Kategoria: Michał Witkowski Drwal

siekera, młotek, dżinu szklanka

Bo w swoich, zdawałoby się, wyludnionych domkach czają się rozchełstani i zazwyczaj pijani faceci do domków, pokłóceni ze światem drwale. W rozchełstanym szlafroku pija nalewkę z butelki, palą papierosy, są w nastroju.

Michał Witkowski „Drwal”, str 28

Hua, ależ zimno. Nawet w radiu Inuici się zalęgli i bębnią chłodno, słychać, że zamarznięte tam u nich wszystko, łącznie z dźwiękiem. Idealny czas na barłożenie, borsuczenie, z lekturą do tego odpowiednią. Już Michaśka dobrze wiedział co czyni, to piecuchowanie jesienno zimowe opisując. Jego książka podnosi nastrój rozmamłania do stanu kultowego, aż się chce człowiekowi mocniej głowę w poduchę wciskać, bardziej kołdrą owijać, grajdołek wyrkowy domościc. I tylko żal czytelnika bierze, że pisarz to ma takie lajtowe życie, że może wakacje sobie urządzać kiedy chce. Nawet w listopadzie. No proszę Was, kto może sobie w listopadzie tydzień wolnego fundnąć? Nikt. Tylko on, autor, tematu poszukiwacz. I jedzie gdzie myśli, fantazja, łaknienie nowego słowa go poprowadzą. Nawet do Międzyzdrojów. No, kto by inny pojechał do Międzyzdrojów jesienią? Nikt. Tylko jemu jest dane nacieszyć się posezonową smutą, napawać kapital senter of barachło przyszarzonym deszczem.

I jeszcze może sobie do domku cudzego zapukać,  „Do chatki pustelnika, Stuk stuk, stuk stuk”, jak biała dama ze starganym włosem, jak kruk. A tam cuda, tam to dopiero królestwo rozbebeszenia wszelkiego i głupio się przy czytaniu robi, że nie można do niego herbaty z saskiej porcelany łyknąć, tylko z kubka Duki, w najbardziej wyrafinowanym przypadku. Ale przyspany gospodarz Kiepskich na szczęście ogląda, kukułki z zegara słucha i ogólnie ucieleśnieniem zakaczubiałej tajemnicy jest. I to na duchu podnosi, że nasze złemu gustowi hołdowanie też trendi może się stać, choć nie na leśnej działce, a w blokowisku się rozgrywa.

Potem autor wprowadza do akcji Luja i dopiero się wszystko do poziomu odpowiedniej bylejakości odkształca. Chociaż nie do końca, coś tu się lekko nie zgadza. Konkretnie język mi się u Luja nie zgadza. No ludzie kochani, czy naprawdę Luj taki zliteratulizowany w wypowiedziach jest? Czy mam wierzyć, że powie „coś innego sobie nagrałem”? SOBIE? Panie Michale, mnie się trochę takich Mariuszków po ofisie kręci. To znaczy nie dokładnie takich, może oczko wyżej są w ewolucji lujowej, trochę eleganciejsi, czyściejsi, szalikiem kibola nieogrzani, old spajsem nawet chlapnięci, ale poziom wypowiedzi trzymają podobny. I oni jak historię swoją snuć zaczynają, to zagajenie idzie tak: „gdzie to my wtedy byli? A, to jak poszłem te pismo wziąść …” I leci story z gramatyką, składnią i wszystkim na odpowiednim dla takiego Mariuszka zbiurowaciałego poziomie. I on by nie powiedział sobie, tylko se, on by drzwi nie zamknął, tylko dźwi, nie mówił, tylko gadał. I tak dalej. Niech się pan, Panie Michale, do jakiegoś urzędu gminnego na pogawędkę przejdzie, to złapie pan ten styl raz dwa trzy.

 To taki wymyk niewielki, reszta, owszem, radości dała mi wiele. Te chłopaki niedogolone, niedokochane, baby szczwane, to jechanie raz Gombrem raz Mironem, ten Max vel Mikołaj blond pareń lansiarski, co hrowehem pod koniec jedzie (Rower Błażeja, a jakże, mam rację?). Te wspomnienia komuny ciepłej i bezpiecznej, Niziurski, Nienacki, miłe to w czytaniu było, nawet chichrac mi się udało tu i ówdzie nad zgrabnym zdaniem czy aluzją rzewną. Sam wątek kryminalny do policjanta nie podobny, umówmy się, że to nie o akcje detektywistyczną chodziło, tylko szeroko pojęty fan. Co i miałam go pod dostatkiem na trzy wieczory od mrozu wyblakłe.

mowa o:

Reklamy