Miesiąc: Listopad 2012

chłopczyna i rodzina

śpiący 1

Nancy Mitford, śliczna dowcipna i dobrze urodzona, była niewątpliwie jedna z jaśniejszych gwiazd na firmamencie brytyjskiej literatury humorystycznej. Dlaczego więc ani jeden promyczek blasku jej sławy nie zabłąkał się do naszych bibliotek i księgarń? Na język polski przetłumaczono tylko dwie powieści biograficzne autorki, reszta jest milczeniem. Którego powodów można się doszukać przetrząsając rodzime problemy natury historyczno-politycznej. Najbardziej znane utwory Mitford powstały w latach czterdziestych i pięćdziesiątych. Wtedy to w naszym kraju budowano tzw. nową rzeczywistość, w której słowo „arystokrata” było równie niepoprawne politycznie w obowiązującym kanonie języka polskiego jak obecnie wyraz niger w języku angielskim. Różnica polegała na tym, że nie tylko określenie było bardzo źle widziane, ale i wszystko co z nim mogło się kojarzyć. Tymczasem Nancy Mitford była przedstawicielką wyższych klas z krwi, kości i charakteru, co bardzo jasno wynika i  z jej życiorysu i z jej twórczości. Nie było wiec cienia szansy by mogła stać się nawet nie wzorem, a daleką znajomą ludu pracującego miast i wsi. Cóż, szkoda.

Nawet po ponad czterdziestu latach jej powieści skrzą się dowcipem i cieszą czytelnika wnikliwością opisów życia obyczajowego. Dowodzi tego choćby niewielka książeczka zatytułowana The Blessing, która opowiada historię Angielki przenoszącej się do Francji po drugiej wojnie światowej. Grace, bo takie jest imię głównej bohaterki, opuszcza zielone wzgórza Albionu by dołączyć do męża, charyzmatycznego Charlesa Eudarda. Uwodzicielski, pewny siebie, o wysmakowanym guście, Charles Eduard bez specjalnego wysiłku odniósł sukces w zdobyciu Grace i nakłonieniu jej, by porzuciła solidnego angielskiego narzeczonego. Grace nie dała się długo namawiać, życie przy boku Chrlesa Eduarda niewątpliwie jawiło jej się jako wspaniała i radosna przygoda, oszałamiająca i dająca możliwość zakosztowania życia w sposób, o jakim się nie śniło przeciętnemu, współczesnemu jej Anglikowi.

Niestety z upływem czasu okazuje się, że nie jest jedyną kobietą, której udało się zainteresować sobą Charlesa. Zawsze szukający nowych wrażeń, małżonek Grace nie stroni od schadzek i przygód. W rezultacie mocno nadwyręża zaufanie i cierpliwość Grace, która decyduje się go opuścić. Na pociechę, na otarcie łez, ma z tego związku synka, uroczego sześciolatka Sigi, którego szczęście jest głównym celem obydwojga rodziców. Skarbuńcio, pieszczoszek, ukochanie, mały Sigi szybko orientuje się jak ważną rolę odgrywa w życiu  mamusi i tatusia i umiejętnie tę nabytą wiedzę wykorzystuje. Zauważa, że rodzice o wiele troskliwiej się nim zajmują, gdy są z dala od siebie i postanawia zadbać o to, by pomyślny dla niego stan rzeczy utrzymywał się jak najdłużej. Z czasem dokonuje iście makiawelicznych manipulacji by tylko osiągnąć pożądany cel.

Czarnowłosy, czarnooki chłopiec staje się nie spoiwem, a największym wrogiem związku swoich rodziców. Gdyby nie umiejętne podbarwienie humorem opisywanych sytuacji, historia związku Grace i Charles’a Eudarda powoli stawałaby się horrorem na miarę Omenu. Na szczęście dzięki talentowi i dowcipowi Mitford opowieść staje się zabawną dykteryjką na temat różnic kulturowych i społecznych pomiędzy angielską i francuską klasą wyższą. A także lekka przestrogą przed niedostrzeganiem tego, co czują i myślą dzieci, często trzymane na uboczu i traktowane z lekceważeniem jak niesłyszące i nierozumiejące stworzenia.

Całość stanowi świetną lekturę dla czytelników poszukujących odprężenia i szlachetnej odmiany angielskiego humoru. To jak pisze Mitford, spokojnie pozwala na określenie jej mianem żeńskiej wersji Evelyn’a Waugh. Główna różnica miedzy pisarzami polega na tym, że ten drugi miał więcej szczęścia w zdobywaniu miejsca na polskich półkach z literaturą obcojęzyczną.

mowa o:

belssing

P.S. Za umożliwienie mi przeczytania tej sympatycznej opowieści bardzo serdecznie dziękuję Patrycji

w stronę księżnej

Umysłowość pani de Guermantes podobała mi się i przez to, co wykluczała (a co było właśnie substancją mojej własnej myśli) i przez to wszystko, co właśnie z tej przyczyny mogła zachować, tę powabną krzepkość gibkiego ciała, której nie skaziła żadna wyczerpująca refleksja, żadna troska moralna ani zaburzenie nerwowe.

Marcel Proust „W poszukiwaniu straconego czasu”, T.3, Str 468 

 Marcel dojrzewa. Wstępuje w świat osób dorosłych. Koniec biegania po parku za Gilbertą, ścigania po plaży Albertyny. Zostawia dziewczęta, zaczyna się rozglądać za kobietami. I jego wzrok przykuwa najznakomitszy okaz gatunku, wspaniała dama, księżna Guermantes. Zaczyna się z nią snuć, kryć po zaułkach i wnękach bram, by śledzić podczas spacerów i przejażdżek. Czytelnik za nim, podąża w opisy wspaniałych kreacji, kunsztownych fryzur, wyniosłych gestów. Po to, by razem z narratorem doznać zaskoczenia, jakie da bliższe poznanie.

Królowa nie okazuje się naga, chłopiec nie wyciąga w zdumieniu ręki wskazując krzykiem na wyraźne braki dostojnej osoby. On siedzi grzecznie przy stole albo w kącie salonu i cichutko podgląda, zapamiętując każdy detal, grymas i powiedzonko. Potem powtarza to wszystko z precyzją budzącą i zdumienie i zniecierpliwienie. Dzięki temu zabiegowi udaje mu się bardzo wyraziście odmalować to środowisko do którego aspirował, ludzi do których wzdychał, a którzy okazują się płytkimi, pozbawionymi oryginalności ignorantami.

Dopiero pod koniec drugiego rozdziału intencja autora staje się czytelna. By jednak ją dojrzeć, trzeba najpierw dać się zawlec do tych dusznych pomieszczeń o słabych lampach i zakurzonych tapetach. Pomieszczeń, gdzie przyjdzie wysłuchać jałowych rozmów, niedorzecznych pytań, głupiutkich wypowiedzi osób uznawanych za wielkie. Na dłuższą metę przyjemne to nie jest, a uzupełnione o szczegółowe dywagacje polityczne, głównie dotyczące sprawy Dreyfusa, staje się wręcz trudne do wytrzymania. I kiedy już prawie całkiem przestaje się widzieć od ziewania, nagle trzeba zamrugać szybko, by lepiej się przyjrzeć opisowi sytuacji, która pokazuje bohaterów w bardzo ostrym, czyli niekorzystnym świetle. I dla tych gwałtownych mrugnięć Marcela poczytać warto.

mowa o:

zmyślając wspomnienia

To bardzo proste, ledwie dopadną cię czarne myśli, musisz powtarzać najszybciej jak potrafisz „trzydzieści trzy żaby w żabotach żwawo szyją szuby z rzeszota”. Tylko uważaj, jak wymawiasz. Nie wolno się pomylić! Zobaczysz, to niezawodne.

Roland Topor Pamiętnik starego pierdoły, Str 150

Jeżeli wiecie, że Modigliani to nie model mercedesa. Jeżeli mrówki kojarzycie z Dalim, a białe gołąbki z Picassem. Jeżeli uwielbiacie Opowieści o artystów nad absyntem rozmowach. To ta książka jest dla was. Będziecie mieć niezłą frajdę doszukując się aluzji do znanych i wysoko na aukcjach wycenianych twórców. Bez trudu rozpoznacie pastisze, podśmiewki i anegdotki. Oto mistrz pure nonsensu postanowił stworzyć jedyną w swoim rodzaju opowieść o życiu artysty wszech czasów.

Jest to wzorowana m.in. na pamiętnikach Dalego historia pełna niesamowitych zmyśleń na temat tego, jak wyglądać mogłoby długie życie twórcy który spotkał Wszystkich Najważniejszych zeszłego stulecia. Czyli nie lada gratka służąca zaspokojeniu apetytów szukających dalszych wrażeń fanów O północy w Paryżu. Na dodatek przewodnikiem jest tu nie zakompleksiony Amerykanin, a świadomy swoich talentów i zdolności Mistrz. Który wzbudził zainteresowanie u Loutreca, zazdrość u Degasa i chętkę na magdalenki u Prousta. Opis jego burzliwych dziejów zawarty w tej niewielkiej książeczce dostarczy sympatycznej zabawy każdemu, kto poszukuje tematów do snów o urokach minionych epok.

mowa o:

oszukaństwo

Reginald stronił od kobiet. Nie dlatego, że ich nie lubił. Ale silniej od swoich przyjaciół odczuwał tę prawdę, że mężczyzna w jego wieku przestaje być myśliwym, a staje się zwierzyną. Widząc, że przekroczył czterdziestkę, kobiety nadbiegają tłumnie, aby śmierć nie unicestwiła resztek czułości, mądrości i sił, jakie ów mężczyzna jeszcze w sobie zachował.

Jean Giraudoux „Kłamstwo”, str. 5   

 

Kłamstwo z miłości, jak każda zbrodnia popełniona w afekcie, powinno być traktowane pobłażliwiej. Czy jest tak naprawdę rozważa autor przypadkiem odnalezionej niegdyś, i równie przypadkiem przeczytanej przeze mnie książki. W której widać, że nikt tak jak Francuzi nie potrafi analizować relacji damsko męskich. Doszukiwać się problemów i niuansów które mało komu przyszłyby do głowy. Może źródła tego stanu rzeczy należy upatrywać w tym, że książka została napisana jeszcze w czasach, gdy znalezienie miłości i zdobycie męża (literka „i” nie oznacza tutaj konieczności zaistnienia obu przypadków jednocześnie) było wyłącznym zajęciem większości kobiet.

Nelly, główna bohaterka tej, nie do końca romantycznej, opowieści, jest młodą mieszczką zakochaną, i to ze wzajemnością, w dojrzałym mężczyźnie o wyśmienitej pozycji społecznej. Aby utrzymać jego uczucia pozuje na wielką damę, czyli kogoś innego niż jest w rzeczywistości. W tym momencie wiele osób na pewno wzruszy ramionami, bo udawanie to przecież żaden problem, robią to wszyscy. Od uczniów w szkole, którzy usiłują wyglądać na zasłuchanych w czasie lekcji, po młodych i niedoświadczonych pracowników firm, którzy starają się uchodzić za profesjonalistów zaciskając krawaty na białych koszulach. Faktycznie w czasach, gdy ludzie tak często udają innych niż są w rzeczywistości, trudno zrozumieć na czym polega problem, a potem i tragedia, Nelly i jej ukochanego.

Zwłaszcza, że nie tylko dylematy bohaterów są się lekko zwietrzałe, ale i sposób ich przedstawienia. W rezultacie nad czytaniem tej niewielkiej książeczki spędziłam zadziwiająco dużo czasu. Choć główny watek uważam za zbyt rozwlekły i wydumany dla współczesnych, to przyznaję, że wątki poboczne zachwycają błyskotliwością spostrzeżeń i ironicznym poczuciem humoru. Za najlepszy uznałabym ten traktujący o matce głównej bohaterki, która wracając do uprzednio porzuconego męża postawiła mu szereg warunków, pod jakimi zgadza się na kontynuacje związku. Oto niektóre z nich:

Kładąc krawat przed moim lustrem nie będziesz poruszał grdyką, lekko pomrukując

Siadając do stołu, nie będziesz wkładał ręki do kieszeni spodni i wyciągał z nich zużytych wykałaczek i miękiszu chleba

Będziesz się starał nie podsuwać mi pod oczy paznokcia środkowego palca, jest żłobkowany i działa mi na nerwy

Kąpiąc się pod żadnym pretekstem nie będziesz śpiewać

Zmienisz swój podpis likwidując idiotyczny zakrętas, którym go opatrujesz

Nie będziesz cytował żadnego łacińskiego słowa, ani przysłowia

Jean Giraudoux „Kłamstwo”, str. 30, 31

W sumie przykazań było ponad trzydzieści, a kochający małżonek trzymał je w sejfie do końca życia.

Powiedzcie sami, czy stworzenie takiej listy nie ułatwiłoby wielu z nas relacji rodzinnych i koleżeńskich?

dla cierpliwych:

Tortury Pani T.

Najwyższy czas zająć się dawnym wydarzeniem, które anonsowałam tutaj prawie miesiąc temu. Spotkanie z Olgą Tokarczuk odbyło się jeszcze w porze czasu letniego, kiedy zmierzch zapadł nie wcześniej niż o siódmej wieczorem. Dlatego jeszcze za dnia dotarłam do budynku Biblioteki głównej, już na wstępie gubiąc się w domysłach gdzie to spotkanie będzie się odbywać. Plakatu żadnego nie było, tylko na drzwiach wejściowych maleńka ulotka ze zdjęciem, dokładnie taka, jak w rekalmówkach potkania. Okazało się ze salka jest niedaleko, wypełniona coraz bardziej po brzegi. Panie zaczęły dostawiać krzesełka a ja zaczęłam się przesiadać. W końcu wylądowałam w pierwszym rzędzie, zdjęłam kurtkę, wyjęłam aparat, naostrzyłam słuch i wzrok, starając się przy tym stępić węch (zaduch panował spory).

Bohaterka dnia przybyła zadziwiająco punktualnie, spokojnie przyjęła dygi i łodygi, słowa radości, i róg obfitości, w postaci sporej torby z prezentem. Strasznie mnie ciekawiło, co takiego mogła dostać, ale niestety nie zajrzała przy nas i nie pochwaliła się. Może to i nie był zgrzycik, a jeśli nawet, to przygłuszony zupełnie przez następny. Bo przy powitaniach nie tyle zazgrzytało co zachrobotało wręcz faux pas, kiedy to gospodyni wieczoru powitała wszystkich: dyrektorów, władnych i władców, studentów. Wszystkich. Tylko nie mnie, albo nas. Czytelników. Nieproszona, niewitana, oklapnełam głębiej w krzesełku (niewygodnym, składanym) i zaczęłam patrzeć i słuchać.

Na początek obejrzałam sobie Panią Olgę oczywiście, dokładnie, bardzo blisko w końcu byłam. Zobaczyłam, że wygląda jak na 50 jubileusz cholernie młodo. Szal na głowie miała dokładnie taki jak na zdjęciu, bardzo pod oczy niebieskie. No i dredy, znak już firmowy, zresztą odkąd pamiętam, słynęła z nietypowych fryzur. Kiedyś była to chłopczyca, jak wszystkie nosiły się na topielice blond. Teraz poszła w dredy i dobrze, cieszy mnie, że choć jedna osoba powyżej 30 roku życia tak się w tym kraju czesze. Żakiecik tylko był lekko passe, szary, wąski, ciasnawy. Może ma taki mundur na oficjałki, westchnęłam i zaczęłam słuchać, starając się wzrokiem omijać prowadzącego, który uczesany na żadna współczesną modę nie był, na dodatek pocił się wyraziście. Tu mnie w dołku współczucie pierwsze dla Pani Olgi ścisnęło, że ona ma ten widok najbliżej i musi udawać, że to nic, uśmiechać się i płynnie opowiadać.

Na przykład o:

  • Pisaniu: Nie przychodzi jej łatwo, jest to ciężka praca, korygowanie, poprawianie kilku wersji tekstu kosztuje ją tyle wysiłku, że nie wie, w jaki sposób powstało kilkanaście jej książek. Interesuje ją pisanie narracyjne, budowanie napięcia, psychologiczne konstruowanie postaci. Koncentracja na ego pisarza, pisanie ekspresyjne to rzeczy nie dla niej. Literaturę uznaje za wyrafinowany, skomplikowany, wielopoziomowy sposób komunikacji.
  • Studiach psychologicznych: Zgodnie z życzeniem mamy polonistki, miała studiować filologię. Ale gdy była licealistką trafiła na książkę „Poza zasadą przyjemności” Freuda, dzięki której zdecydowała co chce studiować. Freud uświadomił jej, że świat można nieskończenie interpretować, można odsłaniać rzeczywistość na różne sposoby, odkrywając odmienne jej warstwy. Dzięki psychologii nauczyła się jak to robić, nauczyła się też słuchać, i wyciągać z tego słuchania historie jak nici, by potem szydełkować z nich całe opowieści.
  • Tłumaczeniach: Jest jedną z najczęściej tłumaczonych współczesnych pisarek polskich. Jej książki były między innymi przekładane na chiński i japoński. Zaskoczyło ją, że poruszane w nich tematy okazały się na tyle uniwersalne, że zostały zrozumiane w odmiennych kulturach. Jedną z największych niespodzianek było spotkanie Pani T. z japońską doktorantką, która napisała prace naukową na temat powieści Tokarczuk, doszukując się w nich wątków buddyjskich. Podczas rozmowy zadziwiła ją pytaniem czy czytuje sutry, bo treść jej książek wyraźnie to sugeruje.
  • Swoich książkach: Jako swoje opus magnum uznaje Biegunów, których uważa także za  samodzielnie wynaleziony gatunek literacki, którego rozwój chciałaby w przyszłości kontynuować. Wejście w inny gatunek literacki, czyli kryminał, było spowodowane zobowiązaniami wobec wydawcy, który wyczerpanej pisaniem Biegunów autorce przypomniał, że jest mu winna jeszcze jeden tytuł. Postanowiła wiec skorzystać z tej gotowej foremki jaką jest konkretny rodzaj literacki, w tym przypadku kryminał. Jednak wydało jej się, że pisanie książki tylko po to, by opowiedzieć „kto zabił” byłoby nieekonomicznym marnotrawstwem papieru. Wobec tego zamieściła tam i treści mające szersze przesłanie społeczne. Jak się okazało skutecznie, bo osobiście zna co najmniej 5 osób które po przeczytaniu „Pługu” przeszły na wegetarianizm.
  • Literaturze i płci: Uświadomiła nam, że choć to mężczyźni dominują jako twórcy opowieści, pierwszym autorem dzieła literackiego, podpisanego imieniem i nazwiskiem, jest kobieta. Jej samej na pewno żyłoby się łatwiej, gdyby była pisarzem-mężczyzną. Ciągle chętniej opisuje się świat męskich przeżyć, podczas gdy próba analizy tych samych odczuć przez kobietę jest traktowana pobłażliwie lub wręcz bez zrozumienia. Jako przykład podała odbiór swojej powieści „Ostatnie historie”, w której postanowiła przeanalizować w jaki sposób kobiety doświadczają śmierci. Ku jej rozczarowaniu autor pierwszej recenzji książki  dopatrzył się w niej jedynie sagi z życia kilku pokoleń kobiet.

To moim zdaniem najważniejsze wypowiedzi, jakie wyłuskałam z chaosu rozmowy z autorką. Było dużo dywagacji prowadzącego, były trochę dziwne pytania publiczności, jak to o współpracę z Krytyką Polityczną, o której Pani T. wypowiedziała się w samych pozytywach, tłumacząc nam, że sporo świeżego powietrza, jakby nie było, to wydawnictwo wpuszcza. Były utyskiwania i na brak porządnej i częstej publikacji gazet o książkach i czytaniu, na ceny jakie za czytanie trzeba płacić i na nieczytanie przez kolejne młode pokolenia. Ale to wszystko i na blogach już było, wiec tylko zahasłowałam tematy. I tylko jeszcze na deser podam ciekawostkę: następną książką Olgi Tokarczuk najprawdopodobniej będzie horror, który to gatunek ją, wielbicielkę Kubricka, kusi ogromnie.

mowa o: