najnaje -podsumowanie 2021roku

Idea, żeby brać gorsze, bo nie ma lepszego, nie jest dobra

Miron Białoszewski „Proza stojąca, proza lecąca”, Str 195

Styczeń jak marzec, czyli wiosna wisi w powietrzu, a tu podsumowania poprzedniego roku brak. Wszyscy, ale to wszyscy co chcieli, podsumowali. Co podsumować się dało. Wypadło mi więc zamknąć korowód podsumowań, choć obawiam się, że daremny to trud i próżne opisy będą, bo teraz mamy już podsumowań po kokardę i na sam dźwięk słowa „podsumowanie” rzucamy się do wyjścia.  

Trudno i tak opowiem co mi się podobało, a co nie podobało w zeszłym roku, nawet jeśli nikt oprócz mnie nie będzie chciał tego wysłuchać. Uparłam się utrzymać tradycję i już. A jak o uporze mowa, to bardzo dużą jego ilość zużyłam w zeszłym roku na czytanie jednej książki: Zakłamanego życia dorosłych Ferrante. Cóż to był za męka czytelnicza! Sama teraz nie wierzę, że się nie poddałam  i dotrwałam do końca. Wyjaśnieniem takiego stanu rzeczy po części jest fakt, że intrygę i jej podłoże psychologiczne uznałam za całkiem, całkiem. Ale styl w jakim książkę napisano przyprawił mnie o dreszcze grozy.

Na szczęście więcej tak kiepskich lektur w zeszłym roku nie miałam. Za to udało mi się bawić dobrze przy czytaniu takich rzeczy, jak Sprzedawczyk Paula Beatty czy Grandhotel Jaroslava Rudisa.

Do prozy polskiej, nowej, podeszłam nad wyraz ostrożnie, i z książek wydanych w tamtym roku przeczytałam tylko pełne gorzkich żali Cukry Doroty Kotas i zadziwiająco surrealistyczną opowieść o remontach czyli Furtkę przy dozorcy Waldemara Bawołka. Ale najlepszą książką polskojęzyczną i tak okazała się Proza Stojąca Proza lecąca Białoszewskiego.

Jeśli chodzi o prozę obcojęzyczną, to znów pociągnęło mnie w stronę autorów piszących po angielsku. Intelektualizowałam się przy esejach Atwood, oblizywałam się ze smakiem (literackim rzecz jasna) przy Targowisku Próżności, i otwierałam szeroko oczy przy Opowiadaniach Moshfegh. Z zachwytu. Bo właśnie Tęsknotę za Innym Światem uznaję za najlepszą książkę niepolskojęzyczną zeszłego roku. Z radością przeczytałam Przypadki niefortunnego saksofonisty tenorowego  Skvoreckiego i odkryłam Nahacza. Natomiast mojego entuzjazmu nie wywołała proza Tove Ditlevsen i do dziś nie jestem w stanie pojąć popularności jej książki . Co znowu motywuje mnie do kierowania się w wyborze lektur nie powszechnie głoszonymi pochwałami, a własną intuicją i radami Czytających Znajomych.

mowa o:

stare jak nienowe, podsumowanie 2021 roku cz. 1

Nieprawdą jest, że każda praca zasługuje na uznanie.

Fran Lebowitz „Nie w humorze”, str 18

Niebywałe, zdążyłam już rozebrać choinkę, a podsumowania roku ciągle brak! Wcześniej było odwrotnie, w czasach, gdy książkom przyniesionym do domu nie trzeba było urządzać kwarantanny. Co ma piernik do wiatraka, ktoś spyta? I będzie miał rację, bo moje spowolnienie jest tylko moje, a osobista ospałość i niechęć do wszelkiego wysiłku są rzeczywistym powodem opóźnienia. Książki na parapecie nie mają z tym nic wspólnego. Bo one czekają na czytanie, gdy te przeczytane, lub niedoczytane, mogę już przejrzeć w pamięci oraz w realu. Zwłaszcza, że nie ma ich za dużo, bo czytanie na akord to nie moja bajka, a jak się biorę za tekst, to lubię sobie każde jego zdanie dokładnie poobracać w głowie. Czasem z tych obrotów wynika niechęć do dalszej lektury. Taki stan rzeczy w tym roku wywołały u mnie przede wszystkim rewelacje sprzed lat, wydane u nas jako aktualne sensacje. Nie pytajcie jak to się stało, że dałam się namówić na sięgniecie po tak mocno odgrzewane kotlety jak stare felietony Fran Leibowitz, czy paplanina Babitz. Jak widać reklama działa nawet na mnie.

Fran Lebowitz była mi znana z netflixowego hitu Pretend it’s a city,. Ale już w trakcie oglądania jej barwnych opowieści miałam wrażenie, że są one raczej dla mieszkańców NYC niż obywatelek i obywateli kolejnej RP. Jednak Fran mnie rozbawiła, więc postanowiłam poczytać jej pierwszą książkę wydaną u nas. Zwłaszcza że miało być cynicznie, zgryźliwe i wrednie, czyli tak jak lubię. Cóż może było, ale czterdzieści lat temu. Teraz te teksty bardziej nudzą niż oburzają czy śmieszą. Dotyczą spraw dawno minionych, wydarzeń nie obchodzących nas już w żaden sposób. Przy próbie ich czytania ziewałam, zastanawiając się nie czy Fran ma rację, ale skąd wziął się pomysł na wydanie jej najstarszych artykułów? Jedynym uzasadnieniem wydawała mi się wyprzedaż w  spektakularnym amerykańskim stylu, jak dwa w cenie jednego czy dodanie do zakupu kuponu dla Naczelnego i  członków załogi wydawnictwa na  pobyt w hotelu  przy Fifth Avenue.

