Tag: literatura angielska

lost again

Perhaps love could never be captured in a definition, it could only be captured in a story

(być może miłości nie można określić definicją, być może da się ją uchwycić tylko opowieścią, tłum. własne)

Julian Barnes, The Only Story, str 206

 

Ach, ten Barnes! Znowu mnie wpuścił w maliny, jak krew czerwone i cierpkie. Ale nie czas błądzić po chruśniakach i przywoływać Leśmiana, kiedy bardziej właściwym miejscem do startu z opisem tej książki jest angielski yard, z trawą dobrze wystrzyżoną. Tudzież kort tenisowy, z wypielęgnowaną nawierzchnią. Tam się wszystko zaczyna, stamtąd kiełkuje ta historia.

Autor już na wstępie zwodzi, za motto obierając cytat ze słownika, wyjaśniający, że nowela to historyjka o miłości. Choć i tu powinnam była się zastanowić, bo użyte tam słowo tale, może oznaczać i opowieść i bajkę. No właśnie, do końca nie byłam pewna, w która kategorię czytaną książkę włożyć. I które tłumaczenie byłoby najwłaściwsze.

Pomyślcie sami. Dziewiętnastolatek do szaleństwa zakochany w kobiecie pod pięćdziesiątkę, mężatce z dwójką dzieci? To musi być bajka.

Starzejąca się kobieta, uciekająca z młodszym kochankiem od niesympatycznego męża? To wygląda na prawdziwą historię.

Tak będzie cały czas, w tej książce nie można niczego być pewnym. Za to można się w niej zaczytać, zamyślić i zasmucić na koniec. A w trakcie czytania zastanawiać i zastanawiać, nad każdym akapitem i zdaniem. Bo tak się powinno ją, moim zdaniem czytać, nie dla akcji, ale dla refleksji, dla pozyskania różnych widzeń miłosnej przygody. A na koniec i tak to widzenie będzie nieostre.

mowa o:

Reklamy

Pamięć a sumienie

Uderza mnie różnica, która-być może- zachodzi między młodością , a wiekiem podeszłym: kiedy jesteśmy młodzi, wymyślamy dla siebie różne przyszłości; kiedy jesteśmy starzy, wymyślamy dla innych różne przeszłości.

Julian Barnes „Poczucie kresu”, str 97

Nie da się ukryć, że wpadłam w poślizg. I to podwójny. Omówię książkę przeczytaną  w zeszłym roku i na dodatek święcącą triumfy w świecie realnym i w blogosferze jakieś siedem lat temu, kiedy to szumu wielkiego narobił przyznany jej Booker.

Zamierzam jednak się bronić przy pomocy stwierdzenia wygłoszonego przez Siri H. podczas tegorocznego Conrada: czas nie jest horyzontalny, tylko wertykalny.

Mniejsza o to, jaką postać ta jego wertykalność przybiera: czy jest to strzelający znienacka imponujący gejzer minionych zdarzeń czy wąska, ostro zakończona szpicruta przeszłości, dźgająca naszą pamięć, a czasem i serce.

Mniejsza o formę, skupmy się treści, istocie tego twierdzenia, idealnie pasującego nie tylko do mojej notkowej sytuacji, ale i do problemów opisanych w omawianej właśnie książce. Jej narratora, człowieka w wieku więcej niż dojrzałym, dopada nagle pewien dawno miniony incydent, i staje się przyczynkiem do wspomnień, a także motywuje bohatera do podjęcia szeregu działań.

Same wspomnienia początkowo mają w sobie coś z anegdoty o chłopięcych szkolnych wybrykach. Dodajmy, że chodzi tu o brytyjski system edukacji, mamy więc dobrze wykształconych lekko snobistycznych młodzieńców, ich fascynacje, ambicje i przemyślenia. Tworzący klasową paczkę chłopcy rozstają się na dobre, kiedy wyjeżdżają na uczelnie. Potem sporadycznie się spotykają, ale poczucie wspólnoty jest już nie do odzyskania. I pewnie ich wzajemne relacje zamieniłyby się z czasem w obojętność, gdyby nie to, że dziewczyna naszego bohatera decyduje się z nim rozstać, a potem rozpoczyna romans z jednym z jego dawnych przyjaciół. Rozgoryczony jej dziwnym zachowaniem bohater traci zimną krew i wysyła do kolegi dosyć paskudny paszkwil na temat swojej byłej.

Oczywiście to uproszczony schemat, bo w książce sytuacja jest znacznie bardziej zagmatwana. Zresztą im dalej, tym bardziej się wszystko plącze, aż do zaskakującego, a może i w zamierzeniu bulwersującego, finału.

Cała ta, naprawdę niewielka, jak na współczesne trendy wydawnicze, książeczka jest napisana starannym, niesłychanie wypolerowanym językiem. Jego precyzyjna elegancja może i zachwycać i drażnić. Znam takich, których typowo angielska flegma narracji mocno zniechęciła. Mnie, anglofilkę, ten styl lekko bawił i dodawał lekturze smaku. Doceniłam też misterna konstrukcję tej książki. Zdarzyło mi się czytać ją po raz kolejny w bardzo krótkim czasie. I wtedy dopiero, gdy znałam już zakończenie opisywanej historii, zaczęłam dostrzegać jak konsekwentnie i finezyjnie autor ją buduje.

Mniej entuzjazmu natomiast wzbudził we mnie sam opisany dramat. Jestem wręcz skłonna pokusić się o podsumowanie, że główny problem polegał na tym, że gdy nienawykły do okazywani uczuć Anglik raz w życiu dał upust emocjom, żałował tego do końca swych dni. How British! Chciałoby się rzec.

mowa o:

Powody i dowody

chata.jpg

 

No, proszę proszę! Cudowne dziecko Scotland Yardu, jeszcze cuchnące krwią po ostatniej sprawie, przybywa jak na zawołanie!

P.D. James Z Nienaturalnych przyczyn, str. 19

Jesień zaczyna się na opak. Liście spadają z drzew, potem zaczynają się czerwienic. Na targu są truskawki, ale brak malin. Sięgam po kryminał, a potem łapię przeziębienie. Może mnie pokarało za naruszenie porządku rzeczy, a za porzucenie Agathy Christie los zemścił się zsyłając gigantyczny katar?
A może od czytania PJ James, przebywania w atmosferze tej książki, zimnej i mokrej, wychłodły mi stopy i zawiało uszy?

Niby jest to angielski kryminał, jest kominek, stara Ciotka i imbryk z herbatą. Ale czuć przeciąg, główny bohater, Nadinspektor Dalgliesh, pracownik Scotland Yardu, jest przygaszony, a jego ciotka kostyczna i milcząca. Trudno by była inna, żyjąc samotnie w domku nad morzem, za towarzystwo mając głównie lornetkę do obserwacji ptaków.

Dalglieshowi sposób bycia Ciotki nie przeszkadza, wręcz ceni jej towarzystwo. Uwielbia spędzać u ciotki wolne chwile. I tym razem decyduje się do niej pojechać na urlop. Ma nadzieje na miły odpoczynek, tymczasem przeznaczenie płata mu figla i już w pierwszy dzień pobytu dostarcza trupa i grupę zaskoczonych zbrodnią sąsiadów.

Zaczyna się ruch, poszukiwanie narzędzi zbrodni i motywów. Smaczku sprawi dodaje fakt, że zamordowany był twórca kryminałów i wykonaną na nim zbrodnię sam wcześniej opisał. Trwają domysły i podejrzenia, sąsiedzi robią się nerwowi. I chwała im za to, bo właśnie oni, ta grupka gryzikpiórków i oryginałów, dodają barw całej tej historii.

Sama zagadka kryminalna rozwiązuje się niejako przy okazji, co stanowi pewien zawód. I choć bardziej złożona psychologicznie od opowieści Agaty, ta książka nie jest w stanie wytrącić z mojego czytelniczego serca przygód panny Marple i wskoczyć na jej miejsce.

mowa o:

PJ James

A girl in Winter

Zimowe

Życie nie będzie już tak przyjemne jak dawniej. Będzie ciaśniejsze, mniej różnorodne, bardziej przewidywalne. Nie czekają jej niespodzianki. Nikomu już nie zaufa. Nikogo nie pokocha. A kiedy przyjdzie na nią czas, umrze, nie tylko nie zrobiwszy, podobnie jak większość ludzi, niczego wartościowego, ale tez nie zrobiwszy niczego, co chciała zrobić.

 Philip Larkin „Zimowe Królestwo”, str 168

Zimowe Królestwo panowało na blogach jakieś pół roku temu. Nie pytajcie dlaczego czekałam z nim aż do lata. Tak wyszło. Gorzej, że naczytałam się wielu pochlebnych opinii na jego temat i miałam wielkie oczekiwania. Na początku miałam wrażenie, że zostaną one spełnione. Oto główna bohaterka książki, przebywająca w wojennej Anglii Katherine, ma prace marzeń każdego czytelnika: jest bibliotekarką. A że sam autor w bibliotece przepracował sporo lat, potrafił ją opisać wnikliwie i zgryźliwie, dochodząc do mistrzostwa w stosowaniu brytyjskiej ironii.

Niestety w pewnym momencie akcja robi woltę i cofamy się w czasy, gdy Katherine, młoda i naiwna, gościła u swojego penpala w UK. Skąd Katherine do niego zawitała możemy się tylko domyślać. Autor nie uznał za stosowane podać szczegółów na temat pochodzenia Katherine, jedynie w bardzo zawoalowany sposób daje do zrozumienia, że Katherine jest Żydówką i od chwili zakończenia letniej wizyty do wojennej tułaczki po Anglii przeżyła wiele. Co konkretnie, to już czytelnik musi sobie sam wymyślić. I tu mam zgrzyt. Bo choć lubię mgliste opowieści i Królestwo przypomina mi atmosferą książki Modiano, to mam wrażenie, że Larkin zdecydował się pójść na łatwiznę, unikając choćby wzmianki o wojennych losach Katherine. U Modiano powoli, ale jednak, z niedopowiedzeń i urywków wspomnień, wyłania się kształt tajemnicy. Tutaj odniosłam wrażenie, że autorowi niczego wymyślać się nie chciało, że Katherine ma po prostu reprezentować Cudzoziemkę, nierozumiejącą ani relacji rodzinnych ani koleżeńskich Brytyjczyków. Obcy pozostanie obcym i nie będzie mu nigdy łatwo mówi Larkin. Wzruszając przy tym ramionami.

mowa o:

Larkin

szukając uroku burżuazji

posązek

Przed pierwsza wojną światową goście z towarzystwa, zaproszeni do wiejskiej rezydencji, musieli codziennie przebierać się sześciokrotnie-na spacer, na polowanie, do śniadania, do obiadu, do podwieczorku i do kolacji – a żeby spędzić dzień w Londynie, de rigueur były co najmniej trzy stroje. Tych nieznośnych ubraniowych rytuałów arystokraci przestrzegali z jednego powodu – wiedzieli, że z chwilą, gdy przestaną wyglądać jak klasa rządząca, wkrótce przestaną być klasa rządzącą.

Julian Fellowes, Czas przeszły niedoskonały, Str 87

Wracam wyleniona, choć nieoczytana. Na dodatek czytelniczo zawiedzona. Oszczędzałam specjalnie na wakacje nowego Fellowesa, zacierałam rączki, jak to znowu oddalę się w rejony bliskie Downton Abbey. Ech, teraz mogę sobie powiedzieć, ty naiwna, głupia i przyślepa. Ten ostatni epitet należy mi się głównie za to, że wywnioskowałam z zajawki, że powieść dotyczy epoki jazzu czyli szalonych lat 20tych.

Tymczasem akcja książki zaczyna się współcześnie, spotkaniem znajomych po latach, z których jeden jest oszałamiająco bogaty i ciężko chory. Wzywa on narratora by podjął się dla niego ostatniej misji: znalazł jego dziedzica, syna lub córkę, poczętego w czasach szalonej młodości. Żeby ułatwić zleceniodawcy zadanie wręcza mu listę pań, potencjalnych matek poszukiwanego potomka.

Nie wiem jak Wam, mnie się od razu przy takim zalążku akcji przypomniał film Broken flowers, w którym Bill Murrey snuje się smętnie po całych Stanach, stukając do drzwi swoich byłych, celem odnalezienia syna. Czyli wątek znany, tylko tło nieco inne. Tutaj narrator biega po brytyjskich arystokratycznych rezydencjach, a w międzyczasie snuje wspomnienia o słynnym roku 1968 , w którym cała sprawa miała swój początek. I choć ich amerykańscy rówieśnicy w tym czasie malowali gdzie się da pacyfy, śpiewali protestsongi, upalając się i i pogryzając LSD na przemian, to nasi bohaterowie wiedli zupełnie inny styl życia. Dla nich ten czas był czasem Sezonu, okresu gdy arystokracja wydaje bale, aby przedstawić światu kwiat swojej młodzieży i odpowiednio go wyswatać.

Pewnie dałoby się przeboleć to, że akcja zamiast prowadzić na Woodstock lub do San Francisco skręca w pałacowe salony i balowe sale, gdyby autor nie wykorzystał sytuacji do snucia melancholijnych rozważań na temat zmian obyczajów brytyjskich WASPów. Bo choć niechęci do klas wyższych specjalnej nie czuję, to nie fascynują mnie ona do tego stopnia, bym z wypiekami na twarzy śledziła opowieść o noszeniu przez jej przedstawicieli fraka czy dobieraniu fasonów kapeluszy w Ascot.

Byłoby to zabawne i egzotyczne, gdyby takie w stawki zamykały się w 3 lub 4 zdaniach. Niestety, autor poszedł na całość i wylał w powieści wszystkie swoje żale i sentymenty zubożałego Lorda. W rezultacie nie tylko czytałam książkę niesłychanie długo, ale zupełnie nie byłam w stanie zaangażować się emocjonalnie w snute w niej historie. I jedynie moja czytelnicza sumienność sprawiła, ze dobrnęłam do jej końca. Który, jak i całość, nie powala na kolana, a jedynie sprawia ze z westchnieniem ulgi czytelnik pada na złożone za plecami poduszki.

mowa o:

Fellowes

 

Lady Riot

wiosna 3

Kompromis to nic innego jak sprzeciw mówiący szeptem.

V.M. Sackville-West „Wygasłe namiętności”, Str 86

Vity Sackville-West byłam ciekawa od dawna. Tak jak zwykle ciekawi jesteśmy znajomych naszych przyjaciół, o których Ci wyrażają się tylko dobrze. Co takiego było w Vicie, że Virginia Woolf była nią zafascynowana, a może i wprost w niej zakochana?

Już dawno chciałam odkryć tę tajemnicę, a najprostszą do tego drogą wydawało mi się przeczytanie czegoś, co wyszło spod ręki Vity. O tym planie przypomniałam sobie niedawno, kiedy przypadkowo na bibliotecznej półce mignęła mi książka z tkwiacym na okładce napisem Sackville-West. Mam cię powiedziałam w duchu i wydłubałam niepozorny tomik z regału.

Tak trafiłam na przyjemną lekturę z życia angielskich wyższych sfer, bardzo brytyjską w stylu i z lekko naiwną feministyczną wymową, Historia zaczyna się od opisu szacownego Lorda Slane, który w wieku 94, po dochrapaniu się w życiu wielu zaszczytów i trochę mniejszych pieniędzy, zmarł nagle, pozostawiając gromadkę dorosłych dzieci i wiekową żonę.

Na wstępie otrzymujemy portret nie tylko samego Lorda, ale i jego spadkobierców, odtworzony lekkim i ostrym piórem. Jest on kreślony przy okazji rodzinnej narady dotyczącej dalszych losów matki rodu i jej niezamężnej córki. Tutaj miałam radość podwójną: nie dość że tekst jest przepełniony delikatną, brytyjską ironią, to jeszcze autorka nakazuje swoim bohaterkom wybrać niekonwencjonalna drogę. Oto bowiem nestorka rodu, ponad 80 letnia wdowa, postanawia bryknąć i nie poddać się woli rodziny. Zamiast z pokorą przyjąć rolę nieporadnej staruszki i zgodzić się na przemieszkiwanie po kolei u każdego z dzieci, decyduje się wynająć mały domek i mieszkać samodzielnie. Jej niezamężna córka od dawna marzy o własnym mieszkaniu i kanarku, jest więc jedynym dzieckiem z aprobatą przyjmującym decyzję matki.

Znalezienie właściwego domu staje się dla lady Slane jedną z szeregu przygód, jakie czekają jej po obraniu własnej drogi. Znajdzie nowych przyjaciół, podejmie kilka, obiektywnie rzecz biorąc, nieracjonalnych decyzji, wreszcie będzie cieszyć się pięknem rzeczy małych i swobodą.

I choć książka czasem trąci myszka, to muszę przyznać, że udowadnia, że Vita Sackville-West była osobą nietuzinkową, śmiałą idealistką, opatrzoną na dodatek doskonałym poczuciem humoru.

Jej książka przynosi ukojenie i przewrotną pewność, że na bunt nigdy nie jest za późno.

mowa o:

Vitta

Lady Britannia

portret-4

Tym, którzy hrabinę znali, owa demonstracja wydała się dziwna; nie należała bowiem do kobiet, które promują faworytów czy wynajdują kulawe kaczęta, aby sprzedać je światu jako łabędzie. Pan Pope wyglądał dość symaptycznie jak na kupca i nikt mu źle nie życzył, ale czemu lady Brockenhurst wychwala nagle pod niebo cnoty tego mało znanego handlarza bawełną?

 Julian Fellowes „Belgravia”, str 131

Ta książka miała sobie jeszcze poczekać, bo własna, więc nic nie piliło, żeby brać natychmiast i czytać. Jednak głód po Downton Abbey okazał się nie do przezwyciężenia. Dlatego sięgnęłam po nią tak szybko, licząc, że przynajmniej w ten sposób uda mi się znowu zajrzeć do jakiejś brytyjskiej posiadłości z minionych wieków.

I moje oczekiwania się spełniły. Dostałam dokładnie to, czego się spodziewałam. Soczystą i wartką powieść w starym angielskim stylu. Dickens lekko uwspółcześniony (hrabia tutaj nie przegrał, a „przeputał” fortunkę), Jane Austen ze złagodzonym piórem, oni mogliby spokojnie tę historię jeśli nie napisać, to objąć patronatem.

I to nie tylko ze względu na czas akcji: pierwsza połowę XIX wieku. Jej przebieg jak najbardziej mieści się kanonach klasyki.

Bo z jednej strony w tej opowieści występuje rzutki parweniusz, self made man z ambicjami do klasy wyższej. Z drugiej strony mamy arystokrację, lekką woniejąca stęchlizną, a mocniej nieróbstwem. Los, a właściwie autor, za pomocą sprytnego triku styka te dwa światy tak, że staje się to przyczynkiem wielu nieprzewidywalnych zdarzeń.

Ale nie tylko wartka akcja jest atutem tej książki. Uroku dodaje jej barwność postaci, takich jak służący krętacze, ambitny biznesman, jego rozsądna żona, ciapowaty syn oraz sprytna i znudzona synowa czy też gnuśny spadkobierca fortuny i jego zniewolony przez hazard papa. Bogate, ale nie przesadnie drobiazgowe (Panie Dehnel, ucz się Pan!) tło historyczne dodaje wiarygodności całej historii. Szczególnego smaczku dostarczają opisy sukni, powozów, czy wnętrz domostw bohaterów. Na dodatek epoka, którą autor obrał sobie za czas akcji, to era wiktoriańska, czas wchodzenia w modę tzw tea parties, na których niejednokrotnie rozgrywają się istotne dla całej opowieści wydarzania i spotkania. Jest wiec okazja żeby podejrzeć jak wyglądał ten najbardziej angielski z obyczajów w momencie tworzenia. A to gratka dla każdego anglofila.

Jedyne, na co można się lekko skrzywić to jednowymiarowość niektórych postaci i powtarzanie co jakiś czas tekstów o motywach kierujących bohaterami. No ale w końcu nie mamy do czynienia z powieścią psychologiczną, tylko z bardzo sprawnie napisanym dziełkiem z ambicjami w kierunku klasyki, a nie literackiego Nobla. A czy porządną cejlońską herbatę należy uznać za gorszą, tylko dlatego, że jej smak nas nie zaskakuje, a jedynie doskonale odpowiada cechom gatunku?

Dlatego muszę przyznać, że Pan Fellowes w pełni zasługuje na miano mistrza obyczajowej i lekko staroświeckiej powieści angielskiej.

Świetna na długie jesienne wieczory:

belgravia-1