Miesiąc: Luty 2010

bez retuszu

 

Mimi i Betty nie mogą się doczekać zamążpójścia; marzą o małżeństwie, gdyż wtedy staną się cnotliwymi młodymi matronami, które wypełniają swoje obowiązki, i dbają o męża, potrafią nadzorować służbę, a w końcu i nianię. Dają żywicielowi rodziny dowód gospodarności – koszule nieskazitelne wyprane, pachnące lawendą i werbeną, gazeta i dzienniki nietknięte, bez jednego zgniecenia, dom i ogród jak z obrazka, rachunki nienaganne.

„Rodzina i przyjaciele”, Anita Brookner, Str 13

 Znowu niedawno sięgnęłam po starą, sprawdzoną Brookner. Zrównoważony styl i obyczajowe tło jej powieści wpływają zwykle łagodząco na mój nadwyrężony ciężką lekturą umysł. Dlatego aby złapać oddech po The Game, zabrałam się za najnowsze biblioteczne znalezisko.

Tym razem pani Brookner nieco wyszła z ram. I przeszła do fotografii. Autorka najpierw podprowadza nas do rodzinnego zdjęcia, na którym widać dwie młode dziewczyny, dwóch chłopców i matronę. I to jest punkt wyjścia całej opowieści, która mówi o życiu jednego pokolenia mieszczańskiej statecznej rodziny, gdzieś na początku wieku 20. To jakby saga w pigułce, bez zawiłości matrymonialnych i majątkowych, za to ze sporą dozą komplikacji uczuciowych. Bowiem czwórka rodzeństwa różni się bardzo od siebie, ich wzajemne relacje, jak i  stosunki z matką, głową rodu (ojciec rodziny dawno nie żyje), są głównym tematem książki. Jest wiec żywiołowa Betty, spokojna Mimi, marzycielski Alfred i uwodzicielski Frederick. Kto z tego rodzeństwa spełni pokładane w nim nadzieje? Kto stanie się filarem rodziny gdy zabraknie matki?

Niektórzy z braci i sióstr podążą za realizacją tylko i wyłącznie własnych planów. Niektórzy poświęcą swoje marzenia i będą się starali żyć tak, by można było powiedzieć, ze przerośli zakładane wobec nich oczekiwania. Niektórzy, jak niezamężna Mimi, będą musieli być nieco pokierowani by zając w rodzinie wystarczająco chlubne miejsce. Choć nie wiem, czy „pokierowanie” to właściwe słowo na określenie argumentów jakich użyto wobec Mimi, by nakłonić ja do zamążpójścia:

Wiesz jak to jest , kiedy kobieta starzeje się bez męża? Kiedy zostaje matką chrzestną cudzych dzieci, dobrą najwyżej do dawania prezentów, ale poza tym lekceważoną? Wiesz, co to znaczy nigdy nie nakryć do własnego stołu? Siedzieć w domu sama jak palec, bo znajomym niezręcznie cię zaprosić? Wiesz, jak to jest, kiedy ludzie wykluczają cię ze swoich planów? Kiedy nawet wykluczają cię z rozmowy?

„Rodzina i przyjaciele”, Anita Brookner, Str 155

Jaki skutek odnosi ta perswazja nie będę pisała, bo szczegółowe opowiadanie akcji przeczytanych ksiazek nie jest celem moich notek. Wspomnę tylko, że czytało mi sie (jak zwykle Brookner) dobrze. Miałam z tą książką tylko jeden problem. Wynikał on z tego, że autorka tak mocno skupia się na opisie życia rodzinnej piątki, tło historyczne akcji odmalowuje tak słabo, że gdy wspomina o wybuchu wojny, do końca książki nie bardzo mogłam zidentyfikować, czy chodzi o wojnę pierwszą czy drugą. Jednak biorąc pod uwagę jak mało krzywd bohaterowie doznali w tym czasie, uznałam, że jednak chodzi o wybuch pierwszej wojny światowej. Zresztą wydaje mi się, że ten zabieg znikomego poruszania tematów „ogólnoświatowych” jest celowy, że w ten sposób autorka chce zwrócić uwagę czytelnika głównie na swoją opowieść o tych typowych mieszczanach, o zasadach jakim hołdują, o niezniszczalności rządzących wśród nich reguł, jak matriarchat i utrzymanie pozorów przyzwoitości i zadowolenia.

A po skończeniu czytania po raz kolejny zadumałam się nad nieznajomością Brookner wśród polskich czytelników. To dziwne, pomyślałam sobie, że te intrygujące spostrzeżenia, przekazane klarownym i gładkim językiem, nie zyskały autorce u nas popularności. Może to przez lekką nutkę cynizmu, może ostre czasem spojrzenie, jakim obdarza Brookner nasze społeczeństwo? Nikt nie lubi się oglądać na zbyt wyraźnych fotografiach , gdzie tak dobrze widać każdą skazę. Ale może czasem warto sobie, nawet po kryjomu, na taki portrecik spojrzeć? Choćby po to, by nieco wychylić się z cieplutkiego grajdołka samozadowolenia. Dla zdrowia złapać świeży oddech. I niech nawet poboli, tak dla orzeźwienia.

mowa o:

Reklamy

spotlajty

Na wstępie z nieukrywaną satysfakcją informuję, że i mnie dostał się znaczek creativ bloggera! Wszystko za sprawą magamary, która umieściła niniejszy blog na swojej liście nominowanych. Były tam różne znakomitości ze świata, częściowo z kraju. Wśród nich wasza skromna muszka-czytuszka. Wiatr w wątłych skrzydełkach poczuła, i ogólnie się jej gęba wyszczerzyła dumnie, ale nie chmurnie. I tak zacierając łapki zaczęłam przemyśliwać jak to teraz posłać tę zacną odznakę w świat. Na pewno należy się ona wszystkim, którzy w bocznej tabelce zostali zalinkowani. Szczególną natomiast uwagę szanownych czytających chciałabym skierować na:

Metki – wspaniały dowód na to ze zainteresowanie modą nie oznacza wiatrogłowia. Błyskotliwe, intelektualne notki o najnowszych trendach.

Moje książki – weteran wśród blogów książkowych. Jego autor pisze nieczęsto, ale wyśmienicie o swoich przygodach z literaturą.

Park and cube– modowe eksperymenty Koreanki o polskiej przeszłości studiującej w Londynie. Nastrojowe zdjęcia i bardzo dowcipne komentarze tworzą rewelacyjną całość.

Blog Bobika – czyli pieskie życie i giętkie pióro pewnego szczeniaka.

Przypadki Karmela – blog pisany z wielką gracją kocią łapą.

Blog Justyny Sobolewskiej – znana z Kulturowej czytelni krytyczka tym  razem czyta literaturę dziecięca.

I last but not least kącik spoczynkowo-trunkowy, czyli Bar w którym różne rzeczy się dzieją. Jedno jest pewne: wielobarwnych zmyśleń można bez większych kosztów dostać tam galony. 

mowa o:

Kreative Blogger Award

nie tylko dla pań

  

W górze parasole, ustawione ukośnie, tworzyły jakby dach wiejskiej chaty; poniżej jedwabne pończochy, zawieszone na metalowych prętach, ukazywały profile łydek; jedne z deseniami w kształcie bukiecików róż, inne bez deseni, ale we wszystkich możliwych kolorach. Były wiec czarne ażurowe, czerwone z haftowanymi klinami i cieliste, gładkie jak skóra jasnowłosej kobiety.

Emil Zola „Wszystko dla Pań”, str 7

 

Kiedy tak wrzucam do szafy kolejne partie kolorowych rajstop (wiosny, wiosny!), przypomina mi się następne ebałtowe pytanie. O najdziwniejsze miejsce, w jakim zdarzyło mi się czytać, zapytał pewien Barman. Otrzymał w zamian za nie jedną z najdziwniejszych książek jakie zdarzyło mi się kupic, przeczytał ją dzielnie i choćby z tego powodu należy mu się odpowiedz. Żeby ją przygotować musiałam otworzyć nie tylko drzwi do szafy, ale sporo szuflad mojej pamięci. Wreszcie,w zakurzonym kącie pod tytułem lata osiemdziesiąte udało mi się dostrzec coś (ksiażkę? to ci niespodzianka), co mogłoby tutaj pasowac. Strzepnijmy wiec pył historii z  pewnej okładki i popatrzmy, co się pod nią kryje.  

W głębi ogromny, kosztowny szal z koronki bruges rozpościerał rdzawo-biale skrzydła niby zasłonę nad ołtarzem; otaczały go girlandą falbany i koronki alencon. Nieco dalej pieniły się śnieżną białością fale innych gatunków koronek flandryjskich, walansjenek, aplikacji brukselskich i weneckich. Po obu stronach wystawy spiętrzone w kolumny sztuki ciemnego sukna podkreślały jeszcze te tajemniczą głąb przypominającą wnętrze tabernakulum. W tej kaplicy, wzniesionej na cześc wdzieków kobiecych, umieszczono artykuły konfekcyjne. Wyjątkowej piekności aksamitny płaszcz przybrany srebrnymi lisami zajmował środek wystawy. W bocznych jej skrzydłach wisiała jedwabna rotunda na popielicach oraz płaszcz wełniany obszyty kogucimi piórami. Białe narzutki balowe, ozdobione łabędzim puchem lub szynelką, uzupełniały kolekcję.

str 9

 

Te słowa właśnie towarzyszyły mi, czternasto albo trzynastolatce, tkwiącej w ciasnym pomieszczeniu sklepowym. Ludzie tłoczyli się w znużonej kolejce, sprzedawczynie patrzyły  w sufit, ja, zgodnie z poleceniem rodziców, „zajmowałam miejsce” w ogonku po dobra konieczne, czyli kiełbasy, szynki albo jakieś karkówki bez kości. Sklep bowiem był mięsny i jedyne co miał do zaoferowania, to gałązki więdnącej pietruszki na przykurzonych hakach.  Dyżurne babcie szarzały na początku kolejki, kilku panów święciło łysinami, szeleścił ortalion zimowych kurtek. Zapach wyczekujących ludzi mieszał się z wonią dawno wykupionych wędlin. Nie było to chyba najlepsze miejsce do spędzania ferii zimowych.

  

Mnie to jednak mało obchodziło. Trzymałam nos w książce, i starałam się sobie wyobrazić jaka może być w dotyku koronka chantilly, zastanawiałam się, czy batystowe chusteczki są mglisto przeźroczyste i jak mógł błyszczeć jedwab po 5,50 franków. 

Z sufitu zwieszały się złocone żyrandole, dywany hafty i tkaniny lamowane złotem zdobiły ściany , otaczały jak bajecznie kolorowe chorągwie balustradę schodów; poprzez cały magazyn płynęły zwoje koronek, drgały muśliny, pyszniły się jedwabie, stały w geście apoteozy na wpół odziane manekiny.

str 26

W samym środku działu wystawa letnich jedwabi rozjaśniała halę blaskiem jutrzenki, jak gwiazda wschodząca wśród najdelikatniejszej poświaty: bladoróżowej, jasnożółtej, przejrzysto niebieskiej, wszystkich odcieni szarfy bogini Iris. Były tu fulary zwiewne jak obłoki, jedwabie lżejsze od ulatującego z drzew pyłku kwiatów, błyszczące pekiny, delikatne jak ciało chińskich dziewcząt.

str 28

I tak to Pan Emil obronił moje poczucie estetyki, zgarbione w środku pereleowskiej wersji Campo di Fiori. Dlatego proszę się nie dziwić, że przy pisaniu tej notki jednym okiem oglądam Tribute to Alexander McQueen. Czuję się zobowiązana w maleńkiej choć cząstce w nim uczestniczyć. Bo nauczyłam się cenić ludzi, którzy potrafią otworzyć przede mną światy tak różne od tego, w którym przyszło mi być. 

