Kategoria: Vladimir Nabokov Splendor

ta jedyna, najwspanialsza

Świerszcze nadal ćwierkały, raz po raz dolatywała słodka woń płonącego jałowca, a nad czarnym wyżynnym stepem, nad jedwabistym morzem, przeogromne, wszechograniające niebo, gołębioszare od gwiazd, przyprawiające o zawrót głowy, i wtem Martin znów doznał uczucia doświadczanego nieraz w dzieciństwie: nieznośnej intensyfikacji wszystkich zmysłów, magicznego, natarczywego impulsu, obecności czegoś, dla czego warto żyć.

Vladimir Nabokov „Splendor”, Str 34

 U Nabokova zawsze jest świetnie, u Vladmiria zawsze czuję się dobrze. Ciekawe towarzystwo, lekko podbarwione humorem opisy sytuacji, a w tle gdzieś drzemie dramat, który na koniec pobudza akcję groźnym warknięciem. Wejście w jego książkę to jak odwiedziny w starym dworku. Tym razem dworek był na odległym Krymie, tonący w zieleni i zapachach ziół. Niestety wkrótce zaleciał tam i dym z broni rewolucjonistów i bohater, a wraz z nim cała akcja, zaczęli przemieszczać po Europie. Tutaj należy dodać, że bohater zasługuje na to miano tylko dlatego, że jest centralną postacią powieści. W rzeczywistości jest to przeciętny chłopiec, który ma może za bardzo pobudzana wyobraźnię, głównie dzięki zamiłowaniu matki do czytania mu baśni. Chłopiec jednak dorasta, zaczyna uganiać się kobietami i szybko odnosi pierwsze sukcesy miłosne. Potem ląduje w Cambridge i tam dopiero jego losy nabierają coraz dziwniejszego kształtu. Oczywiście dzięki nieodwzajemnionej miłości.

Myli się jednak ten, kto  przypuszcza, że książka jest zwykłym romansidłem. Czy w ogóle możliwe jest, żeby u Nabokova coś było zwykłe? Amantka jest lekko obszarpana i pyskata, młodzian niepozbierany i bezradny. Tych dwoje męczy się ze sobą, męczy innych, a ich główną metodą kontaktu jest nieporozumienie. Bo dla mnie o tym właśnie jest ta historia, o braku umiejętności dotarcia do drugiego człowieka. A także o zagubieniu i obłędnym pragnieniu uznania, które w końcu prowadzi do podejmowania absurdalnych, a czasem i niebezpiecznych kroków.

Co tu zresztą dużo pisać, książka jest świetna w każdym calu, każdym wersie czytanego tekstu. Jest bezkonkurencyjną zwycięzczynią mojego osobistego plebiscytu na najlepszą wczasową książkę anno domini 2011. Należy tylko żałować, że jest tak niewielka. I że do jej kupna w żaden sposób nie zachęca paskudna okładka. Na szczęście nazwisko autora robi to wystarczająco skutecznie.

Naprawdę warto:

Reklamy