Miesiąc: Listopad 2009

Bosfor we mgle

Kiedy docierało do mnie poetyckie, pełne smutku piękno Stambułu, a składały się nań wszystkie jego dziwactwa, starość, imperialny przepych i ruiny historii, miałem wrażenie, że tylko ja znam jego tajemnice i tylko ja dostrzegam ukrytą w nim liryczność.

Orhan Pamuk „Stambuł”. Str 446

 

 Bardzo bym chciała napisać, że wpadłam w tę książkę po uszy, ale nie mogę. No po prostu nie zassał mnie ten tekst i już. Zdania odklejały mi się od uważności jak te samoprzylepne wieszaki na przybory kuchenne od powierzchni płytek. Używaliście ich kiedyś? Niby radość wielka, bo macie haczyk na rzeczy różne bez dziurawienia ścian. Wystarczy kafelek wypolerować, oderwać papierek, przyklepać i jest. Do czasu gdy nagle wśród nocnej albo i popołudniowej ciszy rozlegnie się straszliwy rumor. To znak, że wieszaczek już nie jest samoprzylepny, a samoodczepny.

Z tą książką było podobnie. Pierwsze akapity o tym, jak  zagubiony w starym domu chłopiec, spoglądający na przydymioną fotografię zaczyna wierzyć w istnienie swojego sobowtóra pochwyciły moją wyobraźnię mocno. Babka królująca w wielkim łożu, której hołd przychodzi składać cała rodzina, ciężkie meble, dziwne waśnie rodzinne, to trzymało mi tekst dalej przy myślach. Ale nagle, ni z tego ni z owego: Łup: poszło! Nie wiem czy to zbyt szczegółowy opis statków na Bosforze, czy zbyt dokładne wyjaśnienia czym jest zbiorowy smutek, tzw Huzun, dość, że moja uwaga odczepiła się od stron i odtąd prawie całe czytanie było tylko przelatywaniem przez kartki , aż w pewnym momencie poczułam się, jakbym miała do czynienia z lekturą szkolną. Niby świadoma byłam, że książka jest wartościowa, powszechnie uznana za dobrą, a czytałam tylko i wyłącznie z poczucia obowiązku i cały czas marzyłam, jak to będzie przyjemnie dobrnąć do ostatniego zdania i zabrać się za coś naprawdę miłego w czytaniu.

 Nie mogłam też oprzeć się refleksji, jaką podsunęła mi Sylwia Plath, mówiąc w opowiadaniu ‘Porównanie”, że:

„wiersz jest koncentratem, zaciśniętą pięścią, powieść jest rozluźniona i rozległa, otwarta dłoń: ma drogi, objazdy, punkty docelowe: linie serca, rozumu; wchodzi w nią moralność i pieniądze. Pięść wyklucza i oszałamia, zaś otwarta dłoń może  w swoich podróżach wiele dotknąć i zawrzeć w sobie”. 
Sylvia Plath „Upiorny Jaś i Biblia Snów”, Str 57.

 

 Otóż moim zdaniem autor w tej książce zbyt szeroko rozpostarł dłoń, czasem po kilkakroć muskając nią ten sam problem czy krajobraz. Gdyby mocnej temat pochwycił, wycisnąłby z niego naprawdę dobry wiersz. Jednak jako pisarz, a nie poeta, utworzył opowieść melancholijną i rozwlekłą do tego stopnia, że czytelnikowi w końcu w geście rezygnacji opadają trzymające książkę ręce.

mowa o:

PS. Zamieszczone zdjęcia są efektem poszukiwania Huzunu w moim miescie.

Reklamy

imago

Bywają pieśniarze jednej piosenki. Bywają też i pisarze. Gdyby przyszło mi przypisać do Brookner jakiś utwór muzyczny, nie wahałabym się ani chwili. Byłaby to znana melodia, do której nucono często refren „Boże daj męża, daj męża, daj męża”. I Choć utwór jest dziewiętnastowieczny, to problem który opiewa zdaje się być ponad czasowy. Przynajmniej w twórczości pani Brookner. Bohaterką jej kolejnej książki jest bowiem znów stara panna. Może nie tak stara jak poprzednia, ale trzydziestka bez męża, to jednak jak obszył wiek już do niechlubnej strony  panieństwa zaliczany. A tyle mniej więcej lat ma właśnie Kitty Maule, sierota wychowana w Londynie przez dziadków, francuskich emigrantów. Mimo tego, że urodzona na ziemi brytyjskiej, Kitty wciąż nie w pełni czuje się Angielka:

„Jesteś zawsze tak dobrze ubrana –powiedziała do niej Pauline. Kitty zastanowiła się przez chwilę:

-Jestem declasee, a takie kobiety są zwykle dobrze ubrane –stwierdziła.” (Anita Brookner „Opatrzność” str 159)

Wnuczka właścicielki salonu mody faktycznie jest zawsze wystrojona, a ludzi w swoim otoczeniu bardzo często ocenia po sposobie ubierania. W koledze wykładowcy zakochuje się, bo jego strój wyróżnia się jakością wśród niechlujnych, szaro-beżowych, powyciąganych swetrów i marynarek innych naukowców. Z sąsiadką rozwódką zaprzyjaźnia się, bo wydała się jej na pierwszy rzut oka modnie ubrana. Boleje nad tym, że jej druga przyjaciółka gustuje w płaskich butach i nijakich tweedowych spódnicach. Zaczyna niepokoić się o babkę, gdy widzi, że ta chodzi bez przerwy w jednej, czarnej sukni, która powoli traci kształt i pokrywa się kurzem.Czytając to wszystko, zaczęłam odczuwać kolejny raz pokusę, by utworzyć jeśli nie osobny blog, to przynajmniej kategorię pod tytułem „szafa literacka”, gdzie bym dowoli opowiadała o strojach książkowych bohaterów i próbowała je czasem zilustrować zdjęciami. Ale kiedy pomyślałam ile czasu i wysiłku by to kosztowało, zapał mi przeszedł ;). 

W każdym razie nasza Kitty szalenie dba o pozory, a ubrania traktuje niemalże obsesyjnie. Nie oznacza to jednak, że jest pustą kobietką, której myśli dotyczą wyłącznie dobierania torebek do płaszczy, butów do apaszek, biżuterii do bluzek. O nie. Kitty jest całkiem niezłą pracownicą naukową, zajmuje się literaturą, a zwłaszcza romantyzmem. Prowadzi seminarium na temat „Adolfa”, książki autorstwa Beniamina Constant. Losy bohatera omawianej ze studentami lektury można w pewien sposób skojarzyć z wydarzeniami w życiu Kitty. Życiu, które coraz mocniej koncentruje się na znalezieniu odpowiedniego kandyta na męża. Kitty robi wszystko, by zdobyć miłość swojego kolegi po fachu, wspomnianego eleganta Mauryca. Przy okazji udaje jej się dostać pełny etat na uczelni, zdobyć życzliwość współpracowników i studentów oraz znaleźć przyjazną duszę w osobie źle ubranej, ale bardzo inteligentnej Pauliny. Według współczesnych standardów Kitty osiąga więc sukces, choć sama pewnie nigdy by nie uznała takiego życia za udane. Bo Kitty od maleńkości wpajano że musi mieć męża, że bez rodziny jest skazana na wieczną samotność, pustkę i towarzystwo równych sobie „nieudacznic”. Takich jak jej sąsiadka, której dni koncentrują się na zakupach w Harrodsie i przemyśleniach o kreacji i makijażu na kolejny wypad do sklepów. Ostanie akapity książki wskazują, że być może obawy Kitty były niesłuszne, że mimo braku obrączki na palcu ma szansę na dobre życie.

Los Kitty wydaje się o tyle interesujący, że jest ona jakby „brakującym ogniwem”, stanem pośrednim ewolucji starej panny w singielkę. I choć nie dane jest nam tak do końca dowiedzieć się, czy Kitty nauczy się postrzegać siebie nie jako kobietę przegraną, a  samodzielną, to śledzenie jej poczynań może podsunąć wiele ciekawych refleksji.

mowa o:

siurpryzy

Najmilszą niespodzianką ostatnich dni była przesyłka od Magamary. A w niej: nieosiągalny, nieprzetłumaczony i zalistowany do Bookera The Quickening Maze! Dziękuję bardzo za ten cudowny prezent. Na razie położyłam koło łóżka i przed snem wzrok mi się zapuszcza w ten niepokojący obrazek z okładki. W ten sposób zasilam moja chęć czytania, która rośnie w zastraszającym tempie. Ale ponieważ podjęłam się pewnych zobowiązań, czytelniczo błądzę teraz na granicach Europy.

 

Niezłą niespodzianką było też znalezienie części Muminków, której jeszcze nie znałam. Sama nie mogłam się nadziwić, jak to się mogło stać. Ale na szczęście się stało i będę miała mnóstwo radości przez najbliższe dwa wieczory. Na jednym zaskoczeniu wizyta w empiku się nie skończyła. Zdarzyło mi się,  jak zwykle, rzucić okiem na wszystkie okoliczne półki i musiałam kilka razy mrugnąć, żeby się przekonać, że mnie wzrok nie myli. Oto na wysięgniku pt nowości zobaczyłam…”Lalę” Dehnela. Z ulgą pomyślałam, że mnie to się ostatnio zatrzymał zegarek, a niektórym to cały kalendarz.

No i moje ostatnie odkrycie, to znalezienie nowego programu TVP o książkach. Zanim się ucieszycie z tej informacji, przeczytajcie do końca ;). Nosi on tytuł „Czytam, bo lubię” i jest nadawany na popularnej stacji TVN Style. Prowadzącą jest Pani Dorota W. Która jest znana z tego, że się zna. Na przykład z Januszem Wiśniewskim. I nie tylko chyba, skoro ma już drugi program na tym kanale. Zaczęłam to wczoraj oglądać i oniemiałam. Jako lekturę do omówienia wybrała pani Dorota „Morderstwo w Orient Expresie”. Najpierw nam wyjaśniła kto to jest Agata Christie i co to jest Orient Express. Wykładni semantycznej morderstwa zabrakło, za to pani Dorota wzięła się za czytanie fragmentu. No i dalej nie wiem co było, bo dwie pomyłki w czytaniu prostego tekstu ostatecznie mnie skłoniły do wyłączenia telewizora. Jedno jest pewne: tytuł pozostanie taki sam na zawsze. Do zmiany na przykład na „czytam bo umiem” nie ma żadnych przesłanek. Pozostaje tylko pytanie, dlaczego nie zaproszono do jego poprowadzenia kogoś, kto ma o temacie jakie takie pojecie? Przecież Kazia Sz. na pewno chętniej wzięłaby się za te robotę, zamiast komentowania 66 niezapomnianych chwil z nieczytania?

 A jeśli chodzi właśnie o nieczytaniowe momenty, to z wielkim zadowoleniem donoszę o jeszcze jednym zaskoczeniu ostatnich dni. Wybrałam się, pełna obaw, na polski film. I Co za jakość, co za scenografia, co za aktorstwo! Że o pomyśle na fabułę nie wspomnę. I muzyka, Aaaaaach. No po prostu „Rewers” mnie zadziwił. W każdym calu in plus. Dla zachęty nadmienię tylko, że główna bohaterka obraca się w kręgach prawie literackich. I tym akcentem z przyjemnością kończę dzisiejsza notkę.

rybka zwana Rufino

W lokalu siedziało kilku klientów, bez wątpienia stałych bywalców, którzy stawiali czoło nudzie niedzielnego popołudnia, popijając rum z kubków na kompot, przez co musieli mocno się odchylać, żeby dopić do dna, a barman puszczał na swoim magnetofonie cos w rodzaju przeglądu boler dla pijących za dnia : Vincentico Valdes, Vallejo, Tejedor i Luis, Contreras, którzy snuli długa opowieść o miłosnych zawodach i tragediach bardziej pasujących do rumu niż do piwa czy coca-coli.

 Leonardo Padura „Gorączka w Hawanie”, Strona 122

 Zaraz po otwarciu tej książki wpadłam do dusznego pokoju, pełnego papierosowego dymu i walających się po podłodze części garderoby. Na rozbebeszonym łóżku pochrapywał jakiś facet. Stoicko spoglądała na to wszystko sunąca za szyba akwarium ryba. Nagle zadzwonił telefon, facet jęknął, i zaczęła się akcja, albo inaczej mówiąc wątek kryminalny. I wtedy już było w dół, w dół, nie króliczej nory, tylko nastroju bohatera. (Cała historia  detektywistyczna też okazała się dołem, a właściwie obsuwą). Przyznaję, że dobrze czytało mi się o niedolach i upadkach niejakiego Conde , milicjanta z rozpaczy i trochę z powołania. Obyczajowe obrazki z życia Hawany to na pewno mocna strona tej książki i nawet to, że jej mieszkańcy tytułują się per Towarzyszu nie jest w stanie zepsuć wrażenia realności odmalowanego obrazu. Ba, może nawet tę realność pogłębia?

Dalej z pielęgnowaniem zachwytu było gorzej. Po części dlatego, że jak tradycyjne rodzynki w ciasto, powtykane w treść zostały sztampowe opowiastki o pierwszej miłości, prawdziwej męskiej przyjaźni i sukcesach w grze w bejsbola. Jednym słowem dostałam pełny zestaw pod tytułem co każdy mężczyzna zaliczyć powinien. Jednak zaliczał to już tyle razy jako bohater innych książek, że tym razem jedynie mnie znudził swoimi wyczynami człowieka z testosteronu.

Jeszcze mniej dobrego mogę powiedzieć o samej zagadce kryminalnej. Która po pierwsze od początku na zagadkę wcale nie wygląda, po drugie okazuje się banalna i do mocnego ziewu przewidywalna. Dlatego zamykając tę książkę, nie mogłam się nadziwić, dlaczego autor zrobił z niej kryminał? Czy nie lepiej było skoncentrować się na historii miłosno-obyczajowej i tu dodać nieco treści? 

mowa o:

 

princes of Wales

Każdemu z nas dobrze by zrobił kieliszeczek i, powiedzmy, mała przerwa na pozbieranie myśli. Może byście wpadli do mnie?

„Stare Diabły” Kingsley Amis, str 297.

Sięgnęłam po tę książkę w ramach nadrabiania bookerowych zaległości. Nie bez znaczenia był i sam tytuł, który jednak niesłusznie wzięłam za metaforyczny. Bowiem jest to faktycznie historia o grupce podstarzałych Walijczyków, którzy starają się zabić czas wycieczkami do pubu i miałkimi dyskusjami na tematy raczej trudne do określenia. Akcja toczyła się wolno, gin i whiskey lały się równo, a małe waśnie małżeńskie trwały w tle równomiernie i nieustająco. I właściwie ciężko mi określić, co sprawiło, że wytrwałam do ostatniej strony. Może pomógł tu fakt, że czytałam w stanie lekkiego katarowego zamroczenia i opisy dolegliwości głównych bohaterów (a wszyscy mocno po sześćdziesiątce) sprawiały, że moje własne wydawały się znikome. Może sprawiła to ciekawość, jak na losy grupki zaśniedziałych „Ciem barowych” wpłynie pojawienie się kolorowego motylka, jakim jest cieszący się sławą poeta i dawny przyjaciel, grzmiący i energiczny Alun?

Na pewno nie zachwyciły mnie rozważania na temat istoty walijskosci. Walijczyka spotkałam w życiu słownie jednego i jakoś nie zafascynował mnie na tyle, żebym poczuła się zachęcona do zgłębienia problemów dotyczących tego narodu. Z drugiej strony, muszę przyznać, że ten rumiany nadęty jegomość, błyskający poprawionym szkłem kontaktowym błękitem oka, bardzo przypominał niektóre z portretowanych przez Amisa postaci. Dumny i butny, taki w sumie profil Walijczyka mi się naszkicował, poprzez nałożenie obrazów rzeczywistych i książkowych.

Jednak sprowadzenie tej książki tylko do rozmiarów walijskiego szkicownika byłoby niesprawiedliwością. To przede wszystkim świetny opis pewnego etapu w życiu przez który większość z nas będzie musiała przejść. I to właśnie uniwersalność problemów przestawionych w książce, problemów dotyczących wieku więcej niż dojrzałego, relacji miedzyludzkich i związków, sprawia ze mimo braku gwałtownych zwrotów akcji,  książka ta stanowi niezłą , choć i bardzo leniwą, lekturę.

mowa o:

under the cover

Gdyby urządzano konkurs na najohydniejszą okładkę, ta książka miałaby szansę znaleźć się w pierwszej dziesiątce. Umieszczony pod tytułowym pytaniem „Dlaczego kochamy kobiety” pozbawiony głowy i kończyn korpus koloru surowego mięsa jest odpowiedzią tyleż sugestywną co niesmaczną. Na szczęście, po kilku tygodniach omijania tej książki, udało mi się przeczytać intersujące opinie na jej temat u Chihiro i VMR (dziewczyny obiecuję, że w następnej notce dam Wam już spokój i zajmę się lekturą wybraną samodzielnie). I okazało się, że autor ma nieco inną odpowiedz od tej podsuwanej przez projektanta okładki. Po przeczytaniu nanizanych na strony opowiadań, opowiadań skonstruowanych z koronkowych kunsztownych zdań i onirycznych wizji, doszłam do wniosku, że u Cartarescu główną przyczyną tej miłości jest ułuda. To dzięki kobietom na powrót przenosi się do czasów dzieciństwa kiedy to matka koiła jego smutki różowymi cukierkami, to dzięki kobietom odnajduje w starym irlandzkim zamczysku zjawę materializującą się pod postacią punkowej kochanki, to dzięki kobietom odkrywa cudowną krainę marzeń sennych.

Po przeczytaniu takiego zbioru zachwytów i spostrzeżeń nad wrażliwością i różnorodnością przedstawicielek płci pięknej, miałam prawie ochotę popytać w księgarni o drugą część tej książki. Bo naturalnym biegiem rzeczy powinien teraz pojawić się tytuł „Dlaczego żal nam mężczyzn”? Tych nieszczęsnych, pokrytych sierścią stworzeń, które duchowo nie dotarłyby nigdzie bez nas, kobiet. Ale zaraz, zaraz, umknął mi tu jeden fakt. Jakby nie było autorem tych finezyjnych treści jest przecież mężczyzna! Dlatego może jednak kochamy i mężczyzn? Mimo tego, że subtelne teksty potrafią okrasić paskudną okładką?

mowa o:

 

lunatycy

W eseju głośnego autora angielskiego wyczytałem, że głównym rysem charakterów Celtów był bunt przeciwko despotyzmowi faktów. Pod tym względem Tomasz i Ewa Ulpiusowie byli Celtami. Tylko na marginesie zaznaczę, że tak Tomasz, jak i ja szaleliśmy za Celtami, za legendą o Świętym Graalu i za Parsifalem. Czułem się w towarzystwie młodych Ulpiusów tak dobrze, prawdopodobnie dlatego, że do tego stopnia byli Celtami. Dzięki nim odnalazłem siebie. Dopiero tam uświadomiłem sobie z cała jasnością , dlaczego w domu rodzicielskim czułem się jak przybysz , zażenowany i niepewny. Przyczyna kryła się w tym, że u nas królowały fakty.

Antal Szerb „ Podróżny i światło księżyca”, Strona 31

 Pewnie nigdy nie dowiedziałabym się o istnieniu tej książki, gdyby nie entuzjastyczna notka Chihiro. Muszę przyznać, że też poczułam przypływ entuzjazmu gdy odkryłam, że książka leży sobie spokojnie w mojej bibliotece. Miła niespodzianka spotkała mnie też przy jej wybieraniu, bo spodziewałam się rozsypanego truchła pokrytego pleśnią. Tymczasem dostałam książkę nie wyglądającą co prawda na nową, ale pieczołowicie posklejaną i oprawioną przez introligatora. Lubię takie dowody troski o rzeczy  martwe, o ile w ogóle książkę można określić tym mianem. Zresztą jaki inny przedmiot zasługuje bardziej na czułą opiekę niż stareńki tom czytany prze z kilka pokoleń?

Kiedy już po tych, niezmiernie zadowalających przemyśleniach, zabrałam się za lekturę, nie mogłam się powstrzymać od refleksji jak bardzo pożółkłe strony pasowały kolorem i zapachem do jej stylu. Cała historia jest opowiedziana niespieszną i elegancką narracją, która na pewno zniecierpliwiła niejednego czytelnika. Przyznam sama, że też zdarzało mi się trochę wzdychać nad powolnym tempem akcji.

Wszystko zaczyna się od podróży poślubnej Erzsi (moim zdaniem okropne imię, spróbujcie powiedzieć je na głos, czy nie brzmi to jakby wam zgrzytał w zębach piasek?) i Mihaly’ego. Młodzi podróżują po Włoszech i pewnie cała przygoda skończyłaby się tylko lekkim znużeniem sobą nawzajem, gdyby nie spotkanie dawnego znajomego Mihaly’ego. Na pozór nieistotne, wzbudza w Mihaly’em wspomnienia jego przyjaźni z niezwykłym rodzeństwem Lupiusów, które poznał podczas lat szkolnych. Mihaly opisuje swojej żonie tę cudowną przygodę jaką było przebywanie w ich domu i towarzystwie. Razem ze wspomnieniami budzi się w nim tęsknota za minionym. I nie tylko. Mihaly przypomina sobie również, że żyjąc zupełnie inaczej był o wiele szczęśliwszy i zaczyna sobie zadawać sprawę, że obrał zupełnie złą drogę, niewłaściwy styl życia i że małżeństwo właśnie jest ostatnią cegiełką która zamurowała mu przejście umożliwiające ucieczkę. Teraz oto stał się pełnowymiarowym mieszczuchem, nie tylko z dobrą posadą, ale i z rodziną przy boku. 

Mihaly jednak próbuje się wyrwać, na wpół świadomie gubiąc się i rozpoczynając samotną wędrówkę po Włoszech. W jej trakcie spotyka dawnych i nowych znajomych, a spotkania te niejednokrotnie pełnią rolę drogowskazów za pomocą których mógłby odnaleźć nową ścieżkę swojego życia. On jednak tak naprawdę nie  korzysta z żadnego z nich. Nie idzie więc w ślady kolegi-szubrawca, kolegi- mnicha ani też przyjaciela naukowca (moim zdaniem najbardziej kusząca ze wszystkich alternatywa). Ucieka cały czas od mieszczańskiego unormowanego życia, ale podczas tej ucieczki nie potrafi dobiec do nikąd, określić kolejnego przystanku jako swojego celu. Czy okaże się że po prostu kręcił się w kółko? Czy szuka w swoim życiu mitycznego Świętego Graala, którego istnienie jest tak wątpliwe? To wyjaśniają dopiero ostatnie akapity książki, o których nie sposób wspomnieć nie psując przy tym całego efektu tej historii. Finał pominę wiec milczeniem.

Dla mnie zresztą najistotniejsza część książki to nie tych ostatnich kilka stron, ale te opisujące spotkanie Mihaly’ego z profesorem Waldheimem, kiedy ma miejsce dyskusja na temat sposobu pojmowania życia i śmierci w religiach i kulturach dawnych i współczesnych. Warto było przebrnąć przez 180 stron nie zawsze najbardziej interesującej historii, by przeczytać coś takiego. Nawet moje oburzenie na sztampowe ujęcie postaci kobiecych przez autora nieco złagodniało. Zresztą czegóż można wymagać od człowieka piszącego latach trzydziestych ubiegłego wieku, na pewno nie racjonalnych poglądów na kwestie feminizmu. Trudno więc się dziwić,  że jego bohaterka, Erzsi, widzi szansę realizacji swojej wolności jedynie przez dobieranie sobie możliwie najbardziej niedorzecznych kochanków. Potraktujmy to jako archaiczną ciekawostkę, i tyle.

Natomiast książka jako całość jest niewątpliwie interesującym portretem buntu i poszukiwania innego niż ogólnie przyjęty sposobu na życie. O jej uniwersalności może świadczyć fakt, że obydwu nam, tzn mnie i Chihiro, przypomniała ona filmy Bertolucciego. W moim przypadku byli to Marzyciele, opowieśc o trójce młodych ludzi, którzy zamykają się w starym paryskim mieszkaniu by eksperymentować bytując z dala od społeczeństwa. I choć tam akcja rozgrywa się w latach 60tych ubiegłego stulecia, nie mogłam powściągnąć skojarzeń z rodzina młodych Ulpiusów żyjących we własnym świecie. A teraz kończę, bo mój własny świat chce przybrać inny kształt niż ten niebieski ekranik. 

mowa o:

podrózny i światło