 

wicked

It sounds to me as though you believe in Natural Selection, and you don’t think you and I are the fittest.

 A.S. Byatt “The Game”, str. 256

 To nie była ładna książka. Każdy jakiś taki pokręcony, nikt nie był choćby cieniem osoby dobrej do towarzystwa. Najpierw dwie siostry: starsza z wielką wyobraźnią i emocjonalnymi zahamowaniami, młodsza z pragnieniem akceptacji i sprytem większym od pierwszej. Chce być niby lubiana przez starszą, a jednocześnie cały czas jest przyłapywana na robieniu czegoś, czego ona nie akceptuje. Czyta jej pamiętniki, przerabia jej historię na własne opowiadania, no i jest bardziej kochana  przez ojca. Starsza, czyli Cassandra, ma więcej niż jeden powodów by ćwiczyć na młodszej, Julii, swój talent do pogardy i potępienia. Pojawienie się trzeciej osoby, młodego mężczyzny, destabilizuje kompletnie, ten i tak niełatwy, związek. Niepozbierany Simon, przylega mocno do każdej z sióstr, i w każdej budzi ciepłe uczucia. Sam jednak nie wybiera żadnej z nich, a gdy sytuacja zdaje się go zmuszać do podjęcia decyzji, czmycha do dżungli, gdzie może dowoli rozwijać swoją fascynację wężami. Te stworzenia przynajmniej pozwalają mu być przy sobie bez groźby jakichkolwiek uczuciowych zawirowań.

To książka, w której każdy element urasta do rangi zagadki, symbolu albo wskazówki. Pominięcie choćby jednego akapitu , jednego opisu, oznacza utratę istotnej cząstki, bez której opowieść staje się niekompletna. Trzeba ją czytać z wyostrzoną uwagą i chęcią do studiowania każdego zdania. Nadpruta sukienka Cassandry, wypukłość przełyku najedzonego węża, rude loki córki Julii, nie można tego zostawić niezauważonym i pognać dalej w głąb akcji. Julia-pisarka, odwiedzając w Oxfordzie siostre-naukowca ma szansę poznać na kolacji szanowne grono profesorskie gdzie: łapczywie obserwowała jak drżące , zabarwione żyłkami dłonie, niezgrabne i kruche, skubały chleb (A.S. Byatt “The Game”, str. 131, tłum wlasne). Podczas tego wieczora zdaje sobie sprawę, że właśnie takie detale przykuwają jej uwagę i z nich składają się jej książki. Czy przez to umyka jej coś ważnego? Czy przeciwnie , właśnie istota całości zawarta jest w tych pozornie nieistotnych szczegółach? I czy to pytanie zadaje sobie fikcyjna bohaterka powieści, czy jej rzeczywista autorka?

Drobiazgi, małe gesty i niewielkie wydarzenia zaczynają gromadzić się w książce, tak jakby autorka usypywała z nich niebezpiecznie wysoki stos, który w końcu zaczyna się chwiać i grozić katastrofą. Komu? Bo czy ktoś z tej trójki  zasługuje na ocalenie? Simon powraca ze swojej wyprawy i ponownie zbliża się do obu sióstr,  łykając beznamiętnie uczucia, którymi go obdarowują, zupełnie jakby naśladował spożywanie pokarmów przez jego ulubione gady. Cassandra ze swoim dziwnym kodeksem moralnym i łatwością potępiania innych, z brakiem zdolności do wybaczenia, jest jednocześnie nieznośna i godna współczucia. Julia, lekkomyślna i bez skrupułów wypisująca w swoich książkach rzeczy, które mogą ranić jej najbliższych, jest może łatwiejsza do zrozumienia, ale niebudząca większej sympatii. Komu wiec przypadnie najgorszy los, kto w tej grze skończy z Czarnym Piotrusiem w ręku? I czy będzie to ten, kto najbardziej na to zasłużył, czy ten, kto nie potrafił odpowiednio zagrać?

Musiałam skończyć tę książkę jak najszybciej i nie tylko dlatego, że byłam ciekawa finału całej historii. Musiałam ja skończyć, bo za bardzo wbijała mi się w myśli uwierała moje ego. W miarę czytania zaczęłam mieć objawy lekkiej depresji i bezsenności. Bo to nie jest wygodna książka, której słowa owijają się miękko wokół czytającego, jak ciepły kocyk. Nie obiecujcie sobie po niej niczego miluśkiego.  

mowa o:

 

taki mu sie snuje Paryż

Paryż pęczniał od nudy, po czym drzemał, jakby chciał ją przetrawić. Z pewnością była to chwila, by podążyć krok w krok za snami.

Philippe Soupault „Ostatnie noce paryskie”, str 34.  

W wyniku przedawkowania surrealistycznych opowieści, bądź niektórych blogów modowych (zbyt rzadko równoznacznych z tymi pierwszymi, niestety) zaczynam miewać dziwne sny. Na przykład śniłam, że po spojrzeniu w lustro zobaczyłam ma swojej głowie cale mnóstwo fioletowych loków z mocnym czarnym odrostem. Z ulga po obudzeniu stwierdziłam że kolor włosów mam prawie naturalny, a fryzurę, dzięki niedawnej wizycie u fryzjera, zmieniona tylko o dwa centymetry długości.

 

Skąd ten koszmar? Czy może to być skutek niedawnej lektury? Jej bohaterką jest kobieta tak mocno spowita w noc, że nie tylko włosy wydaje się mieć nienaturalnej barwy, ale i całą postać ma jakby otuloną połyskliwym odcieniem granatu. Niewykluczone zreszta, że jest bohaterką majaku pewnego Paryżanina. Który śledzi ją krążąc po okrytych mrokiem ulicach swojego miasta. Trasa jest zawsze ta sama, a z zaułków wynurzają się kolejni bywalcy tych dzielnic, kolejne spotkania i przygody. Nie wiadomo, czy obserwator ma powód do strachu czy tylko do zapatrzenia. Z dziwnej konsystencji domysłów wychyla się wielkogłowy marynarz żebrzący o grosz, zrozpaczona swoją zdradą kobieta, wielbiciel bezsensownych eksperymentów. Opisani poetyckim i kunsztownym językiem stanowią nierozwiązalną zagadkę, której rozwikłanie nie jest ani celem czytelnika, ani tym bardziej autora. Wystarczy dać się poprowadzić w głąb uliczek i opowieści, by zażyć przyjemności równej wniknięciu w niezwykły sen.

 

Philippe Soupault, fot. Man Ray, 1921  

 

W świetnym posłowiu do tej książki, Agnieszka Taborska (twórca doskonałego tłumaczenia) opowiada, że Soupault cierpiał na bezsenność, a  nocne wędrówki po Paryżu były jego ulubionym zajęciem. Soupault, najpierw wygnany z własnej rodziny, potem z kręgu Bretona, był zagorzałym wyznawca surrealizmu. Miał zwyczaj biegać od drzwi do drzwi domów, pytając, czy pod danym adresem zamieszkuje Philippe Soupault. Skomponowany przez niego na jedną z dadaistycznych wystaw Portret idioty był lustrem w pięknej złoconej oprawie. Wielbiciel kina, znajomy Pessoi, Becketta i Nerudy, naigrywał się z mieszczaństwa poetycko i przewrotnie. Tak przynajmniej sugeruje lektura jego książki i biografii.

 

mowa o: