Kategoria: JAK CZYTAĆ

zainstaluj w lajfie książkę

książki

Chodzę, surfię i węszę. Nowe trendy na wiosnę. Najlepsze, najważniejsze w necie są chyba blogi lajfstajlowe. Każdy lajfsajl musi mieć. Zupie przed spożyciem trzeba zrobić zdjęcie,  nowe sznurówki w trampkach należy nie wiązać, ale linkowac, nawet podmuch wiatru cieplejszego we włosach warto wrzucić na instagram. Inaczej Cię nie ma, po prostu nie żyjesz.

Zrobiłam wiec przegląd i inwentaryzację, dla zbadania zastylenia mojego lajfu. I choć umknęła mi wczoraj szansa, by na bloga dać pomidorową (z lanym ciastem była), to jednak coś na rzeczy jest. Styla można by wyprofilowac z tego. Pewnie, że niszowy, ale kto wie, przy odpowiednim lansie i zachęcie, propagandzie i oświetleniu, może znajdzie paru zwolenników?

Chcę spróbować. Dlatego już dziś. Kumulacja i prezentacja porad, jak sobie radzić z czytaniem. Dla tych, co to „na książki czasu nie mają ”. Gwarantuje wam, że jest sposób, by ten czas znaleźć. Oto kilka prostych zasad, dzięki którym da się czelendżowi czytania sprostać:

1.      nie łaź z przeziębieniem

       Smarkasz, kichasz, chrypisz, zdychasz, ale łazisz. Do pracy. Bo musisz, bo szef, bo termin, bo kolega. Bo inaczej się nie da. Potem też. Obiad, pomaganie, układanie, w domu nie po to jesteś, żeby siedzieć. Ale zaziębiony/a po to, żeby poleżeć. Z książką. Zalegnij wiec spokojnie, uznaj, że z takim kapaniem nosa i tak nic nie zrobisz. Weź herbatę i chusteczki pod rękę, a książkę w ręce obydwie. Nie musi to być słownik filozofów, wystarczy niezły kryminał. Gwarantuję, że po paru popołudniach w kocach, malinowych sokach i relaksujących tekstach poczujesz się lepiej.

3.      kup lakier do paznokci

Są dwie czynności, które wymagają spokojnego siedzenia. To czytanie i suszenie świeżo wymalowanych paznokci. Można je z łatwością połączyć w użyźniające umysł sesje. W tym celu trzeba polakierować pazury dokładnie i kilkakrotnie, potem usiąść wygodnie oświadczając, że niczego poza brzegami kartek tknąć przez najbliższe pół godziny nie możemy. Dla zachęty dodam, że podobno w tym sezonie najmodniejszy jest lakier biały, który trzeba nakładać warstwowo i zestalać bardzo powoli.

4.      nie niszcz bałaganu

Cierpisz, bo nie ułożyłaś w kostkę skarpet, nie obrębiłaś firanek, nie wypolerowałaś kranów? Odpuść. Skarpetki równie dobrze czują się w kłębach, firankom nic się nie stanie, krany po jednym myciu znów będą spryskane. A Ty zamiast jęczeć nad jałowością starań o miano perfekcyjnej pani domu, masz szansę poczuć się lepiej stając sie beztroską czytelniczką biografii ludzi, którzy bez sprzątania osiągnęli wiele.

5.      nie czytaj głupich gazet

Masz w planie jakieś dłuższe czekanie. U fryzjera, na pociąg, autobus czy w sporej kolejce. Żeby się nie nudzić wzięłaś do przejrzenia Vivę, podczytujesz Galę, zerkasz sobie w strony Poradnika Domowego. A przecież w tym czasie możesz równie dobrze, a właściwie znacznie lepiej, wziąć się za książkę!

6.      zrób rachunek z zanudzenia

Umówiłaś się z Krychą, chociaż strasznie ględzi. Jutro widzisz się z Majką, i już wiesz co usłyszysz. Że jej Michaś ma stopę jak podolski złodziej i wciąż nie nadąża z kupnem dla niego obuwia. A Marysia trzy godziny dziennie spędza nad fizyką. Na samą myśl o tych rewelacjach ziewasz, ale nie odpuścisz, bo trzeba spotykać się ludźmi. Owszem trzeba, byle nie za często. Pomyśl, czy serio chcesz przytakiwać Hance do narzekań na Krzyśka. Potem mały bilans, czy nie warto byłoby od czasu do czasu z tych atrakcji zrezygnować i sięgnąć po inne, czyli czytelnicze?

7.     czytaj przy jedzeniu

spożywanie kanapek to piętnaście minut, obiad pół godziny. Nad talerzem można siedzieć kładąc za nim książkę. Może to być coś apetycznego, jak wspomnienia Wańkowicza o litewskich kołdunach.

Czytać można też wannie, o czym na szczęście już kiedyś pisałam. I przy wielu innych okazjach i czynnościach, o czym może i będzie, ale trochę później. Bo na teraz kończę i idę do książki.

mowa o:

Instalacja

Reklamy

Porozmawiajmy o Marcelu

Być może jestem tępakiem, ale nie rozumiem, dlaczego ten facet potrzebuje trzydziestu stron na opisanie tego, jak się przewraca z boku na bok.

Alfred Humblot w Alain De Botton „jak Proust może zmienić twoje życie”, str 37

Jak wiadomo Prousta streścić się nie da. Za to można się w nim niejednego dogrzebać. Jednym z  wyznawców tej tezy jest autor plotkarskiego quasi poradnika, wrzuconego mi pod choinkę przez dobrze orientującego się w moich upodobaniach Aniołka. Żeby było śmieszniej, książka, w przeciwieństwie do proustowskiego cyklu, jest malutka, ma format kieszonkowy i zawiera dokładnie 200 strony. Czy to wyciąg wszystkiego, co o Prouście wiedzieć warto?

Nie posunęłabym się do takiego wniosku. To raczej zgrabna układanka przypowieści i anegdot o autorze i jego dziele. Czasem czyta się to jak poświęcone Proustowi wydanie „życia na gorąco” sprzed wieku. Można dowiedzieć się, że Marcel cierpiał na nieżyt żołądka, jadał jeden obfity posiłek dziennie i  to na osiem godzin przed snem. Do snu natomiast się układał, uprzednio założywszy szczególnie dopasowaną w pasie bieliznę. Miał alergie niemalże na wszystko, nie mógł używać żadnych kosmetyków, do umycia ciała  potrzebował za każdym razem około dwudziestu ręczników. Te i inne rewelacje szybko czytelnikowi uświadamiają, że Proust nie należał do osób przesadnie szczęśliwych. Dręczony wyimaginowanymi i rzeczywistymi dolegliwościami, nie był jednak człowiekiem kwękającym i nudnym. Przeciwnie, miał sporo znajomych, których potrafił sobą zachwycić. Ale czy naprawdę wiedział jak żyć?

Na to pytanie autor raczej nie odpowiada. Za to pokazuje nam, na kilku przykładach, jak wiele z doświadczeń i książek Prousta możemy wyszukać rzeczy ważnych dla siebie. Tematu książki nie wyczerpuje, ale uczy jak Prousta czytać. I dowodzi, że  w jego cyklu znaleźć można wszystko, co chcielibyśmy wiedzieć o życiu, ale nie mamy kogo zapytać.

mowa o:

Proust M

czytelniczka w każdym calu

Próbować zrozumieć, iść na ustępstwa, widzieć pewne rzeczy, to po prostu mnie nuży.

Marilyn Monroe „Fragmenty”, str. 47

Niedawno Czara dawała nam szczegółowe instrukcje jak zrobić się na Paryżankę. Zamieściła na swoim blogu zbiór porad, przydatnych zwłaszcza wiosną, gdy w wielu z nas rodzi się chętka na nowy imidż. Przyznam, że czytałam z wypiekami na twarzy i potem przystąpiłam do lustracji własnej sylwetki oraz szafy. I kiedy tak przewalałam sterty ciuchów, następnie przekładając je warstwami książek, doszłam do wniosku, że warto byłoby się pokusić o trochę odmienny instruktaż. W podjęciu decyzji pomogło mi oglądanie najnowszej książki o MM. Ta z założenia i definicji głupiutka blondyneczka miała w swojej bibliotece około 400 tytułów i nieobce były jej teksty Freuda czy Joyce’a. Skąd więc głęboko tkwiące w nas przekonanie że ta pani raczej nie czytała? Wszystkiemu winien wygląd. Platyna na głowie, karminowe usta, rozpięta bluzka, opięta spódnica i obcas na stopie, barwne ciuchy i pełny makijaż, to przecież główne atrybuty kobiety niezbliżającej się książek.

 

Choć do Marilyn mi raczej daleko (jestem trochę wyższa ;)), to zdarza mi się całkiem często, że jestem brana za osobę która raczej nie spędza wieczorów czy weekendów z książką. Z reguły mam to w nosie, ale bywają wyjątki, i wtedy trochę się wkurzam. No bo powiedzcie sami/same, czy nie ziałybyście ogniem, gdy koleżanka, która czyta trzy strony książki rocznie, jest brana za guru w dziedzinie literatury, podczas gdy wy, które czytacie Woolf czy Byatt w oryginale na co dzień i właśnie napoczęłyście kolejny tom eksperymentalnej prozy japońskiej (tym razem w przekładzie), jesteście pomijane w dyskusji, a wszelkie próby wtrącenia kilku słów komentarza są przez towarzystwo traktowane pobłażliwym uśmiechem. Co robić, jak zaradzić takiemu obrotowi spraw? Wysypać z torebki opowiadania Cortazara? Zamiast zdjęć dzieci nosić w portfelu fotografie półek z książkami? Wypchać sobie kieszenie listami (ambitnych) tytułów do kupienia i gubić je w widocznych miejscach? A czy choć jedną z tych rzeczy robiła Wasza koleżanka? Na pewno nie. Bo jej sekret polega zupełnie na czym innym. Na imidżu właśnie. Tak starannym, że trudnym do spostrzeżenia. Czas zastanowić się co należy zrobić, jakie elementy wziąć pod uwagę, jak popracować nad sobą, żeby osiągnąć podobny albo i może jeszcze lepszy efekt. Stad mój pomysł, by zrobić szczegółowy wykaz porad dotyczących osiągniecia wyglądu osoby wielbiącej towarzystwo książek. Here it comes – just follow, learn and use.

 

 

Włosy

Kolor musi być naturalny, łącznie z pasmami siwizny. Jeśli koniecznie nie chcemy wyglądać na osobę powyżej 35 lat, to farbujemy się na szary blond, albo przykurzony brąz. Odpada rudy, heban czy –fuj, fuj- blond. Długośćdo ramion, całość w nieładzie, warto zwrócić uwagę na grzywkę. To znaczy na to, żeby jej nie mieć, tylko wielkie i wypukle czoło. Jedna z bohaterek Colette ( w „Niebieskiej latarni”) opowiadała, że zamierza sobie wygolić zakola nad czołem, żeby je podwyższyć, i jest to pomysł godny naśladowania. Jeśli już koniecznie musi być grzywka, to przynajmniej niech będzie za długa i potargana. Można też wybrać wersje „na zapałkę”. W tym celu należy wydrukować sobie stare zdjęcie Olgi Tokarczuk albo Kingi Dunin na wzór i nie pozwolić zrobić fryzjerce żadnych asymetrii. Bob czy paź odpada. Pazia to tylko Marii Janion wolno, z tej prostej przyczyny, że ona nie musi już niczego udowadniać i może nawet sobie zrobić na głowie obfitą trwałą z błękitną płukanką. My jednak powinnyśmy pamiętać, że wszelkie loki i fale są synonimem umysłowej pustoty (Patrz wyżej: Marilyn).

Twarz i makijaż

Twarz nosimy bladą, z lekko zapadniętymi policzkami i cieniami pod oczami. Jako jedynego środka pielęgnacyjnego i upiększającego używamy kremu nivea. Jeśli jednak bezlitosna matka natura obdarzyła nas cerą zdrową i rumianą, musimy sobie zapodać odpowiedni make up. W tym celu kupujemy podkład o dwa tony jaśniejszy od naszego naturalnego koloru skóry, lilową, matową kredkę lub cienie do oczu. Podkład rozprowadzamy starannie, unikając smug, fiolet kładziemy nie nad, tylko – Uwaga!- pod oczy. Róż oczywiście odpada, podobnie szminka. Jeśli coś musi być na ustach, to bezbarwna pomadka albo niekoloryzowany błyszczek.

 Paznokcie

Mają być krótkie i niepomalowane, za to raczej czyste. Żadne tipsy, frencze i karminy nie wchodzą w grę. Jeśli już koniecznie chcecie je czymś wypackac, to tylko lakierem bezbarwnym, albo innym zbliżonym do naturalnego.

Perfumy

Prawdziwa czytelniczka pachnie zleżałym księgozbiorem i mydełkiem dla dzieci Bambino. O ile mydełko jest łatwe do dostania, to nie sposób nigdzie kupić perfum pod tytułem zapach starej biblioteki. Dlatego musimy radzić sobie domowymi sposobami. Jednym z nich jest umieszczanie pomiędzy złożonymi w szafie ubraniami wiekowych wolumenów (nasze babcie trzymały tak lawendę w bieliźnie). Można też połączyć biblioteczkę i garderobę w jedno, ale wtedy trzeba pamiętać, żeby kilka zapchanych książkami półek zostawić na widoku, tak by ewentualni goście od razu mogli sobie wyrobić właściwą opinię.

 

Okulary

Bez nich ani rusz. Wiadomo przecież, że każdy kto czyta, ma zepsuty wzrok. Dlatego unikamy noszenia szkieł kontaktowych nawet w zaparowanych pomieszczeniach zimą. Dla właściwego efektu musimy starannie dobrać oprawki. Żadne wąskie kanciki czy kolorowe Owsiaki nie wchodzą w grę. Najlepsze będą druciaki, ewentualnie właśnie wchodzące u nas w użytek  Alenki. Jeśli gdzieś wyszperacie wielkie koła z lat siedemdziesiątych czy osiemdziesiątych, to bez wahania gońcie z nimi do optyka w celu zainstalowania szkieł. Oczywiście pozostaje problem, co należy zrobić, kiedy mimo badania komputerem, laserem i Snellenem żadnej dioptri nam nie znaleziono. Można niby kupić zerówki, ale na takim triku połapie się pierwszy lepszy krótkowidz i skucha gotowa. Dlatego najlepszym wyjściem jest zakup szkieł kontaktowych, które dadzą nam odpowiednia wadę (idealnie pomiędzy 3-7) i następnie skorygowanie jej właściwej grubości szkłami optycznymi. Trochę z tym zachodu, ale efekt murowany, nikt się nie połapie.

Ciuchy

Zasadniczo nie mogą być za nowe, za modne, za krótkie czy za obciśle. Bluzka luźna koszulowa, może być lekko sprana i niedoprasowana flanela. Sweter wyciągnięty i rozpinany typu kardigan. Jak wkładany  przez głowę, to koniecznie na lewą stronę. Do tego raczej spódnica, w kontrafałdy albo z klinami, w trapez, za kolano albo do połowy łydki. Wiem, taka długość to tylko w secondhandach albo szafie Babci. Cóż, nikt nie obiecywał, że będzie łatwo. Od biedy można zarzucić spodnie, ale nie żadne rurki czy legginsy, tylko co najwyżej marchewy, najlepiej o numer za duże. Od wielkiego dzwonu ubieramy sztruksowe lub tweedowe marynarki, koniecznie z łatami na łokciach i co najmniej jedną kieszenią naddartą (od wtykania książek, rzecz jasna). Przy kompletowaniu stroju musimy pamiętać o utworzeniu właściwej sylwetki: ramiona pochylone lekko do przodu, plecy przygarbione, klatka piersiowa i pośladki wpadnięte. Zapomnijmy o puszapach i stringach, bielizna ma być solidna bawełniana i prosta. W końcu zależy nam by eksponować jedynie nasz umysł i oczytanie.

Kolory

Tylko zdechłe, sprane i wyblakle. Musicie wybrać: albo jesteście kobietą w czerwieni albo kobietą w bibliotece. Na własne ryzyko możecie sobie zapodać pąsowy lub butelkową zieleń. Za to czerni, szarości i beżu możecie używać w każdej ilości.

Buty

Oczywiście płaskie i lekko zniszczone. Najlepiej wiązane trzewiki, jeśli to możliwe oxfordy.. Ostatecznie mogą być balerinki, byle nie dopinać im kwiatka czy dżecików. Obcas odpada bezwarunkowo. Że o lakierkach nie wspomnę.

Biżuteria

Najlepiej żadna. Wyjątkowo jeden pierścionek i tyci wisiorek, wszystko w srebrze. Jak coś dużego, to pod warunkiem, że dostane od babci i ma total wintydz look.

 Torebka

Musi być duża, czyli mieścić dzienniki Mrożka, reportaże Szczygła i antologię współczesnej poezji amerykańskiej (w oryginale). Do tego ma być ekologiczna. Pozostaje więc nam wielki płócienny wór lub mocno powiększony chlebak. I co najważniejsze: zawsze musi się z niej wychylać najmodniejsza właśnie lektura, z ostentacyjnie wrzuconą w środek zakładką.

 

Uff. To by było na tyle. A jeśli ciągle jeszcze wątpicie w skuteczność takich porad, to spójrzcie tylko poniżej. Jak widać, przy odpowiedniej stylizacji nawet Wielkanocny Zając będzie wyglądał na bibliofila.

W Dniu Święta Książki życzę, abyście  mogli iść  jego śladem, z nosem w książce i z uszami do góry :).

books are the only fruit

Nareszcie wygrzebałam się spod stert ciuchów, książek i zdjęć, zgarnęłam kurz, wytrzepałam dno walizki i powoli dodryfowałam do kompika. I tak sobie siedzę i myślę, jak to polskie lato dołożyło wszelkich starań by urządzić mi typowo czytelnicze wakacje. Do tego stopnia, że pokusiłam się o stworzenie kolejnego instruktażu dla czytacza. Nosi on tym razem tytuł:

 Jak spędzić wywczasy z książką :

Warunek podstawowy: trafić w pogodę.

Warunek towarzyszący: nie wypoczywać grupowo.

Warunek pomocniczy: wybrać miejscowość z co najmniej jedną biblioteką.

Warunek dopełniający: pojechać do kurortu, który zna się od lat i który nie wyzwala potrzeby zwiedzania, wędrowania i odkrywania.

Tym razem niezwykłym zrządzeniem losu udało mi się harmonijnie połączyć wszystkie wyżej wymienione elementy. Tak, że przez dwa tygodnie mogłam ze spokojem ducha zawijać się w kołdrę, rozsiadać na brzegu kanapy, albo garbić przy kawiarnianym stoliku i czytać, czytać, czytać. Wszelkie pokusy oderwania od lektury udawało mi się odeprzeć za pomocą kilku zaledwie argumentów. Wyglądało to mniej więcej tak:

Pokusa: może by się wybrać na Górę Parkową? Ja: hmmm, będzie zaraz padać i nic się nie da zobaczyć.

Pokusa: A może tak wycieczka na Jaworzynę? Ja: eeee, Przecież właśnie strasznie leje i pewnie długo nie przestanie.

Pokusa: to może chociaż spacer do Stawu łabądkow? Ja; iii, po tym deszczu to takie błoto, że przejść nie sposób.

Po takich wprawkach erystycznych mogłam tylko sięgnąć po kolejną herbatę i przewrócić w książce następną stronę, by rozkoszować się i jedną i drugą. Wróciłam więc syta lenistwa, oczytana bo czubek schlapanego mżawką nosa i współczująca tym, którzy mają pecha spędzać urlop podczas tego prozaicznie gorącego lata, które się właśnie rozpoczęło 😉

mowa o:

schyłkiem lata

 

Od czasów greckich filozofów do dnia dzisiejszego duża ilość wolnego czasu(raczej próżniactwo) i brak styczności z jakąkolwiek pracą zaspokajającą codzienne potrzeby uważane były przez myślicieli za nieodłączny warunek wartościowego i pięknego, a nawet cnotliwego życia. W oczach wszystkich ludzi cywilizowanych życie bezczynne jest zarówno samo przez się , jak i dzięki swym konsekwencjom dla rozwoju duchowego, czymś pięknym i uszlachetniającym.

„Teoria klasy próżniaczej”, Thorstein Veblen, Str 33

 Nostalgia, mgły magia, zielonych liści kiść. Taki czas. Na przebłyski coraz bledszego słońca, i moje przemrugi na jego coraz bardziej znikomy blask. Ten co dobija się od okien, murów, białych kartek otwartej książki. Bo tylko latem da się przecież tak czytać. Mieć słowa oświetlone bezpośrednio przez gwiazdę, brzmi tyleż lirycznie co dosadnie. Patetycznie wręcz. Ale nic tam, bo właśnie o specyfice letniego czytania chciałam. Jak się do niego zabrać, jak się nim nacieszyć? Niby rzecz jest prosta: bierzesz książkę leżak i do ogrodu. Sprawa robi się trochę skomplikowana gdy tego ogrodu brak i zastępują go, jak w moim przypadku, doniczki wystawione na balkon.

balkon

Co nie oznacza, że pozbawiona jestem uroków letniego czytania. Tak źle na szczęście nie jest. Sezon zawsze zaczynam od jednej lektury : „cztery pory roku na balkonie”. Po obejrzeniu zdjęć zabieram się za różne eksperymenty ogrodnicze, które często trwają nie dłużej niż dwa tygodnie. Potem zostają albo pożarte przez szkodniki, albo zasuszone, albo przelane moją zbyt troskliwą ręką. Powoli drogą prób i błędów wypracowuje swój balkon idealny, który bardziej, niestety, podąża za zdrowym rozsądkiem, niż za ilustracjami z wyżej wymienionej książki. Zresztą obsadzenie balkonu odpowiednią roślinnością nie oznacza wcale rozwiązania problemu czytania na tzw wolnym powietrzu. Samo przygotowanie do tego procederu może człowieka wyprowadzić z równowagi. Najpierw trzeba przecież na balkon wynieść odpowiedni fotel, stolik no i książkę. Potem należy wrócić się po coś do picia. Następnie pójść po sweter. Bo okazuje się, że wcale nie jest tak ciepło, jak się wydawało. Po czym, gdy zdaję sie osiagac szczęśliwy finał i wreszcie otwieram książkę, pod balkonem pojawiają się albo rozbawione siedmiolatki, (które właśnie są na etapie doświadczeń pirotechniczych i nie tylko wrzeszczą i tupią jak wszystkie dzieci w ich wieku, ale i próbują podpalić substancje wydzielające intensywny smród) albo grupa robotników którzy nieustannie coś w sąsiedztwie budują przy użyciu możliwie najgłośniejszych narzędzi. Gdy powyższych brak, zjawia się ktoś z maszyną do ścinania trawy i gorliwie porządkuje teren.

Dlatego znacznie lepiej egzamin na miejsce na letnie czytanie zdają kocyki lub leżaki ułożone na murawie lub plaży przeznaczonej dla wczasowiczów. Oczywiście należy taki sprzęt rozłożyć w odpowiedniej odległości od brodzika, basenu, koktail baru i rodzin wielodzietnych. Poza tym trzeba uwzględnić to, że lekturę przerwie od czasu do czasu zabłąkana pszczoła, zbyt szybko kurczący się cień, czy konieczność odnawiania warstwy kremu z filtrem. Trudno, każda przyjemność wymaga mnóstwa zabiegów i należy się z tym liczyć. A przyjemność powinna być duża, zwłaszcza gdy uda się dobrać lekturę pasującą do okoliczności.

256-pola

Z letnim polegiwaniem kojarzy mi się zawsze czytanie „Marii i Magdaleny”, jednej z moich typowo wakacyjnych lektur. Słonce na wąsach Juliusza Kossak, Słońce w pejzażach Wojciecha, we włosach Liki i w ogrodowych gąszczach Kossakówki. Idealnie czytało się to wszystko pogryzając jabłko i machając gołą stopą nad koniczyną. Z latem wiąże się moje czytanie „Klaudyny w szkole”, która w brew tytułowi była dla mnie pochwałą uroków kanikuły. Te wszystkie rumiane dziewczęta, zgrzane od psot i upału, w których lokach błąkały się małe pajączki i zapachy nagrzanego siana. Od samego czytania ogarniało człowieka błogie lenistwo ciepłego popołudnia. Miło wspominam też „Pana Samochodzika”. On na odmianę świetnie pasował do kurzu wakacyjnych dróg, do odpoczynku bardziej aktywnego, polegającego na wędrówkach w poszukiwaniu tajemnic lub przynajmniej niezwykłych krajobrazów.

265-pola

Z biegiem lat wyrosłam z wakacji, ale nie z wakacyjnego czytania. Choć obecnie trochę ciężej trafić mi na książki, które tak jednoznacznie kojarzyłyby mi się z tym okresem. W zeszłym roku najbardziej wakacyjną lekturą było dla mnie „Po słonecznej stronie ulicy” Diny Rubiny, w tym roku jakoś trudniej mi tak określić którąś z przeczytanych książek. Niewątpliwie na to miano zasługuje „Lato” (co za niespodzianka ) Tove Jansson. A ostatnio sięgam po tytuł, który siła rzeczy kojarzy się z kanikuła. Mianowicie zerkam od czasu do czasu do „Teorii klasy próżniaczej”. Skusiła mnie do tego nie tyle perspektywa bardziej świadomego praktykowania lenistwa co niezwykle urodziwa okładka, jak ulał pasująca do właśnie kończącej się pory roku.

 

001-pola01

 

Po jakie licho ci ta książka?

 

Pyta koleżanka, którą proszę o zwrot książki pożyczonej po tym jak ja przeczytałam i poleciłam. Zatkało mnie, a powodem było nie tylko bezobcesowe zakwestionowanie mojego prawa własności. No bo wysuwać argument, że nie mamy prawa mieć tego, co nam niepotrzebne, to zamach na nasz, od pewnego czasu kapitalistyczny, porządek świata. Mnie raczej zaskoczyła cześć pytania dotycząca logiki mojego postępowania.

Pomyślcie, książka przeczytana, to właściwie  książka zużyta, a jeśli na dodatek jest to kryminał, to od momentu gdy wiemy, kto dokonał zbrodni, książka zapada bezpowrotnie  w czytelniczy niebyt. Skąd wiec u mnie potrzeba posiadania książki, z której, tak na zdrowy rozum, nie będę już miała pożytku?  I tu zagadnienie dotyczy nie tylko mojej pasji do gromadzenia „wszystkiego”. Chodzi o coś znacznie więcej, co wytłumaczyc ciężko, bo zbyt mocno zakrawa na abstrakcję W skrócie można by to nazwać potrzebą powrotu. Z iloma rzeczami , miejscami, osobami, musieliście pożegnać się w życiu na zawsze? Nie wrócicie już do własnej ławki w podstawówce, na pierwszą randkę, na kolana babci czy dziadka. Czas pozbawia nas kolejnych mikroświatów, w których zdołaliśmy się zadomowić. A tymczasem otwarcie książki już raz czytanej, ponowne zaczytanie się w znajomym tekście, dają złudzenie przybycia do znanego otoczenia, osób i sytuacji.

Mogę bezustannie wchodzić do pokoju gdzie w kącie drzemie kot, a pod ścianą pije herbatę Melrose Plant. Pani Marple spojrzy na mnie uważnie błękitnym okiem, ilekroć sięgnę na półkę z Agatą Christie. Żadnych rajów utraconych, co najwyżej w danym momencie nieczytanych. Dlatego pilnuję, by moich książek nie mogło dotyczyc powiedzenie the books go by.  

z cudzego ogródka

z-cudzego-ogrodka2
Na wzór Mości Wróbla, wiosnę podziwiam za cudzymi płotkami, jako że własnego nie posiadam. Nie martwi mnie to specjalnie, bo unikam dzięki temu wielu ciężkich i niewdzięcznych prac, a nacieszyć oko mogę zawsze spacerując, zwłaszcza że w okolicy zachował się sielski-anielski skraweczek uliczki domków drewnianych pełnej i prawie wiejskich ogródków.
Obce domy, mieszkania , balkony, okna lubię zresztą oglądać bardzo, jak pewnie większość z nas. Uwielbiam też przeglądać czyjeś regały z książkami, dokładnie przejść wzrokiem po tytułach, a co niektóre nawet wyciągnąć z rzędu i poprzeglądać. Ileż to rzeczy można przy okazji zaobserwować, pedanterię gospodarzy polegającą na ustawianiu książek tak, by wszystkie grzbiety były równe, upychanie książek po kątach, jakby były czymś wstydliwym, lub właśnie eksponowanie ich już w przedpokoju, tak by od wejścia widać było, że dom czytający to jest.
Oczywiście zrozumiałym następstwem oglądania obcych książek jest ich pożyczanie. I tu zaczyna się, przynajmniej w moim przypadku, problem. Bowiem nie tylko nie lubię swoich książek pożyczać, ale i korzystanie z książek znajomych odczuwam jako pewien dyskomfort.

Po pierwsze trzęsę się nad taka książką bardziej niż nad własną, bo nieswoją książkę zniszczyć lub -tfy tfy-  zgubić to wstyd wielki. Do dziś pamiętam jak pewna, zadawałoby się kulturalna i inteligentna koleżanka po wielu napominaniach zwróciła mi książkę wymiętoloną i wyczytaną nie do poznania. Skala mojej sympatii do tej osoby zleciała gwałtownie w dół.

Po drugie- ciężko mi się do czytania takich książek zabrać. Od lat dwóch stoi na mojej półce pożyczony Krajewski, Napoczęty Kapuścinski i poradnik „jak udoskonalić swoją pamięć w 10 dni” (który, o ironio, ciągle zapominam oddać). Trochę moje ociąganie powoduje fakt, że moi dobrze wychowani znajomi i krewni o te książki się specjalnie niedopominają. Ale główna przyczyna tkwi chyba w tym, że nie są to „moje” wybranki. Bo książki , które kupuję, wzbudziły moją sympatię na tyle, że zabrałam je do domu. Natomiast te cudze biorę do siebie bardziej z ciekawości, która zaspokajam z reguły szybko i pobieżnie, tak że nie starcza mi cierpliwości na całość.

No i po trzecie-to wstyd oddać książkę ‘zaczytaną’ ale nieprzeczytaną również. Bo co? Jeśli nie przeczytałam, to znaczy,  że mój gust rozmija się z gustem pożyczającego, ba, nawet moje nieprzeczytanie może być pewna formą krytyki preferencji czytelniczych właściciela. Jednym słowem obciach. Dlatego wpadłam an chytry pomysł: kupuję na prezenty książki, które a powinny wpasować się jakoś w gusty obdarowanego, a które jednocześnie i mnie powinny się spodobać. W ten sposób , po odczekaniu odpowiedniego czasu będę sobie mogła na cudzej półeczce wyszukać coś, co na pewno oddam dokładnie i z przyjemnością przeczytane.