Miesiąc: Październik 2015

cyjanek i mitenki

portret

Oczyściwszy dokładnie grobowiec, omiótłszy go z liści, obskubawszy z każdej trawki i nieśmiałych kępek mchu, Franciszka zostawiła pole pani, która otworzyła pokaźny sakwojaż i zaczęła wyciągać z niego całe umeblowanie: świeczki z profitkami z cynfolii, szerokimi, żeby wosk nie zapaskudził kamienia, dalej lampki w różnych kształtach, wieńce, girlandy i krzyże, to z jedliny, to z rudozłotych nieśmiertelników, którymi stopniowo dekorowała każde wolne miejsce, tak że ładna bryła neogotyckiego pomniczka zupełnie pod nimi znikła.
Maryla Szymiczkowa „ Tajemnica Domu Helclów”m Str 182

jesien 1

Na początku się zniechęciłam, Może to przez książkę Pineiro, ten jej styl wyostrzony jak pazury wiedźmy. Ciężko było mi się przestawić na człapanie po krakowskich targach Pańci w kapelutku z piórkiem. A tak się ten jesienny kryminał zaczyna. Od dziewiętnastowiecznej matrony na zakupach, trochę zbyt śmiesznie opisanej. Już miałam zajadźic, że pomysł na piątkę, za to gorzej z wykonaniem, bo styl taki z byt współczesny, dialogi za mało wystylizowane , kiedy się wciągnęłam i zaczęłam dobrze bawić.

portret 1

Oto krakowska Profesorowa, zaradna, gospodarna i zasadnicza, gdzieś między wyczesywaniem dywanowych frędzli (widelcem), a dobroczynną kwesta na rzecz dzieci skrofulicznych ( z fantami), wpada na trop morderstwa popełnionego w prowadzonym przez zakonnice domu opieki. Od tego momentu zacna Profesorowa nabiera wigoru, co dobrze działa na rzecz akcji i jej czytelnika. Na dodatek miejsce akcje jest niepoślednie , bo Kraków za cesarza Franciszka Józefa, opisany dokładnie i ze swadą. Czasem te opisy aż nużą nadmiarem szczegółów, jak te z pogrzebu Jana Matejki. Ale całość jest i sprawnie i zabawnie napisana. Jedyne, co jak wspomniałam, można książce zarzucić, to słabo w niej odzwierciedlony sposób wypowiadania się „z epoki.” Po prostu szkoda, że zaplątując w treść i Tadeusza Boya Żeleńskiego i służącą Franciszkę, jakby żywcem wziętą z cyklu Prousta, autorzy nie poszli tym tropem dalej i nie spróbowali choć trochę naśladować narracji i dialogów z „W poszukiwaniu straconego czasu”. Pewnie uznali, że lepiej postawić na względną prostotę, bo w końcu w kryminale nie finezja stylu najbardziej się liczy.

jesien 4

 A cała reszta pozostaje bez zarzutu. Główna bohaterka, drobnomieszczańska Zofia, jest moim ulubionym typem detektywa z cicha pęk, co to niby woreczki na lawendę szyje i poduszki na kanapie uklepuje, a w rzeczywistości ma inteligencję i spryt pozwalające na odkrycie tajemnic i powiązań prowadzących do rozwiązania zagadki dziwnych zabójstw staruszek.
Jej mąż Ignacy, nieprzytomny naukowiec, z lubością dostarcza żonie i nam, czytelnikom, wszelkich nowinek z popularnego krakowskiego dziennika „Czas”. Przytaczane przez niego historyjki są tak niesamowite, że aż miałabym ochotę sama w archiwach „Czasu” pogrzebać, żeby się przekonać, czy są prawdziwe czy zmyślone.
A do tego jest jeszcze całe tło społeczne i obyczajowe, krakowskie socjety średniego i wyższego szczebla, jesień polska mglista i błotna, szykowanie wieczorów towarzyskich i odświętne wyprawy na cmentarz. Wszystko to sprawia, że książkę mogę śmiało nazwać wyśmienitą lekturą na listopadowe wieczory.

mowa o:

dom

P.S. Ten wpis, jak i wszystkie pozostałe, nie jest sponsorowany. Przypadek pt. jesienne przeziębienie sprawił, że kupiłam, przeczytałam i opisałam tę książkę właśnie teraz, gdy robi taka furorę.

awokado plus limonka

dom

W Altos de la Cascada nikt nie przejmuje się tym, że sąsiedzi mogą go podglądnąć. Wszyscy są bardzo oddaleni. Inni są gdzieś tam, za drzewami. Kto by się spodziewał , ze na dębie przy domu siedzi ktoś i ich szpieguje?
Claudia Pineiro „Czwartkowe wdowy”, Str 266

Wytrawna jak guacamole. Sycąca spragnionych dobrej literatury, orzeźwiająca znudzonych mdłym smakiem bestsellerów. Taki zestaw słów najchętniej umieściłabym na okładce ostatnio przeczytanej przeze mnie książki. Bo dziełko Pineiro jest jak zestaw wyśmienitych przekąsek, nieudziwnionych dodatkami, nieprzesmaczonych nowatorskimi wymysłami. Choć stanowi wariacje na nienowy w literaturze temat zepsucia klasy nouveau riche, to sposób podania tematu, w niewielkich porcjach, z pomysłem i w nieskazitelnym stylu, stanowi o sile tej książki.
Każdy z jej rozdziałów to osobna mini etiuda o życiu jednej z rodzin mieszkających na zamkniętym luksusowym osiedlu jednego z przedmieść Argentyny. Sam początek opowieści, dramatyczna śmierć trzech mieszkańców tej dzielnicy, stanowi przysłowiowe trzęsienie ziemi, od którego tak chętnie rozpoczynał swoje filmy Hitchcock. Pewnie stad porównanie autorki do mistrza suspensu.
Choć mnie w miarę czytania książka, jej atmosfera, problematyka, zaczynała się kojarzyć z inną opowieścią : Wielkim Gatsby’m. Już sam początek, utonięcie kilku mężczyzn w basenie jednej z rezydencji, stanowi swoiste nawiązanie do losów bohatera najgłośniejszej powieści Fitzgeralda. Podobny jest też typ narracji, oszczędny, precyzyjny, bliski dziennikarskiemu reportażowi. Trzeba przyznać, że styl Pineiro, pozbawiony ozdobników, a jednocześnie niesamowicie ostro obrazujący ludzi i wydarzenia, sprawił, że jeszcze do dziś oblizuję się na wspomnienie zdań tej powieści. Tego smaku nie było w stanie mi zepsuć nawet zbyt moralizatorskie zakończenie.
A największą zagadką pozostaje dla mnie przyczyna upchania tej, naprawdę niezłej książki, w ostatnie rzędy księgarnianych regałów. Dlaczego nikt nie umieścił tego tytułu wśród tak głośno zawsze reklamowanych nowości, pozostaje tajemnicą, nad rozwikłaniem której ktoś z wydawnictwa powinien się poważnie pogłowić. Mnie pozostaje podziękować sobie, za dociekliwość w szukaniu wartych przeczytania nowości i tłumaczowi, za umieszczenie na swoim blogu notki o wprowadzeniu na rynek tej książki.

mowa o:

czwartkowe

Współczesna i nowoczesna

portret 2

Gdybym ja miała posturę Waldemara Dąbrowskiego, czyli ponad 190 centymetrów wzrostu i tubalny głos, może bym przewalczyła założenie w Warszawie muzeum sztuki nowoczesnej o wiele lat wcześniej, niż to się stało.
Dorota Jarecka „Rottenberg. Już trudno”, Str 110

W wieku siedemdziesięciu lat wygląda nowocześniej niż niejedna małolata z blond grzywką i sztuczną rzęsą. Energii tez ma chyba więcej. A już mądrości życiowej na pewno. Świetnie rozcieńcza czarno białe kolory, w jakich chce utrzymać wywiad jej rozmówczyni.
Która, niestety, bardziej niż sztuką interesuje się polityką i w tę stronę cały czas naciąga opowieść Rottenberg. Na szczęście wałkowanie tych samych tematów: raz o cichym, raz o głośnym buncie przeciw reżimowi, dzięki nadaniu im osobistego wymiaru przez Rottenberg, staje się i ciekawsze i lżej strawne.
Najbardziej mi szkoda, że bohaterka książki nie zbuntowała się choć odrobinę wobec charakteru stawianych pytań. I tak z rozmowy wynika, że polityka miała w pojmowaniu sztuki przez Rottenberg niebagatelne, a czasem wręcz największe, znaczenie. Organizowała wystawy, które czasem przypominały mi tematyczne tablice szkolne. W czasach podstawówki przygotowywanie tzw gazetki ściennej było dla mnie nie lada frajdą, ale nie przypuszczałam, że w tym samym stylu można działać opracowując wystawę sztuki współczesnej.

Tymczasem z tego, co mówi Pani Anda, wynika, że jak najbardziej. Można zebrane fotosy filmowe uznać za dzieło sztuki, można zrobić z figurki pasującej bardziej do Muzeum Madame Tussauds artystyczną aferę. W sumie wiele z tych dzieł, w normalnym, uświadomionym artystycznie społeczeństwie, spotkałoby się z dezaprobatą nie ze względu przypisane przekazy, a z uwagi na bardzo kiepską formę. Jednak Rotenberg stwierdza, że „sztuka to jest przeniesienie werbalnego dyskursu na wizualne obszary” (ibidem, str. 182) oraz że „Każda sensowna wystawa ma jakieś ideowe podglebie”  (ibidem, str 192)
Cóż, żałować pozostaje, że prowadząca rozmowę trochę się na ten temat z Rottenberg nie pospierała.

mowa o:

Anda

zbrodnia z duchami

za oknem

Prawdę mówiąc, chciałaby zatrudnić pana Enderby’ego jako osobistego prywatnego detektywa. Żeby chodził tam, gdzie mu każe, pytał o to, co ona chce, i w ogóle stał się jej wiernym niewolnikiem. Lecz zdawała sobie sprawę , że musi przedstawić tę propozycje w sposób pochlebny i przyjemny. Chodziło wyłącznie o to, żeby ona była szefem, lecz sprawę trzeba przeprowadzić taktownie.
-Chciałabym – powiedziała –mieć uczucie, że mogę na panu polegać.
Agata Christie „tajemnica Sittaford’ str 88.

Musiałam zabić niesmak po ostatniej Christie. I Podnieść sobie nastrój, opadły w wyniku konieczności powrotu do biurowej rzeczywistości. Ryzyk fizyk, a nuż się uda westchnęłam łapiąc kolejny Agatowy tytuł.
I faktycznie, humor mi się polepszył, jak zawsze przy herbacianych kryminałach Christie. Co prawda Panny Marple tutaj nie ma, za to jest prowincja angielska taka, jaką tylko Agata potrafi zrobić. Sześć domków na krzyż, w każdym inna nietuzinkowa postać. Główną atrakcją jest okazała willa wynajmowana przez tajemnicze przybyszki, które starają się prowadzić dom otwarty i zabawiają sąsiadów jak mogą podczas ciężkiej angielskiej zimy. Decydują się nawet na wywoływanie duchów przy okrągłym stoliku.
Duchy zresztą dostarczają atrakcji z nawiązką, bo oznajmiają, że najbogatszy człowiek w okolicy został zamordowany w swoim domu oddalonym o sześć kilometrów. Na dworze śnieg i zawierucha, ale wierny przyjaciel domniemanej ofiary decyduje się dotrzeć do niej na piechotę. Oczywiście na miejscu zastaje trupa i akcja nabiera rozpędu.
Głównym podejrzanym staje się siostrzeniec zamordowanego, który odwiedził go w dniu popełnienia zbrodni. Siostrzeniec ma jednak kochającą narzeczoną i ta postanawia go ratować i znaleźć prawdziwego winowajcę. Używając wszelkich możliwych kobiecych sposobów prowadzi śledztwo i idzie jej to dobrze.
Czyta się też dobrze, są charaktery i charakterki, każdy coś kreci, ma coś do ukrycia, na wierzch wychodzą różne ciemne sprawki podejrzanych. Narzeczona, dziewczę urodziwe i z tupetem, sprytnie zbiera wszystkie, nawet na pozór nieistotne, informacje, by wreszcie odkryć tajemniczego sprawcę .
I choć rozwiązanie zagadki tak bardzo nie zaskakuje, to całość stanowi świetną lekturę na pierwsze jesienne śniegi i wydłużające się wieczory.

mowa o:

Sittaford

z życia czeskiego literata

Zagubiona

Czeski Fundusz Literacki ze wszystkich sił stara się wyprasować zagięcia na socjalistycznych spodniach i że intensywnie poszukuje byłych autorów zakazanych i jak pieczone kuropatwy na złotych tacach przynosi im niewiarygodne stypendia twórcze.
Martin Reiner „Lucynka, Macoszka i ja”, Str 112

Pamiętam, jak kiedyś mój kolega się cieszył na wyjazd z kilkuletnimi córkami do sanatorium. –Fajnie jest tak samemu z dziećmi spacerować – opowiadał- zawsze się jakaś pani uśmiechnie, zagada. Zapnie guziczek, poprawi szaliczek. Snuł rozmarzonym głosem opowieść małych przyjemnościach samotnego ojca. Miał na pewno rację, nic tak nie rozczula, zwłaszcza damskiej społeczności, jak nieporadny mężczyzna zajmujący się dziećmi. Niektóre kobiety chętnie pomogą, większość się szczerze zachwyci.
Te sprawy nie były chyba obce autorowi ostatnio czytanej przeze mnie książki. Gdzie bohater opisuje, jak nagle musi zastąpić pięcioletniej dziewczynce matkę. Daje mu to trochę nowych trosk i sporo nieznanych do tej pory radości. Tytułowa Lucynka to dziecko urocze, choć nie bezproblemowe. Wydaje się, że doskonale obywa się bez jedzenia, za to konieczne są jej do życia pluszowe maskotki. Żeby ją do czegoś przekonać trzeba sięgnąć do sporych zapasów sprytu i cierpliwości. Bohater uczy się tego wszystkiego i jednocześnie obserwuje małą, jakby patrzył na kosmitę, który przybył do niego z planety pt dzieciństwo i ma zupełnie inne, niż te panujące wśród zwykłych ziemian, obyczaje.
Druga postać zajmująca sporo miejsca w życiu bohatera, to zaginiony gdzieś w dalekiej Anglii poeta Macoszka. Narrator dowiaduje się o nim przypadkiem i zaintrygowany notką od tajemniczej wielbicielki literata postanawia, za namową kolegi, wytropić Macoszkę. Wybiera się więc do Anglii, a robi to w czasach kiedy Czechy ( a właściwie Czechosłowacja) jeszcze nosiły miano kraju zza żelaznej kurtyny. W ten sposób nasz bohater staje się obcym, dziwacznym i dzikim przybyszem zwiedzającym kraj zachodniej, czytaj: cywilizowanej, Europy. Przygód ma tam sporo, a to w jaki sposób je opisano stanowi największy atut tej powieści.
Niestety, mniej więcej w środku tej tragikomicznej historii, autor decyduje się na woltę, obracając przebieg akcji o 180 stopni. I w ten sposób czytelnik znajduje się w zupełnie innej powieści, mknącej w przeciwny, niż początkowo spodziewany, finał.
Przyznaję, nie ucieszyła mnie ta zmiana, a dodatkowych zawodów dostarczył zbyt ckliwy i liryczny ton w tej zmienionej opowieści. I choć nieźle mi się historię Lucynki i Macoszki czytało, to daleka jestem od nazwania jej arcydziełem literatury czeskiej.

mowa o:

Lucynka

Ilustrator

golden

Czułem teksty Janka, a on lubił moje ilustracje. Kłopoty zaczęły się dopiero przy „Pchle Szachrajce”. Właśnie szkicowałem postać bohaterki, gdy spotkana w kawiarni znajoma oświadczyła mi, że pchła powinna być do niej podobna , bo to ją właśnie miał Brzechwa na myśli. Ale już następnego dnia spotkałem drugi pierwowzór pchły, potem trzeci i czwarty. Niepoprawny donżuan Janek Brzechwa w ten sposób głaskał próżność kobiecą.
Jan Marcin Szancer „Curriculum vitae” Str 210

Jankowe

Za oknem jesień ze złotej przechodzi w słotną. Patrzę sobie na to, chrypię i żałuję, że mogę brać udział w zmianie pory roku tylko przez szybę. A pora jest iście bajkowa, z tymi wszystkimi kolorami, które kojarzą się z dworem królewskim. Zaczynam wiec tęsknić do czarów, zaczynam ich poszukiwać. A gdzie będzie ich więcej, niż w książkach z dzieciństwa? Wygrzebuję jeden tom, drugi i trzeci i przypominam sobie, że najbardziej bajkowe bajki to były i są dla mnie te z ilustracjami Szancera.

Bzowa
W pierwszym odruchu chcę po raz kolejny przeczytać Bzową Babuleńkę, potem wpadam na jeszcze lepszy pomysł. Od kilku miesięcy kurzą mi się na półce wspomnienia Szancera. Na okładce zdjęcie autora, otoczone wianuszkiem stworzonych przez niego portrecików bajkowych bohaterów. W środku ilustracji jest jeszcze więcej, bo autor wpadł na cudowny pomysł, by swoją przeszłość nie tylko opowiedzieć, ale i narysować. Jedyne, czego można żałować, to że obrazki w tej książce są czarno-białe.

na ziarnku
Za to opowiadane historie są bardzo kolorowe. Urodzony na początku XX wieku, autor dorastał, uczył się, wreszcie pracował w Krakowie i Warszawie czasów międzywojennych. Nie od razu został ilustratorem, imał się różnych zajęć, od gry aktorskiej poczynając, na dziennikarstwie kończąc. Zetknął się z artystycznymi legendami tamtego świata, z wieloma przyjaźnił się i imprezował. Był kolejno w pracowniach Mehoffera i Axenowicza, balował z Jackiem Pugetem, pozował Dunikowskiemu. Objechał pół Europy, dokładniej zwiedził Włochy, i bardzo wówczas artystyczny Paryż. Miał oczywiście mnóstwo przygód, i choć czasem ledwo wiązał koniec z końcem, bawił się raczej dobrze. Stąd mnóstwo w książce anegdot, jak ta o Jacku P., który w środku zimy przyszedł do knajpy ze stopami owiniętymi w gazety i dziwił się zaskoczeniu karczmarza, że artysta sprzedał buty, bo chciał napić się wódki. Jedno jest pewne, całemu temu towarzystwu, łącznie z autorem, nie brakowało fantazji i świetnie to wspomnienia Szancera oddają. Nawet o niezbyt szczęśliwym okresie pracy w słynnym krakowskim IKACU pisze tak, że nie sposób się przy czytaniu nie uśmiechać.

 impreza
Kilka lat przed drugą wojną autor przeniósł się do Warszawy, gdzie wiodło mu się trochę lepiej. Tam spędził okupację i choć wspomnienia z tego okresu nabierają dramatyzmu, to zadziwiają też pogodą ducha i optymizmem. To właśnie w tym, najsmutniejszym zdawałoby się okresie, Szancer spotkał Brzechwę i na serio zajął się baśniową ilustracją. Ku mojemu i autora zdumieniu miał w tym okresie mnóstwo zamówień, robionych przez wydawnictwa niejako „na zapas”. Niestety olbrzymie zbiory jego prac spłonęły podczas powstania, zarówno w jego spalonym mieszkaniu jak i w drukarni. Sam autor opisuje swoje odczucia w tych ciężkich chwilach tak: Zareagowałem dosyć dziwnie, nawet dla mnie samego. To uczucie uwolnienia się od ciężaru przeszłości, od wszystkiego, co mnie wiązało w trudnym do przezwyciężenia sentymentem, było niespodzianką (ibidem, str 221)

podróż
Nie zawsze jednak autor wydaje się być tak szczery. Miejscami po książce widać, czego wymagał od niej czas, w jakim została napisana. I tak bawiły mnie i trochę dziwiły entuzjastyczne opisy żołnierzy radzieckich, którzy piękni i szlachetni, strzelali do Niemca celnie i od niechcenia, sypali dzieciom cukier na chleb i wszędzie witani byli z entuzjazmem. Trudno, trzeba na takie rzeczy przymknąć oko, na szczęście wystarczy na krótko, bo takich historii nie ma za wiele. A samą książkę, przeczytać (i obejrzeć) warto. Napisana prostym, ładnym językiem, stanowi cudowną gawędę. Pocieszycielkę, idealnie łagodzącą ból głowy i inne objawy przeziębienia.

mowa o:

ilustrator

jesienne zakichanie

katarowa

Dopadło panią -kiwa głową sympatyczna sprzedawczyni w prawie-ksiegarni. Też to miałam dodaje, najpierw gardło, potem katar, długo się to ciągnie bez lekarza nie da rady. Właśnie wracam od lekarza mówię i płacę za kolejny kryminał i kilka gazet. Bo czymś się trzeba między kuracjami zając.
Trzeba zresztą przyznać, że przepisów na leczenie zebrałam w przychodni sporo, bo akurat cała nasza grupka czekająca przed gabinetem miała dokładnie to samo, tylko w różnych fazach rozwoju. Wirusa, co gardła się czepia.
Pani Chrypiąca ostrzegała, że sprawa wlecze się jakieś dwa tygodnie. Pani Kaszląca dała super receptę na lekarstwo, z imbiru, cytryn i miodu. Wypić w łóżku i koszul 10 na przebranie przygotować, tak się człowiek spoci mówiła niewyraźnym szeptem. To znaczy dla mnie niewyraźnym, bo mi uszy to przeziębienie zawatowało i tylko grzecznie się dopytywałam proszę, proszę, a potem przeszłam na czytanie z ruchu warg. Zjawił się też Pan Czytający, niestety nie wypatrzyłam co, bo do gabinetu mnie zawołano, więc musiałam iść. Potem myk, myk, zwolnienie, recepta i z Panem Czytającym nie udało się słowa zamienić, zresztą on chyba niemówiący był (bo czytający).
I tak bez pomysłów lekturowych na czas chrypienia, smarkania, kaszlania zostałam i sama sobie radzić muszę. Mam pod ręką nowe Książki, ale tam jakby już szariat (mówiłam, że dopiero co Uległość skończyłam?) zapanował, męskie li tylko tytuły i wionące chłodem. Nie mam ochoty mentalnie po Marsie biegać, kiedy fizycznie nie chce mi się nawet iść do kuchni herbaty zrobić, mruknęłam w nos fotografii mglistego redaktora. I rzuciłam gazetę w drugi koniec kołdry.
Potem wzdycham, że przydałby się jakiś dobry kryminał. Choć źle wspominam ten, który właśnie skończyłam. Przegadany niemiłosiernie, denerwował mnie i nudził na przemian. Tuppence i Tommy, w ostatnim tomie przygód wyraźnie się zestarzeli i jakby byli u progu demencji, powtarzają w kółko te same kwestie, nie posuwając akcji ani o jotę. Taki pech, trafił mi się na katar najgorszy Agaciny kryminał.
Dlatego dalej przegrzebuję, poszukuję i wpadam na pomysły różne. Czy dobre, okaże się pewnie niebawem. A może Wy coś podpowiecie? Książkę na pierwsze jesienne zasmarkanie?

mowa o:

smarkania