Drugą porzuconą przeze mnie w roku 2021 Amerykanką była niegdyś słynna IT Girl, czyli Eve Babitz, hollywoodzka lanserka sprzed lat. Tutaj pobiłam swój rekord w rezygnacji z czytania nowej książki, bo rzuciłam w kąt opowieści Babitz po mniej niż dziesięciu stronach. Może gdybym czytała codziennie Pudelka, jego amerykańska wersja sprzed pół wieku zainteresowałaby mnie bardziej. Niestety opowieści Eve okazały się tak infantylne i pozbawione nie tylko inteligencji ale i uroku, że odechciało mi się ich w ekspresowym tempie.

mowa o:

Ideologia Singla – założenia i praktyka

Stało się! Wyszło szydło z worka! Kolejna ideologia na światło dzienne! Czas bym i ja wyszła z szafy, kamingautowała się wreszcie, po latach nieudolnego kamuflażu przy użyciu skarpet, książek i herbat. Otóż, Uwaga! Mówię! Wyznaję! Przyznaję się! Jestem…. SINGLEM! Tak, wiem, czas rzucić we mnie kamieniem, zaprowadzić na stos łatwopalny, bo z kart ksiąg niezacnych ułożony. Ale zaraz, zaraziuńko, pozwolę ze sobą to wszystko zrobić. Tylko dajcie mi z ust gniewnych wyjaśnienia wyględzić.

Ci, w przykładnych parach żyjący, a być  może i niańczący dzieci większe, duże lub oseski, nie do końca wiedzą pewnie, czym jest owa groźna, ale wreszcie nazwana po imieniu, Ideologia Singla. Radzę więc, by dla ochrony, nim zaczną czytać dalej, jedną dłonią chwycili się za ręce z partnerami stałymi, a  drugą zasłonili dziecku uszy, a jak już umie czytać , to i oczy, wzięli oddech głęboki, i się z moją opowieścią zapoznali.

Otóż ja jako singiel żyję tak, że budzę się rano, albo i w południe, w łóżku większym niż jednoosobowe.  Moje łoże jest okazałe i wieloksiążkowe. Gdy otwieram oczy, znużona snem, co ze względu na erotyczną rozmaitość jest nie do streszczenia, przy każdym boku mam mężczyznę. Obecnie jest to Singiel i Elgiebet Michał W. po stronie  lewej, Erotoman Praktykujący  Janusz G. po prawej. Nieco niżej, no powiedzmy, że między …yyy kolanami, mam Lesbę Nagradzaną czyli Dorotę K.

Kiedy wreszcie udaje mi się okiełznać moją bezpłodną miłość do literatury, wstaję i idę do lustra. Tam długo i namiętnie witam się ze swoim odbiciem. Potem w łazience napuszczam mnóstwo wody do wanny i zanurzam się po szyję w pianie i plusku sztucznych fal (wywołanych poruszaniem piętą), by skutecznie  się zmienić w samotną wyspę. Jak już czuję, że nasiąkłam izolacją  po czubek mojego bezpłciowego nosa, sięgam po ręcznik, potem po klapki i człapię do szafy. I tu mam dylemat wielki, bo jakiego koloru bym nie ubrała, to mieści się w spektrum tęczy i może wywołać mylne wrażenie, co grozi wyklęciem z innego niż singlizm powodu. Dopiero po dłuższych rozważaniach dochodzę do wniosku, że szary będzie najodpowiedniejszy. Jeszcze przez żadną ideologię nie wzięty, więc ta moja, świeżutka jak dopiero co wylazły z jaja pisklak, może się w szarości przybrać i próbować kolejnego kamuflażu, co ma chronić przed rozdziobaniem.

Bura i nijaka, prowadzę do końca dnia życie niemałżeńskie i pozbawione pełni. Na dodatek, to też wyznam, jak już tak wszystko mówię tutaj szczerze, zajmuję się głównie czytaniem książek Ideologię Singla zdających się szerzyć i celebrować. Jak nie wierzycie, to sami sprawdźcie o czym są:  

Anita Brookner „Prywatne doznania” 

Anita Brookner „Hotel du Lac” 

Anita Brookner „Opatrznosc”

Antal Szerb „Podróżny i światło ksieżyca” 

Banana Yoshimoto Tsugumi 

Bruce Chatwin Utz 

Christopher Isherwood „samotnośc” 

Despentes Vernon Subutex 

Dezso Kosztolanyi Ptaszyna

Dominika Słowik Zimowla 

Donna Tartt Szczygieł 

Elizabeth Bowen Dziewczynki 

Evelyn Waugh „Powrót Do Brideshead” 

Fynf und Cfancyś 

Hallgrimur Halgason „Kobieta w 1000 C” 

Hiromi Kawakami „Sensei i miłość” 

Ivy Compton-Burnett Więcej Pań niż panów 

Jane Bowles „Dwie poważne damy”

Jeffrey Eugemides Samobójczynie 

Jeffrey Eugenides Middlesex 

Jerzy Pilch Zuza albo czas oddalenia 

John Fante Pył 

Joseph Roth Hotel Savoy 

Kaja Malanowska Imigracje

Kaja Malanowska Patrz na mnie Klaro

Kingsley Amis Gruby Anglik 

Kingsley Amis Jim Szczęściarz 

Klas Ostergren Gentlemani 

Laurent Graff „szczęśliwe dni” 

Magda Szabo „Zamknięte drzwi” 

Marcel Proust ” W cieniu zakwitających dziewcząt” 

Marcel Proust „W poszukiwaniu straconego czasu” t. 5 .Uwięziona 

Marcel Proust „W stronę Guermantes” 

Marcel Proust Sodoma i Gomora 

Marcel Proust W poszukiwaniu Straconego Czasu tom 7 Czas Odnaleziony 

Marcel Proust W poszukiwaniu straconego czasu.T.6 Nie ma Albertyny 

Margaret Atwood Pani Wyrocznia 

Margaret Forster „Podróże Maudie Tipstaff”

Margaret Foster Zacisze pana Bone 

Michal Witkowski Barbara Radziwiłłówna z Jaworzna-Szczakowej 

Michał Witkowski Drwal 

Michał Witkowski Wymazane 

Miron Białoszewski „Chamowo”

Muriel Spark Pełnia życia Panny Brodie

Olga Tokarczuk Prowadź swój pług przez kości umarłych 

Ottessa Moshfegh Byłam Eileen 

PabloTusset Najlepsze co może się przydarzyć rogalikowi 

Pascal Mercier „Nocny pociąg do Lizbony” 

Patrick Modiano Przejechał cyrk 

Patrick Modiano Ulica ciemnych sklepików

Penelope Fitzgerald „The Bookshop” 

Philip Larkin Zimowe Królestwo 

Pnin Vladimir Nabokov 

Roberto Bolano Amulet 

Sackville-West V.M. Wygasłe namiętności 

Sylvia Palth Szklany Klosz 

Sylwia Siedlecka Fosa 

Thomas Bernhard Bratanek Wittgensteina 

Thomas Bernhard Przegrany 

Thomas Bernhard Wycinka 

Tove jansson True Deceiver 

Vicki Baum Ludzie w Hotelu 

Beksińscy

Człowiek Miron 

Greta Garbo 

Jane Austen 

Joanna Kuciel-Frydryszak Iłła. Opowieść o Kazimierze Iłłakowiczównie 

P.L.Travers 

Pannonica Rothschild 

Agnieszka Taborska Niedokończone życie Phoebe Hicks 

Angela Carter ‚Wieczory Cyrkowe” 

Anne Rice Wywiad z wampirem 

Axel Hacke Maleńki Król Grudzień 

Felisberto Hernandez „Ciemna jadalnia, balkon i inne niezwykłe opowieści” 

Herbert Rosendorfer Budowniczy Ruin 

Hiromi Kawakami Manazuru 

Hiromi Kawakami Nadepnelam na weża 

Joanna Bator Chmurdalia 

Matei Visniec Sprzedawca początków powieści 

Noemi Szeesi Ugrofińska wampirzyca

Olga Tokarczuk Anna In w Grobowcach Swiata 

Philippe Soupault „Ostatnie noce paryskie” 

Raymond Queneau Zazi w metrze 

Roland Topor Bal na ugorze 

Roland Topor Księżniczka Angina 

Roland Topor Pamietnik starego pierdoły

Walter Moers „Kot Alchemika” 

Walter Moers Labirynt Śniących Książek 

Yoko Tawada „Fruwajaca dusza” 

Lore Segal „Lucinella”

Barbara Klicka Zdrój

Sayaka Murata Store Woman

tego nie czytajcie czyli porażki 2019

Oślinione usta dziewczyn, które nie mogą istnieć bez swych ojców, braci, wujów czy mężów, dotykają pomarszczonych powierzchni dłoni swych rodzin, pielęgnując odrębność, obyczaj i język.

Waldemar Bawołek „Bimetal”, str 5.

Zaraz, zaraz, miałam przejść do omawiania bieżących lektur, kiedy zauważyłam pewien brak w opisywaniu tych zeszłorocznych. Tak, zapomniałam ponarzekać na książki niedobre. A przecież były, o, trafiały się całkiem często i budziły to śmiech, to złość, to niedowierzanie. Najwięcej tych negatywnych reakcji wywołało u mnie dzieło pisarza coraz bardziej znanego. Waldemar Bawołek miał w zeszłym roku wyjątkowe powodzenie, jeśli nie u czytelników, to u wydawców i krytyków na pewno. Kiedy sięgnęłam po jego Echo Słońca, stwierdziłam, że całkiem słusznie. Ale gdy wreszcie zerknęłam do przywiezionego z Targów Książki Bimetalu, zmieniłam zdanie. Bo tam znalazłam teksty upiornie niedobre. Nie tylko grafomańskie, ale i pełne mitomanii, szowinizmu i mizogini. Ta mieszanka była tak fatalna, że pobiłam swój rekord prędkości z rezygnacji z czytania książki i porzuciłam ją niedoczytawszy pierwszej strony.

