Etykieta: literatura japońska

aka znaczy czerwień

Bez względu na to, co robiliśmy, z jakiegoś powodu nie umieliśmy czerpać dumy z owoców naszego wysiłku ani walczyć każdego dnia z przekonaniem, że ciężka praca jest tego warta.

Kazuki Sakuraba „Czerwone Dziewczyny”, Str 362-363

Zachciało mi się książki delikatnej jak płatek kwiatu wiśni, ulotnej jak klonowy listek. Zachciało mi się zmyśleń i wizji. Orientalnej bajki. A tu skucha. Siurpryza. Dostałam opowieść o tym, jak hartowała a się japońska stal. I kształtował, ku chwale ojczyzny, japoński etos pracy.

Dla okrasy dodano historię rodziny. Rodowe tajemnice. Oto uboga sierota z gór, przygarnięta przez prostych robotników, zostaje żoną spadkobiercy huty stali. Dziewczyna ma zdolność snucia wizji, wiec jest dla klanu nadzwyczaj pożyteczna: przewidzi i krach na giełdzie i zgon nestora rodu. Dzięki temu przynosząca krocie firma będzie trwała nadal, mimo wzlotów i upadków krajowej ekonomii.

Ale głównym bohaterem książki pozostaje japońskie społeczeństwo, po części zobrazowane przez członków i przyjaciół rodziny Akakuchibów, stalowych magnatów, po części pokazane w długich opisach, jak żywcem wyjętych z dzienników prasowych. Czytanie tych ostatnich było irytującym, choć i pouczającym doświadczeniem.

Mimo topornej konstrukcji i nierównego stylu, charakteryzującego się gwałtownym przechodzeniem od oficjalnych komunikatów prasowych do młodzieżowego slangu, książka bywa ciekawa dla czytelnika zainteresowanego historią najnowszą Nipponu. A byłaby dla mnie jeszcze ciekawsza, gdyby w miejsce niektórych opisów hutniczych pieców i skutków epoki industrialnej, wstawiono nawiązania do japońskich legend i wierzeń.

mowa o:

bez tańczących żurawi

Ptaki 2

Zbliżała się już chyba pora lunchu, bo po drugiej stronie ulicy zobaczyłem gromadki urzędników w śnieżnobiałych koszulach z krótkimi rękawami, wysypujące się z przeszklonego budynku, tam gdzie kiedyś stał barek pani Kawakami. Patrzyłem i nie mogłem się nadziwić, jak bardzo ci młodzi ludzie tchną optymizmem i zapałem.
Kazuo Ishiguro „Malarz świata ułudy”, Str 301

Zupełnie nie to. Nie tak, jak sobie wyobrażałam. Nie trafiłam z tej książki do mglistej krainy snów szkicowanych piórkiem. Jak sugerował tytuł. Tylko do starej Japonii. Gdzie małżeństwa są aranżowane, ojciec traktowany jak mniejszy, ale jednak bóg, a honor ma wielkie znaczenie.
Narrator opisuje ten świat oszczędnie i z taką dozą niedomówień, że bez dobrej znajomości historii współczesnej Nipponu ciężko jest zrozumieć wszystkie niuanse opowiadanej historii. Dziwnie przypominającej dzieje naszych artystów ubiegłego wieku. U nas sztukę zdegenerował swojego czasu socrealizm, w Japonii, też nie brakowało chętnych do użycia artystów i ich dzieł w celach propagandowych. W każdym przypadku skutki były opłakane. W Japonii dodatkowo tragiczne, bo niegdysiejsi „mistrzowie” stawali się w jednym momencie znienawidzonymi bałwochwalcami dawnego reżimu.
Niektórzy ze wstydu i rozpaczy popełniali samobójstwa. Inni nie do końca zrozumieli na czym polegał ich błąd. Do tych ostatnich zalicza się bohater i jednocześnie narrator tej jednej z najgłośniejszych powieści Ishiguro.
Powieści odkładanej przez mnie na specjalną okazję, po której obiecywałam sobie wiele. W trakcie czytania okazało się, że za dużo. Bo o ile wątki obyczajowe uznaję za fascynujące, to już polityczno historyczne opowieści, zagęszczone w drugiej połowie książki, ciężko jest mi zaliczyć do ekscytujących. Przyznaję, że podczas ich czytania często wzdychałam zastanawiając się, ile jeszcze zostało mi do końca. I czemu Ishiguro tak mocno przegina narracje w stronę innej propagandy, tym razem na rzecz pędu Japonii ku nowoczesności.

mowa o:

Malarz

odgłosy ciszy

jaśmin

Każdego roku moje urodziny wypadają w najmroźniejszy dzień zimy. W taki dzień, kiedy ostatnie suche liście spadają z drzew w głębi lasu. Z zimna wszystko zastyga w bezruchu. Nawet wiatr cichnie, jakby przymarzł do nieba.

Yoko Ogawa „Miłość na marginesie”, str 124

Hiromi Kawakami, Kawakami Hiromi, klepałam przed wakacjami we wszystkie dostępne przeglądarki księgarni i wydawnictw. I nic, ciągle nic, wychodziły tylko te tytuły, które w poprzednich latach zaliczyłam. Przyzwyczaiłam się już, że co rok mam na leżaku nową książkę Hiromi i sobie w jej niespiesznym świecie wypoczywam, a tu taki zawód!
Nowej Hiromi nikt w tym roku nie wydał. Cóż robić, trzeba sobie jakoś radzić, poszukać zastępstwa.
Jak pomyślałam tak poczyniłam i wydłubałam z regału inną japońską książeczkę. Co prawda tytuł tracił kiczowatą romantyką, ale już gabaryty dzieła przemawiały na jego korzyść (to mały i niewiele ważący tomik) i w rezultacie wylądowało w wakacyjnej walizce.
I bardzo dobrze się stało, stwierdziłam, kiedy powoli rozczytywałam się w tej historii dziewczyny o problemach małżeńskich i laryngologicznych.
Od razu powinnam wyjaśnić, że nie jestem fascynatką powikłań słuchowych i sercowych. po prostu, jak zwykle przy japońskiej prozie, z lubością zanurzałam się w atmosferę książki. Senną, niespieszną i nierzeczywistą.
Nic do końca nie jest tu jasne, bohaterka słyszy zbyt wyraźnie lub ma dźwiękowe złudzenia, a wszystko zaczyna się w momencie, gdy mąż oznajmia jej, że odchodzi. Ale nie jest to opowieść o wendecie, męskiej nieczułości i rodzinnych awanturach. To raczej opowieść o zaleczaniu uczuć, wychodzeniu z depresji.
Towarzyszy w tym bohaterce przypadkowo poznany mężczyzna, którego spotyka podczas wywiadu z osobami cierpiącymi na zaburzenia słuchu. Ponieważ jest on stenografem, nikt, oprócz naszej bohaterki, nie zwraca na niego uwagi. Chociaż w miarę czytania zastanawiałam się, czy tylko to było przyczyną jego niewidoczności. A może tak naprawdę istniał tylko w wyobraźni dziewczyny?
To, jak rozwijała się ta historia, coraz bardziej utwierdzało mnie w przekonaniu, że więcej tu zmyśleń niż autentycznych zdarzeń z życia bohaterki. Co mi absolutnie nie przeszkadzało w delektowaniu się tą książką, wręcz dodawało jej tego charakterystycznego posmaku ,który tak bardzo u Hiromi lubię.
I teraz, kiedy tak sobie o niej piszę, zerkam na okładkę z nostalgią i żałuję jednego: że tak wcześnie ją przeczytałam. Bo byłaby to lektura przynosząca prawdziwe orzeźwienie w ten upalny weekend.

mowa o:

summer mess 1

zaległości

Murakami

Haruki Murakami Bezbarwny Tsukuru Tazaki i jego lata pielgrzymstwa

Wszyscy zabrali się już za coroczne pod sumowania, a mnie jeszcze została do opisania co najmniej jedna zeszłoroczna lektura. Był to tradycyjnie na chybcika przeczytany prezent gwiazdkowy. Różnica polegała w tym przypadku na braku potrzeby szukania prezentu zastępczego. O ile w poprzednich latach książkowe zakupy pod choinkę wymagały uzupełnień, bo nagle okazywało się, że nabyłam coś, z czym nie chcę się rozstać, to w tym roku bez żalu zapakowałam czytelniczy prezent. A nawet z pewnym wyrzutem sumienia, że darowuję rzecz niezbyt dobrą. Wiedziałam jednak ze samo nazwisko autora, Murakami, wzbudzi zachwyt u obdarowanej.

Tymczasem po raz kolejny zaczęło mnie intrygować, jak ten popularny Japończyk zabiera się do pisania swoich książek. Lektura Tsukuru nasunęła mi pewne podejrzenia, że jest to skrupulatnie dobrany zestaw snów, ulotek reklamowych (tym razem pewnej firmy samochodowej i oferty szkoleniowej z HR) i sensacyjnych artykułów z gazet. Autor skleja to wszystko od linijki, nie specjalnie dbając o sens i jednolitość stylu. W rezultacie powstaje historia, w której zachowanie bohaterów dalekie jest od wszelkich zasad logiki lub zdrowego rozsądku. Ale niechby sobie i byli ci bohaterowie dziwni, to mogłoby nawet dodać im uroku. Cóż, kiedy to wszystko jest przybrane lepkim od ckliwości sentymentalizmem, przeestetyzowanymi opisami głównych postaci, i okraszone dialogami, których nie powstydziłby się sam Koehlo.

Serca bohaterów krwawią, drżą i zamierają na przemian, ulotne wichry przemian zmieniają ich życie, a czytelnik niemalże jęczy z udręki przewracając kolejną kartkę nowej powieści tego japońskiego wcielenia niegdysiejszej Mniszkówny.

mowa o:

Murakami 1

soothing

stolik

-Poproszę kawałek białej rzodkwi, rybne klopsiki i mięso wolowe –zamówił Sensei.

Nie chciałam być gorsza, więc zamówiłam jeszcze raz oden:

-Poproszę pastę rybną, konnyaku w nitkach i biała rzodkiew, ja też chcę białą rzodkiew.

Mężczyzna obok nas zamówił wodorosty konbu i surimi z ryby. Przez jakiś czas skupiliśmy się na naszych miseczkach, przerywając rozmowę o przeznaczeniu i poprzednich życiach.

Hiromi Kawakami „Sensei i miłość”, Str 95

Carpe diem, i tym co jem. Taki powinien być podtytuł tej książki. Która daje wytchnienie równie miłe jak spotkanie przy kawiarnianym stoliku ulubionego znajomego. Choćby był trzydzieści lat starszy, z innej epoki, pokolenia, wykształcenia, najważniejsze powinno być to, że dobrze się z nim gawędzi, że czas z nim spędzony nie będzie nigdy czasem zmarnowanym.

W takim przekonaniu chce utwierdzić czytelnika Kawakami, opowiadając historię trzydziestoparoletniej kobiety zawierającej znajomość ze swoim dawnym nauczycielem japońskiego. Spotykają się przypadkowo w barze, zamawiając swoją ulubioną potrawę. I okazuje się, że się świetnie ze sobą dogadują, choć nie we wszystkich sprawach są zawsze tego samego zdania. Tak zaczyna się nie ognisty romans, ale opowieść o tzw miłosnej przyjaźni. Kojąca, spokojna i pobudzająca apetyt na egzotyczne potrawy. Bohaterowie jędzą tempure i rozmawiają, piją sake i rozmawiają, spacerują i rozmawiają.

Przy czytaniu tej prozy trzeba się przeciągnąć, westchnąć i umówić z najlepszymi znajomymi na coś dobrego. A jeśli nie ma w pobliżu ani znajomych ani przysmaków, można wrócić do lektury i cieszyć się jej łagodnym spokojnym rytmem.

mowa o:

sensei

prawo samuraja

ceremonia

Najgorszym tchórzostwem jest być ślepo posłusznym

Hisako Matsubara, Szelest złotolitego jedwabiu, str.159

Piękna rzecz tradycja, a ta japońska to już w ogóle sam czar, smak i bajka o rycerzach zalet pełnych. Tak sobie powiedziałam biorąc z biblioteki tę książkę, która dziwnym trafem leżała na półce z literaturą niemiecką. Po bliższych oględzinach wyjaśniło się, że autorka jest Japonką która wyemigrowała ze swojego kraju i pisze w języku obcym. A po przeczytaniu okazało się, że malownicza obyczajowość Nipponu ma nie tyle twarz, co upiorną maskę chciwego starca. To on właśnie, czcigodny pater familias, głowa wielkiego rodu, szlachetny samuraj i aktor teatru no (stąd i maska), uosabia przemijającą Japonię.

bonsai 2

Ojciec Hayato, bo takie jest imię bohatera, jest też zapalonym hodowca drzewek bonsai, którym nadaje upragniony, nienaturalny kształt, konsekwentnie wyginając ich gałęzie przy pomocy sekatora i drutu. Tak samo wydaje się traktować swoich najbliższych. Cała rodzina musi dostosować się do jego, często niedorzecznych, życzeń, by ród miał nadal doskonałą w jego mniemaniu formę wielopokoleniowego klanu samurajów. Sam niezdolny do zadbania  o rodzinne finanse, zmusza swojego przybranego syna i zięcia do wyruszenia po zdobycie fortuny do Ameryki. Chłopak ma wyruszyć sam, zostawiając ciężarną żonę, nie przyjmując posady w żadnej ze chcących go w Stanach zatrudnić firm. Ma zejść na amerykańską ziemię i spowodować, by wszyscy padli mu do stóp i otoczyli najwyższą czcią nazwisko jego ojca. Co z tego wyszło, nie trudno się domyślić. Zresztą nie na niedolach emigranta koncentruje się ta historia, ale na coraz bardziej rozpaczliwych zabiegach jego żony, by dołączyć do niego, wbrew woli ojca, który uparcie wierzy w mit o przybyciu syna w złotogłowiu zdobytym w Ameryce.

bonsai

W rezultacie książka okazje się nie tylko portretem japońskiej tradycji ale i rentgenowskim wręcz obrazem tego, co naprawdę się za nią kryje. Z jednej strony jest to hipokryzja i egoizm mężczyzn, bezlitośnie, przedmiotowo traktujących istoty słabsze, niżej urodzone. Z drugiej kompletnie bezradne, niemal ubezwłasnowolnione kobiety, które można rozwieść bez ich wiedzy, których rachunek bankowy może w każdej chwili przejąć ojciec sprawujący nad nimi piecze, które można umiejętnie sprzedać, pobierając odpowiednia opłatę małżeńską. W majestacie prawa i uświęconych zwyczajów oczywiście, wciąż na początku dwudziestego wieku, absurdalnych. Wierzcie mi, że po tej lekturze w poskręcanych gałązkach miniaturowych drzewek dopatrzycie się czegoś znacznie więcej, niż tylko piękna japońskiej tradycji.

mowa o:

szelest

ladida

Pan Nakano przed południem podnosi metalowe rolety i z nieodłącznym papierosem w ustach wystawia przed sklep te przedmioty, które mają przyciągać klientów. Talerzyki i miseczki o trochę bardziej eleganckich wzorach, lampki zaprojektowane z zacięciem artystycznym, przyciski do papierów z imitacji onyksu, w kształcie żółwia lub zająca, maszyny do pisania starego typu i tym podobne rzeczy-wszystko to rozkłada na drewnianych ławach przed sklepem.

Hiromi Kawakami „Pan Nakano i kobiety”, Str 7

 Czytałam tę książkę jeszcze na leżaku, w zupełnie innym czasie pogodowym. Czytałam z sennym przekonaniem, że nic bardziej relaksującego zrobić już nie mogę. Bo tym razem Kawakami nie uwodzi, nie straszy, nie dziwaczy. Żaden wąż nie pełznie w tekście by nagle stanąć w pionie jako kobieta. Żadna kobieta nie zjawia się mgliście, żeby okazać się duchem. Żadne takie fikumiku, jest porządna, równo prowadzona proza, bez podskoków i nadmiernych fantazji.

No i pewnie dlatego poczułam się zawiedziona. Bo jak ktoś zawsze wyciąga króliki z kapelusza, to gdy potem zza ronda wystają tylko białe rękawiczki, robi się smutno i nudno, nam, widzom, gapiom czy czytelnikom. A w przypadku tej książki największym zaskoczeniem jest to, że autorka stawia tylko i wyłącznie na rzeczywistość. Zamkniętą na przestrzeni niedużego sklepiku ze starzyzną, relacjonowaną jednostajnym tonem przez dwudziestoparoletnią tego sklepiku pracownicę. W tym niewielkim światku jest tylko kilka osób, drewniany stół i miski gorącej zupy. Jest trochę uczuć, takich niedopowiedzianych, niedopracowanych, jak to miedzy narratorką, a mrukliwym sprzedawcą sklepu.

Ta młoda dziewczyna uczy się siebie od innych, obserwując innych, słuchając ich opowieści. Pracując patrzy na Pana Nakano, właściciela sklepu, który ma tajemniczą kochankę i talent do interesów. Zajadając ciastka rozmawia z Panią Masayo, kobietą dojrzałą i doświadczoną, której charakterystyczną cechą są pięknie wyregulowane brwi. Usiłuje nawiązać kontakt z Takeo, który nie mówi prawie nic, za to dobrze rysuje. Dni płyną powoli, romanse słabną, albo zyskują na sile, od czasu do czasu w sklepie pojawia się klient z przedmiotem o interesującej przeszłości. Ot i cała akcja, wątłe historie opowiedziane ściszonym głosem. Działającym lepiej niż niejedna tabletka na uspokojenie.

mowa o: