Kategoria: MUMINKOLOGIA STOSOWANA

co pod choinkę – od Muminków

Muminek

Każdy czytelnik Jansson dobrze pewnie wie, że Muminki Świąt nie obchodzą. Mają inne fety, które z werwą urządzają, zwykle w okresie lata. Natomiast zimą każdy szanujący się Muminek śpi z brzuszkiem dobrze wypełnionym igliwiem. Jednak raz jeden się zdarzyło, że pewien wrzaskliwy Paszczak pobudził Rodzinę tuż przed Wigilią. Najwidoczniej się zeźlił, że sam lata za wszystkim, podczas gdy inni się relaksują błogo wtuleni w poduszki. Gwałtownie zerwane ze snu Muminki są w szoku i wysłuchują porad i poleceń innych zabieganych stworzeń, przygotowujących się do święta.
Przerażonym całym tym rozgardiaszem Muminkom jakoś udaje się zorganizować choinkę i nawet poradzić sobie z jej ubraniem („zdjęli kryształowe wisiorki z żyrandola w salonie i zawiesili je na gałęziach , a na samym szczycie umieścili jedwabną różę, którą Mama Muminka dostała od Tatusia” Tove Jansson opowiadania z Doliny Muminków, str 219). Potem przygotowują jedzenie. I kiedy myślą, że wszystko już gotowe i mogą odetchnąć, Paszczak rzuca hasło „prezenty”:
Wówczas rodzina Muminków spokojnie weszła do domu, żeby poszukać prezentów. Tatuś wybrał swoja najlepszą przynętę na szczupaki, która była umieszczona w bardzo ładnym pudełku i na wieku pudełka napisał „Dla Wigilii”, po czym położył je na śniegu.
Panna Migotka ściągnęła pierścionek z palca u nogi i z głębokim westchnieniem zawinęła go w bibułkę.
A Mama otworzyła swoją najskrytsza szufladę i wyjęła z niej książkę z kolorowymi obrazkami, jedyną książkę z kolorowymi obrazkami w całej dolinie. To, co zapakował Muminek, było takie ładne i tak osobiste, ze nikomu nie chciał tego pokazać. Nawet później , na wiosnę, nie chciał nikomu powiedzieć , co oddał”(ibidem str 223, 224)
Jednak to nie był koniec prezentów. Bo Muminki zupełnie bezwiednie odkrywają, na czym idea Wigilii polega.

choinka Choinka 1Tove Jansson opowiadania z Doliny Muminków, str 224, 226

mamy, matki i mamuśki

„Chodź, niech Cię ucałuję-powiedziała Mama – Widzisz, ja zawsze poznam swojego małego Muminka, cokolwiek by się zdarzyło”

Tove Jansson „W Dolnie Muminków”, str 42

W dwudziestoszóstkowy weekend maja można zrobić tylko jedno: przejrzeć w pamięci, w książkach, w cytatach obrazy mam, matek i mamusiek. Oczywiście będąc będąc wpływem ostatniej lektury muszę zacząć od matki Prousta, kochanej wręcz histerycznie przez syna. Piękna i nie zawsze osiągalna, jest przedmiotem synowskiego uwielbienia do tego stopnia, że ten popada w histerię, gdy przyjazd gości uniemożliwia mu pocałowanie matki na dobranoc. Nie zapominajmy, że w tych czasach odpowiednio usytuowana kobieta widziała się ze swoim dzieckiem kilka chwil dziennie, dlatego też i ceniło sobie ono ten kontakt nadzwyczajnie. Nie oznacza to jednak ze matka dawnej była zawsze wzorem kobiecej mądrości i wdzięku. Wszyscy chyba pamiętamy zażywną panią Bennet która z zacięciem i bezmyślnością raiła swoim córkom lekko niewydarzonych mężów i konkurentów. Na próżno byłoby szukać w Pani Bennet śladów roztropności i macierzyńskiej intuicji.

Nie znaczy to jednak, że matki współczesne mają cechy mocniej zbliżające je do ideału. Matka trudną, egzaltowaną, histeryczną jest przecież Róża z Cudzoziemki. Jej relacja z córka jest do tego stopnia traumatyczna, ze we śnie jawi się ona dziecku jako potencjalna morderczyni dzierżąca sztylet w ręku. Mniej szalona była na pewno Pani Banks, matka czwórki dzieci, która z trudem radziła sobie z obowiązkami pani domu przy ulicy Czereśniowej, a jaką taką stabilizację zawdzięczała głownie cudownej niańce Mary Poppins. Matka Janka z drobnych ustrojów Zientarowej nie może się nacieszyć takim luksusem jak posiadanie niańki i jedyne chwile wytchnienia daje jej możliwość wysłania dzieci do przedszkola lub na wakacje do cioć. Choć nie pracuje w biurze, to jednak ma ręce pełne roboty i często chłopcy są zbywani lakonicznymi odpowiedziami na dręczące ich pytania i zagadki.

Czy można więc gdzieś znaleźć matkę idealną, wzór łączący wszystkie dobre cechy każdej z matek? Matkę, pod której opiekę oddalibyśmy się bez wahania, z wielkim uczuciem ulgi i radości? Oczywiście, że tak. Wystarczy sięgnąć do ulubionej trollowej serii. Mama Muminka jest okrągła, ciepła i łagodna. Ze spokojem przyjmuje pomysły swojego synka, i nie dziwi jej nawet to, że ten urządza sobie przejażdżki na obłokach. Kiedy Muminek wpada na pomysł wrzucenia jej biżuterii do jeziorka, zamiast wyrazić oburzenie jest pełna zachwytu i stwierdza, że tak przechowywane precjoza wyglądają zacznie lepiej. Świetnie gotuje i zawsze dba, by jej rodzina miała wszystko czego trzeba. Nawet na krótką morską wycieczkę zabiera stertę naleśników, filiżanki i maselniczkę. W całym zgiełku panującym w zamieszkanym przez wiele stworzonek domu potrafi delikatnie pokazać synkowi ze jest dla niej wyjątkowy. Na przykład przynosząc tylko dla niego własnoręcznie zrobioną łódkę. Czasem jednak się zapomina i przez chęć wyrażenia Muminkowi swoich uczuć sprawia innym przykrość. Jak wtedy, gdy z okazji powrotu dzieci z wyprawy do obserwatorium w sprawie komety przygotowuje tort, na którym wypisuje lukrem słowa „Dla mojego kochanego Muminka”, pomijając swojego podopiecznego Ryjka. To niedopatrzenie doprowadza do małej katastrofy. Mama Muminka jakoś naprawia swój błąd, a my po raz kolejny dowiadujemy się, że miłość macierzyńska jest jeśli nie ślepa, to przynajmniej niedowidząca i może sprawić, że siła układu matka – dziecko daje stworzeniom pobocznym poczucie wykluczenia.

Mimo pogodnego charakteru i stalowych nerwów nawet Mama Muminka potrzebuje czasem chwili ucieczki i wytchnienia od bycia Mamą. Podczas wyprawy na bezludną wyspę znajduje sobie cichy, odległy kąt, w którym zaszywa się na krzepiącą drzemkę. Kiedy Tatuś Muminka wpada na pomysł przeprowadzki do latarni morskiej, nie narzeka na trudy związane z zagospodarowaniem nowego miejsca. Na ścianie rysuje ogród, z jabłonkami, słońcem i różami i wymyka się do niego po kryjomu. Tatuś Muminka i Muminek są zdumieni, że nie ma jej w porze herbaty w kuchni. Na szczęście pojawia się w sama porę, by uśmierzyć niepokój swoich bliskich:

 –     Gdzie byłaś ?! –wybuchnął Tatuś.

–    Ja – spytała Mama niewinnie – Byłam na małej przechadzce, żeby się trochę przewietrzyć.

–    Nie powinnaś nas tak straszyć – rzekł Tatuś – pamiętaj, że jesteśmy przyzwyczajeni widzieć cię w domu, kiedy wracamy wieczorem.

–   I to właśnie jest okropne – westchnęła Mama Muminka- Każdy potrzebuje czasem jakiejś zmiany.

Tove Jansson „Tatuś Muminka i morze”, Str 222, 223

Warto więc pamiętać, że nawet ideał musi czasem oderwać się od codzienności, zaglądnąć do swoich grządek. Albo zakosztować chwili radości w ramionach tej wspaniałej, choć czasem kapryśnej matki, jaką jest literatura.

mowa o :

Zapiekanka Filifionki

Spokojne przechodzenie jesieni w zimę wcale nie jest przykrym okresem. Zabezpiecza się wtedy różne rzeczy, gromadzi się  jak największą ilość zapasów. Przyjemnie jest zebrać wszystko, co się ma, tuż przy sobie , możliwie najbliżej, zmagazynować swoje ciepło i myśli i skryć się w głębokiej dziurze, w samiutkim środku, tam gdzie bezpiecznie, gdzie można bronić tego, co ważne i cenne, i swoje własne.

Tove Jansson „Dolina Muminków w Listopadzie”,  Str 8

 

Nareszcie, zaczyna się! Koniec z tym świeceniem, słonce zasłonięte, czas na szarość i senność. Już za chwile listopad. A w listopadzie wszystko jest inaczej. W listopadzie Włóczykij nie może znaleźć melodii, Filifionka przestaje sprzątać, Paszczakowi brak energii i nawet Mimbla zaczyna czuć jakby tęsknotę. Każdemu robi się gorzej i automatycznie zaczyna myśleć gdzie było mu lepiej. Odpowiedz jest jedna: u Muminków!

No właśnie, mnie tez ten pomysł zastukał do głowy, dlatego pogrzebałam w szafce z książkami niby dziecięcymi, a potem włączyłam czajnik, poszukałam kisielu i zielonego kubka. Nalałam wrzątku, otworzyłam papierową torebkę i rozmieszałam biały proszek, który cudownie zamienił się w różowiutki klajster. I miał zapach malinowy! Mogę się założyć, że w Dolinie Muminków pachnie malinami, ta krzepiąca woń powinna unosić się nad każdym czytającym o małych trollach. Ale w listopadzie chyba nic z tego. W listopadzie pachnie tam butwiejącymi liśćmi, naftaliną ( ta pelisa Filifionki!) i zagubieniem. Bo w listopadzie w Dolinie Muminków nie ma Muminków!

To wielki zawód dla każdego z przybywających do Doliny gości. Choć każdy przyszedł do innego członka rodziny i z innych powodów, to czeka go to samo rozczarowanie – bo dom jest pusty. Zamiast kojącej obecności Mamy, Tatusia i samego Muminka zastają zawinięty tiulem żyrandol, zimny piec z przodkiem i stare sucharki w spiżarni. Chcąc nie chcąc muszą radzić sobie sami, muszą też ze sobą przebywać i nieświadomie stworzyć własną , mocno dysfunkcyjną, rodzinę zastępczą. Czy im to pomoże? Okazuje się, że owszem. Filifionka przekona się, że raczej nie zostanie Mamą Muminka, ale może być akceptowana taką jaka jest. Paszczak zmierzy się ze swoim lękiem i przekona się, że niektóre marzenia lepiej sobie darować, Mimbla się wyśpi, a mały Homek nauczy się ujarzmiać swoją wyobraźnię. I w ten to sposób okazuje się, że znajomi Muminków wynaleźli terapię grupową ;).

Przyznam, że sama przy pierwszym czytaniu tej części serii poczułam cos jakby rozczarowanie, gdy przekonałam się że Muminków tu brak. Ale potem, kiedy po kilku kolejnych powrotach bliżej zaprzyjaźniłam się z każdym  z gości, doceniłam walory tej listopadowej opowiastki. Bo czasem warto przyjrzeć się bliżej i tym mniej sympatycznym postaciom. Neurotyczna Filifionka i despotyczny Paszczak okazują się w rezultacie stworzeniami bardzo interesującymi, kto wie czy nie bardziej od członków Muminkowej familii. Lato może więc i należy do Muminków, ale jesień już nie. Jesień to pora smętków i dziwaków, których naprawdę można polubić. Bez względu na to, czy zastaniemy ich w Domu Muminków czy w nas samych.

mowa o:

spodnie Włóczykija

spodnie włoczykija 2
Czy naprawdę nie zdarzyło mi się popełnić jeszcze notki o Muminkach? Nie wierzę! Jestem przekonana, że gdyby na uniwersytetach wykładano muminkozofię, miałabym szansę na niezła posadkę, bowiem Muminkami zajmuje się lat kilkadziesiąt. Uważam nawet, że Muminki mogłyby stanowić doskonałą lekturę zastępczą na zajęciach z filozofii, bo milsze i poręczniejsze od Tatarkiewicza, a o tym jak żyć powiedzą też sporo. Ale ponieważ to temat na więcej niż jedna notkę, zakładam sobie osobna kategorię na moje wykłady i wykładnię muminkologii stosowanej.
Dzisiaj, tak dla rozgrzewki zacznę od czynności prozaicznej jaka jest kupowanie ciuchów, która udoskonaliłam właśnie dzięki jednemu z przyjaciół Rodziny, Włóczykijowi. Facet jest idolem samego Muminka, zawsze na luzie, zawsze zadowolony i ogólnie wiedzie życie jakiego zazdrości mu niejeden właściciel wygodnego lóżka i stałego miejsca przy obiednim stole. No i ubiera się tez stylowo bardzo: spodnie jak z H&M, retro żakiecik i kapelusz z piórkiem. Powiem więcej, jest on prekursorem stylu wintage. Nie wierzycie? No to poczytajcie jak kupuje spodnie:

zakupy włoczykija
Włóczykij oczywiście spodni nie kupił, a ja nauczona jego doświadczeniem zaczęłam uważać, by ubrania, które zakładam nie wyglądały na „zbyt nowe”. Stopniowo ta zasada zaczęła się rozprzestrzeniać na inne otaczające mnie przedmioty: zbyt wypolerowane buty, za gładkie fryzury, mało wysiedziane fotele.

O książkach też tu wspomnieć należy. Bo czy półka pełna świeżutkich, nieskażonych dotykiem książek nie świadczy źle o właścicielu? Dom bez książek to bezduszna noclegownia, ale dom z książkami nieoczytanymi to muzeum literatury oraz wystawa niemożności czytelniczej właściciela. Jednym słowem kompromitacja. Dlatego zawsze gdy biorę do ręki moje rozsypujące się i pożółkle ze starości Muminki, przepełnia mnie pewnego rodzaju duma, będąca po części i zwykłą radością czytelnika powracającego do często używanych słów, które tak miło znowu objąć wzrokiem.

Fragment pochodzi z:

84905[1]