Kolejnym zawodem czytelniczym była głośna i podobno budząca zachwyty książka o życiu pewnego księgarza i antykwariusza w małym szkockim miasteczku. Facet zrobił furorę, opisując swoje życie wśród książek, a do jego miejsca pracy zaczęły sunąć pielgrzymki chętnych do sprawdzenia, jak ono rzeczywiście wygląda. No i dałam się skusić. Wydawało mi się, że nawet jeśli rzecz będzie błaha, to dzięki tematowi chociaż  urocza. Niestety nie była. Na darmo starałam się odnaleźć w tekście ciekawe historyjki o dniach powszednich bibliofila. Autor okazał się nie miłośnikiem książek, a zapalonym buchalterem. Czego rezultatem były teksty przypominające bardziej księgę przychodów i rozchodów niż pamiętnik księgarza. Poddałam się po kilkudziesięciu stronach i odłożyłam książkę na półkę.

Na koniec kilka słów o książce może nie najgorszej, ale na pewno najnudniejszej. Na szczęście ta, w przeciwieństwie do dwóch pozostałych, trafiła do mnie z biblioteki. Wreszcie, Buksy zmądrzałaś, powiedziałam sobie, kiedy po serii ziewnięć zrezygnowałam z dalszego czytania Swingtime Zadie Smith. Dzięki której przekonałam się, że nawet na tak fascynujący temat jak taniec można napisać kompletnie nieciekawy tekst.

mowa o:

kambeczek

Przyglądają mi się, jakbym była zepsutą lalką ludzkich rozmiarów

Barbara Klicka „Zdrój”, str 78

Wracam, moi Mili Nieliczni Czytelnicy, wracam do wpisów i fotek. Uroczyście ogłaszam czas bujania w obłokach, z dala od bloga, czasem minionym. Schodzę na ziemię. Przeganiam mrzonki, robię z marzeń mrożonki i spadam. Na glebę, z obitym ego, rozbitym tym i owym. Ale za to z planem notkowania przynajmniej raz w tygodniu. Nie wiem jak was, ale mnie reaktywacja Czytanki jara jak mało co ostatnio.

Kraków 1900 2

Żeby się długo nie zastanawiać jak się do tego zabrać, zaczynam od końca. Czyli od podsumowania zeszłego roku. A podziało się sporo. Nobel rzecz jasna, Nobel najważniejszy, najcenniejszy i najbardziej brzemienny w skutki. Nie tylko te oczywiste, jak powołanie fundacji i obecność książek Laureatki na każdej poczcie polskiej i pod każdą ojczyźnianą strzechą. Bo rezultatem nagrody jest moim zdaniem zmiana w geografii literackiej kraju. Oto Kraków przestaje być literacką stolicą Polski. Ze zubożałym festiwalem Conrada, z oprotestowanymi targami książki, usuwa się w cień. Z atrybutów literackich zostaje Krakowowi deszcz i miesięcznik Znak. Przyznacie, że to nie dużo. A kto w grudniowym Znaku podczyta dział literacki właśnie, przekona się, że jeszcze mniej niż by się na pierwszy rzut oka wydawało.

Kraków 1900 4

Miejsce Krakowa z uśmiechem, z luzikiem, z rozwianą brodą Irka Grina, zajmuje Wrocław. Z jednej strony cieszę się i gratuluję, z drugiej trochę się martwię. Bo Wrocław mam daleko i mogę sobie pozwolić na czytelnicze podróże do Krakowa jedynie. Pozostaje mi mieć nadzieję, że znajdę tam coś więcej oprócz zamkniętych na czas spotkań literackich kawiarnio-księgarni i pustych kącików noblowskich w empiku.

Nobel empikKącik noblowski Szymborskiej w empiku w krakowskim Rynku, obecnie jedynej księgarni w ścisłym centrum miasta. Piątek, środek dnia, Festiwal Conrada 2019.  

Kącik noblowski Miłosza w empiku w krakowskim Rynku, obecnie jedynej księgarni w ścisłym centrum miasta. Piątek, środek dnia, Festiwal Conrada 2019.  

Ale ad rem, czyli do książek wrócę, bo jednak to one są i wciąż będą głównym tematem tutejszych pogawędek. W ramach podsumowania słów kilka o moich wonderbookach roku 2019. Z książek obcojęzycznych jest nim Lucinella Lore Segal. Jestem tego pewna jak nigdy. Bo Lucinnelę czytałam początkiem roku, i potem niejednokrotnie otwierałam ją na byle jakiej stronie i zawsze znajdowałam w niej słowa, frazy i spostrzeżenia budzące zachwyt. To jedna z tych książek, co przychodzą do Was we właściwym momencie w życiu, dostarczając trafnych w danym czasie przemyśleń i refleksji.

Kraków 1900 1

A co z literaturą rodzimą? Hmm. To temat na kilka notek, ba, uczony esej. Tego ostatniego się nie podejmuję, te pierwsze może kiedyś popełnię. A teraz tylko powiem, że najlepszą książką polską tego roku jest dla mnie Zdrój Barbary Klickiej. Jakoś słabo zauważany i doceniany póki co. A wielka szkoda, bo ta nieduża książka ma w sobie wszystko, co dobra współczesna literatura powinna oferować. Świetny język, wielowarstwowość, i niedopowiedzenia pozwalające czytelnikowi na własną interpretację tekstu. Bardzo bym chciała, żeby droga wyznaczona przez Klicką stała się częściej używanym traktem przez rodzimych twórców. Bo to, co od nich z reguły dostajemy…. cóżżż. To na pewno nie temat na tę, już przydługą, notkę ;).

mowa o:

 

Raport z pewnego festiwalu

Ha, tym razem się udało! Jestem z tego taka dumna, że przerywam milczenie. Tak, wczoraj zdołałam dotrzeć na Festiwal Conrada. Przyznam od razu, że wpadłam tam jak błyskawica. Na pół dnia zaledwie. A że błyskawicy zwykle towarzyszą gromy, to trochę tu sobie pogrzmię. Po pierwsze z powodu niedofinansowania festiwalu z państwowej kiesy. Oszczędności dało się mocno odczuć. I to nawet na kilka dni przed rozpoczęciem imprezy. Przekonałam się o tym, gdy się kazało, że wydarzenie towarzyszące, na które w zeszłym roku byłam serdecznie zapraszana, w tym roku ma ograniczoną liczbę miejsc. I organizatorzy nie zapraszają na nie, tylko powiadamiają o nim. Oględnie. Pytając czy aby na pewno się chce przyjść. Myląc przy tym dni i godziny spotkania. I nie podając lokalizacji. Cóż, pomyślałam sobie, trudno, Buksy, przejrzeli cię. Ze mimo lichej postury zjadasz całkiem sporo i szkód narobisz w bufecie większych niż przeciętny uczestnik. Powiedziałam też sobie, Buksy ,zachowaj się, nie pchaj się, zwłaszcza, że nawet nie wiesz gdzie i o której jest impreza. Dzięki tak przyjętej strategii mogłam się skoncentrować na wydarzeniach otwartych dla szerokiej publiczności.

Jak tylko dotarłam na krakowski rynek, stanęłam zadziwiona. Oto nigdzie nie było znaku, że to tu, zaraz obok, odbywa się jeden z najznamienitszych festiwali literackich w Europie. W miejscu, gdzie dwa lata temu łopotały wielkie chorągwie z logo festiwalu, było pusto. Tam, gdzie kiedyś dumnie wypinało klatę ogromne C, też nic nie było. Weszłam do Czeczotki, rozejrzałam się. Kawę na szczęście mieli, ale plakatów festiwalowych już nie. Dopiero w bocznej uliczce zobaczyłam niewielki Conradowski baner, a obok niego przesuwające się, jakby na paluszkach, nieco chyłkiem, trochę bokiem, postaci. W tym momencie ogarnał mnie dreszcz emocji. Oto poczułam się jak uczestniczący w tajnym spotkaniu członek Wyklętego Bractwa Czytelników. Cała w rumieńcach pobiegłam na pierwsze spotkanie, o Kafce. Było merytorycznie i na temat (co na tym Festiwalu zdarza się nieczęsto) i pewnie zostałabym do końca, gdyby nie kolejne uciążliwe oszczędności wprowadzone przez organizatorów. Dla zmniejszenia kosztów postanowiono nie włączać klimatyzacji. W rezultacie tego, po półgodzinie, bliska omdlenia, musiałam się ratować świeżym, krakowskim powietrzem.

Kiedy się nawdychałam i ochłodziłam dostatecznie, wróciłam na salę, żeby posłuchać o awangardzie. I tym razem zrobiło mi się gorąco, ale bardziej z powodu oburzenia niż temperatury. Bo jeden z prowadzących oświadczył, że rola kobiet w awangardzie artystycznej była marginalna. No, może jakaś tam Czeszka coś tam zrobiła, ale tak ogólnie, to panowie wodzili prym. Miałam ochotę wstać i zakrzyknąć że jak to, a taka Woolf, albo mniej znana Carrington. Że o współczesnej i rodzimej Rottenberg nie wspomnę. Ale nikt nie miał zamiaru dopuścić publiki do dyskusji, prowadzący tokowali i pletli bez umiaru i bez większego sensu. Najbardziej zdumieli mnie stwierdzeniem, że tak do końca to nie wiadomo, co będzie wyznacznikiem awangardy naszych czasów. Typują działania na rzecz ochrony środowiska. Ha, nieźle, uradowałam się. W ten sposób wystarczy w markecie nie brać foliówki przy zakupie warzyw. I już hop, zaliczasz się człeku do awangardy. Artystycznej na dodatek. Chcąc ten plan jak najszybciej zrealizować, w środku spotkania wybiegłam na zakupy. Spożywczego w pobliżu nie było, więc zadowoliłam się Benettonem, gdzie nabyłam zieloną owcę z breloczkiem i załączonym do niej płóciennym woreczkiem. Wygląda eko aż miło.

Potem wpadłam na spotkanie w języku niemieckim. Tam walka tłumacza z językiem polskim była tak męcząca i dla niego i dla słuchaczy, że znowu skróciłam pobyt na spotkaniu. Na szczęście sympatyczna znajoma zaprosiła mnie na chwile odpoczynku w pobliskiej knajpce, więc udało mi się zaspokoić potrzebę mądrej i dowcipnej rozmowy w miłym towarzystwie. Za co chcę serdecznie podziękować Ani z Literackich Skarbów.

Jednak ta przyjemność trwała krótko, bo popędziłam na następne spotkanie. O czarownicach. Zdumiałam się na widok tłumów zalegających obie sale Czeczotki. Nie miałam pojęcia że wiedźmy  są tak mocno na topie. I przyznaję, ucieszyłam się z tego powodu. Jednak i tu spotkał mnie lekki zawód, bo zarówno autorka omawianej książki jak i prowadząca spotkanie wydawały się zmęczone i pozbawione energii. Jakby wieloletnia walka o prawa kobiet wyczerpała je do cna. A może i tak było na serio? Sama rozmowa dotyczyła ściśle treści zawartych w książce Czarownice niezwyciężona siła kobiet i kto dokładnie rzecz przeczytał, nie miał niespodzianek. Znowu nie dotrwałam końcowej dyskusji, bo musiałam biec do pociągu. Zdążyłam tylko spostrzec, że mimo dominującej obecności kobiet, pytania zadawali głownie panowie. Z drugiej strony chyba należy się cieszyć, gdy na tego rodzaju spotkaniach bywają i mężczyźni. Nawet gdy ich udział wynika z chęci podsłuchania wroga. Przy okazji muszę tu jednemu z uczestników spotkania szczególnie podziękować. Za to, że dzielnie mnie, obcą babę, być może czarownicę, ratował przed upadkiem. Taki to miły i wręcz symboliczny gest spotkał mnie ze strony przedstawiciela męskiej publiczności. Bo czy to nie budujące, że facet jednej z wiedźm chce podać pomocną dłoń? I tym optymistycznym akcentem kończę moją przydługą opowieść.

mowa o:

better late than never czyli wybesty i mejery zeszłego roku

Prawdziwa władza to język

Laurent Binet „Siódma funkcja języka” str 185

Znowu zapadłam w sen, tym razem przedwiosenny. Choć wciąż nic nie kuka, chłopiec panny nie szuka, bo na zapiecku albo przy kaloryferze jeszcze siedzi.

Ale może ktoś już przyuważył przebiśniegi. Ktoś, kto mieszka w miejscu, gdzie kwiatek musi się przebijać tylko przez zamarznięte błoto. A tymczasem ja, tu, na osiedlu z betonu, gdzie nie ma prawdziwej miłości, ani roślinności, sobie słodko kimam. A jak mi się czasem oko otworzy, to widzę, że zaległości mam, nie tylko we wiosny szukaniu. Moje zaległości sięgają hen, w zeszłoroczne śniegi, i nietegoroczne lektury. Tak, właśnie spostrzegłam, że o dobrych książkach anno domini 2018 nic nie powiedziałam. A tyle ich było. Niektóre pojawiły się w notkach na blogu: Barnes razy dwa, Głowacki, Sylwia Siedlecka i Rosendorfer. Oraz niezrównana Macocha, której już teraz mogę wręczyć tytuł najlepszej książki tamtego roku.

Ale były i inne czytanki, co im się tu wzmianka należy, a nieobnotkowane zostały. Na pewno zalicza się do nich Siódma funkcja języka, kryminał, czy ja wiem, semiotyczny? Lingwistyczny? W każdym razie to kryminał głównie dla filologów, bo tylko ich ucieszą opisy turniejów oratorskich Logos Klubu, czy losy rękopisu Barthesa.

Zupełnie innych przyjemności dostarczyły mi Mikrotyki. To napisane cudownym językiem opowiastki z życia blokowiska. Można je czytać i czytać, smakując wciąż na nowo każde zdanie. I za każdym razem wzdychać z zachwytu. Mikrotyki razem z Macochą stawiam więc na podium, opasując szarfą z napisem The Champions.

Na wyróżnienie zasługuje też sympatyczna, choć i lekko powierzchowna, biografia Berezowskiej. I zeszłoroczny kryminał Czubaja, Dziewczynka z zapalniczką, co mnie uchronił przed straszliwa nudą , wywołany niby biografią Komedy. Po raz kolejny utwierdziłam się w przekonaniu, że na wakacjach porządną historię zbrodni trzeba mieć ze sobą, żeby samemu czegoś złego z nadmiaru wolnego czasu nie popełnić. I ta książka, z ognistym warkoczem na okładce, właśnie była moim ratunkiem w czasie urlopu. Trzymam więc kciuki, żeby nowy kryminał autora ukazał się jeszcze przed początkiem lata. Podobno ma być jazzowy, więc może i niesmak po Komedzie uda mi się nim zagłuszyć.

warto:

nie do czytania 2018

Nie było mnie trochę w zeszłym roku tutaj, wiem. Ale, ale, to nie znaczy, że nie brałam się za książki. Że nie czytałam. Że nie sprawdzałam, Że nie zaglądałam w nowości, w bestselery i empikowe topiki. Robiłam to, tylko rozsądniej. W końcu wiek dojrzały, nie tylko mój, ale i bloga, do czegoś zobowiązuje. Dlatego postanowiłam zadbać o oszczędne gospodarowanie. Nie tyle pieniędzmi, co czasem. I nie kończyć książek co je wszędzie chwalono, a mnie nie przypadły do gustu. Oględnie mówiąc.

Pierwszą wielką porzuconą na mojej zeszłorocznej liście, jest Komeda Grzebałkowskiej. Nie powiem, że się nie starałam. Wzięłam książkę na wakacje, więc warunki do zainteresowania mnie miała idealne. Cóż, nie była w stanie ich wykorzystać. Zanudziła mnie doszczętnie wielością danych statystycznych, cytatami pism z ministerstw, urzędów i biur festiwalowych. I nikłą obecnością głównego bohatera na swoich stronach. Bo zawartość Komedy w Komedzie jest doprawdy niewielka. Często miałam wrażenie że wynosiła mniej niż 15% procent. Co okazało się stanowczo za mało, do poczucia w trakcie czytania przyjemnego zawrotu głowy. Dlatego w okolicach 140 strony porzuciłam tę książkę. Bo ziewałam nad nią tak, że nie mogłam ani czytać, ani zasnąć.

Kolejny zawód sprawił mi tytuł chwalony gorąco przez osoby, których gustom literackim mocno ufam. I polecane przez nie tytuły czytam z przyjemnością. Cóż, zawsze zdarza się wyjątek od reguły. I Denmakrova swoim „Przyczynkiem do historii radości” właśnie go sporządziła. Już na początku wydawało mi ze autorka coś za bardzo się stara. Że chce pisać literaturę nie tylko przez duże L, ale i zawijasem. No ten zawijas książce zaszkodził. Jeszcze wytrzymywałam przy zdaniach takich jak „ Słowa policjanta zostawiają zmarłego i wracają do właściciela. Wiedza co to Lojalność” str 32. Usiłowałam przymknąć oko na stwierdzenia, że jaskółki „maja pergaminowe powieki, pod którymi gromadzi się mądrość” str 47 czy „Julia, synogralica, która musiała stać się sójką , chce zatrzasnąć jaskółczym oczom drzwi przed dziobem” (Sic! str 48) i że „męskie ciała dławi przybój dziewczęcej cielesności” . Choć tak naprawdę to już przy zdaniu „Pod muszlą klozetową wala się wężowa skóra rozmokłego różowego papieru” (ibidem, str 22) moja chęć czytania wysiadła. Kiedy się za nią obejrzałam, zobaczyłam, że wyraźnie drżą jej plecy. Od tłumionego chichotu. Cyniczna i krytyczna z niej bestia, pomyślałam sobie. Odłożyłam książkę na półkę zanim dobiłam do pięćdziesiątej strony.

Jakby tego mało, pod koniec roku dałam się skusić na książkę chwaloną w mediach publicznych. O naiwna, naiwna, naiwna, śpiewałam sobie kilka godzin po przytaskaniu tytułu z księgarni. Linclon z Bardo okazał się bowiem nie cudem, ale cudakiem, bełkoczącym naiwnie zombie, co nieudolnie naśladuje tak dobrze nam znane Dziady. Jeśli ktoś chce czytać o konwersacjach prowadzonych po nienaszej stronie grobu, to radzę sobie Lincolna darować. I sięgnąć bo dobrze znanego wieszcza.

Grudzień przyniósł nadzieję, że rozsądek zaczyna zmierzać w moim kierunku. Oto bowiem końcem roku nastąpiła jedna z licznych literackich epifanii na naszym rynku wydawniczym. Odkryto zapomniane i nieodceniane arcydzieło. Ktoś wziął, odkurzył i przetłumaczył Ostępy Nocy  Djuny Barnes. I książka została okrzyknięta największym literackim skarbem, jaki możemy wziąć do czytania. Kusiła mnie, przyznaje bardzo. Na półkach brak, nie było jak do niej kuknąć, wiec już miałam popełnić szaleństwo i zamówić ją w ciemno. Na szczęście Znajomy Czytelnik podarował mi fragmenty Ostępów Nocy, publikowane niegdyś w Literaturze na Świecie. Zajrzałam, zamrugałam, i wysłałam mu list dziękczynny za ustrzeżenie mnie od popełnienia kolejnego głupstwa. Bo Djuna Barnes to, proszę Państwa, Florence Jenkins literatury amerykańskiej. Innymi słowy czystej wody grafomanka, uporczywie usiłująca zostać pisarką. Co jej się, niestety, udało. I oto zostaliśmy obdarowani nowością wydawniczą noszącą na swoich stronach takie na przykład zdania:

się nie dało czytać czyli najgorsze książki anno 2017

z choinki 4

Styczeń. Choinka żyje i morduje bańki. Na podłodze pełno szklanych trupków. Rzeź kruchości i wspomnień. Budzi się we mnie żałość, ale i przewrotna chętka. Żeby się dołączyć i też podręczyć przedmioty. A ponieważ jestem na blogu, zacznę od książek.

Nie będę ich darła, ani paliła, bez obaw, na to jestem zbyt cywilizowana. Wezmę się za nie na swój sposób. Obgadam, czasem obśmieję i zaliczę do najgorszych.

Tak właśnie zacznę podsumowanie zeszłego roku. Od opowiedzenia książek, których niedoczytałam, bo stwierdziłam, że są nie do czytania. Oraz książek, które przeczytałam w całości, i dzięki temu przekonałam się, że są złe od początku do końca.

I tak moim pierwszym niedoczytaniem zeszłego roku była Miniaturzystka Jessie Burton. Zaczynała się interesująco, od migotliwego światła starego Amsterdamu i opowieści mieszkanki jednego z jego domostw. Niestety, potem robiło się coraz grzej, bo autorka skupiła się na tym by udowodnić, że w XVII kobiety i wszelkie mniejszości były uciśnione. Problem polega na tym, ze jest to teza udowodnienia niepotrzebująca. Bo nie jest tezą, tylko wszem i wobec znanym faktem. Jedynym plusem książki są opisy zwyczajów domowych panujących w dawnej Holandii. Reszta jest kiepska i niewiarygodna, na dodatek stopień egzaltacji narratorki wielokrotnie przekraczał mój poziom tolerancji. Na szczęście książka była z biblioteki i łatwo mogłam się jej pozbyć.

Kolejnym niedoczytaniem zeszłego roku jest Rok Królika Joanny Bator. Miała być mroczna przypowieść psychologiczna, wyszedł nudnawy gniot o kobiecie niewiedzącej co ze sobą zrobić. Bohaterka zmienia tożsamość, miejsce pobytu, pisze harlekina i snuje się po Ząbkowicach Śląskich, nocuje w obskurnym hotelu i plącze się po smętnych ulicach. Na dodatek autorka sili się tak bardzo na oryginalność, wtyka do tekstu taką ilość przedziwnych odniesień i metafor, że nie wiadomo, czy się śmiać czy pukać w głowę. Sami powiedzcie, co zrobiliście z porównaniem ziaren kawy do cipek? Zachwycać się raczej nie da. Czytać też nie bardzo, doszłam do takiego wniosku gdzieś w połowie książki. A dotrwałam przy niej tak długo tylko dlatego, że autorka od czasu do czasu wtrącała opowiastki o sposobach na znajdowanie tematów na opowiadania i książki. Gdyby tych warsztatowych sekretów nie zamieszczała, porzuciłabym czytanie znacznie wcześniej.

Wreszcie moje największe nieodoczytanie, nie tylko ze względu na gabaryty, ale także z uwagi na rozmiar zawodu, są Niksy Nathanna Hilla.

Książka była wychwalana pod niebiosa przez osoby które niby na pisaniu i czytaniu się znają. Korzystając z okolicznościowej obniżki zdecydowałam się ja kupić. I powiem, że na początku wydawało mi się, że będzie dobrze. Bohaterami okazali się nieudacznicy, a ci z reguły stanowią wdzięczny temat literacki. Cóż, nie tym razem. Choć rozbawiły mnie pierwsze akapity z historią leniwej, ale sprytnej studentki, dręczącej głównego bohatera, to potem, w miarę rozwoju akcji, było coraz gorzej. Autor decyduje się na coraz głębszą retrospekcję, a im dalej sięga wstecz, tym mocniej się akumulują nieszczęśliwe przypadki jego bohaterów. W rezultacie powstaje katalog traum współczesnej Ameryki, mniej więcej od wojny w Wietnamie poczynając, na zwycięstwie ostatniego prezydenta kończąc. Jakby tego było mało, losy głównego bohatera wykazują niepokojące podobieństwo do przypadków bohatera Szczygła. Obydwaj chłopcy tracą w dzieciństwie matki, obydwaj są pozostawieni samym sobie, wreszcie obydwaj darzą wielka i nieszczęśliwą miłością dziewczęta piękne, zdolne i zajmujące się muzyką. Jak na mnie, to trochę tych paraleli było za dużo. Weźmy do tego wysiłki autora by sporządzić Great American Novel i mamy ciężkostrawną i wtórną lekturę propagandową.

Żeby zachować równowagę z książek złych i przeczytanych wymienię trzy, z czego dwie były już wcześniej na blogu opisane. Ta nieopisana, bo na tyle niedobra, że na pisanie o niej szkoda było czasu i miejsca na blogu, to Costello. Przebudzenie. Liliany Hermetz. Autorka wpadła na dziwaczny pomysł pożyczenia bohaterki od Coetzee i zrobienia z niej postaci mniej intelektualnej, a bardziej cielesnej. W rezultacie Elizabeth zostaje pretensjonalną, starszą panią, popadająca w coraz większy zachwyt na punkcie swojego wyglądu. Jakby tego było mało zachwyt udziela się otaczającym ją mężczyznom, bez wyjątku i bez względu na wiek i stan cywilny. I tak Costello wymyka się spod kontroli swojego twórcy. Co gorsza wymyka się również i autorce i staje się, wbrew jej zamierzeniom, postacią niewiarygodną, a miejscami wręcz groteskową.

Pozostałe dwie książki, których czytania żałuję, to biografie. Jedna dotyczyła Tyrmanda i zaskoczyła mnie nieudolną narracją i chaotycznym opisem wydarzeń. Druga, właściwie nie biografia, ani nie zbiór wspomnień, zupełnie nie wiadomo co, to Pra Ludwiki Włodek. Naprawdę żal bierze, że taki autor jak Iwaszkiewicz został opisany w tak kiepskiej książce.

No i się wyżyłam, opisując moje zeszłoroczne cierpienia czytelnicze. O przyjemnościach powinno być wkrótce. Bo najpierw muszę uzupełnić notki o lekturach z tamtego roku.

mowa o:

zeszłoroczne1