Bez wciągania

Kwadrans po siódmej. Już chybaśmy nad Polską. W tamtą stronę było więcej chybotów. Tu od początku postanowiłem wpatrywać się w razie niepokojów w złoty dywan, którym wyścielona jest cała podłoga samolotu. Zaraz po zajęciu miejsc stewardesa rozdała wszystkim, oprócz mnie, bo nie chciałem „Trybunę Ludu”.

 Miron Białoszewski „Proza stojąca, proza lecąca”, Str 324

Ale wyszło z tym Mironem! Sama sobie mam ochotę pogratulować, w razie jakby nikt chętny się nie znalazł. Czego? Pomysłu na czytanie książki starej, w momencie gdy wszyscy jarają się nowościami i nominacjami do Nike. Bez pozowania i wysiłku mi się ta oryginalność uruchomiła, więc frajda z niej tym większa. Na dodatek jestem przekonana, że Proza Białoszewskiego lepsza jest od niejednej z tych, co właśnie do nagrody pretenduje. Jest modnie poszatkowana, a zawarte w niej szarpane treści są zrobione z wybitnego języka i niezłych historii. Zawierają trochę opowieści w stylu Chamowa, trochę wyjaśnień do Dziennika z Powstania Warszawskiego i trochę wspomnień z wyprawy Autora na Węgry. A na samym końcu jest super deser, czyli wypowiedzi Białoszewskiego na temat pisania poezji, prozy i sztuk teatralnych.   Mądre, ale nie przemądrzałe, błyskotliwe, ale nie przeintelektualizowane.

W rezultacie mam niedosyt i żal, bo tak szybko książka się skończyła. No z tą szybkością to może przesadzam, teksty Mirona nie nadają się do prędkiego czytania, więc każdy, kto lubi czytać na akord i nabijać sobie statystki przeczytanych stron i tomów, powinien od wyrobów Białoszewskiego trzymać się z daleka. Za to Ci, co lubią prozę kontemplować , potrafią docenić kształt zdań i pomysły na ich układanie, będą w swoim żywiole.

Mnie takie czytanie  osobne, poza modami wszelkimi, bardzo odpowiada i mam zamiar dalej się rozglądać za jeszcze mi nieznanymi tomami mironowego cyklu.

mowa o: