Miesiąc: Luty 2011

the other

Miałam swoje próżności. Moje peruki. Moje sukienki. Moje twarze. Moje opinie, które ludzie uważali za próżne a które pokazywały moja niepewność, doprawdy i pewien blask, gdy je wypowiadałam. Miałam swoje małe pasje, netsuke, małe orzechy z kości słoniowej, dzieci, zwierzęta, wdzięk podczas witania obcych. Jeśli moje maniery nie były teraz tak doskonałe, działo się tak dlatego, ze nie umiałam sobie poradzić sama ze sobą. Ludzie byli moją pasją, a ja nie umiałam się zmienić.

 Yehuda Koren, Eilat Negev „ Femme fatale, życie i tragiczna śmierć Assii Wevill, rywalki Sylvii Plath”, Str 260

Pierwsza myśl, jaka przyszła mi do głowy, gdy dotarła do mnie ta książka, była refleksją, że  duch Assi zapanował nad kartami jej biografii do tego stopnia, że nie mogła ona przez ponad trzy miesiące odnaleźć właściwego miejsca. Na szczęście dzięki cierpliwości nadawczyni, Anki, oraz nierychliwej ale skrupulatnej poczcie polskiej, książka osiągnęła cel podróży, jakim był mój stolik nocny. 

W ten sposób mogłam wreszcie dowiedzieć się czegoś więcej o Assii Wevill, legendarnej uwodzicielce, która odbiła Sylvii Plath męża, co w rezultacie miało tragiczne skutki dla obu kobiet. Najpierw porzucona i pogrążona w depresji Plath popełniła samobójstwo. Po kilku latach Assia poszła w jej ślady, zagazowując siebie i córkę. Assia jest postacią tragiczną i demoniczną, której kontury ledwo są widoczne w historii życia słynnej pary poetów: Sylvii Plath i Teda Hughesa. A szkoda. Bo Assia okazuje się być kobietą barwną, której życie i osobowość dostarczyć może materiału na napisanie nie jednej, ale kilku fascynujących biografii.

Urodzona przed drugą wojną światową córka Niemki i rosyjskiego Żyda, została w wieku sześciu lat wywieziona przez rodziców do Izreala, dzięki czemu uniknęła Holokaustu. W wieku nastu lat uciekła z pogrążającego się w chaosie Izraela do Wielkiej Brytanii, i tam, pod naciskiem rodziny, wyszła za mąż. Dzięki temu mogła sprowadzić swoich bliskich do Europy,  a następnie zainstalować wszystkich w Kanadzie. Z której zresztą szybko uciekła, bo ciągnęło ja do tętniącego życiem Londynu, gdy tymczasem Kanada wydała jej się kulturalną i intelektualną pustynią. Piękna, błyskotliwa Assia zawsze chciała czegoś więcej, wychowana na księżniczkę córeczka Tatusia marzyła o bogatym mężu, luksusowym życiu i fascynującym towarzystwie poetów. Gdyby urodziła się trochę wcześniej, zostałaby muzą, jak Misia Godebska. Gdyby urodziła się trochę później, miałaby szansę stać się ikoną stylu, jak Ditta von These. Jednak jej przyszło żyć w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych ubiegłego wieku, kiedy to nikt już nie pamiętał o istnieniu Madame Recamier, a Paris Hilton była jeszcze nieistniejącym konceptem antropologii kulturowej.

Assia miała ambicje, wygląd, świetny styl i brak pomysłu na życie. Miotała się od meża do kochanka, od jednej pracy do drugiej (w końcu odniosła spore sukcesy w branży reklamowej) . Trochę spokoju zaznała przy boku trzeciego meża, ukochanego poety Davida Vewill. Jednak wszystko skończyło się gdy poznała Teda. Możnaby się pokusić o górnolotne stwierdzenie, że wraz z wielką miłością wpuściła do swojego życia demony. Gdy żona Hughes’a, Sylvia Plath, chełpiła się w jednym z wierszy że połyka mężczyzn jak powietrze, Ted okazał się kobietożercą. One czytały jego wiersze, przepisywały, wysyłały do wydawnictw, czaiły za drzwiami jego biblioteki nasłuchują,c czy zechce choć na chwilę wyjść i spędzić z nimi trochę czasu. On się przejmował nimi wtedy, kiedy już ich nie było. Sylvia okazała się żoną idealną dopiero w kontraście z Assia, która nie miała ambicji stać się perfekcyjną panią domu jak poprzedniczka. Starała się zająć miejsca Plath w inny sposób, mieszkała w jej mieszkaniu, spała w jej pościeli, używała jej przedmiotów. Ta cześć książki dostarczyła mi kilku dreszczy przerażenia. Opis tego, jak Assia żyła przez parę lat w cieniu Plath, przypomina sekwencje ze Słynnej Rebeki. Może Sylwia nie zostawiła swoich monogramów na każdym należącym do niej przedmiocie, ale efekt i tak był przygnębiający. Co ciekawe żadne z kochanków nie widziało w tym nic niestosownego, i dopiero pod koniec życia Hughes mówiąc o swojej drugiej żonie Carol, stwierdził, że: „Nie chcę, aby czuła się jakby mieszkała w mauzoleum, nawiedzana przez duchy poprzedniczki”. Tajemnicą pozostaje, dlaczego taka refleksja nie ogarnęła go podczas związku z Assią.

Inną zagadką jest dla mnie powód niechlujności tłumaczenia i korekty tej naprawdę interesującej i miejscami świetnie napisanej książki. Szczytem translatorskiej niezdarności jest przełożenie tytułu jednego z najbardziej znanych wierszy Hughesa, Thought Fox jako „Zamyślonego lisa” (!!!! Właściwy tytuł po polsku brzmi „zmyślony lis”). No cóż, może po prostu w ten sposób zarówno treść jak i forma książki ma za zadanie dowieść, że nie da się mieć wszystkiego. Choć na pewno warto byłoby mieć pamiętniki Assi Wevill, których fragmenty przytaczane w książce świadczą o sporym talencie literackim autorki.

mowa o:

P.S. Dziękuję serdecznie Ance za umożliwienie mi przeczytania tej ksiazki

przełknąć knedliczki

 powiedziałem pewnej młodej kelnerce, że w centrum mogą do rachunku w knajpie dopisać nawet datę urodzenia.

– Ja to widzę tak, że po komunizmie mamy wreszcie wolność – odparła młoda Czeszka, jeszcze studentka.

–  I jak pani tę wolność rozumie – spytałem oszołomiony.

–  No, jak nas oszukają w jednej knajpie, mamy wolny wybór, możemy sobie pójść do innej.

 Mariusz Szczygiel, „Zrób sobie raj”, Str. 47

 To jest książka do czytania ukradkowego. Nie tylko dlatego, że można ją tylko trochę uchylić, przez co zagłębiony w lekturze wygląda, jakby się chował. Bardzej mi chodzi o czytanie w ukradzionym gdzieś pokątnie czasie, a najlepiej międzyczasie. Świetnie się do niej zagląda (szerokie otwarcie grozi natychmiastową utratą tekstu, taki urok i czar tego wydania, a właściwie kleju i grzbietu trzymającego kartki) na przystanku, w przerwie na kawę czy herbatę, w trakcie czekania na danie główne czy podczas wyglądania spóźnionego gościa. Teksty krótkie i zajmujące, podzielone na akapity, z których niemal każdy jest jak osobna anegdota. Cudowna organizacja treści dla umysłu latami przyzwyczajanego do przerywania akcji co dziesięć minut reklamą lub sztucznym śmiechem. Tu nie grozi zaczytanie i zapamiętanie się w lekturze.

Nie chcę wcale przez to powiedzieć, że książka jest błaha lub nudna. Na pewno nie można się zaziewać przy historii mało znanego i udanego zamachu na bliskiego współpracownika Hiltera, któremu to czynowi Czesi do dziś nie chcą za nic nadać miana bohaterskiego. Przy wspomnieniu o Egonie Bondym nie będziemy pewnie chcieli jeść (powód tutaj tłumaczy kolega), ale spać nam też się nie zechce. Przy rozdziale o Saudku docenimy urok odrapanych ścian, bo okaże się, że mogą one stać się częścią dzieła sztuki.

W miarę czytania zaczniemy się orientować, że podręcznik do zrozumienia czeskich braci powinien mieć podtytuł dziwnologia stosowana- na co dzień i od święta. Ale tutaj musimy się zacukać: o jakie święto miałoby chodzić? Oto jest pytanie, na które odpowiedzi się w książce nie znajdzie. Dodać należy, tak dla uspokojenia, że brak ten jest skrupulatnie i dogłębnie usprawiedliwiany. Bo jak ten zagadkowy naród nie kocha sławy i chwały, nie modli się publicznie, nie żegna się szerokim gestem, to trzeba przeanalizowac i zgłębic dlaczego tak się dzieje. My, miłośnicy celebracji, na pewno nie pogodzimy się ot tak, od ręki, z tym, że gdzieś ktoś może mieć w nosie to, co uroczyste, w blasku fleszy, rozognionych okrzykach i huku bicia dzwonów pieczołowicie hodowane. Za to z uwagą wysłuchamy dyskursu na temat przyczyn tego stanu rzeczy i jego skutków. Potem pokręcimy głowami, powzdychamy i być może wystosujemy petycję lub podejmiemy akcję. Dzięki której niewielka gromadka wierzących i z trudem praktykujących Czechów będzie mogła znaleźć u nas azyl. Pytanie tylko, jak to na ich stan ducha i szczerość wiary wpłynie.

mowa o:

dlaczego Muminek miał ciepłe łapki w zimie

Muminek uspokoił się, zapomniał o śladzie i szedł wolno naprzód, nie spuszczając oczu ze światła. Wreszcie przyszedł tak blisko, ze zobaczył, iż była to zupełnie zwykła stearynowa świeca mocno wetknięta w śnieg. Wokół niej stało cos, co wyglądało jak mały spiczasty domek zbudowany ze śnieżnych kul, które przeświecały słabym pomarańczowożółtym blaskiem, niby abażur na nocnej lampce w domu Muminków.

Po drugiej stronie tej lampy ktoś zakopał się w wygodnym dołku w sniegu i leżał, patrząc na poważne zimowe niebo i pogwizdując cicho.

 Tove Jansson „Zima  w Dolinie Muminków”, str 25

 

Tak Muminek spotkał Too-tiki i zakończył swoją wędrówkę przez mroczny las. Kilkadziesiąt godzin wcześniej niespodziewanie obudził się z zimowego snu i wszedł w zupełnie nieznany mu świat zasypanej śniegiem i skutej lodem Doliny. Wszystko jest obce, inne i na dodatek nie ma się z kim w tej obcości odnaleźć. Włóczykij wyruszył na coroczną wędrówkę, cała rodzina, łącznie z Mamą, jest pogrążona w głębokim śnie i nic nie jest w stanie jej obudzić. Dom jest cichy i pogrążony w mroku, ogród, rzeka i pomost nie do poznania, i Muminka w końcu ogarnia samotność i przerażenie. Ale odkąd poznaje Too-tiki, jego strach staje się mniejszy. Too-tiki stąpa twardo po ziemi, bierze rzeczy jakimi są i nie bawi się w sentymenty. Mimo pewnego podobieństwa do Małej Mi, nie jest egoistką jak ona, potrafi zadbać i o niewidzialne myszy i zwariowaną wiewiórkę (w tym przypadku z miernym rezultatem ;)). Choć nie wykazuje się zrozumieniem muminkowych tęsknot za latem, dzięki swojej rzeczowości i spokojowi stanowi dla niego najlepsze oparcie w czasie, gdy nie może on liczyć na rodzinę i starych przyjaciół.

  

Dlaczego o tym wszystkim piszę? Bo niedawno przekonałam się, że Too-tiki istniała naprawdę. W rzeczywistości nazywała się Tuulikki Pietila, była graficzką, entuzjastyczną fotografką, wielbicielką westernów i podróży. Spędziła z Tove Jansson 40 lat, dzieląc z nią życie i na małej skalistej wyspie i w Helsinkach.

Tego wszystkiego dowiedziałam się nie z samej książki, a ze wstępu do niej. W ten sposób mogłam mniej więcej zidentyfikować występującą w opowiadaniach Mari jako Tove, a Jonne jako jej przyjaciółkę. Kiedy już połapałam się who is who, mogłam bez przeszkód wczytywać się w misterne, poprowadzone delikatną, lecz pewną ręką opowieści Tove. Większość z nich dotyczy wydarzeń dnia codziennego, takich jak przewieszanie obrazków, czy nagrywanie kaset wideo. Każda z nich jest jak przypowieść buddyjskiego mnicha, kryje w sobie drugie dno, głębszą prawdę o przyjaźni i byciu razem. W pierwszym opowiadaniu Jonna zmienia układ obrazów na ścianie Mari, dzięki czemu może ona je zobaczyć w zupełnie inny sposób. W innym historia zaczyna się od opisu  strychu, który dzieli mieszkania przyjaciółek od siebie, tak, że każda przed spotkaniem musi samotnie przejść niewielką odległość je dzielącą. Pokazać jak zobaczyć rzeczywistość pod innym kątem, zostawić sobie trochę przestrzeni, dać się wygadać, wybaczyć, a potem docenić inność, czy nie na tym właśnie polega przyjaźń? Na wspólnym przeżywaniu tego i owego oczywiście też, ale nie wyłącznie. O tym wszystkim bardzo klarownie mówi Tove, posługując się czystym, prostym językiem tak, jak to tylko ona potrafi.

mowa o:

Matuzalem opowiada

Muszę tu powiedzieć, że podeszły wiek bynajmniej nie nadwyrężył moich zmysłów. Mam wciąż doskonały wzrok, choć używam okularów, kiedy czytam, co praktycznie mi się nie zdarza. To prawda, ze reumatyzm wykrzywił nieco moje kości, nie przeszkadza mi to jednak zażywać przechadzki przy ładnej pogodzie i zamiatać mojego pokoju raz na tydzień, w czwartki, co jest ćwiczeniem zarówno pożytecznym, jak przykładnym. Nadal pozostaję aktywnym członkiem społeczeństwa, przyjemnym i, jak sądzę, zabawnym, gdy jest po temu okazja.

Leonora Carrington, Trąbka do słuchania, str 6.

 Właśnie wracam z bardzo milej wizyty u Padmy, która zaprosiła mnie na otwarcie nowego cyklu na swoim blogu. Będzie on polegał na publikowaniu co poniedziałek wypowiedzi gościnnie występujących blogerow, a może i nawet pisarzy, na temat trzech książek. Jedna z nich ma być książką ulubioną, jedna taką, która w jakiś sposób zaważyła na życiu odpowiadającego, a jedna ma być książką mało znaną i polecaną.

Przy okazji naszej pogawędki ze zdziwieniem odkryłyśmy z Padmą, że więcej niż pierwsza czytanka jest chyba najstarszym „żyjącym” blogiem książkowym w kraju! Pierwsza notka w ramach bloga ukazała się 16 czerwca 2006 roku. Na tę wieść natychmiast poczułam łupanie w krzyżu i słabość w kolanach. Ale zaraz wyciągnęłam z zakamarków pamięci wszystkie dziarskie staruszki, jakie powinny posłużyć mi przykładem. Postanowiłam być zwinna jak Babcia na Jabłoni, roztańczona jak Dora i Nora z Mądrych Dzieci, buńczuczna jak Marion z trąbki do Słuchania i mądra jak babka Sophii z Lata. Jeśli ktoś ma jeszcze pomysł jakie inne starsze panie mogłyby uzupełnić tę listę, to niech proszę poda. Każda uncja sił witalnych jest mile widziana.

 A teraz pozwólcie żebym, jak nestorce przystało, przysiadła sobie w fotelu i powtórzyła to, co powiedziałam już raz Padmie:

  Moja ulubiona książka

Od czasu kiedy na półkach księgarń pokazały się wznowione Mądre Dzieci Angeli Carter z niecierpliwością wypatruję wydania pozostałych książek autorki. A właściwie tej jednej, którą parę lat temu wypożyczyłam z biblioteki i z wielkim żalem w końcu zwróciłam. Mówię o Wieczorach Cyrkowych, wspaniale zmyślonej opowieści o losach kobiety – ptaka, żyjącej u progu dwudziestego wieku.

W Mądrych Dzieciach Carter zachwyca tempem i rytmem akcji, w Magicznym Sklepie z Zabawkami stłumioną erotyką i atmosferą niespokojnego snu. W Wieczorach Cyrkowych można bez trudu odnaleźć te wszystkie elementy, ale o bardziej intensywnej barwie i wyrazistszym kształcie. To uczta dla wyobraźni, zadyszka dla myśli i łamigłówka symboli
i skojarzeń. Jednym słowem cud miód dla każdego miłośnika realizmu magicznego.

 Książka, która zmieniła moje życie

Myślę ze każda książka jakoś wpłynęła nie tyle na moje życie, co osobowość, a przynajmniej czytelnicze upodobania.

Jednak jako tę, która mi w życiu najbardziej pomogła podjąć niektóre decyzje i wiele nauczyła muszę wymienić Szklany Klosz Sylwii Plath. Po pierwsze trafiłam na te książkę, kiedy byłam niemalże rówieśnica głównej bohaterki, Esther Greenwood, więc nic dziwnego, że wiele z jej spostrzeżeń i przemyśleń było podobnych do moich własnych. Po drugie dzięki Szklanemu Kloszowi zainteresowałam się Sylwia Plath i jej rewelacyjną poezją. Do tego stopnia, że zdecydowałam się pójść na kolejne studia, i była to (surprise, surprise) filologia angielska. Oczywiście obydwie prace, i licencjacką i magisterską pisałam o Szklanym Kloszu. W ten sposób przekonałam się, że sama historia załamania Esther to tylko wierzchnia warstwa książki, że w rzeczywistości ma ona niezwykle kunsztowną i złożoną strukturę i niesamowitą metaforykę. Od tej pory gdy czytam, staram się niejako rozejrzeć po całym tekście, sięgnąć wzrokiem (i myślą) dalej niż sama fabuła i odkryć także to, czego autor nie mówi wyraźnie, a przekazuje w sposób bardziej zawoalowany. . 

 Mało znana książka, którą powinno poznać więcej osób.

 Myślę, że w dobie rosnącej popularności czytników elektronicznych powinno się przypomnieć jeden tytuł: 451 stopni Fahrenheita Raya Bradbury’ego. Ta dosyć wiekowa już książka opowiada o etapie historii ludzkości podczas którego stwierdzono, że książka jest rzeczą niepożądaną, wręcz szkodliwą. 451 stopni Fahrenheita to temperatura w której papier zaczyna się tlić, zajmować ogniem i obracać w popiół.

Proces palenia książek na każdym etapie ludzkiej cywilizacji był wyrazem nietolerancji i opresji. Społeczeństwo w którym istnieją książki zakazane, nie może być społeczeństwem zdrowym i sprawiedliwym. Jak wygląda zatem cywilizacja w której zakazano nie jednego tytułu czy autora, ale bez wyjątku wszystkich książek? Bradbury opisał to w sposób bardzo precyzyjny, przerażająco szczegółowy. Z jego wizją powinien zaznajomić się każdy, dla kogo książki są stałym elementem codzienności. A moim skrytym – i być może lekko perwersyjnym- marzeniem jest by 451 stopni Fahrenheita było załączone do sprzedawanych Kindle czy OYO. W wersji papierowej oczywiście ;).

 

 

sztuka przemienienia

Ostatnio śniło mi się, że przeprowadzałam reanimację. Z wielkim skupieniem i wprawą przykładałam elektrody defibrylatora do martwego już ciała. Tyle, że nie był to korpus ludzki. Wstrząsom poddawałam niezapisaną stronę otwartej książki. Jednocześnie namawiałam głównego bohatera, młodego chłopaka który stał z boku, aby powrócił na swoje miejsce. Niestety akcja nie powiodła się. Parę kartek dalej znalazłam tekst opisujący zgon protagonisty. Obudziłam się zdumiona i zaczęłam się zastanawiać skąd u licha mój sen ułożył się w taka fabułę. Dopiero rzut oka na nocny stolik dostarczył wytłumaczenia.

Niedawno skończyłam czytać Baltazara, wspomnienia, w których Mrożek utrzymuje, że już go nie ma i opisuje siebie z epoki, gdy go jeszcze nie było. Teorie swojego nieistnienia popiera tekstem, którego jałowość i beznamiętność może służyć za dowód, że nie stworzył go sławny pisarz. To raczej opowieść inteligentnego mieszczucha, któremu udało się sporo przeżyć bez odnoszenia uszczerbku na zdrowiu i urodzie. Trochę sentymentu jednak Mrozkowi do tamtego siebie pozostało, próbuje opisać swoją drogę do stania się znanym autorem i odstania się członkiem PZPR. Z pewnym zażenowaniem przyznaje, że był może nie całkiem czerwonym ale co najmniej różowym kaczątkiem, zanim rozwinął skrzydła i odleciał w lepsze kraje i wielka sławę. A Baltazar to jego łabędzi śpiew.

Tak, owszem byłam właśnie na blaksłonie, stąd te skojarzenia. Tak się złożyło, ze i filmowa i książkowa opowieść dotyczy inicjacji i potrzeby stania się kimś nowym, innym. W przypadku Sławomira cała rzecz przebiega łagodnie i z dobrym rezultatem. W przypadku Niny rzecz jest bardziej skomplikowana. Przy czytaniu Mrożka wydawało mi się, że mam do czynienia z kolejnym tomem nijakich wspomnień, gdzie roi się od opisów licznych członków rodziny i błahych wydarzeń, tylko dla autora istotnych. W przypadku blaksłona nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że oglądam adaptacje Persony Bergman’a zmiksowanej z Muchą. Jak (te czarne piórka wyrastające z pleców bohaterce i błona miedzy palcami nóg, litości!). w sumie ani książka ani film nie zachwyca.

Choć książka jednak zainteresowała mnie tu i tam, zwłaszcza w części bardziej teraźniejszej, w urywkach dotyczących życia na Krupniczej i pracy w Dzienniku Polskim. I nawet się przy niej czasem uśmiechałam, przy okazji znajdowania takich na przykład fragmentów:

Sześć razy w tygodniu należało przyjść do redakcji o godzinie ósmej zero, zero i podpisać się w sekretariacie. Za podpis złożony po tej godzinie groziła surowa kara, ustalana kolektywnie na ogólnym zebraniu. Tuz przed ósma w sekretariacie czuwała niejaka M.G., młoda i rozlazła osoba, która jawi mi się w kolorze jadowicie zielonym. Być może sukienka, która najczęściej nosiła, była w takim kolorze. Nie było przed nia ucieczki. Miała posłużyć za świadka, jeśli by doszło do niepunktualności. Ta sama M.G. później wyłamała drzwi do toalety i zaniosła je do na plecach prosto do redaktora naczelnego, ponieważ na drzwiach od środka ktoś napisał słowa dla niej obelżywe. Chciał udowodnić, że knuje się wokół niej spisek.

Sławomir Mrożek, „Baltazar”, Str 158

 

Niestety zabrakło tak szczegółowych opisów dotyczących sąsiedztwa Szymborskiej, wówczas żony Adama Włodka, który załatwił w tych czasach Mrożkowi niejedno. Najwidoczniej jakaś  tam kobietka nie zwróciła szczególnej uwagi Sławomira, bo pewnie ani dużo zrobić dla niego nie mogła ani go specjalnie nie pociągała. Trudno. Takich westchnień żalu zresztą wydobyłam z siebie podczas czytania znacznie więcej. Mimo tego, tym którzy nie czytali Baltazara, poradzę żeby jednak spróbowali, bo można z niej dowiedzieć się jak słynni literaci traktują siebie i otoczenie, gdy są  u progu kariery. Takie portrety narodzin geniuszu i wspierającego te narodziny egocentryzmu są zawsze pouczające.

A co z filmem? Dla mnie jedynym kluczem do uczynienia go znośnym, jest potraktowanie pomysłów Aronofskiego jako pastiszu sztandarowych dzieł gatunku. Korytarz w mieszkaniu Niny do złudzenia przypomina ten, po jakim błąkała się Deneuve we Wstręcie Polańskiego. Rana na plecach Niny jest efektem takiego samego nerwowego drapania jakiemu poddawała swoja dłoń służąca wielebnego Gustawa w Fanny i Aleksandrze Bergmana. Winona Ryder wbija sobie pilnik od paznokci w twarz gestem żywcem przeniesionym z Psychozy Hitchcocka. Pozostaje żałować, że reżyser nie sięgnął do klasyki przy kręceniu scen baletowych z udziałem Portman. W rezultacie tego niedopatrzenia podczas zbliżeń ruchy Natalie kojarzą się bardziej z bezradnością topiącego się w stawie pisklęcia, niż gracją Królowej łabędziego  Jeziora.

Dlatego tych, którzy nie widzieli filmu, zachęcę by nie szli do kina, tylko poszukali kawałków na youtube. Tych końcowych oczywiście, gdzie można nacieszyć oko dziełem sióstr z Rodarte.