Miesiąc: Listopad 2010

dawno go nie było

Jesień wisi na włosku, kołysze się na ostatnim liściu trzymającym się jeszcze drzewa. Za chwilę będzie szurum burum po śniegu. Za którym się w tym roku zdążyłam stęsknić jak nigdy. Chce mi się już tej miękkiej ciszy za oknem i przytulności dobrze ogrzanego mieszkania. A przede wszystkim chce mi się tego czasu, kiedy będę mogła jedną za drugą, jak ciasteczka z pudełka, wyciągać książki z mojego stosika. Nazbierało się tego trochę, mimo mojej chwilowej wstrzemięźliwości. Przez parę tygodni bawiłam się w Susan Hill, nie kupowałam nic nowego. I okazało się, że mój wysiłek został nagrodzony. Załapałam się na zniżkę w empiku i zacierając rączki mogłam wreszcie kupić to, wokół czego chodziłam już paręnaście dni. A potem jeszcze wygrałam książkę u Nutty!

Ha, co by to się stało, gdybym tak złożyła śluby książkowej abstynencji na pół roku! Ale, że nadmiar szczęścia podobno może zabić, a brak nowych lektur doprowadzić do rozpaczy, to zdecydowałam jednak się powstrzymać przed takim eksperymentem.

 Choć pewnie poniższy zbiór wystarczyłby mi na parę dobrych miesięcy:

 

Od góry patrząc znajduje się w nim:

  1. Nie mów noc Amosa Oza, którego chce poczytać więcej
  2. Moje życie Mój czas czyli wspomnienia Marii Sapieżyny, bo znowu chcę poczytać o kobietach niezwykłych, a kogoś, kto pobyt w wiezieniu traktował jak terapię odmładniającą inaczej nazwać się nie da
  3. Wiwisekcja Patricka White’a, którego pamiętam z odrobinę traumatycznej lektury „w oku cyklonu”
  4. Zbiór 1 i 2 tomu  opowiadań Julio Cortazara, którego ostatnio polubiłam
  5. Good Night Dżerzi Janusza Głowackiego, za które dziękuję Nutcie  🙂
  6. Opętanie A.S. Byatt – wreszcie moje własne !
  7. Jak zmieniałam zdanie Zadie Smith, czyli zbiór przemyśleń na niejeden temat
  8. Jutro w czas bitwy, o mnie pomyśl Javier Mariasa, nabyte z polecenia Giery
  9. Twoja Twarz jutro czyli znowu Marias, który chyba ma małą obsesje na punkcie słówka „jutro’
  10. Huśtawka Oddechu Herty Muller, książka noblistki, o której ciekawie pisała Anka
  11. Cityboy Gerainta Andersona, czyli cuda wianki które popłynęły wraz z londyńską giełdą
  12. O malarstwie i kaligrafii Jose Saramago, które napoczęłam i szybko porzuciłam
  13. Wieczory Kaluki Howarda Jacobsona, bo chcę sprawdzić jak pisze zwycięzca tegorocznego Bookera,
  14. Nostalgia Mircea Cartarescu, o której kiedyś fascynująco napisała Chihiro

na pustyni

Chawadza Mac- zauważa Alawi- nigdy nie mówi, tylko gwiżdże. Kiedy chce, żeby pomocnik przestawił tyczkę w lewo, gwiżdże. Kiedy chce, żeby przyszedł murarz gwiżdże. Teraz gwiżdże na konia.

Agatha Christie Mallowan „Opowiedzcie jak tam żyjecie”, str 108

 Parę tygodni temu ze zdumieniem spostrzegłam, że księgarniane półki zapełniły się autobiografią Agathy Christie. Byłam przekonana, że książka ta, jak wiele innych wydanych lat temu 20 lub 30, popadła w wydawnicze zapomnienie. Zwłaszcza, że nie jest to lektura na szczególną pamięć zasługująca. Kiedyś wypożyczyłam ją z mojej biblioteki, mając nadzieję na jeśli nie rewelację, to przynajmniej wartką akcję. Tymczasem znalazłam w niej głównie  mdłe opisy wakacji w Torquay i obyczajowe obrazki z życia Anglii początku wieku. Suspensu za grosz, no ale przecież nie z kryminałem miałam do czynienia. Gorzej, że ze stron równomiernie wiało nudą i tylko sympatia do królowej kryminału sprawiła, że dotrwałam do ostatniego akapitu.

