Miesiąc: Maj 2010

nadepnęłam na książkę

Dokąd idziemy? Słysząc to pytanie , zamyka z rozkoszą oczy i kilkakrotnie kiwa głowa.

-W noc- odpowiada.

W tej samej chwili głowa jej opada i dziewczyna pogrąża się w głębokim śnie. Śpi, unosząc się przez ludzki strumień. Wchodzę w noc razem z nią jako cząstka chaosu.

Hiromi Kawakami „Nadepnęłam na węża”, Str 108

Są takie słowa, na które reaguję jak pies pawłowa na zaświecenie lampki. Zamiast ślinotoku wywołują u mnie gwałtowne łaknienie czytelnicze. Jednym z nich jest wyraz „oniryczny”. Szepnijcie mi do ucha, wspomnijcie w recenzji, napiszcie na obwolucie książki „oniryczny”, a zmrużą mi się oczy i zacznę się lekko oblizywać. Dlatego nie mogłam się powstrzymać od zakupu tej książki, którą znalazłam przez przypadek czytając Archipelag. Sen to kraina w która dam się każdemu autorowi w ciemno zaprowadzić, a jeśli na dodatek jest to sen japoński, haiku z wizji, to już macie mnie w kieszeni. A właściwie opróżniacie mi kieszeń przy użyciu mojej własnej ręki, bo taka książkę kupię na pewno. I szybciutko zacznę czytać. Trochę wolniej za to będą ja opisywać, bo jak tu zwięźle i gładko przedstawić treść książki absurdalnej i poetycznej po trosze? I właściwie niezrozumiałej? Zresztą czy sny należy rozumieć? Czy nie lepiej przeżywać i interpretować? Na przykład taki sen o wężu, który wprowadza się do domu pewnej dziewczyny i wkrada się w nią coraz mocniej. Nie mam pojęcia o co tutaj chodzi i nawet nie będę próbowała się wymądrzać. Ale jeśli czytając to opowiadanie zastąpicie za każdym razem słowo wąż słowem książka, możecie otrzymać zdumiewający efekt. Bo w końcu po to chyba śnimy. Żeby zdziwić się co można zrobić z obrazem rzeczywistości wrzucając go w mikser nocy. Jeśli macie ochotę na taką przygodę, jeśli lubicie od czasu do czasu wywracać sobie świadomość na stronę podszewki i w takim kubraczku wystawiać się na świeży powiew mroku, to jak najbardziej polecam. Ale jeśli jesteście zapiętymi na ostatni guzik pragmatykami, to ostrzegam przed czytaniem.

mowa o:

Reklamy

blondi

Chociaż był niesłychanie inteligentny, ów zazdrosny mężczyzna nie zrozumiał takiej oto oczywistej sprawy: budującą dla niego historia Scota i Zeldy powinna mu podszepnąć, iż nikt nie jest panem własnych temperamentów-podobnie jak burzy, wiatru czy gromu: nikt, ani psychiatrzy, ani klimatolodzy.

Gilles Leroy Alabama Song, Str 190

Są takie książki, z których w pewnym momencie, w trakcie czytania, niczym dżin z butelki, powoli zaczyna wysączać się wizja, owijać się wokół czytelnika i przybierać coraz wyraźniejszy i trudny do przegnania kształt. Alabama Song stała się dla mnie jedną z nich. Obraz który mnie prześladował podczas jej lektury nie był, wbrew pozorom, portrecikiem uroczej blondynki wywijającej charlestona. Ani sączącego szkocką Waltera Scota. Nie, Proszę Państwa, mnie przed oczami nieustannie stawała znacznie mniej obyczajowa scenka. W miarę przewracania stron w mojej podświadomości coraz ostrzej rysował się obraz przedstawiający nowiutkie atłasowe baletki w kolorze różowym, baletki ustawione na puentach, z szeroką wstążką opasująca tkwiące w niej nóżki. A właściwie nie nóżki, tylko porośnięte gęstym  czarnym włosem, masywne męskie łydki, napięte do granic możliwości, by utrzymać pion. Skąd mi się takie coś przypałętało?

Najprostsze wytłumaczenie, to to, że autorem książki jest mężczyzna który uczynił jej narratorem kobietę. Próba karkołomna i skazana na klęskę, jak dowodzi ta lektura. Spod wszystkich świergotliwych uniesień, jakich nie brak w tej książce, od czasu do czasu miga złym okiem brutalność, szczerzy kieł agresja, na dodatek przekazana przy pomocy sztucznych sformułowań i wyświechtanych fraz. Nie wiem, na ile to zasługa autora, na ile tłumacza. Wierze, że tego ostatniego spora, bo od momentu, gdy wzrok mój potknął się o podstawek, na mur beton umieszczony w tekście przez translatora, moje nozdrza się rozszerzyły i zaczęły węszyć mocniej niż zwykle za dalszymi lapsusami językowymi.

W końcu w całej tej rewii egzaltowanych wybuchów i pokręconych zdań ciężko mi było skupić się na samej Zeldzie i jej problemach. Zresztą, czy tak naprawdę o niej czytałam? I czym sobie ona zasłużyła, by opisywać ją w tak oto nieudolny sposób:

Zaczynam już rozróżniać rozmaite postacie nieba nad Alabama: sa one jak Zelda, bezchmurne, a potem dżdżyste (???!!! przyp mój), zwiastujące burze, huragan i w końcu apokalipsę.

Gilles Leroy Alabama Song Str 189

Apokalipsa? A może chodzi bardziej o Katharsis, chęć oczyszczenia się ze wspomnień o dawnym zaborczym kochanku? Bo właśnie przy końcu książki autor przyznaje się, że do stworzenia książki zainspirował go dawny amant, który nie pozwalał mu pisać i za parę idealną uważał Zeldę i Scotta. Czy ta książka jest wiec na pewno próba zgłębienia psychiki Zeldy? Czy raczej forma zemsty na dawnym wielbicielu, zemsty wyrafinowanej, a przez to przynoszącej większą satysfakcję? Kiedy zamykałam książkę, byłam mocno niepewna, czyj właściwie związek autor w niej opisał. Jednak co do tego, że z arcydziełem nie miałam do czynienia, byłam jak najbardziej przekonana. 

mowa o:

Potłuczona

 

Pisarz zaprasza czytelnika do gry, do gry na serio, do gry wyobraźni i może być sądzony tylko za to, jak te grę przeprowadził, to znaczy jak się wywiązał ze swoich obietnic w ramach zaproponowanej konwencji, czyli umowy.

Herbert Nieznany. Rozmowy Str 21

 No i Panie H. mamy problem! Bo przyznać muszę, że gra zaproponowana przez Petera Careya była od początku pełna uwodzicielskiego piękna, i diablo przewrotna. Określić by ją można jako typowego slołbuka. Pomna tej konwencji z wielką cierpliwością brnęłam przez opisy brytyjskiego wybrzeża, niuanse różnych odmian kościołów protestanckich, zagmatwane losy australijskich kolonistów. Ta cierpliwość została nagrodzona cudownymi opisami, szczegółową analizą wyglądu i zachowań głównych i pomniejszych bohaterów. Ci główni to oczywiście tytułowi Oskar i Lucynda. On zostaje pastorem w wyniku rzutu monetą, ona właścicielką huty szkła przez dziwne zauroczenie. Każde z nich jest stworzone tak, że nie sposób ich nie polubić. On to uduchowiony wrażliwec, z wielkimi lękami i zamiłowaniem do konnych wyścigów. Ona zadziorna panna, uparta i wyzwolona, także zapalona karciara. On, Brytyjczyk, wyrusza do Australii by pełnić tam duszpasterską misję. Ona, Australijka, wraca po miesiącach edukacji biznesowej w Londynie. Oczywiście się spotykają, ale nie od razu (jak sugeruje informacja na okładce, niech przeklęty będzie ten, kto ja tam zamieścił i zespoilował ¾ książki). Powoli zbliżają się do siebie, odkrywają swoje uczucia i łączy ich szalony zamysł zbudowania kościoła ze szkła. I w tym mniej więcej miejscu książka zmienia się w zupełnie inną historię, gra miłosnych igraszek przeradza się w zabawę w szkołę przetrwania. Poczułam się , rzecz jasna, lekko nabita w butelkę, wyprowdzona w zupełnie inne pole niż łąki sielskie, które zamajaczyły mi jako obietnica złożona pierwszymi rozdziałami tej książki. Bystrzejszy czytelnik zorientowałby się szybciej co się kroi, znalazłby odpowiednie przestrogi we wcześniejszych partiach tekstu. Na przykład takich:

 Zdolne bowiem wytrzymać uderzenia ciężkiego młota, szkło owo daje się od strony ogonka ukruszyć przy użyciu szczypiec o stępionych końcówkach i nie wymaga to specjalnego wysiłku. Odbywa się to tak, jakbyście uchwycili element zwornikowy, jakiejś konstrukcji czy też wyjęli utrzymująca ja zawleczkę i rozmontowali cały układ. Całość rozsypuje się jak pod wpływem eksplozji. W miejsce niedającej się rozbić młotkiem szklanej bryły macie teraz przed sobą garść szklanych ziaren rozsypanych po całym pomieszczeniu.

