarwność stylu, jego potoczysta nijakość sprawiła, że manewr przeczytania został wykonany szybko i sprawnie. Teraz mogę już sobie odfajkować i Houellebecq’a i Goncourtów za ten rok i spokojnie rozejrzeć się za kolejna lektura. Co pozostanie mi po tej?

Przede wszystkim zdziwienie, że książka tak mocno osadzona we współczesności dostała tak prestiżową nagrodę. Przecież to wszystko, to nabijanie się z  Billa Gatesa i sztuki współczesnej, obgadywanie Beigbedera i aktualnych prezenterów TV France będzie kompletnie niestrawne za lat 10, no może 20. Jedyne, co może usprawiedliwić szanowne jury, to że za wszelką cenę chciało wykazać się poczuciem humoru i krytycznym nastawianiem do rzeczywistości. Opisanej tutaj z wielkim przekąsem, z nagromadzeniem słusznych, lecz niedokrywczych uwag autora na temat społeczeństwa i świata.

Kto czytał 29, 99 Beigbedera zrozumie dlaczego autor mapy i terytorium darzy tego pisarza tak wielka estymą. Frederic bluźni, jest błyskotliwy, czasem obrazoburczy. Michel marudzi, kwęka, obrzydliwy umie być jedynie sięgając do wikipedii i  tradycji ustanowionych jeszcze przez Baudelaire’a. Frederic ma szpony, którymi potrafi mocno szarpnąć jaźń czytelnika, Michel ma tylko obgryzione paznokcie, które podskrobują, nie robiąc głębszych śladów.

Dlatego powiem, że z nową książką nie jest ani dobrze ani źle, po prostu średnio. Można ją śmignąć w ciągu dwóch dni, można jeszcze krócej, kiedy się sięgnie tylko po najlepszą cześć, to jest środek. Cześć pierwsza, czyli portret artysty jako młodego człowieka jest mało odkrywcza, cześć trzecia, pseudokryminalna, napisana z zachowaniem zbyt wielu reguł gatunku. Natomiast w drugiej jest pisarz i jego warsztat, dom, pies, i ogród i to jest to co wyszło Michelowi najlepiej.

mowa o: