Miesiąc: Marzec 2011

kurczak na rudo

Kolega pisarz, mieszkający nad sklepem spożywczym, zawsze rano meldował telefonem, co jest do kupienia.

–          Dzisiaj musztarda, ocet, majeranek.

Powiedziała:

–          Jak zniknie musztarda i ocet, a zostanie majeranek, to ja wyjezdzam.

Było to zimą. W maju zadzwonił rano i powiedział:

–          Jak nie wierzysz, to nie wierz, ale się pakuj, bo jest tylko majeranek.

 Hanna Bakuła, „Idiotka”, Str 155

Nie każdy czik lit musi być lit szit. Do takiego szczęśliwego wniosku doszłam walcząc przy pomocy literatury z kacem wywołanym zmianą czasu. Jak już mam prawie jetlaga to dlaczego prawie nie pojechać do NYC? No to się wybrałam, za przenośnik używając zamiast boeinga 737 lekturę perypetii radosnej kretynki usiłującej się zagnieździć na Manhattanie. I nie była to wcale Carry Bradshaw. Ani tez Bridget Jones w trzecim sequelu zamieniająca Pana Darcy na Statuę Wolności. To była nasza krajowa i własna wariatka, dla zmyłki nazywana w powieści Molly.

Kobieta o wielkim sercu i nie mniejszym biuście, u zarania jutrzenki wolności, kraszącej na szaro polski świt lat osiemdziesiątych, decyduje się wyjechać do Stanów, bo ma tam mnóstwo przyjaciół, oraz szansę na karierę. Jeszcze w samolocie spotyka samą siebie, czyli Molly w wersji 20 lat później. Ta starsza z rozbawieniem przygląda się sobie młodej, ale żadnej przestrogi z ust nie puszcza, bo primo nic by to pewnie nie dało, secundo nie byłoby takiej fajnej opowiastki o Malarce w Wielkim Jabłku. O jej spotkaniach z karaluchami i sushi, oraz śmietanką emigracyjna stanu wojennego. Przy czym karaluchy nie grają tu roli bohaterów narodowych Ameryki, a emigranci całkiem nieźle się bawią i rozterki bogoojczyzniane się ich nie imają. I chwała Pani Pisarce za to! Podziękowania należą się także za lekkie zgryźliwości puszczane tu i ówdzie z wartkim nurtem narracji. Żadnego zadęcia za to sporo okazji do uśmiechu.

 

Pewnie, że bohaterka ma amantów na pęczki, i jeśli ktoś jej nie kocha to tylko dlatego, że ona sobie od niektórych wyznań miłosnych nie życzy. Mnie to tam nie przeszkadzało, czasem tylko troszkę nudziło, ale świadoma byłam, że jakieś cechy gatunku książka w sobie mieć musi. Jak już kobiety nie stać na buty Blahnika, niebieskich zup nie podaje, bo gotować umie, za maż jej się tak na serio nie spieszy, i na dodatek sporo czyta, to przynajmniej serca łamać powinna, bo inaczej czik z niej żaden. No wiec łamie, i żeby było jeszcze przyjemniej co chwilę kupuje jakieś odlotowe ciuchy a‘la wczesny punk i młoda papuga, sporo podróżuje, szampana pije i objada się szpanerską karmą dla wegeterian.

Kto lubi lajfstalowe wstawki nasyci się nimi sowicie, kto uważnie śledzi akcję, będzie marudził, że się narrator powtarza, jakby się czasem pogubił albo nie czytał w ogóle tego, co wcześniej napisane. Nic to jednak, satysfakcja w moim przypadku była i tak gwarantowana, dostałam dokładnie to co chciałam i nawet w lepszym gatunku niż się spodziewałam. Dodatkową radość sprawiało mi patrzenie na okładkę książki, która , znów wbrew stereotypowi rządzącemu gatunkiem, nie lśniła na różowo, nie pokazywała kwiateńków ani damskiej nóżki na obcasiku. Cieszyłam oko fajnym zdjęciem wysztafirowanej babeczki zadzierającej głowę na dachu budki telefonicznej. Domyślać się mogę, ze to Pani Hania we własnej osobie i posyłam jej buziak wielokrotny za styl i przyjemność czytania.

mowa o:

zmywalne

 

 

Tracy

Możemy malować obrazy lub komponować utwory muzyczne, ale ani obraz, ani muzyka nie będą do nas należeć, bo to nie są rzeczy ludzkie. Sztuka nas wykorzystuje, dziecinko, wykorzystuje nas, by móc istnieć, ale jest jak istota poza ziemska. Musisz to pamiętać: będąc obrazem, nie jesteś człowiekiem.

Jose Carlos Somoza „Klara i półmrok”, Str 156

 

Posążek czternastolatki, Susan lampa, fotel z mocnego chłopaka, chodząca taca-dziewczyna, oto niektóre modele odczłowieczenia w imię sztuki, również tej użytkowej. Sztuka ma być tymczasowa, ulotna, nic tego nie gwarantuje tak mocno jak przemijalność losu ludzkiego. Dlatego płótno staje się człowiekiem, a raczej żywy człowiek płótnem. Napina się go, gruntuje, na koniec pokrywa warstwą odpowiednich farb. Potem pokazuje w galeriach i muzeach, w końcu sprzedaje.

Czytam jakbym oglądała, wystawa zmyśleń nowych i wtórnych, zapach rozpuszczalników, paleta wszelkich barw, lekki szkic, podkreślenie detalu, każdy akapit jak obraz. Cudownie, wzdycham jak dziecko w sklepie z farbami, proszę o jeszcze, chce podejść bliżej, zobaczyć pod innym katem, w jaśniejszym świetle. Tymczasem bryzg i trzask, dzieło zostaje zniszczone, rozdarte, pochlapane czerwienią, zabite. Wzdycham jeszcze raz i łapię za ten nowy watek, kryminalny.

Szukanie odpowiedzi na pytanie, kto zamordował obraz mistrza i dlaczego, staje się głównym motywem rozwoju akcji. Suspens kreci się i rozwija, napręża, gdzieś tak w połowie książki poluzowuje, najpierw ciut, potem więcej, aż w końcu flaczeje. Z niedowierzaniem patrzę na ten smętny strzępek, który jeszcze przed chwilą był barwnym wirem wydarzeń. Rozwiązaniem zagadki staje się domysł towarzyszący mi od około setnej strony. Dywagacje na temat człowieczeństwa i sztuki niepokojąco zaczynają przypominać głębią przemyślenia filozoficzne Coehlo. A scen końcowych nie napisałby lepiej nawet sam Dan Brown.

mowa o:

powieki do góry

O tej porze tygodnia potrzebuję przede wszystkim się wyspać. Ale na to muszę poczekać jeszcze jeden dzień, przetrzymać z otwartymi oczami jakieś osiem godzin biurowej jawy. W pionie oczywiście, w wyproście kręgosłupa i ze sztywnym karkiem. Na tym etapie nie można już się pochylać do przodu albo do tylu, bo grozi to natychmiastowym zaśnięciem.

W bajkach dzielni chłopcy ucinali sobie kawałek kciuka i posypywali solą, żeby przetrzymać bez zamykania oczu i uniknąć czaru złej czarownicy. Najwidoczniej do ich obowiązków należało tylko czuwanie, klepanie w klawiaturę nie wchodziło w grę. Tu i teraz trzeba przetrwać bez takich wybiegów. Pozostaje drażnienie czubków palców zimną powierzchnią biurka, przesuwaniem po ostrych krawędziach kartek. Z najwyższą ostrożnością, bo jeszcze trochę i przydadzą się do przewracania innych stron, o  odmiennej treści.

 Czekają:

 

 

 

 Od dołu:

  1. Trzy tomy o estetyce i kulturze japońskiej, gładkie i giętkie, 
  2. Gentlemani Klasa Ostergrena, wyjątkowo szorstcy w dotyku,
  3. Jak zostać Królem, muskające wichrem historii, 
  4. Autobiografie Thomasa Bernharda, o ostrych i twardych krawędziach,
  5. Dwa tomy autobiografii Doris Lessing, dobrze trzymające się w dłoniach,
  6. Tysiąc i jedna kobieta, Anais Nin i jej życie, aksamitnie zmysłowe w noszeniu,
  7.  Listy na wyczerpanym papierze, ciepłe i miękkie,
  8. Tatami kontra krzesła Rafała Tomańskiego, lekkie i miłe w otwieraniu 

cóż, że bazi brak

 

 

Jakiś tam dzień tygodnia, siódma rano. Biegam po mieszkaniu gryząc kromkę chleba i szukając kluczy. W tle radio, a w radiu radosny głos słuchaczki. Z czym można dzwonić do radia o takiej porze? Nie z problemem, a z nowiną. Wiosna, mówi wesoło ta pani, wiosna już na pewno, bo właśnie przyleciały żurawie. Krążą, furkocą i śpiewają. No tak, pomyślałam, zbiegając po schodach, tego nie sprawdzę, czy przyleciały, miedzy bloki i tak nie zajrzą, a w ogóle to czy na pewno żuraw śpiewa?

Ten sam dzień tygodnia, piąta popołudniu. Wychodzę z poczty mrucząc, wiosna, na pewno wiosna, bo przyleciała do mnie książka! Nie jakaś tam zamówiona, ale zupełnie niespodziewana, zaobrączkowana kodem World Book Night. Jedna ze stada 40 000 fruwających po Wielkiej Brytanii 11 marca tego roku, kiedy to całe chmary książek szukały nowych opiekunów. Ta moja otarła się po drodze o jakieś niebezpieczeństwo, rozdarto jej opakowanie i wyraźnie skubnięto na czubku dzióbek, ale nie poddała się i z lekkim westchnieniem zsuwanej koperty usiadła w moich rękach.

Tak oto dzięki jednej z sympatycznych blogerek, dotarł do mnie kawałek angielskiej wiosny, wiosny czytelników, a również i skrawek Nocy Książek, wielkiej akcji promującej czytelnictwo w Zjednoczonym Królestwie. Oczywiście, że marzy mi się udział w takim przedsięwzięciu i u nas, marzyć zawsze można, prawda? Mogę sobie wymyślać jak to na krakowskim rynku, na wrocławskim rynku, nawet na Placu Zamkowym gromadzą się ludzie przytrzymujący brodami słupki książek, wyciągający z plecaków ciężkie tomy, przewracający niecierpliwie karki właśnie zdobytych lektur. Mogę w myślach przeglądać nazwy wydawnictw, nazwiska autorów, tworzyć listy tytułów. Mogę konstruować scenariusze potencjalnych imprez towarzyszących. Mogę wyobrażać sobie wystąpienia pisarzy, mowy wydawców, plakaty w witrynach księgarń.

Ale jedyne, co mogę zrobić naprawdę, to bardzo podziękować Maga-marze za przekazanie w ramach WBN  książki oraz mieć nadzieję, że kiedyś taka akcja wykiełkuje wiosną i na naszym gruncie.

mowa o:

errata do bałaganu

 

Kiedy parę dni temu pstrykałam zdjęcia kilku półek z moimi książkami, nie sądziłam, że wynikiem zamieszczenia ilustrowanej nimi notki o mojej „biblioteczce” będzie wniosek, że zamiast zajmowac się blogiem książkowym powinnam raczej zabrać się za blog fotograficzny ;).

Ponieważ jednak czytanie odpowiednio uzbroiło mnie przeciwko rożnym wybiegom rzeczywistości i w tym wypadku się nie dam. Dalej będę czytać i o tym pisać, trudno, dopóki mam z tego przyjemność, tak zostanie. Czasem zapodam coś kolorowego do oglądania, ale wrzucania tekstu nie daruję i już ;).

Po tym radosnym wstępie mogę się zabrać za uzupełnienie poprzedniej notki. A dzięki Waszym komentarzom (za które bardzo dziękuje, uwielbiam taką „żywą” rozmowe przy notkach), mam co wyjaśniać i pokazywać. A teraz ad rem:

 

Ten stwór wzbudził spore zainteresowanie. Znaleziony pod choinka został zidentyfikowany jako sowa. Choć mnie trochę kojarzy się z Buka wystrojoną na bal karnawałowy. Ta czerwona kiecka i złote uszy, no przyznajcie sami/e?  Nie wiem, czy prezent to aluzja do mojego podobieństwa do Sowy Przemądrzałej czy wybałuszanych od nadmiernego ślipienia w druk oczu 😉 

 

Nie mam w domu żadnych podpórek do książek, po części dlatego że jest to wynalazek mało jeszcze u nas znany i używany. W ich charakterze występują rożne przedmioty i rożnie im tez wychodzi ze spełnianiem tej roli. Najlepiej spisuje się ten metalowy dzwon, który dzielnie wytrzymuje napór wspominanej już parady pingwinów.

  

Nie lubię ustawiać książek w dwóch rzędach, ale gdybym miała robić inaczej, to mocno skomplikowałoby się moje życie. Przede wszystkim musiałabym zafundować sobie większe mieszkanie, czyli wziąć kredyt i spłacać raty. To spowodowałoby zmniejszenie zasobów czasowych i pieniężnych, które w tej chwili mogę przeznaczyć na książki. Poza tym nie ma lepszego sposobu na ukrycie cennego tytułu niż wetkniecie go w drugi rząd. Z przodu stoi sobie takie tam byle co, albo literatura poradnicza i naukowa, i sprytnie zasłania największe skarby. Czasem nawet przede mną samą, bo zdarzyło mi się już kiedyś, że musiałam wypożyczyć z biblioteki książkę, która była w domu tak schowana, że nie mogłam jej zlokalizować. Za to radość z odnalezienia książki zawsze jest ogromna.

 

Kiedy przy sporządzaniu tych notek przeglądałam swoje zasoby książkowe, z żalem stwierdziłam, że faktycznie są one ubogie w poezje. Mam kilka „dużych” nazwisk, trochę tomów ze zbiorami poezji brytyjskiej i amerykańskiej, ale wszystko kupione dosyć dawno temu. Najnowszy tomik w moim kąciku to „Dwie strony medalu” Różewicza. Chciałabym żeby było inaczej, żeby rosły w okol mnie stosy nie tylko z proza ale i z poezją. Problem polega na tym, że o ile na temat książek, nazwijmy je umownie „zwykłych” informacji, przynajmniej w sieci można znaleźć mnóstwo, to  poezją jest już marnie. A może po prostu nie wiem gdzie i jak  szukać?

Wielki nieład

 

 

Spełniając prośbę maioofki zdałam sobie sprawę nagle z tego, że wraz z pokazaniem moich półek dokonam znacznie istotniejszej odsłony. Otóż wszem i wobec ukaże mój największy najbardziej oszałamiający talent. Wiadomo, że ludzie zdolności maja rożne. Jedni piszą tak, że głowie czytającego tworzą się najdziwniejsze światy. Inni malują tak, że ma się ochotę wymienić istniejącą rzeczywistość na tę z obrazu. Zdarzają się i tacy, co śpiewają jakby mieli angaż do chórów anielskich. A cóż ja? Pisze jak widać, czyli z literówkami i rozmaitymi błędami, rysować umiem tylko koty i to w jednej pozycji, o śpiewaniu lepiej nie wspominać. Ale jest jedna rzecz, którą  potrafię robić jak mało kto: bałagan. Wpuśćcie mnie tylko za próg, a każdy z moich butów zostawi ślad na waszej wypolerowanej podłodze, z kieszeni wysypią mi się na dywan stare bilety MPK, z torebki wytrzepię puste pudelka po tik-takach, rękawiczki zostawię na stole, szalik owinę na oparciu fotela, sweter rzucę pod sofę, rozsypię cukier, stracę łyżeczkę, rozleję herbatę i zgubię długopis. To tylko repertuar podstawowy, który jest odpowiednio do okoliczności rozszerzany.

Tej mój niezwykły dar widać także po sposobie przechowywania i układania książek. Spójrzcie tylko na te nierówno stojące grzbiety, rozchełstane stosy, zawalone durnostojkami resztki powierzchni. Na dodatek nie ma w moim mieszkaniu takiego miejsca jak biblioteczka, książki rozłażą się wszędzie, brak ich jedynie w pralce, lodówce i piekarniku. Żeby nadać temu chaosowi przynajmniej pozory jakiegoś porządku, oprowadzę szanownych czytelników umownie nadając rożne nazwy kolejnym czytelniczym obszarom.

 

Pod hiszpańskim obżartuchem

Zacznijmy od początku, czyli wejścia. Tuż za przedpokojem wisi plakat reklamujący madryckie czekoladki, który trochę przekornie jest pamiątką z Barcelony. Pod nim stoi sobie biały regalik zapchany do granic możliwości. Tutaj mamy tzw strefę codzienną, gdzie znajdują się i zwykle czytadła, i książki kucharskie i rzeczy trochę ambitniejsze. Znalazł tu przystań pan Tatarkiewcz, a do niego dołączyło kilku kolegów po fachu. Z kolei dwie środkowe półki to kolekcja kolejnych roczników Elle Decoration, które skrupulatnie kolekcjonuję. Na pozostałych wszystkie książki tłoczą się w podwójnych rzędach, tak że sama mam czasem problemy z identyfikacją tytułów ukrytych w tyle. Ważna jest półka górna, bo to jest obszar tzw książek niemoich. W ten sposób, gdy nagle po roku lub dwóch  jakiś nieszczęśnik się ocknie i zażąda zwrotu swojej książki, nie muszę w panice przewalać wszystkich półek. Jak widać i w tym szaleństwie jest jakaś metoda ;).

 

Poletko Czarownicy

Potem mamy paradę Pingwinów których strzeże wiedźma przybyła z Zakopca. Panoszy się na tej półce od lat kilku. Miotłą trąca głównie angielskie paperbacki, większość z popularnego (i niedrogiego) wydawnictwa Penguin. Przyczyna ich zgromadzenia tutaj jest prozaiczna: te ikeowskie polki podobno są mało odporne i trudno znoszą większy ciężar.

Za czerwoną sową

Niżej znajduje się zbiór książek dużych i ciężkich, które spokojnie mogą stać na tej, wypełnionej też książkami, szafce. Są to głownie albumy z malarstwem i zdjęciami, słowniki oraz kilka książek zupełnie przypadkowych.

Kącik poezji

W drugim pokoju, tuz za drzwiami, są pokręcone półki z metalu i ratanu, na których zgromadziły się głównie tomiki i tomy poezji. Tutaj rozsiada się wszystko co dotyczy Sylvii Plath. Jest też kilka innych moich ulubienic, cenionych na tyle, że chcę mieć je blisko siebie i z dala od wzroku osób u mnie bywających. A nóż zechcieliby coś pożyczyć ;).

Przy potłuczonym aniele

Na tej sosnowej półce nad biurkiem przycupnął lekko stuknięty anioł. Kiedy posadziłam go koło książki Janion kobiecy duch inności przeraził go na tyle, że biedaczek rzucił się w dół na łeb na szyję, przez co uszkodził sobie cześć grzywki i palec u ręki. Teraz siedzi spokojnie, choć jak widać skrzydła ma ciągle gotowe do odlotu.

Chińska szkatułka

Ta chińska kolumbrynka mieści w porywach do czterech rzędów książek! To tutaj upycham wszystkie nowości, a z tylu różne książki przeczytane i dobrze wspominane. Niestety ten system ma swoje wady, bo ilekroć chce sięgnąć po jakąś dawną lekturę, muszę opróżniać po kolei każdy z rzędów. Choć mam w tym i przyjemność, bo czasem całkiem niespodziewanie napotykam coś, o czym nie pamiętałam i mogę dać w nura w długo nieodwiedzaną lekturę.

gromadnik przedsenny

Na tej malej powierzchni koło lóżka są książki najświeższe, jeszcze pachnące księgarnią, które koniecznie muszę przejrzeć. Oraz te które właśnie czytam, mam zamiar zacząć, bądź usiłuję skończyć.

 Myślę, że na razie tyle opowieści wystarczy. A gdyby się okazało, że jest ona zbyt pobieżna, to zapraszam do wskazania w komentarzach strefy książek o której chcielibyście/chciałybyście poczytać więcej. 

Oczywiście marzy mi się obejrzenie kolejnych biblioteczek, zbiorów i zbiorków książkowych, dlatego chciałabym poprosić o dołączenie do zabawy Chihiro, Nuttę, Maga-marę i Snoopiego. Mam nadzieję, że uda mi się Was namówić na pokazanie choćby kilku półek  🙂