Miesiąc: Luty 2012

od dwusetki słucham poetki

Siedem tomów – litości.

Nie dałoby się tego streścić, skrócić,

albo najlepiej pokazać w obrazkach.

Wisława Szymborska „Nieczytanie”

Ha, wygląda, że blog doczekał dwusetnej notki. A wraz z nią kilku przyjemności. Pierwsza to pojawienie się zbiorku wyklejanek Wisławy Szymborskiej. Książeczka tkwiła niepozornie wśród księgarnianych stosów w okresie największej posuchy na tytuły Pani Wislawy. Okazało się bowiem, że gdy noblistka opuściła ziemię, wszędzie było o niej głośno, tylko nie w księgarniach. Tu na pólkach panowała cisza i dopiero ten zbiorek ja przerwał, stał się rozedrganym chichocikiem szeptem zza chmurki. Mnie się udało ten szepcik złapać i teraz prawie czuję się jakbym dostała osobistą korespondencję od poetki. Przeglądam, oglądam i się zastanawiam, czy ktokolwiek wpadnie na pomysł zamienienia tych świetnych kolaży w prawdziwe kartki pocztowe i papeterie. Oby tak.

 

Następnym doczekaniem jest pokazanie się Mironowych tajnych dzienników. Na dokładkę towarzyszy im wydanie wspomnień o poecie, bogato uzupełnionych zdjęciami. Można zobaczyć jak wyglądał tajemniczy Le i czy Stańczakowa słusznie została zagrana przez Krystynę Jandę (moim zdaniem nie). Jakby jeszcze ktoś wznowił dziennik podwójny właśnie Jadwigi Stańczakowej, to miałabym wreszcie wszystko co chcę o Mironie.

  

Zetkniecie się pary takich poetów w miejscu pozaziemskim oraz w stosie na moim czytelniczym stoliku, musiało wywołać jakieś prądy mesmeryczne. Najpierw przyciąganie zostało wygenerowane słowami Szymborskiej. Do dzieła Prousta, nie dodają w księgarni pilota, nie można się przełączyć zajadziła mi prosto w czytelnicze sumienie poetka. Potem Miron opowiadał szczegółowo obrazki z przeszłości, zamalowywał okna i uciszał sąsiadów. Zupełnie jak Marcel. Proust miał przecież zawsze zamknięte okiennice, a żeby odciąć się od hałaśliwych sąsiadów kazał cały swój pokój wyłożyć korkiem. Dopiero wtedy mógł żyć i przede wszystkim pisać.

Wiem to wszystko, bo tych dwoje, o których wcześniej pisałam, wreszcie nakłoniło mnie do poszukania Marcela na półce. Wystartowałam od opowieści o twórcy, a potem, gdy zaczęło się omawianie poszczególnych tomów, sięgnęłam po pierwszą cześć. Nie wiem, czy przeczytam wszystkie, bo kuszą mnie nowości, biblioteka przymusza napominaniami do czytania wypożyczeń, zapowiadana dyskusja u Ani nęci do Lodowego Pałacu. Ale książka została otwarta, początkowe akapity zatoczyły krąg, zamąciły rzeczywistość. Magia włączyła pierwszy bieg.

mowa o:

Reklamy

Czekając na Mirona

Nie jestem dzieckiem natury. Mam w sobie jeszcze tę siedemnastowieczną niechęc do marszczonego od wiatru błota i do podjeżdżającego na zimnie zawiewu zielska, mam tak jak i mój ojciec, a Ojciec po dziadku, pęd do miasta, hałasu i tłoku. Nasi prapra, kiedy utknęli w błocie na pewno marzyli o życiu w kupie, w cieple i o chodzeniu po twardym.

Miron Białoszewski, Szumy, zlepy, ciągi, Str 215

Ostatnio przy oglądaniu niusów nieźle się zdziwiłam. Pomiędzy fragmentem o tym jak kogoś zasypało śniegiem, a obrazkiem uśmiechniętego twórcy nowych światów z pudełek zapałek, zobaczyłam równiutki rząd sunących po taśmie produkcyjnej książek. Czyżby jednak ósmy tom przygód Harrego Pottera? Ależ nie, o niespodzianko, na okładce nasz rodzimy czarodziej i to sprzed lat co najmniej paru. Rewelacja i sensacja rynku wydawniczego to nie chłopiec z blizną na czole, a facet w worowatych spodniach i z łysinką. Oto szykuje się pierwsze wydanie tajemniczych dzienników Białoszewskiego, ostrzega spiker głosem tak pełnym napięcia, że niektórzy widzowie gotowi kupić książek w ciemno, przekonani, że Miron był co najmniej asem PRLowskiego wywiadu.

Chociaż sama nie spodziewam się tam innych poza stylistycznymi rewelacji, to książkę już zamówiłam. A nawet dwie, bo przecież równolegle ma się ukazać również zbiór wspomnień o Mironie. Jednym słowem ful wypas dla każdego czytelnika MB. Na razie pozostaje głód i tęsknota, i żeby jakoś przebiedować, sięgnęłam po kolejny tom prozy Mirona. Zaraz jak zaczęłam się wczytywać okazało się, że jest on niepokolei właśnie, bo dotyczy czasu sprzed Chamowa, od którego znajomość z Mironem zawarłam. Trudno, czytać się i tak da, bo przecież nie o chronologię i ciągłość wydarzeń w tych książkach chodzi. Autor sam daje to jasno do zrozumienia mieszając opowieści współczesne, czyli te z roku 1973, z historyjkami z czasów okupacji i wczesnych lat pięćdziesiątych. Raz wszystko jest opowiedziane prawie zwyczajnie, raz zupełnie po mironowemu, z tańczącymi w blasku luster rękawami koszul suszących się w łazience, babami gadającymi o kieckach i szukającymi chłopa, raczej na stałe. Czasem się coś mota, czasem imiona mylą, są poznane wcześniej Berbery oraz LuLe, jest wiele osób znienacka wyskakujących z powieści. Miron kręci kolejną karuzelę z codziennościami, podczas lektury lekki zawrót i zamglenie wzroku murowane. Ale znowu okazuje się, że warto dać się wyprowadzić Białoszewskiemu z równowagi.

mowa o:

mieszkanie i skryba

Podróże do domów są podróżami w życie. 

Dandra Petrignani Domy pisarek, Str 218

 

Sandra Petrignani zrobiła, coś, o czym marzy chyba każdy czytelnik mający choćby jednego czy dwóch ulubionych autorów. Wsiadła w samochód, pociąg, a nawet samolot, by zwiedzić domy niegdyś zamieszkiwane przez interesujące ją pisarki. Potem to, co zobaczyła postanowiła opisać w niewielkiej książeczce, opowieści o wnętrzach domostw uzupełniając danymi biograficznymi każdej z kobiet. W ten sposób powstało sześć osobnych historii, w których wędrówka po niezamieszkanych już siedzibach pisarek jest jedynie pretekstem do rozpoczęcia pogawędki na temat ich życia. To podejście zdaje siewtnie egzamij  wprzypadku gdy mowa jest o nazwiskach zupełnie u nas nieznanych lub zapomnianych. Nigdy do tej pory nie udało mi się usłyszeć ani przeczytać o nolbistce Grazii Deledda, pierwszej kobiecie dopuszczonej do Akademii francuskiej Marguerite Yourcenar, czy zafascynowanej Tybetem Alexandrze David-Neel.

Tym sposobem książka stała się nie tylko okazją do zaglądania za cudze drzwi i okna, ale i dała możliwość poznania kilku fascynujących postaci świata literatury. Każda z nich miała niezwykłą osobowość, Deledda była utalentowaną bajarką, Yourcenar szalona starszą panią zakochaną w młodym geju, David-Neel niestrudzoną wędrowniczką po buddyjskich świątyniach i pustelniach. Ich domy w mniejszym lub większym stopniu odzwierciedlały ich temperamenty i fascynacje. Chyba najbardziej tradycyjną siedzibę miała Deledda, z solidnymi mieszczańskimi meblami. Yourcenar mieszkała zdaje się w czymś, co stanowiło mieszankę stylu wiejskiego z ascetyzmem zen. David – Neel oczywiście miała pełno pamiątek z dalekich podróży i jej dom chyba najmocniej pokazywał zakres jej zainteresowań, zresztą podobno miał być reklamą stylu życia i wierzeń właścicielki.

Oprócz domów pisarek nieznanych, Petrignani opisuje siedziby i moich ulubionych autorek. W przypadku Colette i Woolf odnośniki biograficzne nie robiły na mnie zbyt wielkiego wrażenia, stały się tylko okazją do przypomnienia sobie faktów, o których już kiedyś czytałam. Dlatego tutaj bardziej skoncentrowałam się na temacie przewodnim i odczuwałam niedosyt, że jest on tylko dodatkiem do całej reszty. Chętnie poczytałabym więcej o czerwonej sypialni Colette,  w której autorka Klaudynek spędziła ostatnie lata życia. Wolałabym dowiedzieć się czegoś o pochodzeniu i historii wypełniających ją przedmiotów, o tym, czy udało im się również odegrać jakaś rolę w życiu lub książkach pisarki.

W ogóle podczas czytania żałowałam, że książka nie ma innej formy, że zamiast mnóstwa kolorowych szczegółowych zdjęć musiałam się wpatrywać w niewielkie i z reguły czarno białe odbitki. A gdyby tym naprawdę dobrze napisanym tekstom towarzyszyła odpowiednia oprawa graficzna, to mielibyśmy do czynienia z prawdziwym skarbem, albumem naprawdę o dużej urodzie słowa i obrazu. A tak pozostaje  książeczka, której zaletą jest to, że bez problemu mieści się w torebce.

mowa o:

brak

Kiedy wymawiam słowo Przyszłość,
pierwsza sylaba odchodzi już do przeszłości.

Kiedy wymawiam słowo Cisza, niszczę ją.

Kiedy wymawiam słowo Nic,
stwarzam coś, co nie mieści się w żadnym niebycie

W. Szymborska (1923-2012)

siekera, młotek, dżinu szklanka

Bo w swoich, zdawałoby się, wyludnionych domkach czają się rozchełstani i zazwyczaj pijani faceci do domków, pokłóceni ze światem drwale. W rozchełstanym szlafroku pija nalewkę z butelki, palą papierosy, są w nastroju.

Michał Witkowski „Drwal”, str 28

Hua, ależ zimno. Nawet w radiu Inuici się zalęgli i bębnią chłodno, słychać, że zamarznięte tam u nich wszystko, łącznie z dźwiękiem. Idealny czas na barłożenie, borsuczenie, z lekturą do tego odpowiednią. Już Michaśka dobrze wiedział co czyni, to piecuchowanie jesienno zimowe opisując. Jego książka podnosi nastrój rozmamłania do stanu kultowego, aż się chce człowiekowi mocniej głowę w poduchę wciskać, bardziej kołdrą owijać, grajdołek wyrkowy domościc. I tylko żal czytelnika bierze, że pisarz to ma takie lajtowe życie, że może wakacje sobie urządzać kiedy chce. Nawet w listopadzie. No proszę Was, kto może sobie w listopadzie tydzień wolnego fundnąć? Nikt. Tylko on, autor, tematu poszukiwacz. I jedzie gdzie myśli, fantazja, łaknienie nowego słowa go poprowadzą. Nawet do Międzyzdrojów. No, kto by inny pojechał do Międzyzdrojów jesienią? Nikt. Tylko jemu jest dane nacieszyć się posezonową smutą, napawać kapital senter of barachło przyszarzonym deszczem.

I jeszcze może sobie do domku cudzego zapukać,  „Do chatki pustelnika, Stuk stuk, stuk stuk”, jak biała dama ze starganym włosem, jak kruk. A tam cuda, tam to dopiero królestwo rozbebeszenia wszelkiego i głupio się przy czytaniu robi, że nie można do niego herbaty z saskiej porcelany łyknąć, tylko z kubka Duki, w najbardziej wyrafinowanym przypadku. Ale przyspany gospodarz Kiepskich na szczęście ogląda, kukułki z zegara słucha i ogólnie ucieleśnieniem zakaczubiałej tajemnicy jest. I to na duchu podnosi, że nasze złemu gustowi hołdowanie też trendi może się stać, choć nie na leśnej działce, a w blokowisku się rozgrywa.

Potem autor wprowadza do akcji Luja i dopiero się wszystko do poziomu odpowiedniej bylejakości odkształca. Chociaż nie do końca, coś tu się lekko nie zgadza. Konkretnie język mi się u Luja nie zgadza. No ludzie kochani, czy naprawdę Luj taki zliteratulizowany w wypowiedziach jest? Czy mam wierzyć, że powie „coś innego sobie nagrałem”? SOBIE? Panie Michale, mnie się trochę takich Mariuszków po ofisie kręci. To znaczy nie dokładnie takich, może oczko wyżej są w ewolucji lujowej, trochę eleganciejsi, czyściejsi, szalikiem kibola nieogrzani, old spajsem nawet chlapnięci, ale poziom wypowiedzi trzymają podobny. I oni jak historię swoją snuć zaczynają, to zagajenie idzie tak: „gdzie to my wtedy byli? A, to jak poszłem te pismo wziąść …” I leci story z gramatyką, składnią i wszystkim na odpowiednim dla takiego Mariuszka zbiurowaciałego poziomie. I on by nie powiedział sobie, tylko se, on by drzwi nie zamknął, tylko dźwi, nie mówił, tylko gadał. I tak dalej. Niech się pan, Panie Michale, do jakiegoś urzędu gminnego na pogawędkę przejdzie, to złapie pan ten styl raz dwa trzy.

 To taki wymyk niewielki, reszta, owszem, radości dała mi wiele. Te chłopaki niedogolone, niedokochane, baby szczwane, to jechanie raz Gombrem raz Mironem, ten Max vel Mikołaj blond pareń lansiarski, co hrowehem pod koniec jedzie (Rower Błażeja, a jakże, mam rację?). Te wspomnienia komuny ciepłej i bezpiecznej, Niziurski, Nienacki, miłe to w czytaniu było, nawet chichrac mi się udało tu i ówdzie nad zgrabnym zdaniem czy aluzją rzewną. Sam wątek kryminalny do policjanta nie podobny, umówmy się, że to nie o akcje detektywistyczną chodziło, tylko szeroko pojęty fan. Co i miałam go pod dostatkiem na trzy wieczory od mrozu wyblakłe.

mowa o: