Miesiąc: Lipiec 2015

w starym domu

Lustro

Ach, gdybyż tak obiady same się gotowały! Gdyby podłogi, dywany i porcelana same umiały o siebie zadbać. Pan Einstein mógł wymyślić coś dla ułatwienia prac domowych, nieprawdaż? Zamiast pleść o czasie i tym podobnych, czego i tak nikt nie ogarnia.
Sara Waters „Za ścianą”, Str 119, 120

Frances, dzielna Frances, zaharowana Frances, kobieta, jakich teraz już nie ma. Były takie zaraz po pierwszej światowej wojnie, jeszcze ograniczone niemożnością podjęcia pracy, oszołomione nagłym brakiem wsparcia braci, ojców i mężów. Ten dziwny etap historii feminizmu bierze pod lupę Waters, i powiedziałabym, że wychodzi jej to nieźle.
Bohaterka tej książki, wspomniana Frances, to niegdyś zamożna panna, obecnie zmuszona sytuacją finansową do pełnienia jednocześnie roli kucharki, sprzątaczki i majordomusa. Frances ściera, zamiata, odkurza, pucuje, ręce robią się jej szorstkie, cera traci blask, włosy tkwią w nieładzie. Przedstawia sobą obraz nędzy i rozpaczy tak bardzo, że czytając miałam ochotę wskoczyć w wehikuł czasu i popędzić w rok 1922, żeby jej podrzucić jeśli nie mopa, to przynajmniej gumowe rękawiczki do sprzątania.
Na szczęście (czy aby na pewno?) Frances znajduje pociechę. Z mydlin i oparów wołowego gulaszu, niczym Venus z morskiej piany, wyłania się miłość, wielka, namiętna , romantyczna. I grzeszna, bo nie dość, że pozamałżeńska, to lesbijska. Frances zakochuje się (ze wzajemnością) w Lilian, lokatorce, zamieszkującej wraz z mężem pokoje niegdyś należące do  braci Frances. Sielanka kwitnie, powieść zaczyna przypominać romansidło dla pokojówek z epoki, akcja toczy się wartko, choć jakby bez suspensu.
Ten jednak pojawia się gwałtownie i na przestrzeni kilku stron strąca czytelnika z puchatych miłosnych obłoków w mroczny kryminał. Jest dobrze i szybko, choć mogłoby być lepiej.
Gdyby, po pierwsze, tłumacz bardziej się starał, bo zatykało mnie nieraz, kiedy znajdowałam takie na przykład fragmenty: „Wielu szczęśliwych powrotów – przypomniała sobie w porę Frances. Przyniosły prezenty”(Ibidem str 217). Mogę się założyć, że Frances w wersji oryginalnej mówi many happy returns i po prostu chce życzyć gospodyni wszystkiego najlepszego z okazji urodzin. Na szczęście książkę czyta się tak wartko, że większość błędów tłumacza ma szansę pozostać niezauważona.
Drugi, poważniejszy problem, to powierzchowność tej książki. Owszem, błyskawicznie mija przy niej czas, ale jest to tylko sprawnie sporządzone czytadło. Dopiero przy napięciu wszystkich strun dobrej woli czytelniczej możemy dojrzeć, że dom w którym mieszkają kobiety, jest niemym, ale istotnym bohaterem książki, uosabiającym tradycję i konserwatyzm starej Anglii. Możemy też pobawić się imionami dziewcząt i stwierdzić, że Frances brzmi prawie jak frank czyli szczera, a Lilian przypomina demoniczną Lilith. Pytanie tylko, czy te skojarzenia to nasz nadmiar wyobraźni, czy rzeczywiste zamierzenia autorki.

mowa o:

Waters

Reklamy

na Stawisku

Bułgarskie róże

Swego czasu dałem mu do oceny moje wprawki poetyckie. Spojrzał spod oka i z namaszczeniem rozpoczął – Bo musisz wiedzieć, że dla poety najważniejsze to …- zawiesił głos, a ja z niepokojem czekałem na słowa Mistrza – To…bogato się ożenić! I na tym właściwie skończył lekcje.
Piotr Mitzner „Hania i Jarosław Iwaszkiewiczowie” Str 14

Nie wierzyłam, że na niecałych 150 stronach tej malutkiej książeczki pomieści się historia ponad pięćdziesięcioletniego związku małżeńskiego. A jednak! Mam wrażenie, że znalazło się tu wszystko, co było najistotniejsze w małżeństwie Iwaszkiewiczów. Na dodatek opowiedziane z taktem, ale bez owijania w bawełnę. Jest wiec poruszony temat i homoseksualizmu Jarosława i choroby psychicznej Anny, jak i obecnie niepopularnych, politycznych skłonności pisarza.
Niewątpliwie uroku i wiarygodności całej opowiastce dodają świetnie dobrane cytaty z pism głównych bohaterów oraz wypowiedzi im współczesnych. Na równych prawach znalazły się tu dywagacje pisarza, jak i wspomnienia gospodyni o obyczajach panujących na Stawisku.
Wszystko to sprawia, że można te książkę potraktować jako cenne kompendium wiedzy o Iwaszkiewiczach. Lub jako doskonały wstęp do bardziej wnikliwej lektury dzienników pisarza i jego żony.

mowa o:

 Iwaszkiewiczowie 1

bez tańczących żurawi

Ptaki 2

Zbliżała się już chyba pora lunchu, bo po drugiej stronie ulicy zobaczyłem gromadki urzędników w śnieżnobiałych koszulach z krótkimi rękawami, wysypujące się z przeszklonego budynku, tam gdzie kiedyś stał barek pani Kawakami. Patrzyłem i nie mogłem się nadziwić, jak bardzo ci młodzi ludzie tchną optymizmem i zapałem.
Kazuo Ishiguro „Malarz świata ułudy”, Str 301

Zupełnie nie to. Nie tak, jak sobie wyobrażałam. Nie trafiłam z tej książki do mglistej krainy snów szkicowanych piórkiem. Jak sugerował tytuł. Tylko do starej Japonii. Gdzie małżeństwa są aranżowane, ojciec traktowany jak mniejszy, ale jednak bóg, a honor ma wielkie znaczenie.
Narrator opisuje ten świat oszczędnie i z taką dozą niedomówień, że bez dobrej znajomości historii współczesnej Nipponu ciężko jest zrozumieć wszystkie niuanse opowiadanej historii. Dziwnie przypominającej dzieje naszych artystów ubiegłego wieku. U nas sztukę zdegenerował swojego czasu socrealizm, w Japonii, też nie brakowało chętnych do użycia artystów i ich dzieł w celach propagandowych. W każdym przypadku skutki były opłakane. W Japonii dodatkowo tragiczne, bo niegdysiejsi „mistrzowie” stawali się w jednym momencie znienawidzonymi bałwochwalcami dawnego reżimu.
Niektórzy ze wstydu i rozpaczy popełniali samobójstwa. Inni nie do końca zrozumieli na czym polegał ich błąd. Do tych ostatnich zalicza się bohater i jednocześnie narrator tej jednej z najgłośniejszych powieści Ishiguro.
Powieści odkładanej przez mnie na specjalną okazję, po której obiecywałam sobie wiele. W trakcie czytania okazało się, że za dużo. Bo o ile wątki obyczajowe uznaję za fascynujące, to już polityczno historyczne opowieści, zagęszczone w drugiej połowie książki, ciężko jest mi zaliczyć do ekscytujących. Przyznaję, że podczas ich czytania często wzdychałam zastanawiając się, ile jeszcze zostało mi do końca. I czemu Ishiguro tak mocno przegina narracje w stronę innej propagandy, tym razem na rzecz pędu Japonii ku nowoczesności.

mowa o:

Malarz

niewyczesana

Potargana 1

Miewała też chwile, w których lepiej było się do niej nie zbliżać, by nie zaburzyć jej zanurzenia w sobie. Nie zakłócić podróży w wewnętrzną dal. Piosenki – fenomenalne katharsis dla smutku – szlifowały go i puszczały w świat.
Ula Ryciak Potargana w miłości, O Agnieszce Osieckiej, str 392

Dzięki Ci, o Opatrzności Czytelnicza, że nie dałaś mi wziąć tej książki do wakacyjnej walizki! Wielkie by poczyniła pustki tekstem swoim w nastroju kanikuły mojej.
A tak zawód został odłożony na czas, kiedy to sadowiąc się z książką na balkonie naiwnie sądziłam, że czeka mnie bal nad bale, bo przecież życie Osieckiej niczym innym nie było. A tu ani bąbelków ani serpentyn, jedynie smętna potańcówka przy kiepskiej żarówce zrobiona.

Potargana 6
Niczego nie widać wyraźnie, ni bohaterki ni jej znajomych. Miłości jej życia niby wzięte pod reflektor, ale jakoś tak od tyłu, że ciężko się domyślić o kogo chodzi i dlaczego najpierw dobrze szło, a potem się rozeszło. W mętnym świetle majaczą też podróże nie wiadomo jak, przez kogo i do kogo organizowane. Bo czasy Agnieszki, to przecież okres, kiedy paszport nawet przyśnić się niektórym nie mógł, bo nigdy na żywo nie widziany, był abstrakcją tak czystą, że niemożliwą do wyobrażenia.

Potargana 4
Tymczasem panna Osiecka robiła fru do Paryża, do Niujorku Londynu czy jakiejś Genewy, bez większego problemu. Więcej niż tekst, w tej kwestii wyjaśnia zdjęcie publikowane w książce, na którym Mieczysław Rakowski (w kąpielówkach) wpatruje się intensywnie w udo Agnieszki (w bikini). Skąd i jak ci Państwo się znali autorka nie pisze.

Potargana 2
Za to z lubością ciągnie temat analizy psychologicznej swojej bohaterki, snując takie na przykład dywagacje: „O Ile miłość nieustannie szkicowała wyboiste parabole na współrzędnych jej życia, o tyle wolność –być może jako jedyna kategoria w jej życiu -stanowiła niezmienną wartość”(ibidem. str 281).

I tu wychodzi kolejny, chyba największy problem jaki miałam z tą lekturą. Styl, w jakim została napisana. Wyboisty właśnie, najeżony hiperbolami, przenośniami, uniesieniami, usztuczniony poetyką, zaśmiecony romantyką. Aż mi nieraz ciarki po plecach chodziły, że tak jeszcze w naszych czasach pisać można. Czytając, wznosiłam coraz to oczy do nieba, zerkałam w górę na chmury i zaprzyjaźnionego pająka, który w rogu balkonu albo tańczył tango albo pukał się w czoło. Do dziś nie wiem, jak jego komentarz do mojej lektury zinterpretować.

Potargana 3
A jakby komuś było trudno mój komentarz zrozumieć, to powiem jasno: Książki nie kupować! Jak Was życiorys Osieckiej kręci, idźcie do księgarni, schowajcie się w półki, przeczytajcie Potarganej ostatni rozdział, w którym dobrze jest dzieciństwo i początki Osieckiej napisane (tak jest, żeby było dziwniej, początek jest na końcu), potem obejrzyjcie zdjęcia i spokojnie na półkę książkę odłóżcie. Nic przez to nie stracicie, a wręcz zyskacie cztery dychy z okładem i czas na czytanie czegoś naprawdę dobrego.

mowa o:

Potargana

odgłosy ciszy

jaśmin

Każdego roku moje urodziny wypadają w najmroźniejszy dzień zimy. W taki dzień, kiedy ostatnie suche liście spadają z drzew w głębi lasu. Z zimna wszystko zastyga w bezruchu. Nawet wiatr cichnie, jakby przymarzł do nieba.

Yoko Ogawa „Miłość na marginesie”, str 124

Hiromi Kawakami, Kawakami Hiromi, klepałam przed wakacjami we wszystkie dostępne przeglądarki księgarni i wydawnictw. I nic, ciągle nic, wychodziły tylko te tytuły, które w poprzednich latach zaliczyłam. Przyzwyczaiłam się już, że co rok mam na leżaku nową książkę Hiromi i sobie w jej niespiesznym świecie wypoczywam, a tu taki zawód!
Nowej Hiromi nikt w tym roku nie wydał. Cóż robić, trzeba sobie jakoś radzić, poszukać zastępstwa.
Jak pomyślałam tak poczyniłam i wydłubałam z regału inną japońską książeczkę. Co prawda tytuł tracił kiczowatą romantyką, ale już gabaryty dzieła przemawiały na jego korzyść (to mały i niewiele ważący tomik) i w rezultacie wylądowało w wakacyjnej walizce.
I bardzo dobrze się stało, stwierdziłam, kiedy powoli rozczytywałam się w tej historii dziewczyny o problemach małżeńskich i laryngologicznych.
Od razu powinnam wyjaśnić, że nie jestem fascynatką powikłań słuchowych i sercowych. po prostu, jak zwykle przy japońskiej prozie, z lubością zanurzałam się w atmosferę książki. Senną, niespieszną i nierzeczywistą.
Nic do końca nie jest tu jasne, bohaterka słyszy zbyt wyraźnie lub ma dźwiękowe złudzenia, a wszystko zaczyna się w momencie, gdy mąż oznajmia jej, że odchodzi. Ale nie jest to opowieść o wendecie, męskiej nieczułości i rodzinnych awanturach. To raczej opowieść o zaleczaniu uczuć, wychodzeniu z depresji.
Towarzyszy w tym bohaterce przypadkowo poznany mężczyzna, którego spotyka podczas wywiadu z osobami cierpiącymi na zaburzenia słuchu. Ponieważ jest on stenografem, nikt, oprócz naszej bohaterki, nie zwraca na niego uwagi. Chociaż w miarę czytania zastanawiałam się, czy tylko to było przyczyną jego niewidoczności. A może tak naprawdę istniał tylko w wyobraźni dziewczyny?
To, jak rozwijała się ta historia, coraz bardziej utwierdzało mnie w przekonaniu, że więcej tu zmyśleń niż autentycznych zdarzeń z życia bohaterki. Co mi absolutnie nie przeszkadzało w delektowaniu się tą książką, wręcz dodawało jej tego charakterystycznego posmaku ,który tak bardzo u Hiromi lubię.
I teraz, kiedy tak sobie o niej piszę, zerkam na okładkę z nostalgią i żałuję jednego: że tak wcześnie ją przeczytałam. Bo byłaby to lektura przynosząca prawdziwe orzeźwienie w ten upalny weekend.

mowa o:

summer mess 1