Miesiąc: Październik 2013

gangsta grandma

gimnastyczka

Tak, moja staruszko, wędrujesz po swoich dawnych śladach. Może zresztą to największa zaleta starzenia się: człowiek dostaje darmowy przelot po własnym życiu i może sobie tu i ówdzie skoczyć spadochronem, wylądować obok siebie na jakiejś ulicy i lekko poklepać się po ramieniu.

 Hallgrimur Halgason „Kobieta w 1000 C”, str 149

Biada temu kto, jak autorka tego posta, złapie tę książkę w przekonaniu, że będzie czytał wspomnienia wywijającej twista staruszki. A zaczyna się, jak słusznie zauważono na okładce, dobrze. Wnuczka pierwszego prezydenta Islandii dogorywa samotnie w garażu, uwodząc na facebooku młodych ćwoków, przekonanych, że mailują z byłą miss. Babcia rozrabia jak może, zamawia przez internet nowych kochanków, a przez telefon własną kremację. W międzyczasie usiłuje wyswatać swoją opiekunkę i zdemaskować jedną z synowych. I wspomina.

W tym właśnie momencie, włączenia wstecznego biegu w akcji, przestaje dziać się dobrze. Robi się, przy każdej okazji, strasznie. Obojętnie w którym roku życia protagonistki wylądujemy, możemy być przekonani, że czyha tam na nią kolejne nieszczęście. Zresztą większość z opisywanych lat mieści się w okresie 1939-1945, więc łatwo sobie dośpiewać, co się tam dziać będzie. Jakby ktoś jednak nie łapał o co chodzi, to dopowiem: czternastolatka snuje się sama po ogarniętej wojną Europie, zagubiona, bez pieniędzy i rodziny. Koszmar, który przetrwać można tylko cudem. Opisany bardzo obrazowym i żwawym językiem. Nie pozbawionym pewnej egzaltacji.

W sumie, jak pomyślę co tak naprawdę czytałam i jak to teraz opisałam, to zaczynam mocno dziwić się, jak dobrnęłam w ogóle do ostatniej strony. Wydaje mi się, że działały tu głównie dwa motywatory. Po pierwsze, jest to jednak historia utrzymana w konwencji pageturnera. Po drugie, sporo tu opowieści o samej Islandii, o której historii i kulturze wiem naprawdę niewiele. Jest więc okazja do bliższego poznania kraju, który ze spokojem przyjął rolę bankruta. Zastanowienia się, czy należy doszukiwać się analogii pomiędzy konającą w odosobnieniu bohaterką, a opuszczoną przez możnych tego świata Islandią.

Ostrzegam, że trudno będzie dojść do budzących optymizm refleksji.

mowa o: 

islandzka

Reklamy

pisarz radzi: Jak być czytelnikiem

liscie

Czy zastanawialiście się kiedyś nad cechami idealnego czytelnika? Czy w ogóle warto się nad tym zastanawiać? Wiadomo, że książki czyta osób tak mało, że powinny nam łzy szczęścia policzki zalewać, ilekroć się zdarzy, że w ogóle kogoś z książką w ręce widzimy. Nieważne jaką, grunt, że przynajmniej osobnik łyknie trochę słowa pisanego. Bo przecież wiadomo, że naród nie czyta. Kiedy jednak nam minie euforia z powodu wypatrzenia przedstawiciela ginącego gatunku, zaczynamy się często robić refleksyjni. Cóż z tego, że czyta, wzdycha o córce moja znajoma, kiedy to w kółko Mongtomery albo Musierowicz. Z jej niezadowolenia jasno wynika, że uznaje swoją latorośl za czytelnika upośledzonego, organicznego do jednego czy dwóch psiarzy, zatrzymanego w rozwoju, jednym słowem czytelnika na pół, a może i ćwierć lub mniej gwizdka. Z reguły w tym momencie rozmowy sobie przypominam, jak moi domownicy prychali na mnie, że wciąż czytam muminki, zamiast sięgnąć po coś bardziej wyrafinowanego.

Bo obraz czytelnika, określmy go mianem prawdziwego, od szkolnej ławy próbują nam wbić do głowy mniejsi lub więksi eksperci. W szkole, oczywiście, liczy się ten, kto grzecznie i dokładnie przeczyta wszystkie lektury. Potem za prostowanie myśli biorą się nam spece od makretingu. Wystarczy przejrzeć strony księgarń, czy choćby serwisów organizujących konkursy na najlepsze blogi książkowe. Liczą się Ci, co czytają szybko, dużo, zachłannie, i na świeżo. Owszem, dobrze byłoby, żeby zaglądali do klaski, o ile właśnie została wznowiona. Muszą koniecznie sięgać po nowości, czytać współczesne bajki dzieciom, znać tytuły książek świeżo nagrodzonych. I czekać z wytęsknieniem na ich polskie tłumaczenia.

Sama do niedawna nie miałam nic przeciwko takiemu portretowi czytelnika prawdziwego. I pewnie bym sobie tym zagadnieniem głowy tak nie zaprzątała, gdybym nie sięgnęła po pisarza, którego uważam za wyśmienitego. Ten pan spokojnie i nad wyraz jasno przedstawił mi, jak się sprawy mają.

 czytelnik 1

 czytelnikŹródło: Vladmir Nabokov „Wykłady o Literaturze”, str 35, 36.

Cytowany tekst pobudził mnie nie tylko do refleksji ale i działania. Rezultatem którego jest usypanie stosu książek do powtórnego przeczytania. Na zdjęciu są tylko te tytuły,  o których chyba jeszcze na blogu nie mówiłam. Tutaj są te, o których wspominałam niejednokrotnie.  A Wy jak uważacie, łatwo byłoby Wam spełnić nabokovskie wymagania? Zdarza się Wam powtórne czytanie?

Do powtórzenia:

powtórzenia

Trzy leniwe panie

zamek 1

Jesteś ostatnią dziewczyną, która miałaby brać na siebie ciężką harówkę niemoralnego życia. Jeżeli naprawdę przemawia do ciebie ten pomysł, żeby się sprzedać, to lepiej znajdź bogatego mężczyznę i cnotliwie wyjdź za niego za mąż.

Dodie Smith „Zdobywam zamek”, Str 12 

 Aż mi  palce u stóp zdrętwiały na początku tej powieści. Stary zamek, wicher wyje, a przy kuchni pies, gdzieś kot, i pisząca pannica. Czekałam, kiedy do okna zacznie pukać gałązka i zaszeleści głosik: wpuść mnie. Jednak siostry Bronte patronują tylko pierwszym stronom książki. Którą już miałam opatrzyć mianem idealna na zimę. Tymczasem rozwój akcji nie pozwala na takie tej historii zaszeregowanie. Owszem, zaczyna się jak typowa powieść przykominkowa, gdzieś na głuchej wsi w Anglii, gdzie zubożała rodzina pewnego pisarza usiłuje wiązać koniec z końcem i ogrzać się w na pół zrujnowanym zamczysku. Jest bardzo romantycznie i zupełnie, dla mnie, nielogicznie. Akcja dzieje się latach trzydziestych, kiedy kobiety dość często już pracowały. Tymczasem tutaj nikt, mimo straszliwej biedy, do zarabiania się nie garnie. Dwie siostry, w tym jedna dorosła, a druga prawie, i ich macocha, snują się z kąta w kąt wyglądając cudu. Który wkrótce nadciąga pod postacią dwóch zamożnych Amerykanów.

Voila, przemieszczamy się w kierunku novel of manners. Nawet Ci, co książki nie czytali, mogą sobie resztę łatwo dośpiewać. Zaczynają się podchody i małżeńskie plany. Oraz wszystkie możliwe uczuciowe powikłania. Których ofiarą pada przede wszystkim narratorka i główna bohaterka, siedemnastoletnia Cassandra. I tego mi było za wiele. Jakoś wytrzymywałam każdy zachwyt tego nowego wcielenia Pollyanny, ale jej miłosne cierpienia mnie pokonały. Pewnie już jestem na takie rzeczy za dojrzała, myślałam sobie, śledząc spazmy i szlochy bohaterki. I dziwiąc się, jak to w tych czasach ludzie młodzież rozpijali. Gdzie się to dziewczę nie zaplątało, tam dostawało albo szampana, albo kieliszeczek cherry, albo kosztowało zupełnie jawnie i legalnie innych trunków. Pod koniec, na szczęście, i bohaterka i autorka wychodzą jakoś z impasu i udaje im się utworzyć całkiem niezłe zakończenie. Które, razem z nawiązaniami do lektur (och, piękny moment, gdy ktoś pannie zakochanej bez wzajemności proponuje czytanie w Stronę Swanna) neutralizuje zbyt mocną słodycz całości.

mowa o:

Zamek

 

trzy na trzysta (konkurs i inne niespodzianki)

Towarzyszka

Trzechsetny zapis zastaje mnie w stanie zaskoczenia. I nie chodzi tylko o to, że czas tak szybko kolejną setną notkę przyniósł. Tylko, że wraz z nią nadeszło sporo niespodzianek. Największa to literacki Nobel dla Munro. Serio, wiedziałam, że jest typowana, ale nie sądziłam, że ma szanse. Czytałam jeden tom jej opowiadań i mam wrażenie, że mocno jakością ta proza odstaje od tej autorstwa innych noblistek, jak Muller czy Lessing. Lessing może nie zawsze kształtuje w swoich opowieściach zgodne z moimi opinie, ale krystaliczność i precyzyjność tworzonych przez nią zdań wprawia mnie w stan nieustannego podziwu. Przy Munro nic się takiego nie dzieje, to pisane przeciętnie zasobnym w styl piórem feministyczne przypowieści. O ile idea często się z moimi przekonaniami zgadza, to forma raczej nie trafia w moje estetyczne upodobania. Ale co tam, może po prostu nie ten co trzeba zbiorek do czytania wzięłam.

Przechodząc na własne podwórko, muszę wspomnieć o najprzyjemniejszej z niespodzianek. Czyli pojawieniu się, po chyba trzech latach zapowiedzi, Dzienników Osieckiej. Na razie jest pierwszy tom, młodzieńcze zapiski, czyli będzie o prywatkach i chodzeniu do szkoły. Może nie jest to ten etap życia poetki, o którym chciałabym najwięcej wiedzieć, ale i tak pierwszy tom kupiłam.

Z radością też odnotowuję wznowienie dzieł Prousta, które właśnie się w księgarniach pojawiło. Zaskoczyło mnie co prawda mocno żałobne w formie wydanie. Czarno biała okładka z żółtym pasem w poprzek, kojarzy mi się bardziej z raportem z kronik policyjnych, niż z prowadzeniem dawnych opowieści. Będę trzymała kciuki i za wydawnictwo i za czytelników, by nie doszło do straszliwej pomyłki i książki nie brano za francuski, bliżej nieznany kryminał. Uważajcie, jedyne co jest tu zabijane to czas, sprawców jest zdecydowanie zbyt wielu, ofiara często okazuje się głównym podejrzanym, i na dodatek nie wiadomo, czy zbrodnia zostaje popełniona skutecznie.

Zupełnie prywatną niespodziankę miałam kiedyś klikając na mój stary blog książkowy. Okazuje się, że po ponad roku nieobecności moje stare zapiski znowu jakimiś tajnymi kanałami wyłoniły się z czarnej dziury internetowego niebytu. Cieszy mnie to bardzo, skłania do wspomnień i podsuwa pewien pomysł. Na konkurs okolicznościowy. Do wygrania byłyby trzy tytuły, od dawna przeze mnie przeczytane, wygrzebane specjalnie dla Was na jednej z bibliotecznych wyprzedaży.

 nagrody

Delicje Ciotki Dee to ciągle aktualne obrazki obyczajowe z pobytu polskiej socjolog na amerykańskim Midweście. Godzina Pąsowej Róży to ulubiona książka mojej młodości, która zapoczątkowała moje upodobanie do podróży w czasie. Homo Historicus to zabawna i gorzkawa opowieść ze światka akademickiego. A co trzeba zrobić żeby otrzymać wygraną? No cóż, proszę Was, zaskoczcie mnie. Do tych wymienionych przez mnie, dodajcie jakąś niespodziankę z życia książkowego. Wpiszcie ją wprost w komentarzach lub u siebie na blogu, podając w komentarzach linka. Na koniec niespodzianki wymieńcie, która z książek chcielibyście otrzymać. Autorzy trzech wpisów, które wywołają moje największe zaskoczenie zostaną nagrodzonymi laureatami konkursu.

mowa o:

notkowanie

A z ekranu iskiereczka mruga (filmowe wspomnienia lata cz.3)

Knyps z czubkiem

Czy już mówiłam o końcu lata? Ha, co najmniej dwa razy. Trzeci raz i znowu będzie o filmie. Tym razem tym, którym się cieszyłam. I to nie jednym.

Pierwszą przyjemność sprawiło mi pójście do kina zaraz w następny dzień po Gatsbym. Zgodnie z zasadą, że po przesłodzeniu warto sięgnąć po coś cierpkiego, wybrałam się na „U niej w domu” Francoisa Ozona. Prosta opowieść o chłopcu który zmyśla za dużo, okazała się fascynującą i zaskakującą grą z widzem. Historia zaczyna się od rozmowy nauczyciela z uczniem, który jako tako napisał wypracowanie z francuskiego. Pan profesor postanawia wesprzeć talent pisarski swojego podopiecznego i zaczyna się z nim spotykać na cotygodniowe czytania jego prac. Chłopak pisze o swojej przyjaźni z kolegą z klasy, a właściwie opisuje jak dzięki zawarciu tej znajomości udało mu się dotrzeć do domu, do kuchni i prawie do sypialni kobiety w średnim wieku stanu mieszczańskiego. Tym, którzy w tej chwili zaczęli prychać, mówię od razu, że nie jest to kolejna opowieść o miłości małolata do starszej kobiety. Raczej jest to przypowieść o nieprzewidywalnych skutkach zbyt wielkiego zamiłowania do porządnej literackiej fikcji. Ozon jak to Ozon, plącze watki, dodaje mylące sceny, nabija się tu i ówdzie z naszej współczesności (żona bohatera pracuje w galerii, jest wiec okazja do kilku zjadliwych dowcipów o nowoczesnej sztuce). Jednym słowem Ozon traktuje widza jak kogoś dorosłego i inteligentnego. A ponieważ to się coraz rzadziej reżyserom zdarza, wyszłam filmem naprawdę zachwycona.

Ośla skórka

Oczywiście wybrałam się też na Blue Jasmine, smutną historię upadłego anioła, tym razem z klasy wyższej. Wszyscy to pewnie widzieli, wiec nie będę opowiadała, że to historia zubożałej nagle milionerki, która wprowadza się do skromnie żyjącej siostry i ciągle ma ambicję do swojej dawnej pozycji społecznej wrócić. Przy dużej ilości kłamstw i małej pomocy ciuchów Chanel prawie jej się to udaje. Jasmine jest kolejną miłośniczką fikcji, żyje przeszłością, nie przyjmuje do wiadomości wydarzeń świata realnego. Wszystko co najlepsze w jej życiu jest zmyślone, od imienia począwszy. Dzięki niemu zresztą dostała się do swojego świata marzeń, czyli bajkowego światka żon bogatych biznesmenów. Niestety idealne małżeństwo też okazuje się fikcją.

Nie wiem, co o filmie myśleli Ci, którzy przyszli przekonani, że wybierają się, zgodnie z reklamami, na komedie. To nie był Woody z ostatnich lat, z cukierkowymi obrazkami stolic  Europy i plikiem pogodnych historii miłosnych. Tutaj mamy dramat, obskurne San Francisco i tylko na osłodę kilka flashbacków na Manhhattan. Ogólnie jest, jak na Allena, bardzo zgrzebnie, ale to mi najmniej w tym filmie przeszkadzało. Najbardziej wkurzało mnie to, że film był tym razem wyraźnie zrobiony dla amerykańskiej publiczności. Po pierwsze bije w oczy, ukochana przez Amerykanów, pochwała średniactwa i prostoty. Po drugie męczy nachalne wskazywanie widzom niektórych faktów. Mniej więcej co dziesięć minut dowiadujemy się, że mąż Jasminy dobrym człowiekiem nie był, a ona sama ma przewalone w głowie. No halo, Woody, proszę pana, sama bym na to wpadła i nie trzeba kolejno wszystkim postaciom kazać mi o tym opowiadać. Nie znaczy to, że mi się nie podobało. Blanchet zagrała Jasminę świetnie, w czym podobno pomogła jej bardzo grana w teatrze rola Blanche Dubois w Tramwaju Zwanym Pożądaniem. Choć krytycy  porównują postać Jasmine do tej bohaterki, sama posunęłabym się trochę dalej i doszukała się w niej rysów Pani Bovary. Ta wieczna pogoń za pięknem, ambicje, by stać się kimś na wyższym szczebelku hierarchii społecznej, pozwoliło mi w Jasmine zobaczyć kobietę zmyśloną przez Flauberta. A może za dużo tutaj kombinuję?

 W każdym razie postawiałabym filmowi jakąś czwórkę plus, który to plus reżyserowi się należy za obsadzenie w roli greckiego chóru komentującego dwóch grubawych dzieciaków, synów siostry, którymi ciocia Jasmine od czasu do czasu się zajmuje. Ich celne uwagi i niezbyt bystre miny dodają filmowi, tak słabo w nim widocznego, allenowskiego uroku.

Kopciuszek

 A szóstkę postawiłabym filmowi, który ledwo musnął nasze ekrany i nie było o nim specjalnie głośno. Książę nie z tej bajki mojej ulubionej Agnes Jaoui (uff, mam nadzieje, że dobrze napisałam nazwisko) to urocza opowiastka wysnuta ze znanych nam wszystkim bajek dzieciństwa. Jest tu i Chrzestna Matka, prawie wróżka (w tej roli Agnes), która w stroju czarodziejki przygotowuje dzieci do przedstawienia i szukająca miłości królewna. Jest nawet Kopciuszek, choć nie do końca w tradycyjnej wersji. Nie jest to film dla każdego, miłośnicy akcji na pewno będą się na nim nudzić. Natomiast wielbiciele ponurej miny Bacri i przypowiastek filozoficznych będą zachwyceni. Mnie te skromnie przedstawione opowieści zupełnie oczarowały. I nie wiem, na ile należy ten fakt tłumaczyć moim uwielbieniem dla baśni Charles’a Perrault’a, a na ile talentem samej reżyserki. Efekt był taki, że chciałabym jeszcze nieraz wrócić do opowiadanej przez Agnes bajki.

mowa o:

Bajki