więcej niz pierwsza czytanka

lunatycy

Opublikowany w Antal Szerb "Podróżny i światło ksieżyca", OUTSIDERZY przez buksy w dniu 2 listopad 2009

W eseju głośnego autora angielskiego wyczytałem, że głównym rysem charakterów Celtów był bunt przeciwko despotyzmowi faktów. Pod tym względem Tomasz i Ewa Ulpiusowie byli Celtami. Tylko na marginesie zaznaczę, że tak Tomasz, jak i ja szaleliśmy za Celtami, za legendą o Świętym Graalu i za Parsifalem. Czułem się w towarzystwie młodych Ulpiusów tak dobrze, prawdopodobnie dlatego, że do tego stopnia byli Celtami. Dzięki nim odnalazłem siebie. Dopiero tam uświadomiłem sobie z cała jasnością , dlaczego w domu rodzicielskim czułem się jak przybysz , zażenowany i niepewny. Przyczyna kryła się w tym, że u nas królowały fakty.

Antal Szerb „ Podróżny i światło księżyca”, Strona 31

 Pewnie nigdy nie dowiedziałabym się o istnieniu tej książki, gdyby nie entuzjastyczna notka Chihiro. Muszę przyznać, że też poczułam przypływ entuzjazmu gdy odkryłam, że książka leży sobie spokojnie w mojej bibliotece. Miła niespodzianka spotkała mnie też przy jej wybieraniu, bo spodziewałam się rozsypanego truchła pokrytego pleśnią. Tymczasem dostałam książkę nie wyglądającą co prawda na nową, ale pieczołowicie posklejaną i oprawioną przez introligatora. Lubię takie dowody troski o rzeczy  martwe, o ile w ogóle książkę można określić tym mianem. Zresztą jaki inny przedmiot zasługuje bardziej na czułą opiekę niż stareńki tom czytany prze z kilka pokoleń?

Kiedy już po tych, niezmiernie zadowalających przemyśleniach, zabrałam się za lekturę, nie mogłam się powstrzymać od refleksji jak bardzo pożółkłe strony pasowały kolorem i zapachem do jej stylu. Cała historia jest opowiedziana niespieszną i elegancką narracją, która na pewno zniecierpliwiła niejednego czytelnika. Przyznam sama, że też zdarzało mi się trochę wzdychać nad powolnym tempem akcji.

Wszystko zaczyna się od podróży poślubnej Erzsi (moim zdaniem okropne imię, spróbujcie powiedzieć je na głos, czy nie brzmi to jakby wam zgrzytał w zębach piasek?) i Mihaly’ego. Młodzi podróżują po Włoszech i pewnie cała przygoda skończyłaby się tylko lekkim znużeniem sobą nawzajem, gdyby nie spotkanie dawnego znajomego Mihaly’ego. Na pozór nieistotne, wzbudza w Mihaly’em wspomnienia jego przyjaźni z niezwykłym rodzeństwem Lupiusów, które poznał podczas lat szkolnych. Mihaly opisuje swojej żonie tę cudowną przygodę jaką było przebywanie w ich domu i towarzystwie. Razem ze wspomnieniami budzi się w nim tęsknota za minionym. I nie tylko. Mihaly przypomina sobie również, że żyjąc zupełnie inaczej był o wiele szczęśliwszy i zaczyna sobie zadawać sprawę, że obrał zupełnie złą drogę, niewłaściwy styl życia i że małżeństwo właśnie jest ostatnią cegiełką która zamurowała mu przejście umożliwiające ucieczkę. Teraz oto stał się pełnowymiarowym mieszczuchem, nie tylko z dobrą posadą, ale i z rodziną przy boku. 

Mihaly jednak próbuje się wyrwać, na wpół świadomie gubiąc się i rozpoczynając samotną wędrówkę po Włoszech. W jej trakcie spotyka dawnych i nowych znajomych, a spotkania te niejednokrotnie pełnią rolę drogowskazów za pomocą których mógłby odnaleźć nową ścieżkę swojego życia. On jednak tak naprawdę nie  korzysta z żadnego z nich. Nie idzie więc w ślady kolegi-szubrawca, kolegi- mnicha ani też przyjaciela naukowca (moim zdaniem najbardziej kusząca ze wszystkich alternatywa). Ucieka cały czas od mieszczańskiego unormowanego życia, ale podczas tej ucieczki nie potrafi dobiec do nikąd, określić kolejnego przystanku jako swojego celu. Czy okaże się że po prostu kręcił się w kółko? Czy szuka w swoim życiu mitycznego Świętego Graala, którego istnienie jest tak wątpliwe? To wyjaśniają dopiero ostatnie akapity książki, o których nie sposób wspomnieć nie psując przy tym całego efektu tej historii. Finał pominę wiec milczeniem.

Dla mnie zresztą najistotniejsza część książki to nie tych ostatnich kilka stron, ale te opisujące spotkanie Mihaly’ego z profesorem Waldheimem, kiedy ma miejsce dyskusja na temat sposobu pojmowania życia i śmierci w religiach i kulturach dawnych i współczesnych. Warto było przebrnąć przez 180 stron nie zawsze najbardziej interesującej historii, by przeczytać coś takiego. Nawet moje oburzenie na sztampowe ujęcie postaci kobiecych przez autora nieco złagodniało. Zresztą czegóż można wymagać od człowieka piszącego latach trzydziestych ubiegłego wieku, na pewno nie racjonalnych poglądów na kwestie feminizmu. Trudno więc się dziwić,  że jego bohaterka, Erzsi, widzi szansę realizacji swojej wolności jedynie przez dobieranie sobie możliwie najbardziej niedorzecznych kochanków. Potraktujmy to jako archaiczną ciekawostkę, i tyle.

Natomiast książka jako całość jest niewątpliwie interesującym portretem buntu i poszukiwania innego niż ogólnie przyjęty sposobu na życie. O jej uniwersalności może świadczyć fakt, że obydwu nam, tzn mnie i Chihiro, przypomniała ona filmy Bertolucciego. W moim przypadku byli to Marzyciele, opowieśc o trójce młodych ludzi, którzy zamykają się w starym paryskim mieszkaniu by eksperymentować bytując z dala od społeczeństwa. I choć tam akcja rozgrywa się w latach 60tych ubiegłego stulecia, nie mogłam powściągnąć skojarzeń z rodzina młodych Ulpiusów żyjących we własnym świecie. A teraz kończę, bo mój własny świat chce przybrać inny kształt niż ten niebieski ekranik. 

mowa o:

podrózny i światło

na brzegu wanny siadła i machała

Opublikowany w CAŁKOWITE ZYMŚLENIA, Roland Topor Księżniczka Angina przez buksy w dniu 24 październik 2009

Małe dziewczynki w brudnych skarpetkach nie są wdzięcznymi bohaterkami książek. Nieznośne, rozczochrane i przekorne, żywią się absurdem jak zwykłe dzieci truskawkowa galaretką. I ten absurd klei się do każdej strony książki, aż fabuła marszczy się, drze i przeinacza. Zresztą jaka tam fabuła, bez przesady. Ot, stara ciężarówka z zarozumiałą smarkulą i jej opiekunem pijaczyną tłucze się po drogach i dróżkach i nigdy do sensu nie dociera. Za to mija dziwaczne sytuacje i zatrzymuje się przy paskudnych typach. Czy to w ogóle jest do wytrzymania? I do przeczytania?

W małych dawkach owszem. Takich na półgodzinną kąpiel. Piana zmyśleń i mydlin, w sam raz na odmoczenie pięt i znużenia codziennością. Stosować na godzinę przed snem. Daje relaks i nikły uśmiech na wspomnienie parodii sytuacji realnych w tym całkiem nieprawdziwym świecie, jaki stworzył pan T. Na koniec można sobie obejrzeć gardło, wyjąc aaaa i wypatrując migdałków. Jeśli tam, na tych różowych wzgórzach wykrzykników zobaczycie białe plamki to znaczy, że tak. Księżniczka Angina, owszem, jest z wami, ma się dobrze i wędruje dzielnie od nalocika do nalocika.

Uwaga: książkę można czytać przy infekcji gardła, ale nie przy temperaturze. Bo ona sama jest jak gorączka w maligno wchodząca.

 mowa o:

 Księzniczka Angina pic

 

PS1. dziękuję bardzo VMR, że zwróciła kiedyś u siebie uwagę na takie zjawisko literacko-rysownicze jak pan Roland Topor.

PS2. Jeśli ta notka jest kompletnie nie zrozumiała to bardzo dobrze. Książka której dotyczy jest jeszcze mniej.

znowu Marta

Opublikowany w Grimes Martha, ULUBIONE przez buksy w dniu 18 październik 2009

Po dosyć ciężkiej i melancholijnej lekturze Brookner miałam ochotę na coś lżejszego kalibru. A że czekała na mnie kolejna Grimes, mój wybór był więcej niż oczywisty. I faktycznie. Było lekko jak nigdy. Po pierwsze w tej części przygód Jurego mocno świeciło słońce,  i mogłam się nacieszyć, angielskim co prawda, ale jednak latem. Po drugie autorka wreszcie zrezygnowała z dosyć meczącego obyczaju tłumaczenia who is who i nawiązywania do poprzednich części cyklu. Tak więc nie było żadnych wstecznych, akcja szła tylko na przód i na pewno wpłynęło to dodatnio na wartkość czytania.

A co u samego nadinspektora? Otóż razem z przyjacielem Melrosem mają szansę spotkać swoje dawne miłości. Ze względu na brak wyjaśnień w tej części, nie mogłam za bardzo pokojarzyć na czym problemy uczuciowe obu panów polegają. Pamiętałam tylko, że rozwiązywanie zagadek kryminalnych szło im znacznie sprawniej niż rozgryzanie zawiłości natury sercowej. Tym razem idzie im nie lepiej i chyba nie zdradzę za wiele, gdy powiem ze obydwu kolegów spotyka po raz kolejny w tej dziedzinie zawód (a swoją ścieżka, zauważyliście słabość obydwu przyjaciół do dziewcząt w powyciąganych swetrach?). Nie mają zresztą zbyt wiele czasu na rozpamiętywanie, bo jak zwykle, trup ściele się gęsto i zaczynają rosnąc obawy, że morderca w końcu wyczerpie zasoby osób niesympatycznych i zacznie uśmiercać i milszych członków pewnej amerykańskiej wycieczki. Bo to właśnie uczestnicy ekskluzywnej wyprawy do Anglii padają ofiarą zbrodni, jak i również ostrego pióra Gimes, która nie szczędzi złośliwości swoim rodakom. Jakby komplikacji było mało, Melrose ma szansę uczestniczyć w jeszcze jednym śledztwie. Zostaje mianowicie wciągnięty w poszukiwania przyczyn śmierci niejakiego Christophera Marlowe’a, współzawodniczącego z Szkespirem o miano najlepszego poety epoki elżbietańskiej. Oprócz sporej dawki informacji z życia Szekspira i jego współczesnych, kilku wersów poezji, są oczywiście i koty i dzieci i puby. Całość nieodmiennie, jak to u pani Grimes bywa, łączy się w całkiem przyjemne czytanie na czas pierwszych chłodów.

mowa o:

Dirty duck 1

snuj

Opublikowany w NA MARGINESIE, plany czytelnicze przez buksy w dniu 12 październik 2009

Ostatnio uprawiam księgarniany window shopping. Choć bardziej prawidłowa nazwa powinna brzmieć shelf peeping.  Po ludzku mówiąc, po prostu łażę pomiędzy regałami i grzebię, z utęsknieniem myśląc o kolejnej wypłacie. Teraz, w połowie miesiąca mogę tylko obwąchiwać poczytywać i domysły snuć, na temat jakości przeglądanych lektur. Oczywiście pierwsza kusicielka to Hakawati, której lazur mnie olśniewa w burości jesiennej. Złociste esy floresy wiją się na okładce jak wąż kuszący Ewę w raju, nawet podejść się boję, bo jak otworzę, zacznę akapit tu albo tam, to pewnie już z rak nie wypuszczę. Opieram się wiec dzielnie, tylko kątem okiem notując pojawienie się tej nowej Waters. Którą na szczęście Magamara zjechała nieco, wiec się nie daję nawet żółtej banderoli z napisem Booker zwieść. Idę dalej, w kierunku faktu, bo jakoś książki pozbawione fikcji zawsze mniej mnie pociągają, no chyba, że opisana w nich rzeczywistość przekracza granice najwspanialszych zmyśleń. Patrzę, a tam te dwie Julie stoją, co to właśnie film o nich widziałam. Bez entuzjazmu zresztą, bo w końcu oglądanie przez dwie godziny osób, których centrum życia stanowi patelnia, unudzi nawet i entuzjastów gotowania, których pewnie na sali kinowej nie brakowało. Już wolałabym chyba obejrzeć trzygodzinny blok programów Jamiego Oliwiera, może bym się przynajmniej czegoś nauczyła. Główna refleksja zresztą jaka mnie ogarnęła po obejrzeniu tego filmu, to, że niestety nikt do tej pory nie wpadł na pomysł entuzjastycznego programu TV dla laików o umiejętności czytania książek. A mnie się marzy taki program nie kulinarny, a bukinarny, która pokazuje jak czytać. W końcu czytać jest chyba łatwiej niż gotować? I z reguły przyjemniej? Mniejszy bałagan, mniejszy wysiłek, że o gabarytach nie wspomnę. Nie gotuj, a czytaj, będziesz zgrabniejsza, czy nie byłoby to chwytliwe hasło? Hm, może i nie.

Po tych jałowych rozważaniach ruszam bardziej w fikcję, gdzie znajduję coś, czego nie powinnam znaleźć w tej sekcji. Ale ta przewrotność jak najbardziej pasuje do tytułu. Oto trzymam w rękach Książki Najgorsze Barańczaka. Otwieram, a tam szmira za szmirą, w atrakcyjnie zgryźliwy sposób omówiona. No proszę, widać najlepszym tez się zdarza na chałę trafić, myślę ucieszona, zwłaszcza, że tuż przy boku rozlewa mi się na półkach pewna seria o domu, która stała się serialem. Może zresztą to byłby jakiś wyznacznik? Jakości lektur? Czytaj to, czego nie sfilmowano? Ostatnio?

off season

Opublikowany w Anita Brookner "Hotel du Lac", OUTSIDERZY przez buksy w dniu 10 październik 2009

 

 

To proste. Bez dużego zaangażowania emocjonalnego, można robić co się chce. Można podejmować decyzje, zmieniać zdanie i plany. Nie ma problemu z patrzeniem na to, czy ta druga osoba ma wszystko czego jej trzeba, czy nie jest smutna, zawiedziona, znudzona. Można być tak miłym lub bezwzględnym, jak tego się zapragnie.

Anita Brookner „Hotel du Lac”, str 94.

 Zdawałoby się, ż nie może być nic bardziej kojącego od wyjazdu do luksusowego hotelu u schyłku sezonu. Z takiego założenia zdaje się wychodzić Edith, pisarka powieści romantycznych, która pewnego wrześniowego dnia przybywa do szwajcarskiego hotelu Du lac, by tam przemyśleć niedawne zawirowania, jakim uległo jej życie. Wkrótce okazuje się, że nie będzie jej dane spędzić tego czasu na samotnych przemyśleniach i pisaniu nowej książki. Chcąc nie chcąc zostaje zaangażowana w życie innych mieszkańców hotelu, którzy chętnie zaangażują ją w roli obserwatorki i słuchaczki. I tak Eidth kolejno poznaje eleganckie i jak się okazuje zamożne Panie, nawykłe do luksusów i życzliwości otoczenia.

Hotel Du Lac okazuje się być mirkosmosem społeczeństwa, jak maleńka wyspa, na której można zaobserwować przejawy życia charakterystyczne dla całej planety. Edith ma szansę przekonać się po raz kolejny jakie miejsce we współczesnym społeczeństwie może zająć średnio zamożna, niemłoda i niezamężna kobieta. Za towarzystwo mając bardzo bogatą wdowę i jej córkę, oraz równie zamożną mężatkę, szybko przekonuje się, że bez właściwego mężczyzny u boku zawsze będzie na straconej pozycji, że będzie odgrywała rolę niewiele istotniejszą od tej, jaką odgrywa piesek towarzyszący jednej z jej nowych znajomych. Będzie mogła jedynie się przysłuchiwać i zachwycać, być świadkiem życia, ale nie jego pełnoprawna uczestniczką. Jednocześnie los podsunie jej okazję do dokonania zmiany swojej sytuacji. Nie zdradzę, czy Edith skorzysta z tej szansy, powiem jedynie, że drżałam o to, czy podejmie właściwą decyzję, a kiedy na ostatnich stronach czyni decydujące kroki, byłam zachwycona takim, a nie innym obrotem spraw i miałam wręcz ochotę uściskać Edith za jej podejście do sprawy.

Na koniec kilka słów wyjaśnienia. Parę dni temu określiłam tę książkę jako romans na schyłek jesieni. Teraz, po jej przeczytaniu widzę ją raczej jako antyromans, będący głosem w  dyskusji na temat rzeczywistego stopnia wyemancypowania naszego społeczeństwa. Bez obaw, nie jest to pamflet feministyczny, który tumaniłby i przestraszał co bardziej tradycyjnie myślących czytelników. To raczej napisana pięknym i wyważonym językiem przypowiastka, która delikatnie nakłania do refleksji, każe zastanowić się, czy naprawdę mamy tak wiele powodów do przekonania o tym, że żyjemy nowocześnie. I może, gdy czytelnik zacznie mrużyć oczy zastanawiając się, czy przypadkiem nie zobaczył w wersach tej powieści nikłego cienia Jane Austen, okaże się, że nie tylko wyrafinowany styl książki nawiązuje do sposobu pisania cioci Jane, ale również jej wątek bardzo przypomina dziewiętnastowieczną the novel of manners.

warto:

 

brookner

Otagowano z:

na rozgrzewkę

Opublikowany w Evelyn Waugh "Zmierzch i upadek", OUTSIDERZY przez buksy w dniu 5 październik 2009

-Ale ja nie znam ani słówka po niemiecku. Nie mam praktyki, nie mam dyplomów i w ogóle nie gram w krykieta.

-Niechże pan nie będzie taki skromny – rzekł Levy. – To niewiarygodne, czego można uczyć, gdy się człowiek przyłoży. Proszę bardzo: nie dalej jak w zeszłym półroczu poleciliśmy człowieka, który nigdy w życiu nie przestąpił progu laboratorium, jako starszego wykładowcę i szefa pracowni fizyczno-chemicznej, i to jednej z najlepszych szkół prywatnych. Zgłosił się do nas jako nauczyciel muzyki. Radzi sobie podobno zupełnie nieźle.

Evelyn Waugh, „Zmierzch i upadek”, Str 17 

 Ostatnio marudziłam, jakie to wszystko jest ble i nie do czytania. Tymczasem zdarzyło mi się natrafić na książkę palce lizać, tudzież paluszki u nóżek autora całować. Książkę, przy której chichrałam się głośno i gwałtownie. Książkę, gdzie udowodniono, że Monty Python niejedno może mieć imię. Na przykład Evelyn. Tak TEN Evelyn Waugh, od Powrotu do Brideshead. Tym razem mówi raczej o odwrotach i przewrotności losu. Zwłaszcza tych mniej uprzywilejowanych obywateli Albionu.

Cała historia zaczyna się od wydalenia z Oxofordskiej uczelni za złe (nieswoje) zachowanie niejakiego Paula, studenta teologii. Paul, jako „figura bez żadnego znaczenia” (Zmierzch i upadek”, str 9) mógł ponieść przykładną karę, w przeciwieństwie do jego rozwydrzonych, ale za to wyśmienicie urodzonych kolegów. I tak zaczyna się gorzka farsa na temat społeczeństwa angielskiego i rządzących nim zasad. Paul wkrótce znajduje posadę nauczyciela w prywatnej szkole dla chłopców, której uczniowie są w dużej mierze młodszymi wersjami jego kolegów z czasów studenckich. I tu czuję pokusę ogromną do poczynienia pewnej dygresji na temat podobieństwa szkół prywatnych wszelkiego autoramentu. Okazuje się, że głównym zadaniem Paula jest bowiem nie edukacja chłopców, ale utrzymanie całej klasy w jakiej takiej dyscyplinie. Paul nawet zostaje zaangażowany do nauczania jednego z chłopców gry na fortepianie, choć w życiu nie miał z tym instrumentem doczynienia. I tutaj nie mogłam powstrzymać nasuwających się wspomnień z jakże błyskotliwego okresu mojej kariery zawodowej, który spędziłam na jednej z dobrze prosperujących prywatnych uczelni. Tam również należało przede wszystkim robić wszystko, aby zachować na zajęciach spokój i utrzymać studentów w stanie sennego zadowolenia. Dla wielu prowadzących zajęcia najlepszym na to sposobem było po prostu puszczanie filmów, niekoniecznie o charakterze edukacyjnym. A na przykład zarządzania nauczał profesor uczelni technicznej specjalizujący się w metalurgii. Ech, łza mi się nieraz w oku zakręciła, kiedy zarykiwałam się śmiechem czytając o pedagogicznych przygodach Paula, tak czasem bardzo przypominających moje własne.

Jednak dalsze losy Paula zupełnie nie były podobne do moich. Otóż Paul miał szczęście zainteresować swoja osobą zamożną matkę jednego ze swoich uczniów. Co z tego wszystkiego wynikło pominę milczeniem, żeby nie psuć przyjemności czytania tym, których do lektury zachęcę. Dodam tylko, ze książka jest wyjątkowo zabawna, i nie brak w niej bystrych i cynicznych spostrzeżeń na temat zasad rządzących naszym współczesnym społeczeństwem. Troszkę może drażnił mnie fakt, że autor niejako poświęca swoich bohaterów na rzecz wykazania kolejnych absurdów, dotyczących funkcjonowania  przeróżnych, teoretycznie szacownych, instytucji. Jednak mogę zapewnić każdego miłośnika poczucia humoru Monty’go, że książka ta dostarczy mu sporo radości na kilka nijakich wieczorów tej wstępnej jesieni. 

mowa o:

zmierzch

 

 

Otagowano z:

getting ready

Opublikowany w NA MARGINESIE, plany czytelnicze przez buksy w dniu 28 wrzesień 2009

 

zestaw jesienny

Jak każde przezorne stworzenie zaopatruję przedjesiennie swoją norkę. Nagromadziłam mozolnie wszystko co potrzebne do przetrwania czasu szarug i mgieł. Co prawda jakoś on nie nadchodzi, kanikuła uparcie pręży słoneczny grzbiet i w rezultacie moje wysiłki wyglądają na bezsensowny akt paniki. Ale co tam, ja mam stosy poduszek, herbat, owijaczy i lektur. Któregoś dnia okaże się jednak, że temperatura wody gotowanej w czajniku przewyższa tę na zewnątrz i wtedy, ach, wtedy, to będę miała satysfakcję!

Na ten czas szykuję sobie takie oto czytelnicze przyjemności: 

  1. A. Brookner „Hotel Du Lac” – romans na początek jesieni
  2. M. Grimes „Dirty Duck” – kryminał na chwile jesiennej nudy
  3. L. Padura „Gorączka w Hawanie” – kryminał na czas zimnej jesiennej nudy
  4. R. Topor „Księżniczka Angina” – bajka na czas jesiennej infekcji gardła
  5. V. Woolf „Flush” – opowieść na jesienne obserwacje psów
  6. T. Jansson „Winter Book” – historyki na jesienne refleksje o zimie
  7. A. Veterany „Kto znajduje, źle szukał”- dołowacz na jesienny spleen
  8. J. Fforde „Skok w dobra książkę” – rozśmieszacz na jesienny spleen
  9. V. Woolf „Miedzy aktami” – filozofnik na jesienne dumanie
  10. J. Rawik „Edit Piaf, ptak smutnego stulecia” – biograficzny nutnik na jesienne słuchanie
  11. M. Cartarescu “Dlaczego kochamy kobiety” – pomocnik do jesiennego przeglądania się w lustrze
  12. S. Schiff “Vera Nabokowa” – historia kobiety niezwykłej na wszelkie jesienne słabości

mironczar

Opublikowany w Miron Białoszewski "Chamowo", OUTSIDERZY przez buksy w dniu 22 wrzesień 2009

 

“Na plakacie obok Gioconda. Tylko  z ustami, z uśmiechem. Reszta niewidoczna, za napisem “Krajowa Loteria Pieniezna”.”

Miron Białoszewski “Chamowo”, str. 386 

Bardzo jestem ciekawa, czy gdyby nie całe życie spędzone w blokowych mieszkaniach, też bym z taka przyjemnością czytała tę książkę. Czy gdyby nie coroczne wakacyjne wizyty w niedużym mieszkaniu na Saskiej Kępie, opisy mostku pod Afrykańska też budziłyby we mnie takie ciepłe uczucia. Pamiętam tę Afrykańską i Lizbońską, i wydaje mi się że nawet mam w pamięci obraz Afrykanina w fezie i narodowych szatach kręcącego się wokół jednej z ambasad. Ale może to już tylko moja wyobraźnia? Musiałam przecież się czymś zająć, stercząc na przystanku w oczekiwaniu na 117. Teraz pluje sobie w brodę, że nie skoncentrowałam się raczej na obserwacji starszych panów. Pomyśleć, że mogłam tam sobie tkwić u boku jednego  z najlepszych współczesnych poetów! A tymczasem gapiłam się na młode warszawianki, żeby jako prowincjonalna panienka się nauczyć wielkomiejskiego szyku. Studiowałam zwłaszcza grzywki, bo nigdy nie wiedziałam, co zrobić z własną (do dziś zresztą nie wiem). Takie to błędy młodości przychodzi mi teraz rozpamiętywać!

Okazja jest nielicha, w postaci właśnie wydanego „Chamowa”. Jak wiadomo, jest to opis pierwszego roku, jaki Białoszewski spędził w nowym mieszkaniu na Saskiej Kępie. Miło tam nie było, sąsiedzi się tłukli, bajzel wszędzie, a w mieszkaniu co pięć minut cos się psuło. W tym wszystkim Białoszewskiemu udawało się zachować pogodną twarz, ba, podczas czytania mam wrażenie, że nic go nie było wstanie wyprowadzić z równowagi. Nawet nocne roboty stolarskie nad głową nie skłoniły go do zrobienia awantury, a jedynie do wysłania delegacji przyjaciół w celu wypertraktowania  odrobiny spokoju. Za to cieszył się jak dziecko z „widokowego” 11 pietra, z zielsk rosnących w pobliżu, które namiętnie zrywał, z gołębi okupujących rusztowania jego bloku. „Szare eminencje zachwytu” towarzyszyły mu tu na co dzień, kłaniając się w pas jego zamiłowaniu do szczegółu. Czytelnikowi też wypada się pokłonić tej Mirnowskiej zdolności do postrzegania jako wyjątkowych rzeczy, rozmów i wydarzeń codziennych. Bo choć w tej książce brak jest akcji i suspensu, to czyta się ją wyjątkowo dobrze. I życzyłabym sobie bardzo, żeby jak największa liczba blogowiczów posłużyła się nią, jako idealnym wzorem na prowadzenie bloga. Białoszewski naprawdę wyśmienicie uczy jak dobrze pisać o tym, co z pozoru powszednie i niezauważalne. Można i warto się pobawić w patrzenie na świat Mironem. Wyniki takiego eksperymentu dadzą, moim zdaniem, nad wyraz interesujące rezultaty.

Tym, którzy jeszcze ciągle po przeczytaniu „Chamowa” nie będą mieli Białoszewskiego dość, polecam obejrzenie „Parę osób, mały czas”, w którym zobrazowany został miedzy innymi okres życia Mirona opisywany w „Chamowie”. Główny wątek to jednak relacja Mirona z jego przyjaciółką, niewidomą Jadwigą Stańczkową. Jej rolę dano Krystynie Jandzie, która mnie osobiście trochę drażniła przerysowaniem granej postaci, wyposażeniem jej w ten jandowski zajęk i nerwowość. Natomiast w roli Białoszewskiego zachwycił mnie zupełnie mi nieznany Andrzej Hudziak. Zresztą możecie się sami/same przekonać, jaki jest świetny, bo jutro (środa 23.09.) TVP Kultura o godzinie 20 wyemituje wspomniany film. A dla tych, którzy dostępu do tego kanału nie mają, miła niespodzianka: film można sobie obejrzeć tutaj.

mowa o:

 

 

impas

Opublikowany w NA MARGINESIE przez buksy w dniu 20 wrzesień 2009

Wiedziałam, że tak będzie! Po przeczytaniu książki- siódmego cudu świata, wszystko wydaje się nijakie.

Sięgam po „Jeśli zimowa nocą podróżny”, a tam autor zamęcza mnie uświadamianiem mi moich czytelniczych doznań. Okej, wiem że jestem czytelnikiem,  nie bohaterką trzymanej w rękach książki. I nie muszę co pięć minut mieć wzmianek o tym, że teraz to jestem zdziwiona czy też znudzona. Wkurzona drogi panie jestem! Zawsze drażni mnie niesłychanie takie krążenie wokół tematu, z rozwlekłymi zapowiedziami na temat tego co ma być oraz komentarzami na temat tego, co było. Mistrzem takiej formy jest Swift, o , do dziś pamiętam męki towarzyszące lekturze Guliwera. Dlatego Calvino został porzucony i przeszłam do Mariasa. Dosyć wolnym krokiem, bo pierwsza strona książki zawiera opis  samobójstwa. Przed snem czytać nie mogłam. Poczekałam na odpowiednie popołudnie i zaczęłam czytać o świeżo upieczonej mężatce, która podczas rodzinnego obiadu wychodzi do łazienki żeby strzałem w serce odebrać sobie życie. Dlaczego? Autor stara się dociec przyczyn tego kroku, przy okazji studiując niedole własnego stanu małżeńskiego, w który właśnie wszedł. No i tym zrobił sobie u mnie krechę, bo nie znam faceta, który by nie narzekał na straszliwy stan zniewolenia i marazmu w jaki popada po założeniu obrączki. Pozostawiłam wiec narratora jego cierpieniom, i sięgnęłam po następna lekturę. Charles, pomyślałam sobie, jest konkretny i nie lubi pracować, mamy wiec przynajmniej dwie cechy wspólne i może jakoś dojdziemy do porozumienia. No i film na podstawie ksiazki był całkiem niezły, z muzyką niesamowicie oddajacą pijacką smutę. Jednak i tym razem pudło. Pan Chinasky bowiem prowadzi cholernie jednostajne życie, w którym spontaniczność jest pozorną grą, maskującą powtarzalność przyjętego wzoru. Co drugi rozdział Charles wylatuje z roboty, upija się i dobiera do jakiejś kobitki. Spojrzałam szybko na koniec, okazało się, że rozdziałów jest 87, czyli czekało mnie ponad czterdzieści migawek z tym samym obrazkiem. Mając w perspektywie pogrążanie się w opisach brudnych kufli piwa i zszarganych życiem meneli, z westchnieniem odłożyłam książkę. I poświęciłam się na dobre mojej do tej pory wannowej lekturze Białoszewskiego. W „Chamowie” też są powtórki, ale wielokrotne czytanie opisów chmur kłębiastych, pierzastych, wschodów i zachodów słońca oraz traw porastających Saską Kępę jest zdecydowanie bliższe mojemu poczuciu estetyki. O czym będzie zupełnie osobna notka.

hurrey, the end of holiday.

Opublikowany w NA MARGINESIE, ogladając i czytając przez buksy w dniu 11 wrzesień 2009

Jak się cieszę z końca wakacji! Wreszcie zakończy się papka filmowa w kinach, biblioteki  będą otwarte nawet po 16, a do telewizyjnej ramówki powróci Czytelnia. Na dodatek z małego ekranu po raz kolejny powiewa Bergmanem, co mnie szalenie podnieca, i wizualnie i intelektualnie. Najpierw początkiem tygodnia miałam okazję obejrzeć „Wnętrza” Allen’a. Oglądane strasznie dawno, wspominałam jako ponurość zupełnie pozbawioną allenowskiego poczucia humoru. Ponurość to i owszem jest, ale jaka wysmakowana! Przygaszone zdjęcia, wszystko w kolorach beżu i zamglonego wybrzeża. Przejmujące dialogi, wymuskane tytułowe wnętrza, świetne kostiumy. Do tego moja ulubiona Diane Keaton na skraju załamania nerwowego, jak każdy zresztą w tym filmie.

I kiedy ten film tak sobie przetrawiałam przez resztę tygodnia, puszczałam klatka po klatce w pamięci, to zaczęłam go w końcu widzieć jako metaforę  reżyserskiej drogi Allena. Otóż występuje tam tragiczna postać, perfekcjonistyczna, zimna i przewrażliwiona matka trzech dorosłych córek, którą porzuca mąż, pod pretekstem konieczności chwilowego odpoczynku. Okazuje się, że wkrótce znajduje sobie żywotną i dobroduszną  kochankę i ma się zamiar z nią ożenić. Pearl, bo takie imię nosi jego nowa wybranka, jest kwintesencją prostolinijności i radości życia, nie zagłębia się w rozmyślania na temat estetyki, poetyki i uczuć wyższych, za to świetnie gotuje i nosi zabójczo kolorowe kiecki, w amerykańsko-papuzim stylu. Nie pasuje do tego towarzystwa ani osobowością, ani wyglądem,  ale to jej dostaje się wygrana, podczas gdy wysublimowana i neurotyczna Eve odchodzi porzucona przez całą rodzinę.

Przez opowiedzenie się za rozszczebiotaną Pearl i uśmiercenie zimnej i bergmanowskiej Eve Allen mówi jednoznacznie o swoim przejściu na jasną i prostą drogę pragmatycznej komedii amerykańskiej. Przedtem jednak daje upust swojej miłości do Bergmana wręcz kalkując niektóre ze scen z jego filmów. Najmłodsza z sióstr rozmawia z widmem swojej matki w scenie naśladującej do złudzenia fragmenty pokazujące spotkania Liv Ulman ze zjawami z przeszłości w „Twarzą w twarz”. Eve zaczyna przejawiać zainteresowanie religią, tak charakterystyczne dla wielu z bohaterów Ingmara. A końcowe ujecie filmu to niezaprzeczalnie wielki pokłon w stronę „Persony”. A może i mrugniecie okiem w kierunku widza, sygnalizujące, że tak całkiem z Bergmanem Woody się jeszcze nie żegna.

Oglądając z kolei „Gdzie rosną poziomki”, kilka dni temu nadawane w TVP Kultura, mogłam przekonać się, że i ten film widział Woody i próbował zaadaptować niektóre z niego pomysły. Jak choćby scena z wejściem do pokoju, gdzie bohater obserwuje rodzinny obiad sprzed lat. Czy przypadkiem nie to samo widział Woodie w „Hannie i jej siostrach”? Wiem, że to co tu wypisuje u niektórych może wzbudzić uśmiech pobłażania i pogardliwe prychniecie, że Ameryki to nie odkrywam. Dla mnie jednak, osoby o filmoznawczej ignorancji mieszczącej się w górnej części tabeli niewiedzy, to fascynujące śledztwo. Które zresztą będę miała szansę kontynuować, Oto bowiem GW ma zamiar dodawać, od 18 września począwszy, filmy Allena do swoich piątkowych wydań. No i ciągle czeka na mnie zupełnie niezła lektura rozmów z Allenem. Dotyczą one co prawda bardziej jego kuchni filmowej niż głęboko filozoficznych rozważań na temat interpretacji jego dzieł. Ale przecież opary kulinarne czasem bardzo przypominają kształtem i ulotnością ducha, i tego mam zamiar się trzymać, jak czytający kartki. 

mowa o: