Kategoria: Stephen King Dallas ’63

catcher in the pastime

Przestał być człowiekiem i stał się demonicznym widmem, które od tego dnia miało prześladować Amerykę, wypaczając jej potęgę i niwecząc każdy jej dobry zamiar.

Stephen King „Dallas ‘63”, Str 752

 Nie przepadam za zmianą czasu, ta letnia oznacza spore wytrącenie z równowagi. Jedna godzina, a robi się z tego sporo zamieszania. Jeśli tak jest przy uskoku kilkudziesięciu minut, co mogłoby się zdarzyć przy pokaźniejszej podróży w czasie?

Odbywam taką w każdy czwartek o godzinie 21.10. Wystarczy, bym siadła przed telewizorem i pstryknęła w TVP Kulturę, a wskakuję w amerykańską rzeczywistość początku lat sześćdziesiątych. Panie noszą niebywałe kiecki, choć coraz częściej próbują zrezygnować ze spódnic abażurów i zyskać wąską sylwetkę Jackie K. Panowie chodzą w garniturach, i bezustannie dzwonią lodem w szklankach whisky. Wszyscy palą na potęgę i opowiadają niewybredne żarty. W miejscu pracy liczy się władza, seks i pieniądz, i nikt nie bawi się w polityczną poprawność próbując temu zaprzeczyć.

Patrzę na to wszystko jak zaklęta, i zachwycam każdym drobiazgiem, nieskazitelnie ogolonym podbródkiem Dona, uśmiechem Peggy, ruchem bioder rudowłosej Joan. Mam fioła na punkcie serialu Madmen, pora otwarcie  się do tego przyznać.

Ta świeżo wyhodowana obsesyjka ma swoje konsekwencje. Kusząco brzmi dla mnie wszystko, co gwarantuje wędrówkę w stronę tej właśnie epoki. Z tego powodu w mig pochwyciłam ostatniego Kinga z bibliotecznej półki. Nigdy nie odwiedzana strefa literatury grozy, krwi i mroku przywołała mnie obietnicą podróży do ery Marilyn Monroe i JFK.

Od początku staje się jasne, że obietnica, przynajmniej formalnie, zostanie spełniona. Jake, narrator i główny bohater powieści, trzydziesto paroletni nauczyciel angielskiego w prowincjonalnej szkole, zostaje wplątany przez starego kumpla w tajemniczą historię. Kolega zdradza mu, ze w jego dinerze-vanie znajduje się przejście w przeszłość. Wystarczy udać się do mieszczącego się na tyłach jadłodajni składziku i zejść z przymkniętymi oczami w dół parę schodków, by znaleźć się w ciepłym dniu roku 1958. Zafascynowany Jake wybiera się na rekonesans i ze zdumieniem się przekonuje, że wszystko co mówił właściciel vana jest prawdą. Tyle, że stary kucharz nie przyprowadził Jake’a do sekretów swojej spiżarni tylko po to, by zafundować mu cudowną wycieczkę w czasie. Tu chodzi o większy plan. Dzięki zejściu w przeszłość można zainterweniować w stare wydarzenia i zapobiec niejednej tragedii. Jake postanawia spróbować i wraca w dawne czasy, by uratować przed zakatowaniem przez pijaka rodzinę jednego ze swoich dorosłych uczniów.

W ten sposób akcja rozwija się coraz raźniej, i żal o słabe zobrazowanie epoki zostaje szybko zastąpiony chęcią śledzenia zagmatwanych losów bohatera. Ten szybko wywiązuje się ze swoich zadań i wraca do teraźniejszości, żeby przygotować się do znacznie większego przedsięwzięcia: uratowania od zamachu najpiękniejszego amerykańskiego prezydenta. Jake wraca więc znowu do roku 1958 i snuje się przez kilka lat, przygotowując się do akcji na listopad 1963 roku.

Trzeba wyjaśnić sobie od razu, że Jake, jak na faceta przystało, nie zwraca uwagi na modę i inne szczególiki, stanowiące o uroku tej epoki. Razi go segregacja rasowa, ale już nie nierówność genderowa, skrupulatnie notuje niskie ceny, ale raczej nie wgłębia się w lokalny koloryt. Po drugim przejściu przez wiodącą do dawnych czasów króliczą norę ląduje się w książce, która przestaje być portretem starej Ameryki i staje się wołającym o większy pośpiech pageturnerem. Przyspieszenia należałoby na pewno dodać tam, gdzie Jake oddaje się szczegółowym opisom wyglądu i wypowiedzi przyszłego prezydenckiego zabójcy, Lee Oswalda. Zaczynają się mnożyć rodzinne sceny pokazujące Oswalda bijącego swoją żonę lub tulącego swoje nieletnie dziecko i walczącego z upiorną mamuśką.

Do jeszcze większego, jak przecukrzony karmel, zasłodzenia książki przyczynia się umieszczenie części akcji w sielskim Jodie, gdzie Jake spotyka miłość swojego życia, z którą odegra wiele wzruszających epizodów. Robi się z tego wymieszany z bryzgami krwi lukier, pulp, w którym nieraz grzęźnie chęć do dalszego czytania. Ale ciekawość, ten pierwszy stopień piekła, gna czytelnika dalej w kingowskie inferno, przez Jodie do Dallas, w opustoszały budynek, gdzie po przebyciu pięciu kondygnacji i blisko siedmiuset stron zdyszany dobiega do przełomu akcji. Potem już tylko krótka wizyta w teraźniejszości, w której nigdy nie doszło do zabicia Kennediego. Czy wyszło to Ameryce na dobre przemilczę, bo spoilerowanie nie jest tutaj celem. W każdym razie zawiódł mnie bardzo zdawkowy opis nowo stworzonej rzeczywistości roku 2011. Zresztą nie on jeden. Chociaż z drugiej strony nie mogę tylko krytykować tej książki. Jako autor fastreadu King dla mnie sprawdza się o wiele lepiej niż tak chwalony Mendoza. Co obiecuję sobie trzymać w pamięci do czasu kolejnej zachcianki na bezwysiłkowe czytanie.

mowa o:

Dallas 1

Reklamy