Etykieta: literatura amerykańska

zamki na piasku

zamek-crop

Maska publiczna artysty to jego karta przetargowa. Picasso był geniuszem, ale on zrobił z siebie postać iście mityczną. Zjadał ludzi na śniadanie. Miał mnóstwo kobiet i uwielbiał je dręczyć. Był królem arogancji, rozdęta , butną wieżą talentu,

Siri Hustvedt „Świat w płomieniach”, Str 192

Dawno temu miałam sympatycznego kolegę Słowaka, który każdą próbę wyjaśnienia mi czegoś kończył pytaniem : „ Chapiesz?”. Na co, ubawiona, odpowiadałam „Chapię, Zdeno chapię”. Otóż gdybym ze Zdenem spotkała się teraz, żeby pogadać o właśnie u nas wydanej nowej książce Siri Hustvedt, powiedziałabym: Nie chapie Zdeno. A gdybyśmy przeszli na polski dodałabym: nie kumam.

No nie rozumiem, dlaczego autorka zabija już na wstępie swojej książki akcję, podając nam na tacy zakończenie. Nie pojmuję, dlaczego tak mocno najeżyła ją filozoficznymi odnośnikami. Dodajmy, że jest to filozofia raczej na poziomie podstaw filozofii na każdych humanistycznych studiach, więc wiadomo o czym mowa, ale nie do końca po co. Cały czas się zastanawiałam, czy to Siri czy jej bohaterka, tak bardzo chcą się popisać erudycją?

Łapię za to aluzje do nazwiska bohaterki , Burden to wszak udręka i balast iwłasnie to one są głównymi problemami Hairret Burden. Kobiety dużej, silnej i bogatej, ale wlokącej za sobą ciężar dawnych kompleksów i żalów do zmarłego męża. Co rozwala nie tylko jej własne życie, ale i osób jej bliskich.

Harriet postanawia udowodnić, że jest świetną artystką, a za brak sukcesów należy winić wyłącznie pełne uprzedzeń środowisko. I prawie by się jej udało osiągnąć cel, gdyby nie spotkała w życiu człowieka który idealnie wyczuł jej słabości i potrafił to wykorzystać. I tu znowu nie pojmuję, dlaczego Harriet, osoba inteligentna i obyta nie zabezpieczyła się prawnie przed klęską swojego zamysłu. Tylko daje się ponieść emocjom.

Tak, miły Zdeno i czytelnicy, chapię główne przesłanie tej historii, za to słabiej mi idzie z aluzjami do konkretnych sytuacji i osób, bo te chapnąć mogą już tylko współcześni nowojorczycy. Dlatego nie doceniam w pełni kunsztu parodii zastosowanej przez autorkę. Mogę ją za to pochwalić za zaskakujący finał, przynoszący ulgę, po męczących opisach udręk fizycznych i emocjonalnych głównej bohaterki. Finał do tego stopnia czarujący, ze zdecydowałam się zabrać za kolejną książkę jego autorki.

mowa o:

Swiat.jpg

Harriet i spółka

harriet

Joanna D’Arc prowadziła wojsko, będąc zaledwie kilka lat starsza od Harriet. Mimo to na ostatnia gwiazdkę ojciec Harriet podawał córce poniżającą grę planszową dla dziewczynek pod tytułem Kim zostanę? Była to wyjątkowo marna gra, która z założenia miała pomagać w wyborze kariery, ale bez względu na to jak grałaś, miałaś tylko cztery możliwości: nauczycielka, baletnica, matka i pielęgniarka.

Donna Tartt „Mały przyjaciel”, Str 86

Dwunastoletnie dziewczynki są gorsze niż FBI i policja stanowa razem wzięte! Tak wynika z mojej ostatniej lektury, epickiej opowieści Donny Tartt o jednym lecie z życia mieszkającej na południu stanów małoletniej Harriet. Bohaterka to rezolutna nastolatka, w niczym nieustępującą sprytem i inteligencją Flawii czy Emmie, dziecięcym detektywom, z którymi spotkałam się jakiś czas temu. Harriet ma ambicje wyśledzić i ukarać zabójcę swojego brata, Robina. Chłopiec został zamordowany w niewyjaśnionych okolicznościach, kiedy Harriet była jeszcze niemowlęciem.

Jednak wbrew domysłom nie otrzymałam tomu przygód kolejnej młodocianej tropicielki zbrodni. Ta powieść poszła w trochę innym kierunku. Przede wszystkim stała się niesłychanie barwnym i szczegółowym portretem południa USA drugiej połowy lat sześćdziesiątych. To czas, gdy formalnie zniesiono segregację rasową, chłopcy zapuścili długie włosy, a do młodzieży chciały przynależeć nawet mamuśki ze statecznych przedmieść. Jednak to nie najmodniejsi członkowie społeczności stają się głównymi bohaterami powieści. Autorka koncentruje się na tych będących na marginesie: babci i leciwych ciotkach Harriet, czarnych służących, i miejscowych dealerach. Ich historie opowiada z wielką pieczołowitością, nie szczędząc wielu zabawnych niekiedy szczegółów. Mnie, wielbicielce starszych pań, szczególnie przypadły do gustu charakterne siostrzyczki Cleve, z apodyktyczną Eddie na czele. To one dają oparcie małej Harriet, gdy jej matka ciągle tonie w depresji po stracie syna. To one dodają ciepła całej opowieści. To dzięki nim nie porzuciłam książki nawet gdy zaczęły mnie wkurzać niezwykle wyczyny małej Harriet, powoli przepoczwarzającej się w skarłowaciałą wersje Jamesa Bonda.

Zresztą, nie tylko to mnie w tekście drażniło. Dała mi się we znaki zbyt biblijna symbolika, jak stada pełzających tu i tam węży-od wieków chrześcijańskiego symbolu zła. Rozczarowało też odejście od próby rozwikłania zagadki kryminalnej jaką jest śmierć małego Robina. Ta tajemnica nie zostaje wyjaśniona do końca książki. Autorka bardziej skoncentrowała się na analizie psychologicznej postaci, pozwalając czytelnikowi po kolei zajrzeć w myśli niemalże każdego z kilkunastu bohaterów książki. I szarżując przy tym nieraz zbyt mocno z chęci wywołania emocji.

Jednak muszę uczciwie przyznać, że Tartt okazała się świetną opowiadaczką, dysponującą barwnym stylem i wielką wyobraźnią. I dlatego zanim jeszcze skończyłam z Małym Przyjacielem pogoniłam do księgarni po „Szczygła”.

mowa o:

tartt-4

apatia po amerykańsku

tajemniczy

Byłam w domu. Ściany sieni pokrywała tapeta w zielono-niebieskie pasy i listwy pozłacanego drewna. Schody były obdarte z wykładziny, bo poprzedniego lata wysiadł mi odkurzacz. Ciemności tuszowały fakt, że wszystko jest przykryte grubą warstwą kurzu. Żarówki w sieni i w salonie dawno się poprzepalały. Co pewien czas zbierałam na górze ze schodów puszki i butelki mojego ojca, porozrzucane gazety, które czytał – albo udawał, że czyta; zrzucałam gazety znad balustrady, płachta za płachtą, obserwując jak szybują w dół, do sieni.

Ottessa Moshfegh „Byłam Eileen”, Str 47

Nie pamiętam kiedy ostatnio miałam ochotę wziąć bohaterkę czytanej książki za oszewkę, potrząsnąć i wsadzić jej do ręki ścierkę, cifa i mopa. Bo tytułowa Eileen to niebywała fleja. Jednak to jeden z mniejszych jej problemów. Większych ma całe mnóstwo: pijący ojciec, żałoba po matce, brak kontaktów z siostrą, dysfunkcje żywieniowe, pociąg do alkoholu, skrywane emocje i kompleksy. Po prostu pomyślcie, jaki może mieć problem młoda dziewczyna i Eillen będzie go miała na pewno. Ostatnio najpewniej była szczęśliwa w łonie matki, bo na te czasy nie narzeka. Potem, gdy pojawiła się na świecie, miała non stop pod górkę. Rodzice bardziej kochali ładną siostrę, ona sama miała krzywe zęby, grube uda i na dodatek kazali jej sprzątać. W miarę upływu lat było coraz gorzej.

W momencie akcji powieści Eileen ma 24 lata, mizerny wygląd i tkwi w zapuszczonym domu z na pół obłąkanym ojcem. Od smutnego rodzinnego życie nie może odetchnąć nawet w pracy. Jest sekretarką w poprawczaku dla chłopców, więc rzecz jasna i tam atmosfera jest niewesoła. Pewna iskierkę nadziei niesie fakt, że historia Eileen jest opowiadana przez nią samą siedemdziesięcioletnią. Od czasu do czasu narratorce wymknie się uwaga, jaka za młodu była głupia i jak barwnie potoczyły się jej losy, kiedy opuściła już rodzinne strony. Wiedziony tymi słowami otuchy czytelnik żwawo brnie przez kolejne strony, wyczytuje o niedolach Eileen, cały czas mając nadzieję, że za chwilę nastąpi przełom i życie bohaterki jeśli nie stanie się lepsze, to przynajmniej bardziej ciekawe.

Niestety, tutaj czeka nas zawód. Bo cała opowieść Eileen ciągnie się, wypełniona ponurymi i często niesmacznymi szczegółami (opisy trudnych wypróżnień nie są jedynymi obrzydliwymi fragmentami książki), doprowadzając historię tylko do momentu przełomu. Nie dane jest nam poznać jej dalszego życia, choć niewątpliwie było bardziej atrakcyjne niż to sprzed wyjazdu. Książka więc nie spełnia obietnicy, nie pozwala na towarzyszenie bohaterce wtedy, kiedy naprawdę byłoby warto. Stanowi za to przygnębiającą lekturę o chronicznym stanie depresji. Nie znaczy to jednak, że (jak wspominają gazetowe recenzje) ma te walory, co Szklany Klosz Sylvii Plath. Protagonistce brak błyskotliwości i inteligencji tamtej bohaterki. Na korzyść Eileen mogę jedynie dodać, że potrafi żwawo opowiadać, posługując się sprawnie językiem. Jednak to za mało, bym mogła ja polubić.

dyskomfort czytania gwarantowany:

Eileen

skurczybyk, poeta, nihilista

Charles

Kiedy Sam Cherry przyjechał na North Mariposa Avenue, Bukowski starał się zapozować na twardziela, chwaląc się, że zabił pięć osób.
-Daj spokój, nie wciskaj kitu, Bukowski – odparł Cherry – Ilu ludzi naprawdę zabiłeś?
Bukowski napił się, spojrzał na pękniecie w ścianie i powiedział, że zabił czworo. Cherry zarechotał i po kolejnej chwili milczenia Bukowski skorygował tę liczbę do trzech.
– Po jakichś dwudziestu czy trzydziestu minutach zszedł do zera – mówi Cherry – Bezustannie pieprzył takie bzdury.
Howard Sounes Charles Bukowski w ramionach szalonego życia, Str 66

Pomilczałam trochę, bo miałam kaca. Nie, to nie efekt przeimprezowania Dnia Książki. To skutek ostatniej lektury. Której bohater chla, pije, zapija, i pociąga z butelki na niemal każdej z 240 stron swojej biografii.
Właściwie mogłam się tego spodziewać, że jeśli będzie mowa o Bukowskim, to będzie mowa o piciu. Miałam jednak nadzieję, że i o czymś więcej. Że zza zapijaczonej gęby wychynie delikatna twarzyczka poety, czułego dla słów i ludzi. Tymczasem Bukowski jeśli był czuły, to dla zwierząt, od rybek akwariowych poczynając (opłakiwał śmierć złotej rybki swojej zmarłej dziewczyny) na bezdomnych kotach kończąc (pod koniec życia miał ich co najmniej siedem). Przyjaciół, znajomych swoje dziewczyny, traktował z buta. Osoby mu przychylne często obrażał w prymitywny sposób, kobiety wyzywał, fanów traktował z pogardą. Dziennikarzowi, który z wrażenia podczas spotkania nie mógł wydusić słowa i tylko w przepraszającym geście wyciągnął do Charliego rękę, napluł na nią.
Jednym słowem Charles był dokładnie tym, na kogo wyglądał. Paskudnym sukinsynem. Tyle, że cholernie wytrwałym, bo pisał co dzień swojej maszynie, nawet po szychcie na słynnej poczcie. Umiał też zbudować swój mit autsidera i buntownika w niezwykle konsekwentny sposób. Wiedział, których znajomych naprawdę nie opłaci mu się stracić. Swojego wydawcę, abstynenta (!) traktował dobrze i był mu wierny do końca. No i pisał tak, że trafiał do mas nieudaczników, do wychuchanych chłopców, którzy tak jak on chcieli być twardzielami, do dziewczyn, które marzyły o prawdziwym samcu i wrażliwym facecie w jednym.
Tak naprawdę pod zapijaczonym chuliganem tkwił zatroskany o codzienny byt mieszczuch. Który kiedyś, dzięki przeczytanej książce, wpadł na pomysł bycia dzikusem, enfant terrible amerykańskiej poezji. Powoli i nie bez zdziwienia dowiadywałam się o tym, że podczas rzekomych dziesięciu szalonych lat swojej wędrówki po kraju, Charlie bywał u swoich rodziców i paradował w odprasowanym garniturze przed ich domem. Że kiedy szedł grac na wyścigach, miał wcześniej zapłacony czynsz i odłożone pieniądze na tzw codzienność. I że kiedy wreszcie na swoim pisaniu zarobił, spełnił marzenie swojego życia: kupił okazałą willę na przedmieściach Los Angeles.
Cóż, nie powiem, żeby Charlie wzbudził moją sympatię. Raczej podziw dla swojego sprytu i uporu. Oraz mocnej wątroby, bo nawet w wieku siedemdziesięciu lat potrafił w ciągu wieczora z dwójką przyjaciół wypić siedem butelek wina i szampana.

mowa o:

Charles 1

Miss from Missisipi

wiosenne 1

Mama chciała dać mi na imię Mignon, po swojej siostrze, ale tato wpadł w szał. Krzyczał, że nie chce żeby jego jedynaczka nazywała się jak befsztyk. Robił strasznie dużo hałasu, a ta kobieta z metryką miała już dość czekania, więc babcia Pettibone zakończyła sprawę, dając mi na imię Daisy, tylko dlatego, ze w pokoju stał wazonik ze stokrotkami. Bardzo bym chciała wiedzieć, kto przysłał te cholerne stokrotki.
Fannie Flag Daisy Fay i Cudotwórca, Str 9

Przy lekturze tej książki towarzyszyło mi stałe uczucie deja vu. Nie wiem czy to dlatego, że faktycznie bardzo dawno temu czytałam już opowieść o Daisy, czy może dlatego, że główna bohaterka, jedenastolatka ganiająca samopas po amerykańskim miasteczku, do złudzenia przypominała mi inną rezolutna dziewczynkę, Emmę z hotelowej trylogii kryminalnej Marthy Grimes. Jednego jestem pewna: jeśli ktoś polubił tamtą smarkulę, powinien niezwłocznie poszukać książki o Daisy Fay.
Daisy mieszka z rodzicami na amerykańskim południu lat pięćdziesiątych, jest nad wiek rozgarnięta i uwielbia opisywać drobne wydarzenia ze swojego życia. A dzieje się w jej życiu wyjątkowo dużo, dzięki pomysłowemu tatusiowi, który bez chwili wytchnienia i z niezmąconym optymizmem dąży do osiągnięcia wielkiego sukcesu. Idzie mu średnio, ale kombinuje jak może. A to zakłada bar przy plaży z kolegą, a to zdobywa nagrodę za złowienie największej ryby, podstawiając wypchanego śrutem pstrąga, albo podpala swój plajtujący bar, żeby dostać pieniądze z odszkodowania.
W tle tych dziwacznych historii maluje się portret obyczajowy Ameryki połowy ubiegłego wieku. Mama Daisy umiera ze strachu, że jej córeczka zarazi się heinemediną i co pięć minut prowadzi ją do lekarza. Gdy chce wyglądać elegancko, ubiera futro ze srebrnych lisów i do tego bierze torebkę z krokodyla. Kiedy opuszcza ojca Daisy, może znaleźć tylko pracę kelnerki. Sama Daisy pilnie bierze udział w cotygodniowych spotkaniach młodych debiutantek, prowadzonych przez ambitną Panią Dot. Dziewczęta zdobywają tam tak istotne umiejętności jak postępowanie z kolorowa służbą (Można dotknąć albo uściskać kolorowa kobietę, to jest w porządku, ale nigdy kolorowego mężczyznę. Ale najważniejsze jest to, żeby nigdy nie siedzieć i nie jeść z nimi przy jednym stole, ibidem, str 88) i otrzymują złote myśli, które brzmią na przykład tak: jeżeli zaprzyjaźnisz się z telefonem i mrożonkami, twoje życie będzie jak bułka z masłem (ibidem,  str 88).
Na szczęście Daisy jest nie w ciemię bita i robi co jej się podoba, zupełnie nie przejmując się konwenansami. Ma też złote serce, wielu osobom pomaga lub przynajmniej stara się pomoc, przez co zresztą niejednokrotnie popada w tarapaty. Jednak w ogólnym rozrachunku wychodzi na swoje, a czytelnik z uśmiechem rozrzewnienia łyka finał z pokrzepiającym morałem, że ten, kto wspiera innych, nie jest naiwnym jełopem, ale człowiekiem, którego w odpowiednim czasie z nawiązką wynagrodzi ludzka wdzięczność.
Bo taka jest ta książka, niewymagająca, ale i nie głupia, czasem zabawna, czasem wzruszająca, istny balsam dla duszy i rozjaśniacz ciemnych myśli. Nic dziwnego, że z biblioteki przyszło mi szybko upomnienie żeby ją oddać, bo już następni czekają w kolejce. To idealna lektura na czas wiosennego przesilenia.
Mowa o:

Daisy

poślubieni nocy

twierdza

Przy stole siedzi jakąś samotna postać ze stopami opartymi na wyszywanych poduszkach, nogami przykrytymi koronkowa kapą, głowa pochyloną w matowym świetle samotnej świecy, nie dostrzegająca wielkiego cienia pojawiającego się nagle na tle gipsowych stiuków sufitu, nie widząca długich białych palców sięgających do delikatnego płomienia świecy i gaszących go
Anne Rice „Wywiad z wampirem”, str 48

Książka miała być przeczytana na Halloween, ale sprawa się odwlokła i skończyłam ją dopiero teraz, gdy zawisło mi nad głową ostateczne upomnienie z biblioteki (ktoś już w kolejce czeka i terminu oddania nie można przedłużyć). Stało się zresztą bardzo dobrze, bo jej treść pasuje wyśmienicie do długich zimowych wieczorów. Do tego czasu, kiedy prawie bezwiednie prowadzimy wampirzy tryb życia, budząc się jeszcze nocą, spędzając jasny dzień w prawie trumnie (czyli biurze) i wracając do życia już po zmroku, kiedy to opuszczamy ofissowe podwoje. W ten sposób, w tym rytmie, wczujemy się w tekst najlepiej.
Nie będzie to trudne, bo jest on napisany z taką werwą, że szybko wpada się w książkę po uszy. Klasyka wampirzego gatunku, opowieść wiekowego krwiopijcy o jego długim i bogatym w wydarzenia życiu, nie dość, że porywa, to jeszcze nakłania do refleksji. Można się zatrzymać na warstwie podstawowej opowieści, jedynie śledząc wartką akcję. Ale warto spojrzeć i na jej głębię, na refleksje o ludzkich namiętnościach, pięknie i samotności. Bo duet Louis i Lester, dwóch nierozłącznych wampirów, prowadzi nas nie tylko przez ciemne zaułki dziewiętnastowiecznego Nowego Orleanu, ale i przez tajemnicze rejony człowieczych pragnień i tęsknoty.
Napisana z pazurem ostrym jak wampirzy, książka Rice jest niewątpliwie doskonałą alternatywą dla serii Pani Meyer. Zwłaszcza w przypadku nieco dojrzalszych czytelników.
Co do mnie, to wracając teraz po ciemku do domu mocniej owijam szyję szalikiem, ciesząc się, że jego noszeniu sprzyja obecna pora roku. A w bibliotece na pewno zerknę pod R sprawdzając, co jeszcze jest w tej wampirzej serii.

mowa o:

wampiry

legumina

zakochany

Zamykam oczy i wysyłam ten list, ale nakazuje mojemu sercu, aby pozostało otwarte

Jan Karon „Światełko w oknie”, Str 271

Wybrałam tę książkę, na czas pourlopowego przymulenia, mając pełną świadomość, że szarych komórek przy niej raczej nie będę musiała napinać. No i faktycznie, nie było takiej potrzeby. Ale licząc na lekturę bezwysiłkową i przyjemną, nie wzięłam pod uwagę tego, że akcja może obsunąć się w stronę nienależącą do moich ulubionych. Tymczasem opowiastki o małym amerykańskim miasteczku, z sympatycznym duchownym wspierającym jego mieszkańców, nagle przybrały dziwny kształt. Wielkiego słodkiego serducha, którego bicie, babababum, zagłuszało wszystko. Właściwie były to dwa serducha, wspomnianego już duchownego, pastora Tima i jego ukochanej sąsiadki, Cynthii.

W w drugiej części sagi Mitfordskiej miłość tych dwojga się intensyfikuje i zagęszcza jak zbyt długo gotowany klonowy syrop. Los rozdziela parę na pewien czas, bo Cynthia musi wyjechać by popracować w Nowym Jorku, podczas gdy pastor zostaje na miejscu. Dochodzi do serii, wielokrotnie już w romansach ogranych, nieporozumień i pomyłek. Które para, lepiej lub gorzej, usiłuje rozwikłać pisząc do siebie porażające egzaltacją listy. W rezultacie ciężko jest przez tę lukrowaną historię miłosną przebrnąć. Zwłaszcza komuś nienawykłemu do czytania romansowych opowieści.

Co napisawszy, czuję się w obowiązku dodać, że przy okazji wizyty w bibliotece bardzo byłam zawiedziona brakiem na półce trzeciej części opowieści o Mitford. Po tym, co razem z Cynthia i Timem przeszliśmy, naprawdę spieszyło mi się na ich wesele.

mowa o:

Mitford