Peter Carey, Oscar i Lucynda, Str 167

 Przy końcu książki miałam wrażenie, że autor potraktował jej fabułę tak, jakby była powyżej opisaną szklana kroplą znaną pod nazwą łzy księcia Ruperta. Tworząca spójną całość historia przez zastosowanie drobnego zabiegu zdaje się rozsypywać w drobny mak, zostawiając zdumionego czytelnika w stanie niedowierzania i rozczarowania.

Przeglądając finał tej powieści, finał, z którego dokładniejszego czytania zrezygnowałam z uwagi na zawód, który mi tam zgotowano, pomyślałam, że jednak mimo wszystko coś z jej uroku pozostanie mi w pamięci.  Będzie to wspomnienie światła rozbijanego w kolorowe widmo w bryłce szkła, oraz obraz przywołany z czasów dzieciństwa. Wtedy to wśród dziennikowych raportów o wytopie surówki i wydobyciu węgla trafiały się reportaże z hut szkła. Nagle okazywało się, że przedstawiciel wiodącej siły narodu, upocony i umorusany robotnik, ma w sobie coś z czarodzieja, bo kręcąc długą tyczką potrafi zmienić fanatyczne płynne kształty wijące się na jej końcu w nagle stężałą szklaną  bryłę. Wydaje mi się, że autor zauroczył mnie jak ten wyrobnik szkła, ukazując mi przeróżne formy i barwy w trakcie tworzenia swojej opowieści. Jednak miałabym ochotę poprosić go, by zabrał się do całej sprawy jeszcze raz, by ponownie poddał ją obróbce, jeszcze raz przesunął mi przed oczyma żarzącą się masę, ale tak by jej trwała postać bardziej pasowała do moich oczekiwań. 

mowa :

Sakura

Rada Rodina na niemoc twórczą była taka: idź do Jardin des Plantes (to jest ogród zoologiczny) i obserwuj panterę. Obserwuj liść, obserwuj drzewo, ale w sposób bardzo intensywny , tak jakbyś chciał odczytać kształt świata, tajemnice istnienia.

 Herbert nieznany. Rozmowy.Str 30

 

Leci sobie, leci, jeden, drugi, całe tysiące. Płatków z drzew. Wszędzie różowe i białe dywaniki, zachwyt powoli przechodzi w westchnienie, że tak krótko, że już, że znikają te girlandy, te małe przyblokowe raje, i że nikt się nimi nie zachwyca. Ot ktoś z pieskiem przemknie, ktoś pogada pod ukwieconą gałązką z sąsiadką, aż mam ochotę jednego i drugiego trzepnąć w ramię, huknąć w ucho, ej no weź i popatrz, tak mocno, nazapamietuj się, żeby na cały rok starczyło. Ale nic, chodzę między nimi, kicham mocno, serdecznie, uczuciowo bardzo. Oglądam sobie sama, i wreszcie robię parę zdjęć tym gwiazdom kilku wiosennych nocy i opuszczonego ogródka.

I kiedy już się napatrzę tej ulotności, to mi się coś w myślach przestawia, zaczynam się wiercić, po brwi drapać i nosem kręcić. No bo to taki czas, wzmożonej przemijalności, że nie wszystko da się w nim zrobić, a zwłaszcza przeczytać. Na przykład biorę taką biografię Holmesa. I ten Holmes siedzi w tej swojej historii życia, całkiem wygodnie, dystyngowanie, siedzi w ciężkim fotelu, dookoła obite ciemną tapetą ściany, gdzieś tam przetacza się Londyn. I kiedy tak widzę w tych zdaniach kurz i cień, to już wiem, że na tę porę roku ta książka zupełnie się  nie nada. Trzeba czegoś lżejszego, ale nie głupiego, finezyjnego. Alabama Song, nie, ta piosenka gorącego południa i szalonej blondynki jest za duszna, za szorstka, tempem zupełnie nie pasuje do rytmu opadających płatków. Idziemy dalej, Iwaszkiewicz, hmm, taki wyważony, jak dobrze przycięty bukiet w wazonie, a nie to kwietne rozbuchanie. Iwaszkiewicz będzie dobry na miesiąc lipiec, kiedy to lato łapie balans i trzyma się prosto i schludnie. Co teraz? Teraz jest Amos z jego dzieciństwem, wspomnieniami, w które wkłada troszkę słońca, szczyptę serca, sporo nostalgii i drobiazgów o wielkim uroku. Tu jest już bliżej właściwych uczuć i odczuć, choć Jahwe mi świadkiem, że o Izraelu pojecie mam blade i nawet nie jestem pewna, czy tam w ogóle drzewka wiśniowe kwitną, a jeśli, to kiedy.

Na wszelki wypadek więc przesuwam się bliżej kraju, bardziej do swojskości, tego grajdołka, zaścianka, gdzie jeszcze wszystkich dzikich śliw nie wycieli. I chyba jest! Taki starszy pan, twarz okrągła jak jabłko, uśmiech i spokojne rozmowy. Łagodnie mądre, mądrością nienachalną, nienapuszoną, delikatną. Zdania wypowiada takie, że puff, dmuchniesz i Ci ulecą i będziesz wracać, żeby zobaczyć jeszcze raz, żeby się przekonać o tym, co Ci w nich właśnie zamigotało.

Stare pojęcie – humanista- dla mnie drogie i znaczące, dla innych ośmieszone i niemodne. Dla tych ostatnich to starszy pan czytający klasyków, ale zagubiony we współczesnym świecie, nieporadny relikt przeszłości. A przecież humanista to ten, który stara się asymilować, przyswajać i oswajać jak najszersze obszary rzeczywistości.

Herbert nieznany. Rozmowy. Str 26

mowa o:

 

kruchości

 

Utz zaczął zdejmować z półki figurki przedstawiające postaci z commedii dell,arte i stawiał je na stół. W migotliwym świetle świecy zdawały się posuwać po szklanym blacie jak po lodzie, obracać dookoła w złotej piance pokrywającej postumenciki, na których były osadzone. Miałem wrażenie , ze śmieją się, tańczą improwizują coraz to nowe figury

Bruce Chatwin „Utz”, Str95

 No proszę, pierwsza randka i od razu całkiem udana. Tyle, że nie wiem, czy z blondasem pisarzem, łysym bohaterem czy porcelanowym zjadaczem makaronu. Wróć, to było spotkanie z kolekcjonerem, niby nieciekawym facetem, o którym nawet nie wiadomo, czy nosił wąsy czy nie. Szary człowiek to jednak nie był, mimo usilnych starań, by takim się wydawać.

Utz to były (czeski? żydowski?) baron, zdeklasowany i wydziedziczony, o wielkiej pasji do zbierania porcelany. Przy czym nie jest to zbieranie podobne do gromadzenia znaczków pocztowych przez przeciętnego mieszczucha. Pan Utz jest Kolekcjonerem w każdym calu swojej dobrze ukrytej duszyczki. Takim, o którym Benjamin mówi, że wyzwala przedmiot z jego uwikłań funkcjonalnych. Utz robi to przez odnajdywanie jego historii, obdarzanie go legendą, przydawanie mu mitycznych i magicznych znaczeń. Można by wręcz pokusić się o stwierdzenie, że jako kolekcjoner nie potrzebuje już boga, bo ma swoją kolekcję i wstępuje niejako w jego rolę poprzez jej tworzenie. Jednocześnie kolekcja sama staje się przedmiotem kultu. Dla Chatwinowskiego bohatera porcelanowe figurki nie są tylko kruchą lokatą kapitału. Opowiada o nich przygodnie spotkanemu narratorowi powieści. snując fantastyczne wizje Golema, olbrzyma stworzonego z gliny, by za chwilę przejść do historii o kamieniu filozoficznym i roli białej i czerwonej glinki w jego poszukiwaniu. Adam był nie tylko pierwszym człowiekiem ale również pierwszą ceramiczną rzeźbą (tamże, str 37) stwierdza Utz. Stąd już tylko krok do konkluzji o cudownych właściwościach jego kolekcji. Personifikacja, a potem gloryfikacja  przedmiotu, to chyba wyrazy najwyższego jego  uwielbienia.

Warto sięgnąć po tę książeczkę. Nie dla samej fabuły, która przy końcu rozmywa się w mdłą historię miłosną. Ale dlatego, że mówi ona czym mogą być na pozór błahe i kruche przedmioty. Chatwin stworzył studium kolekcjonerstwa które bez wahania można nazwać majstersztykiem. Za to właśnie go polubiłam i obiecałam ponowne spotkanie, kto wie, czy nie dłuższe niż 127 stron.

mowa o: