Miesiąc: Grudzień 2010

pod gałęziami, pod igełkami

I jak? Przeżyliśmy. Przejedliśmy i przegapili. Tu i ówdzie podczytaliśmy. Zwłaszcza przy pakowaniu prezentów. Jak zwykle nie udało mi się żadnego z planowanych książkowych wrzutów pod choinkę przeczytać, a na przeglądanie przy zawijaniu w papier czasu było niewiele. Najbardziej żałuję, ż nie zdążyłam zaliczyć „Balladyn i romansów”, bo książka we fragmentach wygląda na odjazd w krainę fantazji współczesno mitologicznych. No po prostu bogowie wszelkiego autoramentu lądują w Polszcze i się zaczyna. Nike jest milionerką, Hermes zaczepia się w DHL-u, Apollo zajmuje się reklamą i promocją. Reszty nie powiem, bo nie skończyłam. Oczywiście książkę namierzyłam dzięki blogowi! Jak ktoś chce wiedzieć, co się dzieje na rodzimym rynku wydawniczym, niech się nie szwenda po księgarniach, tylko zajrzy do readeatslip. Tam wszystko będzie, a przynajmniej znacznie więcej niż w empiku. Nie żebym na empik narzekała, bo wykazał się przed świętami i rabatem i pośpiechem przy dostawie i niezwykłą cierpliwością przy moim zakupowym marudzeniu. Może oni tam o książkach nic nie wiedzą, ale o obsłudze klienta jak najwięcej. Przynajmniej tyle, a właściwie aż tyle, bo doprawdy powiadam że moje doświadczenia zyskane przy okazji gwiazdkowych zakupów dowodzą jak marną uwagę ciągle przywiązuje się do jakości obsługi w sklepach, a zwłaszcza w sklepikach. W jednym na przykład skasowano ode mnie ekstra zapłatę za owiniecie czegoś tam w skrawek celofanu i zatknięcie papierowej kokardki. Akcesoria- pakowanie na prezent się to nazywało, ha!

Nic to, właścicieli prywatnych sklepików i ich pracowników odsyłamy do lektury Kotlera i Kamyczka, a sami pociągnijmy jeszcze temat podchoinkowych hiciorów. U mnie największy entuzjazm wzbudziły listy Przybory do Osieckiej, o których całkiem niedawno pisano w WO. Tekstu nikt nie zdążył nawet linijki czytnąć, bo sobie tak wyrywaliśmy tę niezwykle urodziwą książczynę. Do oglądania wspaniała, a jaka w czytaniu jest to się nie przekonam, bo nie mnie się niestety dostała.

Własnym stosem gwiazdkowym pochwale się w tak zwanej krótce, a teraz chętnie dowiedziałabym się co u Was zrobiło największą furorę z wyciąganych spod drzewka prezentów?

mowa o:

Reklamy

tyci, tyci, tyciusieńki

 

 

Życie zaczyna się wieczorem, kiedy się zasypia, i robi przerwę, kiedy rano człowiek się budzi. Musicie nazwać zaśnięcie przebudzeniem, a przebudzenie zaśnięciem. Kim jesteś z zawodu?

Chodzicielem do biura-odrzekłem.

Aha-odpowiedział Król- Zatem rano zasypiasz i śnisz przez cały dzień, że jesteś chodzicielem do biura i że pracujesz, pracujesz i pracujesz. A wieczorem, kiedy położysz się do lóżka, budzisz się i jesteś przez cała noc tym, kim rzeczywiście jesteś. Raz pilotem, raz wioślarzem, a raz bo ja wiem kim. Czy tak nie jest lepiej?

Axel Hacke „Maleńki Król Grudzień”,  Str 21

 Wychynął spośród opasłych tomów, poprawił koronę i sapnął: a kiedy to ostatnio kupiłaś książkę z obrazkami? Takimi prawdziwymi, kolorowymi i na całą stronę? Hę? Pomyślałam sobie ze faktycznie, było to baaardzo dawno temu. Tak dawno, że nie potrafię określić nie tylko dnia ale i miesiąca i pory roku. Król zadowolony wygładził swój purpurowy, aksamitny płaszczyk, a ja czym prędzej chwyciłam go w objęcia i pobiegłam do kasy.

W taki to sposób poznałam sympatycznego jegomościa, Króla Grudnia Drugiego. jest podobno maleńki i z wiekiem kurczy się coraz bardziej. Mieści się do kieszeni, żywi się żelkami i umie prowadzić dziwne rozmowy. Takie, jaki polubić mogą tylko miłośnicy bajek dla dorosłych. Nie wiem czy się do nich zaliczam, niektóre z poglądów Króla Grudnia wydawały się troszkę oklepane. No bo wszyscy chyba wiemy, że nie można tłamsić w sobie dziecka, prawda? Dlatego zabieramy się za ubieranie choinek, pakujemy prezenty w papier w gwiazdki i zajadamy się kutią . W ramach kultu niedorastania możemy też właśnie kupić tę książeczkę. Nie żeby się rozkoszować jej filozoficzną mądrością, ale żeby się po prostu nacieszyć towarzystwem grubiutkiego i malutkiego króla, który w złości rzuca kostkami cukru, sny trzyma w pudełkach i opowiada historie o niebieskim smoku, ściskającym nas za szyję, kiedy idziemy do pracy.

Właśnie wyjrzałam przez okno. I wyraźnie zauważyłam zawinięty za róg bloku błękitny ogon. Pewnie już czeka na poniedziałkowy ranek. Ale my z królem narazie schowamy się w półki z książkami.

mowa o:

 

mowa o:

szkoła mówienia

Powiedziała mi, że książki z biegiem lat potrafią się zmieniać nie mniej niż ludzie, z tą różnicą, że ludzie, prawie wszyscy, w końcu opuszczą mnie, jeśli pewnego dnia przestanę być dla nich źródłem korzyści albo przyjemności, przestanę budzić zainteresowanie albo chociaż poprawiać samopoczucie – natomiast książki nie opuszcza mnie nigdy. Ja na pewno czasami będę je zostawiać, niektóre pewnie na długie lata albo na zawsze. Lecz one, książki, nawet jeśli je zdradzę, nigdy się ode mnie nie odwrócą: w zupełnej ciszy , pokornie będą na mnie czekały na półce. Choćby nawet dziesiątki lat. Bez słowa skargi. Aż pewnej nocy, kiedy będę którejś z nich potrzebował, choćby o trzeciej nad ranem, choćbym ja nawet zaniedbywał przez lata i już prawie wymazał z pamięci – ona mnie nie zawiedzie, lecz zejdzie z półki, by w trudnej chwili dotrzymać mi towarzystwa. Nie będzie się ze mną rozliczać ani robić wymówek, nie zada sobie pytania, czy warto, czy na to zasługuję ani czy nadal jej odpowiadam, tylko przyjdzie natychmiast, kiedy ja o to poproszę.

Amos Oz, „Opowieść o miłości i mroku”, Str 320-321  

 Tęsknicie za czymś, za kimś, ale nie wiecie, jak o tym powiedzieć? Nie umiecie myśleć o utracie? Nie potraficie wspominać swojego dzieciństwa i jego towarzyszy? On was tego nauczy. Pokaże, słowo po słowie, jak można zaglądać w przeszłość. Swoja własną i cudzą, opowiedzianą przez ciotki, wujków i starych sąsiadów. Powoli, powolutku podprowadzi Was do odpowiednich drzwi, pokaże jak złapać za klamkę, żeby nie skrzypiały, jak je otwierać, żeby nie oślepiło i nie zawiało Was to, co po tamtej stronie. I będzie pięknie, jak w teatrze cieni.

A potem? Potem nie da się już przeczytać żadnej innej książki wspomnieniowej. Bo ta jest bez porównania. Choć powtarzają się w niej, jak refren starej piosenki, te same opowieści. Choć czasem zalatuje polityką i dywagacjami na tematy, które niekoniecznie mogą zainteresować nie-Izraelczyka. I tak warto. I tak sporo się zmieni w każdym, kto przejdzie przez tę książkę. 

mowa o:

Golfstrom

W ramach wyczarowywania zimy zabrałam się za A Winter Book Jansson. Jeśli chodzi o zimę, to efekt przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Jeśli o chodzi o książkę, to efekty byłyby znacznie lepsze, gdybym była rybakiem lub przynajmniej właścicielką żaglówki.

Na okładce A Winter Book zamiast –jakże mylących- ździebeł zaśnieżonej trawy powinno być ostrzeżenie „sailors mainly”. Uważam, że taka adnotacja należy się książce, w której nawet wiewiórki zabierają się za sterowanie łodzią i jedną trzecią tekstu stanowią opisy techniczne z zakresu pielęgnacji i obsługi łodzi. Pozostałe dwie trzecie to ilustracje wspomnień z dzieciństwa i psychologiczne portreciki osób i towarzyszących im wydarzeń. Jest na przykład ostrą kreską nakreślona postać starej panny z artystycznymi ciągotkami, która sposobem bycia nieodparcie przypomina Filifionke. Można tez zobaczyć cień włóczykija w opowiadaniu podróż z małym bagażem, gdzie bohaterka bez skutku stara się emocjonalnie uniezależnić od otaczających ją osób.

Przyznaję, że w miarę czytania z ulgą odkrywałam, że walka ze sztormem i cumami nie jest jedynym przedmiotem fascynacji literackich Tove. Natomiast nie udało mi się zrozumieć dlaczego te, tak mocno zróżnicowane historie, zostały objęte tytułem Zimowej Książki. Dosłownie dwa czy trzy opowiadania dzieją się w okresie chłodów, niektóre z nich nie mają w tle określonej pory roku, a kilka dotyczy upalnego lata. Chyba bardziej chodziło o wiek autorki, bo większość zebranych w tomie historii Tove napisała wiosnę życia mając już za sobą. Poza tym temperatura tych tekstów też nie jest najwyższa.

Było to moje pierwsze czytanie Jansson po angielsku i styl wydawał mi się zimniejszy i bardziej wypolerowany od tego, jaki znam z polskich wersji. Było to trochę tak, jakbym osobę zwykle widzianą w powyciąganym rozpinanym swetrze i lekko rozchodzonych butach nagle zobaczyła w starannie wyprasowanej czarnej sukience i wypastowanych i mocno zasznurowanych trzewikach. Niby się znamy, ale daje się odczuć pewną obcość i dystans. Dlatego nie zachwycę się bezgranicznie tą książką. Ale z przyjemnością powrócę do opowiadania o tym, jak mała Tove i jej matka zostały same w domu powoli zasypywanym przez śnieg. Albo tego o tym, jak jej rodzice urządzali co wieczór towarzyskie spotkania dla przyjaciół i lokalnej bohemy. Albo tego zawierającego listy od japońskiej nastolatki będącej wielbicielką Tove. I jeszcze tego w którym Tove opisuje swój sen o lataniu. A jak skończę, pewnie sięgnę po kolejną książkę Jansson nigdy nie wydaną po polsku. Bo bez względu na to w jakiej jest wersji językowej, pisanie Tove ma ten urok, któremu trudno mi się oprzeć.

mowa o: