stare jak nienowe, podsumowanie 2021 roku cz. 1

Nieprawdą jest, że każda praca zasługuje na uznanie.

Fran Lebowitz „Nie w humorze”, str 18

Niebywałe, zdążyłam już rozebrać choinkę, a podsumowania roku ciągle brak! Wcześniej było odwrotnie, w czasach, gdy książkom przyniesionym do domu nie trzeba było urządzać kwarantanny. Co ma piernik do wiatraka, ktoś spyta? I będzie miał rację, bo moje spowolnienie jest tylko moje, a osobista ospałość i niechęć do wszelkiego wysiłku są rzeczywistym powodem opóźnienia. Książki na parapecie nie mają z tym nic wspólnego. Bo one czekają na czytanie, gdy te przeczytane, lub niedoczytane, mogę już przejrzeć w pamięci oraz w realu. Zwłaszcza, że nie ma ich za dużo, bo czytanie na akord to nie moja bajka, a jak się biorę za tekst, to lubię sobie każde jego zdanie dokładnie poobracać w głowie. Czasem z tych obrotów wynika niechęć do dalszej lektury. Taki stan rzeczy w tym roku wywołały u mnie przede wszystkim rewelacje sprzed lat, wydane u nas jako aktualne sensacje. Nie pytajcie jak to się stało, że dałam się namówić na sięgniecie po tak mocno odgrzewane kotlety jak stare felietony Fran Leibowitz, czy paplanina Babitz. Jak widać reklama działa nawet na mnie.

Fran Lebowitz była mi znana z netflixowego hitu Pretend it’s a city,. Ale już w trakcie oglądania jej barwnych opowieści miałam wrażenie, że są one raczej dla mieszkańców NYC niż obywatelek i obywateli kolejnej RP. Jednak Fran mnie rozbawiła, więc postanowiłam poczytać jej pierwszą książkę wydaną u nas. Zwłaszcza że miało być cynicznie, zgryźliwe i wrednie, czyli tak jak lubię. Cóż może było, ale czterdzieści lat temu. Teraz te teksty bardziej nudzą niż oburzają czy śmieszą. Dotyczą spraw dawno minionych, wydarzeń nie obchodzących nas już w żaden sposób. Przy próbie ich czytania ziewałam, zastanawiając się nie czy Fran ma rację, ale skąd wziął się pomysł na wydanie jej najstarszych artykułów? Jedynym uzasadnieniem wydawała mi się wyprzedaż w  spektakularnym amerykańskim stylu, jak dwa w cenie jednego czy dodanie do zakupu kuponu dla Naczelnego i  członków załogi wydawnictwa na  pobyt w hotelu  przy Fifth Avenue.

Drugą porzuconą przeze mnie w roku 2021 Amerykanką była niegdyś słynna IT Girl, czyli Eve Babitz, hollywoodzka lanserka sprzed lat. Tutaj pobiłam swój rekord w rezygnacji z czytania nowej książki, bo rzuciłam w kąt opowieści Babitz po mniej niż dziesięciu stronach. Może gdybym czytała codziennie Pudelka, jego amerykańska wersja sprzed pół wieku zainteresowałaby mnie bardziej. Niestety opowieści Eve okazały się tak infantylne i pozbawione nie tylko inteligencji ale i uroku, że odechciało mi się ich w ekspresowym tempie.

mowa o:

niesłodzone

 

Tu, na Ziemi, nie ma pocieszenia. Jest udawanie, są słowa, ale spokoju nie ma. Nie ma niczego dobrego. Niczego. Dokądkolwiek na Ziemi, pójdziesz, tam tylko więcej bzdur.

Ottessa Moshfegh „Tęsknota za innym światem”, Str 281

Wszystko, co sobie wyobrazisz będzie ładniejsze od tego, co przeżyjesz. Takie motto zdaje się być przesłaniem autorki tego zbioru opowiadań. Ottessa, jak zwykle, nie oszczędza swoich bohaterów/ek i czytelników/czek. Nauczycielka u Moshfegh to nie nobliwa starsza pani, a socjopatka, młodzieniec u Moshfegh to nie prężny chłopak, a pryszczaty smarkacz. Nawet piękna dziewczyna u Mosfegh posiada ukrytą , ale poważną wadę, nie dającą jej szans na bycie kobietą pożądaną.

Zarówno osoby jak i zdarzenia opisane przez Ottessę dostarczają sporo nieprzyjemnych wrażeń. Ale nie tylko. Bo tę prozę wyróżnia jeszcze niebywale sarkastyczne  i cyniczne poczucie humoru. Dokładnie takie jak lubię. Może nawet za bardzo takie. Podejrzewam, że byłam najczęściej wybuchającą śmiechem czytelniczką tej książki.

Tak, opowiadania Moshfegh to nie typ literatury, w którą można się schować przed światem, albo dzięki której świat wyda się piękniejszy. Te historie dostarczają nam pewności, że bez względu na kraj czy klimat, ludzie są popaprani, a życie dostarcza im niewiele radości i sporo zawodów. Ottessa wali tę przykrą prawdę prosto w oczy, ale robi to w sposób tak oryginalny, szczery i kpiarski, że nie  sposób nie nazwać jej książki dobrą.

warto:

Dickens albo Ameryka

Problem z historią jest właśnie taki-lubimy myśleć o niej jako o księdze. Że wystarczy przewrócić stronę i iść, kurwa, dalej. Ale historia to nie papier, na którym ja wydrukowano. To pamięć, a pamięć to czas, emocje, pieśń. To rzeczy, które w tobie zostają.

Paul Beatty „Sprzedawczyk”, Str 137

Wzięłam się za tę książkę z dwóch powodów. Po pierwsze uwielbiam język i humor autora. Jego Biało-czarnego wspominałam bardzo dobrze,  bo wielkie zrobił na mnie wrażenie szalony, prześmiewczy i brawurowy styl narracji. Cudnie oddany w tłumaczeniu. Przekład Sprzedawczyka, jest w innym wykonaniu, niekoniecznie gorszy. Ale tak jakby bardziej wyważony. O ile słowa wyważony można użyć do określenia sposobu poprowadzenia tej opowieści.

Drugi powód, dla którego sięgnęłam po Sprzedawczyka, to jego tematyka. U nas wciąż słabo znana, bo dotycząca problemów rasowych w USA. Owszem, słyszymy o nich dość często, ale tak serio, to mamy chyba niewielkie pojęcie o ich pochodzeniu, skali i  formie. Tymczasem książka Beattego to istny leksykon pojęć dotyczących segregacji i walki o jej zniesienie. Fakt, że ich wyjaśnienie znajdujemy raczej w przypisach niż w tekście zasadniczym,  w niczym nie umniejsza wagi zawartych w książce informacji. Jest to historia Afroamerykanów może nie na wesoło, ale na luzacko opowiedziana, i to ze szczegółami, bo autor nie pominął chyba żadnego istotnego wydarzenia z tego zakresu. Przy czym są to raczej wzmianki na ich temat, niż podręcznikowe opisy. Główna wątek powieści jest tak pokręcony, że nieraz się zastanawiałam, czy dobrze rozumiem intencje i żarty autora.

Oto bowiem protagonista powieści, Afroamerykanin wychowany bardzo niekonwencjonalnie przez ojca psychologa, postanawia wprowadzić w swojej miejscowości segregację rasową. I to w czasach, gdy Ameryka ma wreszcie pierwszego niebiałego prezydenta, a prokuratorem jest kobieta w której łatwo rozpoznać Kamalę Harris.

Mimo tak specyficznej sytuacji protagonista krok po kroku wdraża zasady nierówności rasowej w swoim , prawie już nieistniejącym, miasteczku. Prowadzi to do wielu niekonwencjonalnych sytuacji i zaskakujących wniosków. Tak bardzo, że często łapałam się na dociekaniu, jak mocno moja zbyt mała wiedza na temat segregacji wpływa na odbiór tej książki jako najbardziej zakręconej lektury ostatnich czasów. Kiedy pogrzebałam trochę w sieci, przekonałam się, że książkę tak spostrzega całkiem liczne grono czytelników, łącznie z tymi, co mają świetne rozeznanie  w rasowych problemach USA. Odetchnęłam więc z ulgą, przegnałam niepokoje i zaczęłam żałować, że nikt w podobnym stylu nie próbuje opisać naszych rodzimych problemów z równouprawnieniem, że u nas to wszystko takie sztywne, seriozne, i bez krzty humoru. Cóż, sprawa jest poważna, ale, wbrew pozorom, przedstawienie jej w ironiczny i zjadliwie zabawny sposób mogłoby naprawdę dać nam świeższe i ostrzejsze na nią spojrzenie. Czego Nagrodzony Bookerem Sprzedawczyk  dowodzi doskonale.

mowa o:

Disappointment

Angielski jest językiem misternych różnic i osobliwości, jest w nim miejsce na kiciusia, łachmytę, sztylet zecerski i piwo, jest mową Ahaba, Falstaffa i dickensowskiej pani Gamp

Donna Tartt „Tajemna Historia”, str 225

Powinnam pisać po polsku, wiem, ale wyjątkowo to obce słowo bardziej mi pasuje do odzwierciedlenia stanu pod tytułem zawód. Po pierwsze w naszym języku nie wiadomo dlaczego ten sam wyraz oznacza i stan bycia zawiedzionym i profesję. Stąd niewielki krok do konkluzji, że w naszym kraju praca to rozczarowanie. Ale nie pójdę tą drogą. Wracam  na ścieżkę angielszczyzny.

Disappointment, przyjrzyjmy się temu słowu dokładnie. Stoimy na samym szczycie D, nagle osuwa nam się noga i zaczynamy zjeżdżać w dół, obijając się o kropkę, klując się o szpikulec i. Podskakujemy obolałym tyłkiem na podwójnym pp, staczamy się po o, by dostać w szczękę od kolejnego i, wpadamy miedzy szczeble n, w czoło dziobie nas kreska t, usiłujemy się jeszcze, ostatkiem sił, wydrapać się na wielbłądzi grzbiet m, ale na próżno, zsuwamy się prosto w paszczę e i wreszcie klinujemy pod kolejnym n, nogami zapierając się o t. I tak poobijani, z trudem wstrzymując złość i łzy, tkwimy bezradni. Do czasu, gdy alfabet i los zaserwują nam inny układ liter i zdarzeń.

Jeśli o mnie chodzi, to właśnie jestem na etapie opatrywania obrażeń, duchowych, cielesnych i literackich. Bo oto moje plany wzięły w łeb i nie dotarłam na Conrada, nie dojechałam na targi książki w Krakowie i nawet nie zdążyłam wymienić książek w bibliotece. Zerwałam za to potężnego prztyczka w nos od losu.

By dolać oliwy do ognia, żeby wzbudzić w sobie ( a mam nadzieję, że i w Was) większy żal, dodam, że preludium do tej serii zawodów było rozczarowanie czytelnicze.

Oto zabrałam się za dawno czekającą na półce książkę, zachomikowaną na czasy ciężkie albo ponure. Była to kolejna Donna Tartt. Obiecywałam sobie po niej wiele, bo moje dotychczasowe spotkania z autorką były bardzo udane. Na dodatek wszędzie ogłoszono Tajemną historię (bo o niej tu mowa) majstersztykiem, pierwszym arcydziełem świetnej pisarski. Cóż, jedno jest pewne. Po książce widać, że jest wprawką debiutanta. Może nie całkiem nieudolną, ale sprawiającą zawód w porównaniu do innych dzieł pisarki.

Historia zaczyna się ciekawie. Protagonista, po licznych perturbacjach życiowych, rozpoczyna studia humanistyczne na jednym z prestiżowych amerykańskich uniwersytetów. Już w pierwszych dniach pobytu na campusie intryguje go grupa ekscentryków zajmujących się filologią klasyczna. Okazuje się, że uczestniczą oni w seminarium wybitnego znawcy antyku, według tylko sobie znanego klucza wybierającego studentów godnych udziału w jego zajęciach. Bohaterowi cudem udaje się załapać do tej elitarnej grupy intelektualistów. Zaprzyjaźnia się z nimi, jednocześnie ukrywając swój, bardzo kiepski, status społeczny i finansowy. I jak to w opowieściach tego rodzaju bywa, z czasem przekonuje się, że nie wszystko złoto co się świeci, a wysoki poziom IQ nie koniecznie oznacza wysoki poziom moralny. Więcej nie o fabule nie powiem, bo zrobi się z notki spojler.

Przyznam tylko, że, o ile pomysł na akcję nie jest zły, to sposób jej poprowadzenia szwankuje tu i ówdzie. Po pierwsze sporo tu dłużyzn, uciążliwych w czytaniu i niewiele wnoszących. Po drugie styl narracji bywa naiwnie literacki. I to właśnie mnie najbardziej drażniło. Te popisy autorki, mające na celu pokazanie, że pisanie jest sztuką przez duże i zakręcone S, a minimalizm oznacza brak artyzmu. Otóż mam trochę odmienny pogląd na tę kwestię. I dlatego nie mogę powiedzieć, że pierwsza książka Donny Tartt to dzieło wybitne.

mowa o:

 

Kultowa Charlsowa

Ciężka dola pchała mnie ku maszynie do pisania. Siedziałem przy niej ogarnięty współczuciem dla Arturo Bandiniego. Czasem w pokoju pojawiał się pomysł. Fruwał po nim niewinnie niczym mały biały ptak. Nie miał złych zamiarów. Chciał tylko pomóc, ptak kochany. Ale ja rzucałem się na niego jak wariat, bębniłem po klawiaturze i umierał biedak w moich dłoniach.

John Fante „Pył”, Str. 33

Książka legenda, obrosła mitem dzięki miłości Charlesa Bukowskiego. To od jej czytania wszystko się u niego zaczęło. Styl życia i styl pisania. Po lekturze biografii Bukowskiego wiedziałam o niej całkiem sporo i bardzo chciałam ją przeczytać. Dlatego wielkie było moje zdumienie, kiedy pewnego dnia odkryłam ją w szufladzie mojego ofisowego biurka. Jak to się stało? Pewnie wiedziona impulsem kupiłam ją przy jakiejś okazji, jeszcze w czasach, gdy o jej historii nie miałam pojęcia. A potem takie odkrycie!

Zanim zabrałam ją do domu minęło trochę czasu, kilka kryzysów i katastrof. Nawet, o ironio, pył ruin zdołał na niej osiąść. W końcu stwierdziłam, że czas na nią.

Charles mówił na takie książki „wartka rzeka”. Faktycznie styl narracji jest tu potoczysty, choć jak dla mnie za bardzo emocjonalny czasami. Z drugiej strony może dzięki temu dobrze jest oddany charakter głównego bohatera, młodego chłopaka, który postanawia zostać pisarzem. W tym celu wyprowadza się z domu, pomieszkuje w tanim hoteliku i pisze. A ze mało co wydaje klepie biedę, niedojada i nie płaci czynszu. Jakby jego kłopotów było mało zaczyna się interesować latynoską dziewczyna, młoda kelnerka z pobliskiego baru. Jego zaloty są toporne i mało skuteczne. W końcu jakoś udaje mu się zdobyć wybrankę swojego serca, ale nie na długo. Okazuje się, że dziewczyna darzy miłością kolegę z pracy, tez o ambicjach pisarskich. Pewnego dnia prosi bohatera o przeczytanie pracy najdroższego. I tu zaczyna się najciekawszy watek. Bo dzieło okazuje się niestrawne. Bohater ma wiec problem podwójny: po pierwsze jak delikatnie zasugerować, że autorowi pisanie nie idzie. Po drugie jak przeboleć, że najdroższa zamiast docenić jego talent woli cherlawego grafomana. Robi się z tego w pewnym momencie dramatyczne love story i to jest lekkie przegięcie.

Ogoleni jednak nie jest źle. Choć nie do końca łapię, skąd się wziął bezkresny zachwyt Charliego, to musze przyznać ze Pyl jest niezła książką o inicjacjach wszelkiego rodzaju. Oraz o tym ze talent i spełnianie związanych z nim marzeń niewiele pomagają w osiąganiu szczęścia.

mowa o:

 

wakacyjny wybest

owoce

Przypadek to tylko sposób Boga na to, by pozostać anonimowym

Donna Tartt „Szczygieł”, Str 825

Kiedy opadły ze mnie opiaty tej książki rozejrzałam się po półkach, własnych i bibliotecznych, doszłam do wniosku ze na pewno nic lepszego do końca miesiąca nie przeczytam. Dlatego mogę spokojnie ogłosić Szczygła moją najlepszą wakacyjną lekturą.

Dlaczego? Bo ta książka działa jak narkotyk, odrywa od rzeczywistości, oferując majaki, wizje i pozostałe odmienne stany świadomości.

Zaczyna się niewinnie, opowieścią nastolatka mieszkającego w Nowym Yorku. Chłopiec mieszka z matką, trochę rozrabia w szkole, czasem rozpamiętuje porzucenie przez ojca. Ale w gruncie rzeczy żyje beztrosko. Do feralnego dnia, kiedy to zupełnie przypadkiem trafia z mama do muzeum. Idą tam żeby zobaczyć Szczygła, czarujący obrazek uwielbiany przez mamę bohatera. I wtedy właśnie, w trakcie zwiedzania, wydarza się katastrofa. W muzeum wybucha bomba, w jednej chwili większa część budynku zamienia się w gruzy, grzebiące setki osób. Jak się okazuje ginie też matka chłopca. Ale za nim się o tym dowie, Theo przeprowadza najistotniejszą w swoim życiu rozmowę z umierającym starcem. Potem udaje mu się wydostać z budynku, a po paru dniach okazuje się, że przyjdzie mu wieść zupełnie nowe życie.

O mocy tej powieści stanowi nie tylko fascynująca historia chłopca nagle wrzuconego w dorosłość, ze wszystkimi przykrymi tego konsekwencjami. Jest tu dobrych rzeczy znacznie więcej: Świetnie zarysowany portret psychologicznej traumy, rozważania o sztuce i pięknie, o tym co artystyczne przedmioty wnoszą do naszego życia, o wadze zrozumienia i łagodności w międzyludzkich relacjach. Są momenty drastyczne, ale są i kojące opisy chwil przeżytych z matka czy dni spędzonych w warsztacie renowacji starych mebli.
To właśnie sklep z antykami staje się dla Theo schronieniem, a jego właściciel, spokojny olbrzym Hobe, ulubionym opiekunem. Opisy tego miejsca nieustannie przywodziły mi na myśl żydowski sklepik z rupieciami w którym znalazł schronienie inny chłopiec: bohater filmu Bergmana Fanny i Aleksander.

Nie nastawiajcie się jednak że całość książki jest utrzymana w stylu bergmanowskiej nostalgii. Jest w niej na to zbyt wiele wątków sensacyjnych. To właśnie dzikie przygody Theo przydają tempa w czytaniu tej książki, ale jednocześnie czasem drażnią, a nawet zniechęcają. Jednak reszta, łącznie z literackim, a przy tym żywym językiem tej powieści, wynagradza niedostatki do tego stopnia, z e spokojnie mogę ja wszystkim wielbicielom długich czytań polecić.

warto:

Szczygieł

zamki na piasku

zamek-crop

Maska publiczna artysty to jego karta przetargowa. Picasso był geniuszem, ale on zrobił z siebie postać iście mityczną. Zjadał ludzi na śniadanie. Miał mnóstwo kobiet i uwielbiał je dręczyć. Był królem arogancji, rozdęta , butną wieżą talentu,

Siri Hustvedt „Świat w płomieniach”, Str 192

Dawno temu miałam sympatycznego kolegę Słowaka, który każdą próbę wyjaśnienia mi czegoś kończył pytaniem : „ Chapiesz?”. Na co, ubawiona, odpowiadałam „Chapię, Zdeno chapię”. Otóż gdybym ze Zdenem spotkała się teraz, żeby pogadać o właśnie u nas wydanej nowej książce Siri Hustvedt, powiedziałabym: Nie chapie Zdeno. A gdybyśmy przeszli na polski dodałabym: nie kumam.

No nie rozumiem, dlaczego autorka zabija już na wstępie swojej książki akcję, podając nam na tacy zakończenie. Nie pojmuję, dlaczego tak mocno najeżyła ją filozoficznymi odnośnikami. Dodajmy, że jest to filozofia raczej na poziomie podstaw filozofii na każdych humanistycznych studiach, więc wiadomo o czym mowa, ale nie do końca po co. Cały czas się zastanawiałam, czy to Siri czy jej bohaterka, tak bardzo chcą się popisać erudycją?

Łapię za to aluzje do nazwiska bohaterki , Burden to wszak udręka i balast iwłasnie to one są głównymi problemami Hairret Burden. Kobiety dużej, silnej i bogatej, ale wlokącej za sobą ciężar dawnych kompleksów i żalów do zmarłego męża. Co rozwala nie tylko jej własne życie, ale i osób jej bliskich.

Harriet postanawia udowodnić, że jest świetną artystką, a za brak sukcesów należy winić wyłącznie pełne uprzedzeń środowisko. I prawie by się jej udało osiągnąć cel, gdyby nie spotkała w życiu człowieka który idealnie wyczuł jej słabości i potrafił to wykorzystać. I tu znowu nie pojmuję, dlaczego Harriet, osoba inteligentna i obyta nie zabezpieczyła się prawnie przed klęską swojego zamysłu. Tylko daje się ponieść emocjom.

Tak, miły Zdeno i czytelnicy, chapię główne przesłanie tej historii, za to słabiej mi idzie z aluzjami do konkretnych sytuacji i osób, bo te chapnąć mogą już tylko współcześni nowojorczycy. Dlatego nie doceniam w pełni kunsztu parodii zastosowanej przez autorkę. Mogę ją za to pochwalić za zaskakujący finał, przynoszący ulgę, po męczących opisach udręk fizycznych i emocjonalnych głównej bohaterki. Finał do tego stopnia czarujący, ze zdecydowałam się zabrać za kolejną książkę jego autorki.

mowa o:

Swiat.jpg

Harriet i spółka

harriet

Joanna D’Arc prowadziła wojsko, będąc zaledwie kilka lat starsza od Harriet. Mimo to na ostatnia gwiazdkę ojciec Harriet podawał córce poniżającą grę planszową dla dziewczynek pod tytułem Kim zostanę? Była to wyjątkowo marna gra, która z założenia miała pomagać w wyborze kariery, ale bez względu na to jak grałaś, miałaś tylko cztery możliwości: nauczycielka, baletnica, matka i pielęgniarka.

Donna Tartt „Mały przyjaciel”, Str 86

Dwunastoletnie dziewczynki są gorsze niż FBI i policja stanowa razem wzięte! Tak wynika z mojej ostatniej lektury, epickiej opowieści Donny Tartt o jednym lecie z życia mieszkającej na południu stanów małoletniej Harriet. Bohaterka to rezolutna nastolatka, w niczym nieustępującą sprytem i inteligencją Flawii czy Emmie, dziecięcym detektywom, z którymi spotkałam się jakiś czas temu. Harriet ma ambicje wyśledzić i ukarać zabójcę swojego brata, Robina. Chłopiec został zamordowany w niewyjaśnionych okolicznościach, kiedy Harriet była jeszcze niemowlęciem.

Jednak wbrew domysłom nie otrzymałam tomu przygód kolejnej młodocianej tropicielki zbrodni. Ta powieść poszła w trochę innym kierunku. Przede wszystkim stała się niesłychanie barwnym i szczegółowym portretem południa USA drugiej połowy lat sześćdziesiątych. To czas, gdy formalnie zniesiono segregację rasową, chłopcy zapuścili długie włosy, a do młodzieży chciały przynależeć nawet mamuśki ze statecznych przedmieść. Jednak to nie najmodniejsi członkowie społeczności stają się głównymi bohaterami powieści. Autorka koncentruje się na tych będących na marginesie: babci i leciwych ciotkach Harriet, czarnych służących, i miejscowych dealerach. Ich historie opowiada z wielką pieczołowitością, nie szczędząc wielu zabawnych niekiedy szczegółów. Mnie, wielbicielce starszych pań, szczególnie przypadły do gustu charakterne siostrzyczki Cleve, z apodyktyczną Eddie na czele. To one dają oparcie małej Harriet, gdy jej matka ciągle tonie w depresji po stracie syna. To one dodają ciepła całej opowieści. To dzięki nim nie porzuciłam książki nawet gdy zaczęły mnie wkurzać niezwykle wyczyny małej Harriet, powoli przepoczwarzającej się w skarłowaciałą wersje Jamesa Bonda.

Zresztą, nie tylko to mnie w tekście drażniło. Dała mi się we znaki zbyt biblijna symbolika, jak stada pełzających tu i tam węży-od wieków chrześcijańskiego symbolu zła. Rozczarowało też odejście od próby rozwikłania zagadki kryminalnej jaką jest śmierć małego Robina. Ta tajemnica nie zostaje wyjaśniona do końca książki. Autorka bardziej skoncentrowała się na analizie psychologicznej postaci, pozwalając czytelnikowi po kolei zajrzeć w myśli niemalże każdego z kilkunastu bohaterów książki. I szarżując przy tym nieraz zbyt mocno z chęci wywołania emocji.

Jednak muszę uczciwie przyznać, że Tartt okazała się świetną opowiadaczką, dysponującą barwnym stylem i wielką wyobraźnią. I dlatego zanim jeszcze skończyłam z Małym Przyjacielem pogoniłam do księgarni po „Szczygła”.

mowa o:

tartt-4

apatia po amerykańsku

tajemniczy

Byłam w domu. Ściany sieni pokrywała tapeta w zielono-niebieskie pasy i listwy pozłacanego drewna. Schody były obdarte z wykładziny, bo poprzedniego lata wysiadł mi odkurzacz. Ciemności tuszowały fakt, że wszystko jest przykryte grubą warstwą kurzu. Żarówki w sieni i w salonie dawno się poprzepalały. Co pewien czas zbierałam na górze ze schodów puszki i butelki mojego ojca, porozrzucane gazety, które czytał – albo udawał, że czyta; zrzucałam gazety znad balustrady, płachta za płachtą, obserwując jak szybują w dół, do sieni.

Ottessa Moshfegh „Byłam Eileen”, Str 47

Nie pamiętam kiedy ostatnio miałam ochotę wziąć bohaterkę czytanej książki za oszewkę, potrząsnąć i wsadzić jej do ręki ścierkę, cifa i mopa. Bo tytułowa Eileen to niebywała fleja. Jednak to jeden z mniejszych jej problemów. Większych ma całe mnóstwo: pijący ojciec, żałoba po matce, brak kontaktów z siostrą, dysfunkcje żywieniowe, pociąg do alkoholu, skrywane emocje i kompleksy. Po prostu pomyślcie, jaki może mieć problem młoda dziewczyna i Eillen będzie go miała na pewno. Ostatnio najpewniej była szczęśliwa w łonie matki, bo na te czasy nie narzeka. Potem, gdy pojawiła się na świecie, miała non stop pod górkę. Rodzice bardziej kochali ładną siostrę, ona sama miała krzywe zęby, grube uda i na dodatek kazali jej sprzątać. W miarę upływu lat było coraz gorzej.

W momencie akcji powieści Eileen ma 24 lata, mizerny wygląd i tkwi w zapuszczonym domu z na pół obłąkanym ojcem. Od smutnego rodzinnego życie nie może odetchnąć nawet w pracy. Jest sekretarką w poprawczaku dla chłopców, więc rzecz jasna i tam atmosfera jest niewesoła. Pewna iskierkę nadziei niesie fakt, że historia Eileen jest opowiadana przez nią samą siedemdziesięcioletnią. Od czasu do czasu narratorce wymknie się uwaga, jaka za młodu była głupia i jak barwnie potoczyły się jej losy, kiedy opuściła już rodzinne strony. Wiedziony tymi słowami otuchy czytelnik żwawo brnie przez kolejne strony, wyczytuje o niedolach Eileen, cały czas mając nadzieję, że za chwilę nastąpi przełom i życie bohaterki jeśli nie stanie się lepsze, to przynajmniej bardziej ciekawe.

Niestety, tutaj czeka nas zawód. Bo cała opowieść Eileen ciągnie się, wypełniona ponurymi i często niesmacznymi szczegółami (opisy trudnych wypróżnień nie są jedynymi obrzydliwymi fragmentami książki), doprowadzając historię tylko do momentu przełomu. Nie dane jest nam poznać jej dalszego życia, choć niewątpliwie było bardziej atrakcyjne niż to sprzed wyjazdu. Książka więc nie spełnia obietnicy, nie pozwala na towarzyszenie bohaterce wtedy, kiedy naprawdę byłoby warto. Stanowi za to przygnębiającą lekturę o chronicznym stanie depresji. Nie znaczy to jednak, że (jak wspominają gazetowe recenzje) ma te walory, co Szklany Klosz Sylvii Plath. Protagonistce brak błyskotliwości i inteligencji tamtej bohaterki. Na korzyść Eileen mogę jedynie dodać, że potrafi żwawo opowiadać, posługując się sprawnie językiem. Jednak to za mało, bym mogła ja polubić.

dyskomfort czytania gwarantowany:

Eileen

skurczybyk, poeta, nihilista

Charles

Kiedy Sam Cherry przyjechał na North Mariposa Avenue, Bukowski starał się zapozować na twardziela, chwaląc się, że zabił pięć osób.
-Daj spokój, nie wciskaj kitu, Bukowski – odparł Cherry – Ilu ludzi naprawdę zabiłeś?
Bukowski napił się, spojrzał na pękniecie w ścianie i powiedział, że zabił czworo. Cherry zarechotał i po kolejnej chwili milczenia Bukowski skorygował tę liczbę do trzech.
– Po jakichś dwudziestu czy trzydziestu minutach zszedł do zera – mówi Cherry – Bezustannie pieprzył takie bzdury.
Howard Sounes Charles Bukowski w ramionach szalonego życia, Str 66

Pomilczałam trochę, bo miałam kaca. Nie, to nie efekt przeimprezowania Dnia Książki. To skutek ostatniej lektury. Której bohater chla, pije, zapija, i pociąga z butelki na niemal każdej z 240 stron swojej biografii.
Właściwie mogłam się tego spodziewać, że jeśli będzie mowa o Bukowskim, to będzie mowa o piciu. Miałam jednak nadzieję, że i o czymś więcej. Że zza zapijaczonej gęby wychynie delikatna twarzyczka poety, czułego dla słów i ludzi. Tymczasem Bukowski jeśli był czuły, to dla zwierząt, od rybek akwariowych poczynając (opłakiwał śmierć złotej rybki swojej zmarłej dziewczyny) na bezdomnych kotach kończąc (pod koniec życia miał ich co najmniej siedem). Przyjaciół, znajomych swoje dziewczyny, traktował z buta. Osoby mu przychylne często obrażał w prymitywny sposób, kobiety wyzywał, fanów traktował z pogardą. Dziennikarzowi, który z wrażenia podczas spotkania nie mógł wydusić słowa i tylko w przepraszającym geście wyciągnął do Charliego rękę, napluł na nią.
Jednym słowem Charles był dokładnie tym, na kogo wyglądał. Paskudnym sukinsynem. Tyle, że cholernie wytrwałym, bo pisał co dzień swojej maszynie, nawet po szychcie na słynnej poczcie. Umiał też zbudować swój mit autsidera i buntownika w niezwykle konsekwentny sposób. Wiedział, których znajomych naprawdę nie opłaci mu się stracić. Swojego wydawcę, abstynenta (!) traktował dobrze i był mu wierny do końca. No i pisał tak, że trafiał do mas nieudaczników, do wychuchanych chłopców, którzy tak jak on chcieli być twardzielami, do dziewczyn, które marzyły o prawdziwym samcu i wrażliwym facecie w jednym.
Tak naprawdę pod zapijaczonym chuliganem tkwił zatroskany o codzienny byt mieszczuch. Który kiedyś, dzięki przeczytanej książce, wpadł na pomysł bycia dzikusem, enfant terrible amerykańskiej poezji. Powoli i nie bez zdziwienia dowiadywałam się o tym, że podczas rzekomych dziesięciu szalonych lat swojej wędrówki po kraju, Charlie bywał u swoich rodziców i paradował w odprasowanym garniturze przed ich domem. Że kiedy szedł grac na wyścigach, miał wcześniej zapłacony czynsz i odłożone pieniądze na tzw codzienność. I że kiedy wreszcie na swoim pisaniu zarobił, spełnił marzenie swojego życia: kupił okazałą willę na przedmieściach Los Angeles.
Cóż, nie powiem, żeby Charlie wzbudził moją sympatię. Raczej podziw dla swojego sprytu i uporu. Oraz mocnej wątroby, bo nawet w wieku siedemdziesięciu lat potrafił w ciągu wieczora z dwójką przyjaciół wypić siedem butelek wina i szampana.

mowa o:

Charles 1