Dlatego mniej więcej wiedziałam czego oczekiwać , kiedy zabierałam się za czytanie wspomnień Agathy z jej wypraw archeologicznych. Jak pewnie każdemu wielbicielowi pisarki wiadomo, po pierwszym, nieudanym małżeństwie, Christie związała się ze sporo od niej młodszym entuzjastą wykopalisk. Zaskarbiła sobie podobno jego uczucia niezwykłą odpornością na wszelkie niewygody i pogodą ducha. Lektura wspomnień z dalekich podróży potwierdza, że Agacie nie były straszne noclegi w zapchlonych i zaszczurzonych sypialniach, z chorób wychodziła nadzwyczaj łatwo i chętnie angażowała się w pomoc przy mężowskich pracach. Oprócz tego obserwowała pilnie otoczenie i potem jak umiała przetworzyła swoje spostrzeżenia na niewielką książeczkę. Która może za czasów Agathy była egzotyczną ciekawostką, ale teraz, dla współczesnego czytelnika, jest raczej zbiorem lekko zatęchłych anegdotek. Jest w nich pewien urok minionej dawno epoki, gdy biały człowiek to był wielki człowiek i za naturalną uznawał swoją uprzywilejowaną pozycję w krajach kolonialnych. W naszych czasach czyta się to wszystko na pół z niedowierzaniem, na pół z uśmiechem przyprawionym lekko niesmakiem.

Oprócz opisów prymitywnego życia, biedy lokalnych mieszkańców, zostało w książce nakreślonych kilka szkiców świetnych typów, zdaje się powszechnie występujących w czasach Imperium. Jest wiec Mac, zimny i stateczny Anglik, który nie widzi różnicy miedzy kamieniem a materacem, bo równie dobrze śpi na każdym podłożu. Mac nie interesuje się regionalnymi atrakcjami, nie potrzebuje towarzystwa, otacza go zawsze idealny porządek, a jedyna istota która budzi w nim serdeczne uczucia to koń. Inna ciekawą postacią jest były pułkownik, który z braku innych działań wojennych prowadzi nieustanną walkę z nietoperzami zasiedlającymi jego domostwo.

Resztę książki stanowią opisy odnajdowania wykopalisk, położenia wykopalisk, organizacji wykopalisk, pracowników wykopalisk, podróży do i z wykopalisk. Trudno nazwać to wszystko porywającą opowieścią, ale jeśli ktoś miałby ochotę na chwile relaksującego poziewania nad opowiastkami z egzotyką dawnej Syrii w tle, to zostanie jak najbardziej usatysfakcjonowany.

mowa o: 

 

la belle dame sans merci

 

Wszyscy bez wyjątku jej przyjaciele nie obcując z nią nie staliby się wielkimi malarzami, wielkimi poetami, wielkimi muzykami. Tak surowa, że aż nieludzka, aż okrutna, ostrzyła opieszałe talenty, doprowadzała do rozpaczy tych, których należało do rozpaczy doprowadzić, pogardzała tymi, dla których pogarda była bodźcem.

Jean Desborgdes Misia Sert lub nowa Egeria w „Misia z Godebskich” Ewa Kossak, str. 419

 Już dawno, dawno miałam sięgnąć po tę książkę. Przyczyn szukać można by wiele. Niech  główną zostanie ta, że portret Misi towarzyszy mi od prawie dwudziestu lat. Patrzę na Misię codziennie i zawsze jest tajemnicą. Piękną tajemnicą. I wreszcie wykonałam jakiś ruch by nie tyle tę tajemnice rozwikłać, poznać, co bardziej docenić, ogarnąć jej wielkość. Rozsiadłam się wiec na sofie pod plakatem Toulouse’a Lautreca i zabrałam się za śledzenie losów Pani Godebskiej. Przede wszystkim bardzo chciałam się dowiedzieć jak ta paryżanka o polskich korzeniach stała się muzą poetów i malarzy, wyrocznią w dziedzinie sztuki, dyktatorką mód i bywalczynią najlepszych salonów. Niewątpliwie miała dwa istotne atuty w ręce: urodę i pieniądze. Poza tym miała niespożytą energię i apetyt na piękno. Urok, gest i intuicję. Potrafiła wykupić pół widowni na przedstawienie baletowe, które uznała za tego warte. W ten sposób na wiele lat wylansowała Diagilewa. Mnóstwo zawdzięczała jej też Chanel, którą Misia wprowadziła w towarzystwo, wspierała i nauczyła bycia w wielkim świecie. To Misia zainspirowała ją do produkcji perfum, a słynna chanelowska piątka pochodziła ze starej receptury, którą Godebska zdobyła dla ukochanej przyjaciółki Coco. Już grubo po pięćdziesiątce Misia pozowała dla Vouge’a w kreacjach projektantki. Ukazanie się na stronach choćby najlepszego magazynu mód musiało być błahostką dla kogoś, kto sześć razy był portretowany przez samego Renoira i został uwieczniony na kartach „W poszukiwaniu straconego czasu”. Listów od Prousta otrzymała podobno Misia taką ilość, że nie zdążyła ich w porę przeczytać.

Jednak życie nadzwyczajne nie oznaczało życia zawsze szczęśliwego. Trzy razy zamężna, ostatniego – i najbardziej kochanego- ze swoich partnerów odstąpiła o dwadzieścia lat młodszej byłej rosyjskiej księżniczce. Twierdziła, że obdarzyła obydwoje z nich miłością i chyba było tak rzeczywiście, bo śmierć młodszej rywalki przyjęła z niezwykła rozpaczą. Potrafiła byłemu mężowi wybaczyć zdradę i przyjęła go z powrotem po tragicznym końcu tego związku. Została z nim do końca i przymykała oczy na kolejne skoki w bok.

Nie ma wątpliwości, że biografia Misi jest historią nadzwyczajną. A czy jest również historią dobrze napisaną? Język opowieści jest żywy, sporo tu cytatów i szkiców postaci Misi nakreślonych przez różne osoby. Czasem jednak styl trąci myszką. Niektóre zdania wyglądają pokracznie przez brak właściwej korekty bądź nieuważnośc autorki. Czy to jednak wystarczy by zrezygnować z lektury biografii jednej z najbardziej wpływowych kobiet zeszłego wieku? Na to pytanie oczywiście każdy musi  odpowiedzieć sobie sam. Pod warunkiem, że uda się mu zdybać tę książkę w bibliotece lub antykwariacie.

mowa o:

biegnij, Alice, biegnij

Ostatnio jeden z moich tekstów zjednoczył się z pewnym Magazynem. Dotyczył książki Alice Munro „Uciekinierka” i głosił jak poniżej :

 Zbiór opowiadań Munro to książka zasłużona. Tak głosi informacja na obwolucie, gdzie zamieszczono nie tylko pochwały od samej Margaret Atwood, ale i rekomendację redakcji New York Timesa. Do tego na stronie tytułowej, niczym wschodzące słonce, tkwi złotawy i krągły order Man Booker International Prize. Gdyby to wszystko okazało się zbyt mało przekonujące, dołożono jeszcze maleńki kluczyk, symbol odnoszący się do postulatu Wirginii Woolf, by każdą utalentowaną kobietę wyposażyć we własny pokój, tak by miała miejsce do rozwijania swojej twórczości.

Właśnie ten maleńki kluczyk wywołuje pewien zgrzyt. A to dlatego, że bohaterki zamieszczonych w książce opowiadań raczej trudno zaliczyć do naśladowczyń Woolf. I to nie z powodu braku talentu. Opisywane przez Munro dziewczyny są co najmniej bystre, niektóre, jak rozmiłowana w językach klasycznych Juliet, wyjątkowo uzdolnione. Problem polega na tym, że właściwie żadna z nich nie chce własnego pokoju mieć. Bo wejście do niego, objęcie go w posiadanie, oznacza zamkniecie za sobą drzwi, za którymi toczy się „normalne” życie, jakie mogą zaaprobować otaczające je osoby. Gdy wspomniana już Juliet wraca do rodzinnego miasteczka po tym jak zrezygnowała ze studiów i zajęła się wychowaniem dziecka, czuje się wreszcie akceptowana, wręcz rozgrzeszona z wcześniejszych przewinień, jakimi było nadmierne zainteresowanie nauką i własnym rozwojem. Do własnego pokoju wróci, w sensie dosłownym niemalże, dopiero wiele lat później, gdy będzie już starą opuszczoną kobietą.

Jedną z nielicznych bohaterek z własnym pokojem jest Delphine, kobieta na pozór niezależna, kelnerka, kolorowa i rozgadana przyjaciółka małej Lauren, inteligentnej i wyobcowanej jedynaczki. Tylko, że pokój Delphine to obskurna klitunia, życie Deplhine to nieustanna tułaczka i żałosne poszukiwanie porzuconego kiedyś dziecka. Nic kuszącego jednym słowem. A raczej coś wręcz przerażającego. Żeby uniknąć takiego losu, lepiej zrezygnować z mało przytulnej samodzielności. Tak jak robi to Carla, dziewczyna  z tytułowego opowiadania, która próbuje się rozstać ze swoim chłopakiem. Próba trwa pięć minut, Carli szybko przechodzi ochota na zmianę i z pokorą wraca do dawnego życia. Inna bohaterka, córka wspomnianej już Juliet, zrywa kontakty z matką w celu odnalezienia własnej ścieżki duchowej. Która w rezultacie prowadzi ją do małżeństwa i piątki dzieci.

Dlatego przy czytaniu książki ciężko jest uniknąć refleksji nad przyczyną wyboru takiego a nie innego jej tytułu. Uciekinierka? Można się z politowaniem uśmiechnąć,. Można też stwierdzić, że owszem jest tu spory przegląd ucieczek. Wykonanych w kierunku przeciwnym niż drzwi do własnego pokoju, czy inna droga ku wolności.

Nagrody i pochwały należą się tej książce nie za przecieranie nowych szlaków. Jeśli powinna dostać wyróżnienie, to za chłodny, stoicki obraz społecznych i obyczajowych ograniczeń. Pytanie tylko, jak bardzo czytelnik lubi, by mu te ograniczenia uświadamiać. I jak bardzo tego potrzebuje. A może raczej, do jakiego stopnia jest w stanie przyznać się do tej potrzeby.

 

 

PS. Znacznie więcej i znacznie lepiej napisanych rzeczy znajdziecie w ostatnim wydaniu KZO. O czym z przyjemnością informuję i oddalam się w stronę tej wielkiej palety opowiadań, wierszy i innych form literackich.

mała czarna

Czas rozciąga się w rozmazaną smugę jak muszka owocówka roztarta na dłoni.

K. Malanowska „Drobne szaleństwa’, str 138

Wygląda na to, że zawsze jest modna. Depresja. Na jesień, na wiosnę, na słońce i deszcz. Skrojona na miarę. Waterproof, Shatterproof. Jak mówi Plath. Sylvia Plath.

Bo Sylvia Plath właśnie doznała reinkarnacji. Tutaj, na naszej ziemi, W samym centrum naszego kraju. Ma trochę ponad trzydziestkę, tylko jedno dziecko i pracuje w laboratorium. Jak nie wierzycie, to sami sprawdźcie. W książce z niebieską okładką, na której rozmazują się drapacze chmur. Nie wiadomo czy to Nowy York czy Warszawa. Ale jak się zacznie czytać, sprawa się wyjaśnia. Że to jednak Warszawa. Że to, czego nauczyła nas Sexton i Plath ciągle da się stosować. Ciągle jest sprawne w użyciu. Cała gama fizjologicznej kobiecości, od menstruacji po mimiczne zmarszczki. Samotność wśród ludzi, zagubienie, smutek chodników, matki czarownice, księżyc i cis. Chociaż nie, jak pisałam to Warszawa, wiec są tylko kasztany w parku, i ławeczki na których siedzą kolejni dziwacy współczesnej cywilizacji. Jest też i warszawka, czyli enfants terrible naszej cywilizacji. I to właściwie tyle.

Książka Kaji Malanowskiej nie jest na pewno książka akcji. Ani literaturą faktu. To notatki z psychicznego załamania, napisane sprawnie, dobrym językiem, przyprawione na ostro i na kwaśno. Mało w niej ładnego, sporo gorzkiego. I niewiele nowego. Ale to mi akurat nie przeszkadza. Tak jak nie przeszkadza mi wtórność widoku za oknem, na który patrzę  przyciskając czoło do szyby. Bo w strony tej książki wpatrywałam się jak w ściany szklanego klosza. I szczerze byłam zainteresowana tym, co za nimi zobaczyłam.

mowa o: