Miesiąc: Czerwiec 2009

pochwała zwyczajności

Pewnego razu mój ojciec (…) pogniewał się o coś na mnie i podając mi nocniczek , uderzył mnie dość silnie w tył głowy. Nabił mi guza. Ojciec, gdy był w dobrym humorze, twierdził, że temu to uderzeniu zawdzięczam, że jestem poetą.

 Jan Sztaudynger „Szczęście z datą wczorajszą”

W mojej rodzinie od dawien dawna funkcjonuje powiedzonko „ z żyra biesitsja”. Znaczy to mniej więcej tyle, że z przejedzenia człowiekowi przewraca się w głowie. Dlatego przekarmiony kawiorem, łososiem lub innym specjałem, chętnie sięga po smalczyk i kiszonego ogórka. Nie trzeba mówić, że zasada znajduje zastosowanie również w czytelnictwie. Czy po wszystkich fikuśnych tekstach i wzniosłych opisach nie macie nigdy ochoty na „coś normalnego”? Napisanego językiem prostym i klarownym, dotyczącego bardziej prozy niż poezji życia? Ostatnio z takim właśnie rodzajem literatury miałam okazję się zetknąć i dało mi to niemały relaks czytelniczy. Oto bowiem zabrałam się za czytanie wspomnień Jana Sztaudyngera. Najpierw przeniosłam się do domu jego babki, uroczej chatki w nie mniej uroczych Myślenicach. Z wielką przyjemnością towarzyszyłam autorowi w drobnych radościach wieku chłopięcego, w podziwianiu całego tego bogactwa, jakie niesie dziecku codzienność. Oczywiście nie była to czysta sielanka, małolaty też mają całkiem poważne zmartwienia, jak chociażby to, że bardziej zwraca się uwagę na ich chorowite rodzeństwo. Jest wiec tu i trochę żalu za niedostatkiem miłości rodzicielskiej, ale nie ma kwasów i jadu. Jest za to sporo pogody i ciepła lubiącej się rodziny. Jest o uczuciach zwykłych, ale serdecznych i o sposobie ich wyrażania. Są anegdoty o wujkach i o rodzicach, zebrane często we wręcz dziecinne przypowiastki. Wszystko to sprawia, że czyta się te książkę bez wysiłku, bez pośpiechu, bez intelektualnych wigibasów. I bez zadyszki.

mowa o:

Reklamy

nieprzejrzyste

Czy kiedykolwiek się dowiem, co odbieram tym, którzy mi zaufali? Czy to,  że dodałam im otuchy, to wszystko, co byłam im winna? Czyż otrzymać od kogoś szczęście w darze – trzeba użyć w końcu tego słowa, którego znaczenia nie rozumiem – nie znaczy tyle, co wybrać własny los?

 Colette „Czyste, Nieczyste”

 Chili Zet rekomenduje tę książkę jako wakacyjną lekturę. Dodałabym, że nadaje się ona szczególnie na czytanie środku wakacji, kiedy to zewsząd otacza nas okrąg wolnego czasu, tak równomierny, że daje zapomnienie o obowiązku wykonywania jakiejkolwiek pracy.  Bo tylko wtedy można zrozumieć rozterki występujących w niej postaci, problemy ludzi zajmujących się wyłącznie szukaniem przyjemności i próbą zrozumienia erotyki we wszystkich jej odmianach. Wsparci o poduszki, aksamitne fotele, sączący oranżadę lub egzotyczny trunek, będą snuli bardzo mętne rozważania na temat swoich związków mniej lub bardziej miłosnych.

Mój pech polegał na tym, że sięgnęłam po tę książkę, gdy czas wakacji miałam już za sobą i ofisik był nie tylko widmem ale i brutalną rzeczywistością, z którą musiałam skonfrontować jej tematykę. No i skończyło się na tym, że głównie zazdrościłam tym wszystkim zblazowanym kochankom oraz miłośnicom ich wydumanych problemów, wynikających często z braku tych bardziej prozaicznych. Ci niby nieszczęśnicy żyli głównie miłością, a jeśli już musieli parać się jakąś pracą, traktowali ją jako coś niezwykle wstydliwego i wykonywali prawie w ukryciu. Poetka przyłapana na skrobaniu wiersza na świstku papieru z zażenowaniem pozbywa się dowodów swojej pracowitości, a sama Colette, niby zamknięta w gabinecie przez demonicznego Williego, większość czasu tam spędzonego poświęca przysłuchiwaniu się młodym homoseksualistom, a nie wypisywaniu dziennej porcji wierszówki.

Bo autorka zajmuje się nie podstawową, czytaj damsko-meską odmianą miłości, ale właśnie tą bardziej oryginalną, występującą pomiędzy osobami tej samej płci. Temat niby chwytliwy i ciągle bardzo kontrowersyjny w naszym zapyziale katolickim kraiku ( gdzież nam do Hiszpanii, w której tolerancja dla związków homoseksualnych była propagowana oficjalnie i powszechnie na wielkich bilboardach okraszających drogi publiczne) i książka powinna jeśli nie zgorszyć, to przynajmniej zaciekawić. Nie mam tu na myśli zdradzania pikantnych szczegółów (których w niej zresztą brak), a bardziej psychologiczne aspekty tego zjawiska. Tylko, że książka była pisana jeszcze w okresie międzywojennym, kiedy sam fakt ubrania przez kobietę smokingu  był wydarzeniem niezwykle kontrowersyjnym. Tymczasem w naszej epoce nawet mężczyzna w takim ubraniu budzi sensację. Bo powiedzcie sami, kiedy ostatnio widzieliście na ulicach swojego miasta faceta w smokingu? I tak będzie ze wszystkimi niemal opowieściami w tej książce, które są eleganckie, jednak zupełnie nie przystające do naszego miejsca i czasu.

Pozostaje wiec pytanie, czy warto? Nie wiem, jeśli lubicie staroświeckie błyskotki pretendujące do miana „gorszących”, to jak najbardziej. Jest tu kilka urzekających historii, jak ta o zakochanych w sobie arystokratkach, które decydują się zrezygnować z życia pełnego wygód i uciekają razem, by spędzić swój czas w harmonii sielskiej stałości uczuć. Jest opowieść o udającej rozkosz kochance, jest historia namiętnie wyniszczającej się poetessy. Czy to wystarczy by nazwać tę książkę dobrą, musicie ocenić sami. Mnie w każdym razie nic nie zastąpi uroku Klaudynek. 

mowa o:

 

prognoza

Wychodzę do pracy-leje. Wracam do domu-kropi. Otwieram okno-kapie. W tak niepięknych okolicznościach przyrody nawet analfabeci zaglądają do księgarni – jeśli zapomnieli parasola. A w księgarni? Tam też analfabeci, taka myśl pierwsza spłynęła mi do głowy, kiedy na regale z literaturą polską znalazłam Charles’a Bukowskiego. Za to w supermarketach pracują poloniści – na własne oczy widziałam. Ale jakby niespodzianek było mało, co jeszcze widzę? Tym razem na półkę z nowościami patrzę, oczy przecieram (czy już mówiłam, że padało i mokra grzywka zasłoniła mi widok?) i jest. Naprawdę jest! Książka, której szukałam lat około dziesięciu. Stoi w ilościach hurtowych jakby nigdy nic, nikt się nawet przy niej nie zatrzymuje. No po prostu zalega sobie na tej półce Życie Instrukcja Obsługi Pereca, które ludzie gdzieś tam na ksero odbijali jak bibułę w mrocznych latach osiemdziesiątych. Jak znalazłam cenę, to też musiałam oczy przecierać, niestety. Ale żyje się raz, a dobrą rzecz czyta się po klika razy, więc jednak wytarłam rękę (czy mówiłam, że padało i trzymałam mokry parasol?) i sięgnęłam po książkę i portfel. I teraz to może być długie i deszczowe lato, jeśli sobie chce. Mam to w nosie, głęboko schowanym w kartkach Pereca.

mowa o:

Na północ od Edenu

Czym są sny? Przypadkowymi sekwencjami scen, trywialnych lub tragicznych, iluzyjnych lub iluzjonistycznych, szarych lub szalonych, ukazujących mniej lub bardziej prawdopodobne wydarzenia połatane groteskowymi szczegółami i ponownie obsadzających zmarłych w tych samych rolach, odgrywanych jednak w innych dekoracjach.

(Vladimir Nabokov „Ada albo żar, str 430)

 Wyobraźcie sobie alternatywny raj, gdzie zamiast Adama i Ewy króluje Ada i Van, jabłka można jeść kilogramami, a wąż nie ma nic innego do roboty, jak bawić się w małego puszystego kotka. Gąsienice są tam piękniejsze od następujących po nich motyli, a piekielny ogień zamiast stanowić finał, staje się prologiem opowieści. Takie mniej więcej antyswiat stworzył Nabkov, sprawiając tym przyjemność i sobie i czytelnikom. Choć bardziej niż  porównanie do boga należy się Nabokovi metafora pasikonika. Bowiem narrator czyni spore susy miedzy wydarzeniami i przeplata je zbliżeniami, bo tak należałoby chyba określić pełne drobiazgowych opisów portrety sytuacji, jakimi zagęszcza swoja siedmiuset stronicową powieść pan N. bredzę? Jeśli nawet, to dlatego, że po wielodniowym czytaniu pełnego ornamentyki  stylu zaraziłam się językiem Nabokova. Cóż zrobić, to lektura niełatwa ale przyjemna, nuży ale nie nudzi, i powoli wsącza się w krwioobieg jak wyjątkowo łagodne wino.
Poza tym moje brednie są niczym w porównaniu z bredniami Wladmira, który wyraźnie poszedł tu na całość w rozkoszowaniu się swoją mocno wybujałą i nieco perwersyjną wyobraźnią estetyczno-erotyczną. I gdy omawia obraz Boscha w ten sposób: „jestem całkiem pewien, że po prostu doskonale się bawił, krzyżując ze sobą przygodne fantazje dla radości jaka daje kształt i kolor” (ada str 524),  daje przy okazji doskonały opis i własnego dzieła.
Dlatego w pewnym momencie (bardzo początkowym momencie) zdecydowałam się zrezygnować ze śledzenia fabuły książki i skoncentrować się na jej niezwykłym języku, na absurdalnych i uroczych pomysłach (według Nabokova np Maupassant była kobietą),  kalamburach ( insecte vs inceste) oraz zmysłowych opisach ludzi i owadów. Nie wiem, czy przez to mój odbiór książki był bogatszy czy uboższy i szczerze mówiąc guzik mnie to obchodzi. Wiem natomiast, że gdybym trzymała się kurczowo warstwy fabularnej, to porzuciłabym te książkę po jakiś 50 stronach. A tak „zmęczenie materiału” wystąpiło u mnie dopiero w okolicach strony 640, gdzie Nabokov wdaje się w dość zawiłą dyskusję na temat natury czasu. „Można też być miłośnikiem czasu, smakoszem trwania” (Ada str 641) stwierdza, i tej oryginalnej sztuki degustacji rzeczywistości uczy czytelników na każdej z 700 stron swojej książki.

mowa o:

The Mansion

Może wszystkie miłości są tylko napomknieniem i symbolami, przypadkowymi słowami wydrapanymi na bramach i kamieniach wzdłuż nużącej drogi, która inni kroczyli przed nami; może ty i ja jesteśmy typowymi postaciami, a ten smutek, który nas czasem ogrania, wynika z rozczarowania w naszych poszukiwaniach, gdy każde z nas z wysiłkiem stara się ponad głową dojrzeć choć przez chwilę cień, który skręca zawsze o krok lub dwa przed nami.

 Evelyn Waugh „Powrót do Brideshead”

 Do kupna tej książki na pewno nie skusiła mnie okładka. Z reguły jak ognia unikam tytułów opatrzonych zdjęciami z filmu. To, co w mniemaniu wydawców ma przyciągać, na mnie działa wręcz odstraszająco. Albo mam taką naturę przekorną, albo spece od marketingu powinni dokładniej przeprowadzić badania na temat tej specyficznej grupy klientów, jaką są bywalcy księgarń.

Nie okładka więc, nie nazwisko autora nakłoniły mnie do jej przeczytania, ale bardzo dawne i mgliste wspomnienia serialu pod tytułem Znowu w Brideshead. Puszczony w TVP gdzieś w latach osiemdziesiątych, w najbardziej siermiężnym czasie epoki PRL, zauroczył mnie do tego stopnia, że do dziś w pamięci wyświetlają mi się jakieś niewielkie jego fragmenty. Ponieważ małoletnią byłam wówczas panienką, niewiele chyba dotarło do mnie z głębszego znaczenia całej opowieści. Ale grający Sebastiana Anthony Andrews na długo stał się dla mnie ucieleśnieniem angielskiego paniczyka, a piękno scenerii, tak ostro kontrastujące z bardzo burą wówczas rzeczywistością, podsyciło moje i tak mocne rozmiłowanie w brytyjskości.

A książka? Książka to gwarantowana uczta literacka dla każdego anglofila. Poprzez opowiadanie swojej historii przyjaźni z angielskimi arystokratami, autor krok po kroku oprowadza czytelnika po Anglii okresu międzywojennego. Z zachwytem czytałam więc o obyczajach panujących na Oxfordzkim uniwersytecie, o bibkach, rautach i awanturach młodych uprzywilejowanych. Z rozbawieniem śledziłam relacje narratora książki z ojcem, którego postać jest może lekko przerysowanym portretem oderwanego od rzeczywistości i wyzbytego uczuć rodzinnych Brytyjczyka z upper class ( No proszę-powiedział mój ojciec, spotykając mnie przypadkiem na schodach-jak to miło tak szybko znowu cię zobaczyć. (za granica byłem piętnaście miesięcy). Przyjechałeś w bardzo kłopotliwym okresie. Od dwóch dni znowu mamy jeden z tych strajków-co za głupota-i nie wiem, kiedy będziesz mógł wyjechać Evelyn Waugh „Powrót do Brideshead”str 188). Z niedowierzaniem czytałam o tym, jak katolicyzm może być pojmowany jako religia egzotyczna i trudna do pojęcia. Ale właśnie na zagadnieniach religijnych mój entuzjazm do tej książki się kończy. Bo o ile cudne wydawały mi się zmagania narzeczonego Julii z niuansami zasad przystąpienia do Kościoła  Katolickiego, to już pozostałe liczne nawrócenia mniej do mnie przemawiają i rażą mój węch czytelniczy tym, co tak ładnie Wańkowicz nazwał „smrodkiem dydaktycznym”. Może po prostu jestem równie duchowo niedorozwinięta jak Rex Motram, a może przekarmiona kilkunastoma latami katechezy bardzo różnej jakości, dość, że koniec książki nie przemawia do mnie zupełnie. Powiem więcej, chętnie pozbyłabym się z niej dwóch ostatnich rozdziałów, bo wtedy mogłabym ją nazwać rewelacją. Choć zdaje sobie sprawę, że dla wielu właśnie te ostatnie strony przeważą w ocenie wartości ksiązki na jej korzyść. Mnie pozostaje cieszyc się, że cała reszta dostarczyła mi tak wiele przyjemności. 

mowa o:

ze srebrną łyżeczką w ustach

Łyzeczka

 

Składana łyżeczka do podróży, Srebro, XVIII wiek, str 88, „Dziennik Toskanski” Tessa Capponi-Borawska

Wyspa może być okropna dla kogoś, kto przychodzi z zewnątrz. Wszystko jest już gotowe, każdy ma swoje miejsce, zazdrośnie strzeżone, spokojne i samowystarczalne obrębie tych brzegów wszystko funkcjonuje według rytuałów skostniałych od ustawicznego powtarzania, a jednocześnie każdy kroczy przez swój dzień tak kapryśnie i przypadkowo, jak gdyby świat kończył się za horyzontem.

Tove Jansson „Lato”

Czy może być lepszy wytrych do obcego świata niż książka? Tak sobie pomyślałam, decydując się na toskańskie wspomnienia Teresy. Tymczasem powinnam pamiętać, że porządny wytrych pasuje tylko do jednych drzwi. Tak było i w tym przypadku. Trudno znaleźć jakikolwiek wspólny mianownik pomiędzy sentymentalną wędrówką Capponi, a wycieczką na niewielką wulkaniczną wyspę. Powiedziałbym nawet ze im głębiej zaczytywałam się w książce, tym bardziej czułam się oddalona nie tylko od skrawka tego kraju, ale i od całych Włoch.

Capponi bowiem jest doskonałą personifikacją angielskiego powiedzenia „To be born with a silver spoon in your mouth” (urodzić ze srebrną łyżeczką w ustach”). Przyszła na świat w dostojnej i szlacheckiej rodzinie, zna swoich przodków poczynając od mniej więcej XVI wieku i może od czasu do czasu rzucić okiem na ich portrety, by upewnić się co do rodzinnego podobieństwa. Wywodząc się z rodziny, gdzie nawet zdjęć pradziadków brak, a jedyne srebrne łyżeczki zostały dawno zagubione podczas przeprowadzki, niewiele mogłam poczuć wspólnoty z Tessą.

W miarę czytania jednak przekonywałam się, że bogata przeszłość oznacza też różnorodność utraty, nostalgię za minionym, nieustanną świadomość przemijania. Ciągłą refleksję nad teraźniejszością i postrzeganie jej cofania się, jakby siedziało się  w powolnym, ale wciąż sunącym na przód pociągu. Przy czym okazuje się, że ukorzenienie, tożsamość „historyczno-genealogiczna” nie stanowią gwarancji spokoju ducha. Samą Tessę zagnało do dalekiej Polski, jej syn wyjeżdża do Szkocji,

Zastawiałam się zawsze, czy istnieje jakiś rodzaj kolektywnej wyobraźni, nazwijmy ją rodzinna , która przyciąga nas do określonych miejsc. Czy istnieją nostalgiczne wyobrażenia o odległych ziemiach , gdzie nigdy nie byliśmy, ale które mamy jakby we krwi, ponieważ żyli tam nasi dziadowie?

Mówi Capponi, a ja nie mogę się powstrzymać od towarzyszenia jej w tej refleksji. I dlatego podążam za nią przez uliczki Florencji, ciasnotę i zapachy straganów, upał wijącej się wśród toskańskich wzgórz drogi. Bo choć sztućce mam z Tesco, to kurz na podeszwach butów osiada mi tak samo jak jej.

A pierogi z borówkami też są dla mnie źródłem wielu rozkoszy, Pani Teresko droga!

mowa o: 

 

Home again

Etna z lotu

„Jaka szkoda, że te obłoczki płynące
Nie są z waniliowego kremu…
A te różowe –
Że to nie lody malinowe…
A te złociste, pierzaste –
Że to nie stosy ciastek…
I szkoda, że całe niebo
Nie jest z tortu czekoladowego…
Jaki piękny byłby wtedy świat!
Leżałbym sobie, jak leżę,
Na tej murawie świeżej,
Wyciągnąłbym tylko rękę
I jadł… i jadł… i jadł…”

J.Tuwim „Dyzio Marzyciel”

 

Ten wierszyk przypomina mi się zawsze, gdy spoglądam przez samolotowe okienko. Moja kariera Dyzia jednak nie trwała długo i trzeba było zejść z obłoków na ziemię. W tym wypadku ojczystą, a zimną jak Dolina Muminków w Listopadzie. Aż mi się podkurczyły palce wygrzanych południowym słońcem stop. Nie muszę chyba mówić, jak ciężko się w takim stanie stąpa po tej ziemi, zwłaszcza gdy trzeba to robić twardo i mocno. Ciężko było i ze względu na walizę zapchaną do granic możliwości. Książki też w niej były, a jakże. Choć usiłowałam tym razem zabrać tzw ‘zestaw tematyczny”, to mimo woli wyszedł mi misz-masz, nie do końca dający wymarzony efekt. A bo to Iwaszkiewicza „Podróże do Włoch” znaleźć w księgarni było trudno, „Ojca Chrzestnego” do głowy wziąć mi nie przyszło, i w rezultacie skończyłam czytelniczo w…Myślenicach! Do Indii po drodze wstępując zresztą. Ale o tym szczegółowo innym razem. A teraz przynajmniej kąpiel wezmę gorącą ;).