więcej niz pierwsza czytanka

imago

Opublikowany w Anita Brookner "Opatrznosc", OUTSIDERZY przez buksy w dniu 24 listopad 2009

Bywają pieśniarze jednej piosenki. Bywają też i pisarze. Gdyby przyszło mi przypisać do Brookner jakiś utwór muzyczny, nie wahałabym się ani chwili. Byłaby to znana melodia, do której nucono często refren „Boże daj męża, daj męża, daj męża”. I Choć utwór jest dziewiętnastowieczny, to problem który opiewa zdaje się być ponad czasowy. Przynajmniej w twórczości pani Brookner. Bohaterką jej kolejnej książki jest bowiem znów stara panna. Może nie tak stara jak poprzednia, ale trzydziestka bez męża, to jednak jak obszył wiek już do niechlubnej strony  panieństwa zaliczany. A tyle mniej więcej lat ma właśnie Kitty Maule, sierota wychowana w Londynie przez dziadków, francuskich emigrantów. Mimo tego, że urodzona na ziemi brytyjskiej, Kitty wciąż nie w pełni czuje się Angielka:

„Jesteś zawsze tak dobrze ubrana –powiedziała do niej Pauline. Kitty zastanowiła się przez chwilę:

-Jestem declasee, a takie kobiety są zwykle dobrze ubrane –stwierdziła.” (Anita Brookner “Opatrzność” str 159)

Wnuczka właścicielki salonu mody faktycznie jest zawsze wystrojona, a ludzi w swoim otoczeniu bardzo często ocenia po sposobie ubierania. W koledze wykładowcy zakochuje się, bo jego strój wyróżnia się jakością wśród niechlujnych, szaro-beżowych, powyciąganych swetrów i marynarek innych naukowców. Z sąsiadką rozwódką zaprzyjaźnia się, bo wydała się jej na pierwszy rzut oka modnie ubrana. Boleje nad tym, że jej druga przyjaciółka gustuje w płaskich butach i nijakich tweedowych spódnicach. Zaczyna niepokoić się o babkę, gdy widzi, że ta chodzi bez przerwy w jednej, czarnej sukni, która powoli traci kształt i pokrywa się kurzem.Czytając to wszystko, zaczęłam odczuwać kolejny raz pokusę, by utworzyć jeśli nie osobny blog, to przynajmniej kategorię pod tytułem „szafa literacka”, gdzie bym dowoli opowiadała o strojach książkowych bohaterów i próbowała je czasem zilustrować zdjęciami. Ale kiedy pomyślałam ile czasu i wysiłku by to kosztowało, zapał mi przeszedł ;)

W każdym razie nasza Kitty szalenie dba o pozory, a ubrania traktuje niemalże obsesyjnie. Nie oznacza to jednak, że jest pustą kobietką, której myśli dotyczą wyłącznie dobierania torebek do płaszczy, butów do apaszek, biżuterii do bluzek. O nie. Kitty jest całkiem niezłą pracownicą naukową, zajmuje się literaturą, a zwłaszcza romantyzmem. Prowadzi seminarium na temat “Adolfa”, książki autorstwa Beniamina Constant. Losy bohatera omawianej ze studentami lektury można w pewien sposób skojarzyć z wydarzeniami w życiu Kitty. Życiu, które coraz mocniej koncentruje się na znalezieniu odpowiedniego kandyta na męża. Kitty robi wszystko, by zdobyć miłość swojego kolegi po fachu, wspomnianego eleganta Mauryca. Przy okazji udaje jej się dostać pełny etat na uczelni, zdobyć życzliwość współpracowników i studentów oraz znaleźć przyjazną duszę w osobie źle ubranej, ale bardzo inteligentnej Pauliny. Według współczesnych standardów Kitty osiąga więc sukces, choć sama pewnie nigdy by nie uznała takiego życia za udane. Bo Kitty od maleńkości wpajano że musi mieć męża, że bez rodziny jest skazana na wieczną samotność, pustkę i towarzystwo równych sobie „nieudacznic”. Takich jak jej sąsiadka, której dni koncentrują się na zakupach w Harrodsie i przemyśleniach o kreacji i makijażu na kolejny wypad do sklepów. Ostanie akapity książki wskazują, że być może obawy Kitty były niesłuszne, że mimo braku obrączki na palcu ma szansę na dobre życie.

Los Kitty wydaje się o tyle interesujący, że jest ona jakby „brakującym ogniwem”, stanem pośrednim ewolucji starej panny w singielkę. I choć nie dane jest nam tak do końca dowiedzieć się, czy Kitty nauczy się postrzegać siebie nie jako kobietę przegraną, a  samodzielną, to śledzenie jej poczynań może podsunąć wiele ciekawych refleksji.

mowa o:

Otagowano z:

siurpryzy

Opublikowany w NA MARGINESIE, ogladając i czytając przez buksy w dniu 19 listopad 2009

Najmilszą niespodzianką ostatnich dni była przesyłka od Magamary. A w niej: nieosiągalny, nieprzetłumaczony i zalistowany do Bookera The Quickening Maze! Dziękuję bardzo za ten cudowny prezent. Na razie położyłam koło łóżka i przed snem wzrok mi się zapuszcza w ten niepokojący obrazek z okładki. W ten sposób zasilam moja chęć czytania, która rośnie w zastraszającym tempie. Ale ponieważ podjęłam się pewnych zobowiązań, czytelniczo błądzę teraz na granicach Europy.

 

Niezłą niespodzianką było też znalezienie części Muminków, której jeszcze nie znałam. Sama nie mogłam się nadziwić, jak to się mogło stać. Ale na szczęście się stało i będę miała mnóstwo radości przez najbliższe dwa wieczory. Na jednym zaskoczeniu wizyta w empiku się nie skończyła. Zdarzyło mi się,  jak zwykle, rzucić okiem na wszystkie okoliczne półki i musiałam kilka razy mrugnąć, żeby się przekonać, że mnie wzrok nie myli. Oto na wysięgniku pt nowości zobaczyłam…”Lalę” Dehnela. Z ulgą pomyślałam, że mnie to się ostatnio zatrzymał zegarek, a niektórym to cały kalendarz.

No i moje ostatnie odkrycie, to znalezienie nowego programu TVP o książkach. Zanim się ucieszycie z tej informacji, przeczytajcie do końca ;) . Nosi on tytuł „Czytam, bo lubię” i jest nadawany na popularnej stacji TVN Style. Prowadzącą jest Pani Dorota W. Która jest znana z tego, że się zna. Na przykład z Januszem Wiśniewskim. I nie tylko chyba, skoro ma już drugi program na tym kanale. Zaczęłam to wczoraj oglądać i oniemiałam. Jako lekturę do omówienia wybrała pani Dorota „Morderstwo w Orient Expresie”. Najpierw nam wyjaśniła kto to jest Agata Christie i co to jest Orient Express. Wykładni semantycznej morderstwa zabrakło, za to pani Dorota wzięła się za czytanie fragmentu. No i dalej nie wiem co było, bo dwie pomyłki w czytaniu prostego tekstu ostatecznie mnie skłoniły do wyłączenia telewizora. Jedno jest pewne: tytuł pozostanie taki sam na zawsze. Do zmiany na przykład na „czytam bo umiem” nie ma żadnych przesłanek. Pozostaje tylko pytanie, dlaczego nie zaproszono do jego poprowadzenia kogoś, kto ma o temacie jakie takie pojecie? Przecież Kazia Sz. na pewno chętniej wzięłaby się za te robotę, zamiast komentowania 66 niezapomnianych chwil z nieczytania?

 A jeśli chodzi właśnie o nieczytaniowe momenty, to z wielkim zadowoleniem donoszę o jeszcze jednym zaskoczeniu ostatnich dni. Wybrałam się, pełna obaw, na polski film. I Co za jakość, co za scenografia, co za aktorstwo! Że o pomyśle na fabułę nie wspomnę. I muzyka, Aaaaaach. No po prostu „Rewers” mnie zadziwił. W każdym calu in plus. Dla zachęty nadmienię tylko, że główna bohaterka obraca się w kręgach prawie literackich. I tym akcentem z przyjemnością kończę dzisiejsza notkę.

rybka zwana Rufino

Opublikowany w Leonardo Padura "Gorączka w Hawanie", OUTSIDERZY przez buksy w dniu 15 listopad 2009

W lokalu siedziało kilku klientów, bez wątpienia stałych bywalców, którzy stawiali czoło nudzie niedzielnego popołudnia, popijając rum z kubków na kompot, przez co musieli mocno się odchylać, żeby dopić do dna, a barman puszczał na swoim magnetofonie cos w rodzaju przeglądu boler dla pijących za dnia : Vincentico Valdes, Vallejo, Tejedor i Luis, Contreras, którzy snuli długa opowieść o miłosnych zawodach i tragediach bardziej pasujących do rumu niż do piwa czy coca-coli.

 Leonardo Padura „Gorączka w Hawanie”, Strona 122

 Zaraz po otwarciu tej książki wpadłam do dusznego pokoju, pełnego papierosowego dymu i walających się po podłodze części garderoby. Na rozbebeszonym łóżku pochrapywał jakiś facet. Stoicko spoglądała na to wszystko sunąca za szyba akwarium ryba. Nagle zadzwonił telefon, facet jęknął, i zaczęła się akcja, albo inaczej mówiąc wątek kryminalny. I wtedy już było w dół, w dół, nie króliczej nory, tylko nastroju bohatera. (Cała historia  detektywistyczna też okazała się dołem, a właściwie obsuwą). Przyznaję, że dobrze czytało mi się o niedolach i upadkach niejakiego Conde , milicjanta z rozpaczy i trochę z powołania. Obyczajowe obrazki z życia Hawany to na pewno mocna strona tej książki i nawet to, że jej mieszkańcy tytułują się per Towarzyszu nie jest w stanie zepsuć wrażenia realności odmalowanego obrazu. Ba, może nawet tę realność pogłębia?

Dalej z pielęgnowaniem zachwytu było gorzej. Po części dlatego, że jak tradycyjne rodzynki w ciasto, powtykane w treść zostały sztampowe opowiastki o pierwszej miłości, prawdziwej męskiej przyjaźni i sukcesach w grze w bejsbola. Jednym słowem dostałam pełny zestaw pod tytułem co każdy mężczyzna zaliczyć powinien. Jednak zaliczał to już tyle razy jako bohater innych książek, że tym razem jedynie mnie znudził swoimi wyczynami człowieka z testosteronu.

Jeszcze mniej dobrego mogę powiedzieć o samej zagadce kryminalnej. Która po pierwsze od początku na zagadkę wcale nie wygląda, po drugie okazuje się banalna i do mocnego ziewu przewidywalna. Dlatego zamykając tę książkę, nie mogłam się nadziwić, dlaczego autor zrobił z niej kryminał? Czy nie lepiej było skoncentrować się na historii miłosno-obyczajowej i tu dodać nieco treści? 

mowa o:

 

princes of Wales

Opublikowany w Kingsley Amis "stare diabły", OBYCZAJOWE przez buksy w dniu 11 listopad 2009

Każdemu z nas dobrze by zrobił kieliszeczek i, powiedzmy, mała przerwa na pozbieranie myśli. Może byście wpadli do mnie?

„Stare Diabły” Kingsley Amis, str 297.

Sięgnęłam po tę książkę w ramach nadrabiania bookerowych zaległości. Nie bez znaczenia był i sam tytuł, który jednak niesłusznie wzięłam za metaforyczny. Bowiem jest to faktycznie historia o grupce podstarzałych Walijczyków, którzy starają się zabić czas wycieczkami do pubu i miałkimi dyskusjami na tematy raczej trudne do określenia. Akcja toczyła się wolno, gin i whiskey lały się równo, a małe waśnie małżeńskie trwały w tle równomiernie i nieustająco. I właściwie ciężko mi określić, co sprawiło, że wytrwałam do ostatniej strony. Może pomógł tu fakt, że czytałam w stanie lekkiego katarowego zamroczenia i opisy dolegliwości głównych bohaterów (a wszyscy mocno po sześćdziesiątce) sprawiały, że moje własne wydawały się znikome. Może sprawiła to ciekawość, jak na losy grupki zaśniedziałych „Ciem barowych” wpłynie pojawienie się kolorowego motylka, jakim jest cieszący się sławą poeta i dawny przyjaciel, grzmiący i energiczny Alun?

Na pewno nie zachwyciły mnie rozważania na temat istoty walijskosci. Walijczyka spotkałam w życiu słownie jednego i jakoś nie zafascynował mnie na tyle, żebym poczuła się zachęcona do zgłębienia problemów dotyczących tego narodu. Z drugiej strony, muszę przyznać, że ten rumiany nadęty jegomość, błyskający poprawionym szkłem kontaktowym błękitem oka, bardzo przypominał niektóre z portretowanych przez Amisa postaci. Dumny i butny, taki w sumie profil Walijczyka mi się naszkicował, poprzez nałożenie obrazów rzeczywistych i książkowych.

Jednak sprowadzenie tej książki tylko do rozmiarów walijskiego szkicownika byłoby niesprawiedliwością. To przede wszystkim świetny opis pewnego etapu w życiu przez który większość z nas będzie musiała przejść. I to właśnie uniwersalność problemów przestawionych w książce, problemów dotyczących wieku więcej niż dojrzałego, relacji miedzyludzkich i związków, sprawia ze mimo braku gwałtownych zwrotów akcji,  książka ta stanowi niezłą , choć i bardzo leniwą, lekturę.

mowa o:

Otagowano z:

under the cover

Opublikowany w Mircea Cartarescu "Dlaczego kochamy kobiety", WSPOMNIEŃ CZAR przez buksy w dniu 8 listopad 2009

Gdyby urządzano konkurs na najohydniejszą okładkę, ta książka miałaby szansę znaleźć się w pierwszej dziesiątce. Umieszczony pod tytułowym pytaniem „Dlaczego kochamy kobiety” pozbawiony głowy i kończyn korpus koloru surowego mięsa jest odpowiedzią tyleż sugestywną co niesmaczną. Na szczęście, po kilku tygodniach omijania tej książki, udało mi się przeczytać intersujące opinie na jej temat u Chihiro i VMR (dziewczyny obiecuję, że w następnej notce dam Wam już spokój i zajmę się lekturą wybraną samodzielnie). I okazało się, że autor ma nieco inną odpowiedz od tej podsuwanej przez projektanta okładki. Po przeczytaniu nanizanych na strony opowiadań, opowiadań skonstruowanych z koronkowych kunsztownych zdań i onirycznych wizji, doszłam do wniosku, że u Cartarescu główną przyczyną tej miłości jest ułuda. To dzięki kobietom na powrót przenosi się do czasów dzieciństwa kiedy to matka koiła jego smutki różowymi cukierkami, to dzięki kobietom odnajduje w starym irlandzkim zamczysku zjawę materializującą się pod postacią punkowej kochanki, to dzięki kobietom odkrywa cudowną krainę marzeń sennych.

Po przeczytaniu takiego zbioru zachwytów i spostrzeżeń nad wrażliwością i różnorodnością przedstawicielek płci pięknej, miałam prawie ochotę popytać w księgarni o drugą część tej książki. Bo naturalnym biegiem rzeczy powinien teraz pojawić się tytuł „Dlaczego żal nam mężczyzn”? Tych nieszczęsnych, pokrytych sierścią stworzeń, które duchowo nie dotarłyby nigdzie bez nas, kobiet. Ale zaraz, zaraz, umknął mi tu jeden fakt. Jakby nie było autorem tych finezyjnych treści jest przecież mężczyzna! Dlatego może jednak kochamy i mężczyzn? Mimo tego, że subtelne teksty potrafią okrasić paskudną okładką?

mowa o:

 

lunatycy

Opublikowany w Antal Szerb "Podróżny i światło ksieżyca", OUTSIDERZY przez buksy w dniu 2 listopad 2009

W eseju głośnego autora angielskiego wyczytałem, że głównym rysem charakterów Celtów był bunt przeciwko despotyzmowi faktów. Pod tym względem Tomasz i Ewa Ulpiusowie byli Celtami. Tylko na marginesie zaznaczę, że tak Tomasz, jak i ja szaleliśmy za Celtami, za legendą o Świętym Graalu i za Parsifalem. Czułem się w towarzystwie młodych Ulpiusów tak dobrze, prawdopodobnie dlatego, że do tego stopnia byli Celtami. Dzięki nim odnalazłem siebie. Dopiero tam uświadomiłem sobie z cała jasnością , dlaczego w domu rodzicielskim czułem się jak przybysz , zażenowany i niepewny. Przyczyna kryła się w tym, że u nas królowały fakty.

Antal Szerb „ Podróżny i światło księżyca”, Strona 31

 Pewnie nigdy nie dowiedziałabym się o istnieniu tej książki, gdyby nie entuzjastyczna notka Chihiro. Muszę przyznać, że też poczułam przypływ entuzjazmu gdy odkryłam, że książka leży sobie spokojnie w mojej bibliotece. Miła niespodzianka spotkała mnie też przy jej wybieraniu, bo spodziewałam się rozsypanego truchła pokrytego pleśnią. Tymczasem dostałam książkę nie wyglądającą co prawda na nową, ale pieczołowicie posklejaną i oprawioną przez introligatora. Lubię takie dowody troski o rzeczy  martwe, o ile w ogóle książkę można określić tym mianem. Zresztą jaki inny przedmiot zasługuje bardziej na czułą opiekę niż stareńki tom czytany prze z kilka pokoleń?

Kiedy już po tych, niezmiernie zadowalających przemyśleniach, zabrałam się za lekturę, nie mogłam się powstrzymać od refleksji jak bardzo pożółkłe strony pasowały kolorem i zapachem do jej stylu. Cała historia jest opowiedziana niespieszną i elegancką narracją, która na pewno zniecierpliwiła niejednego czytelnika. Przyznam sama, że też zdarzało mi się trochę wzdychać nad powolnym tempem akcji.

Wszystko zaczyna się od podróży poślubnej Erzsi (moim zdaniem okropne imię, spróbujcie powiedzieć je na głos, czy nie brzmi to jakby wam zgrzytał w zębach piasek?) i Mihaly’ego. Młodzi podróżują po Włoszech i pewnie cała przygoda skończyłaby się tylko lekkim znużeniem sobą nawzajem, gdyby nie spotkanie dawnego znajomego Mihaly’ego. Na pozór nieistotne, wzbudza w Mihaly’em wspomnienia jego przyjaźni z niezwykłym rodzeństwem Lupiusów, które poznał podczas lat szkolnych. Mihaly opisuje swojej żonie tę cudowną przygodę jaką było przebywanie w ich domu i towarzystwie. Razem ze wspomnieniami budzi się w nim tęsknota za minionym. I nie tylko. Mihaly przypomina sobie również, że żyjąc zupełnie inaczej był o wiele szczęśliwszy i zaczyna sobie zadawać sprawę, że obrał zupełnie złą drogę, niewłaściwy styl życia i że małżeństwo właśnie jest ostatnią cegiełką która zamurowała mu przejście umożliwiające ucieczkę. Teraz oto stał się pełnowymiarowym mieszczuchem, nie tylko z dobrą posadą, ale i z rodziną przy boku. 

Mihaly jednak próbuje się wyrwać, na wpół świadomie gubiąc się i rozpoczynając samotną wędrówkę po Włoszech. W jej trakcie spotyka dawnych i nowych znajomych, a spotkania te niejednokrotnie pełnią rolę drogowskazów za pomocą których mógłby odnaleźć nową ścieżkę swojego życia. On jednak tak naprawdę nie  korzysta z żadnego z nich. Nie idzie więc w ślady kolegi-szubrawca, kolegi- mnicha ani też przyjaciela naukowca (moim zdaniem najbardziej kusząca ze wszystkich alternatywa). Ucieka cały czas od mieszczańskiego unormowanego życia, ale podczas tej ucieczki nie potrafi dobiec do nikąd, określić kolejnego przystanku jako swojego celu. Czy okaże się że po prostu kręcił się w kółko? Czy szuka w swoim życiu mitycznego Świętego Graala, którego istnienie jest tak wątpliwe? To wyjaśniają dopiero ostatnie akapity książki, o których nie sposób wspomnieć nie psując przy tym całego efektu tej historii. Finał pominę wiec milczeniem.

Dla mnie zresztą najistotniejsza część książki to nie tych ostatnich kilka stron, ale te opisujące spotkanie Mihaly’ego z profesorem Waldheimem, kiedy ma miejsce dyskusja na temat sposobu pojmowania życia i śmierci w religiach i kulturach dawnych i współczesnych. Warto było przebrnąć przez 180 stron nie zawsze najbardziej interesującej historii, by przeczytać coś takiego. Nawet moje oburzenie na sztampowe ujęcie postaci kobiecych przez autora nieco złagodniało. Zresztą czegóż można wymagać od człowieka piszącego latach trzydziestych ubiegłego wieku, na pewno nie racjonalnych poglądów na kwestie feminizmu. Trudno więc się dziwić,  że jego bohaterka, Erzsi, widzi szansę realizacji swojej wolności jedynie przez dobieranie sobie możliwie najbardziej niedorzecznych kochanków. Potraktujmy to jako archaiczną ciekawostkę, i tyle.

Natomiast książka jako całość jest niewątpliwie interesującym portretem buntu i poszukiwania innego niż ogólnie przyjęty sposobu na życie. O jej uniwersalności może świadczyć fakt, że obydwu nam, tzn mnie i Chihiro, przypomniała ona filmy Bertolucciego. W moim przypadku byli to Marzyciele, opowieśc o trójce młodych ludzi, którzy zamykają się w starym paryskim mieszkaniu by eksperymentować bytując z dala od społeczeństwa. I choć tam akcja rozgrywa się w latach 60tych ubiegłego stulecia, nie mogłam powściągnąć skojarzeń z rodzina młodych Ulpiusów żyjących we własnym świecie. A teraz kończę, bo mój własny świat chce przybrać inny kształt niż ten niebieski ekranik. 

mowa o:

podrózny i światło

na brzegu wanny siadła i machała

Opublikowany w CAŁKOWITE ZYMŚLENIA, Roland Topor Księżniczka Angina przez buksy w dniu 24 październik 2009

Małe dziewczynki w brudnych skarpetkach nie są wdzięcznymi bohaterkami książek. Nieznośne, rozczochrane i przekorne, żywią się absurdem jak zwykłe dzieci truskawkowa galaretką. I ten absurd klei się do każdej strony książki, aż fabuła marszczy się, drze i przeinacza. Zresztą jaka tam fabuła, bez przesady. Ot, stara ciężarówka z zarozumiałą smarkulą i jej opiekunem pijaczyną tłucze się po drogach i dróżkach i nigdy do sensu nie dociera. Za to mija dziwaczne sytuacje i zatrzymuje się przy paskudnych typach. Czy to w ogóle jest do wytrzymania? I do przeczytania?

W małych dawkach owszem. Takich na półgodzinną kąpiel. Piana zmyśleń i mydlin, w sam raz na odmoczenie pięt i znużenia codziennością. Stosować na godzinę przed snem. Daje relaks i nikły uśmiech na wspomnienie parodii sytuacji realnych w tym całkiem nieprawdziwym świecie, jaki stworzył pan T. Na koniec można sobie obejrzeć gardło, wyjąc aaaa i wypatrując migdałków. Jeśli tam, na tych różowych wzgórzach wykrzykników zobaczycie białe plamki to znaczy, że tak. Księżniczka Angina, owszem, jest z wami, ma się dobrze i wędruje dzielnie od nalocika do nalocika.

Uwaga: książkę można czytać przy infekcji gardła, ale nie przy temperaturze. Bo ona sama jest jak gorączka w maligno wchodząca.

 mowa o:

 Księzniczka Angina pic

 

PS1. dziękuję bardzo VMR, że zwróciła kiedyś u siebie uwagę na takie zjawisko literacko-rysownicze jak pan Roland Topor.

PS2. Jeśli ta notka jest kompletnie nie zrozumiała to bardzo dobrze. Książka której dotyczy jest jeszcze mniej.

znowu Marta

Opublikowany w Grimes Martha, ULUBIONE przez buksy w dniu 18 październik 2009

Po dosyć ciężkiej i melancholijnej lekturze Brookner miałam ochotę na coś lżejszego kalibru. A że czekała na mnie kolejna Grimes, mój wybór był więcej niż oczywisty. I faktycznie. Było lekko jak nigdy. Po pierwsze w tej części przygód Jurego mocno świeciło słońce,  i mogłam się nacieszyć, angielskim co prawda, ale jednak latem. Po drugie autorka wreszcie zrezygnowała z dosyć meczącego obyczaju tłumaczenia who is who i nawiązywania do poprzednich części cyklu. Tak więc nie było żadnych wstecznych, akcja szła tylko na przód i na pewno wpłynęło to dodatnio na wartkość czytania.

A co u samego nadinspektora? Otóż razem z przyjacielem Melrosem mają szansę spotkać swoje dawne miłości. Ze względu na brak wyjaśnień w tej części, nie mogłam za bardzo pokojarzyć na czym problemy uczuciowe obu panów polegają. Pamiętałam tylko, że rozwiązywanie zagadek kryminalnych szło im znacznie sprawniej niż rozgryzanie zawiłości natury sercowej. Tym razem idzie im nie lepiej i chyba nie zdradzę za wiele, gdy powiem ze obydwu kolegów spotyka po raz kolejny w tej dziedzinie zawód (a swoją ścieżka, zauważyliście słabość obydwu przyjaciół do dziewcząt w powyciąganych swetrach?). Nie mają zresztą zbyt wiele czasu na rozpamiętywanie, bo jak zwykle, trup ściele się gęsto i zaczynają rosnąc obawy, że morderca w końcu wyczerpie zasoby osób niesympatycznych i zacznie uśmiercać i milszych członków pewnej amerykańskiej wycieczki. Bo to właśnie uczestnicy ekskluzywnej wyprawy do Anglii padają ofiarą zbrodni, jak i również ostrego pióra Gimes, która nie szczędzi złośliwości swoim rodakom. Jakby komplikacji było mało, Melrose ma szansę uczestniczyć w jeszcze jednym śledztwie. Zostaje mianowicie wciągnięty w poszukiwania przyczyn śmierci niejakiego Christophera Marlowe’a, współzawodniczącego z Szkespirem o miano najlepszego poety epoki elżbietańskiej. Oprócz sporej dawki informacji z życia Szekspira i jego współczesnych, kilku wersów poezji, są oczywiście i koty i dzieci i puby. Całość nieodmiennie, jak to u pani Grimes bywa, łączy się w całkiem przyjemne czytanie na czas pierwszych chłodów.

mowa o:

Dirty duck 1

snuj

Opublikowany w NA MARGINESIE, plany czytelnicze przez buksy w dniu 12 październik 2009

Ostatnio uprawiam księgarniany window shopping. Choć bardziej prawidłowa nazwa powinna brzmieć shelf peeping.  Po ludzku mówiąc, po prostu łażę pomiędzy regałami i grzebię, z utęsknieniem myśląc o kolejnej wypłacie. Teraz, w połowie miesiąca mogę tylko obwąchiwać poczytywać i domysły snuć, na temat jakości przeglądanych lektur. Oczywiście pierwsza kusicielka to Hakawati, której lazur mnie olśniewa w burości jesiennej. Złociste esy floresy wiją się na okładce jak wąż kuszący Ewę w raju, nawet podejść się boję, bo jak otworzę, zacznę akapit tu albo tam, to pewnie już z rak nie wypuszczę. Opieram się wiec dzielnie, tylko kątem okiem notując pojawienie się tej nowej Waters. Którą na szczęście Magamara zjechała nieco, wiec się nie daję nawet żółtej banderoli z napisem Booker zwieść. Idę dalej, w kierunku faktu, bo jakoś książki pozbawione fikcji zawsze mniej mnie pociągają, no chyba, że opisana w nich rzeczywistość przekracza granice najwspanialszych zmyśleń. Patrzę, a tam te dwie Julie stoją, co to właśnie film o nich widziałam. Bez entuzjazmu zresztą, bo w końcu oglądanie przez dwie godziny osób, których centrum życia stanowi patelnia, unudzi nawet i entuzjastów gotowania, których pewnie na sali kinowej nie brakowało. Już wolałabym chyba obejrzeć trzygodzinny blok programów Jamiego Oliwiera, może bym się przynajmniej czegoś nauczyła. Główna refleksja zresztą jaka mnie ogarnęła po obejrzeniu tego filmu, to, że niestety nikt do tej pory nie wpadł na pomysł entuzjastycznego programu TV dla laików o umiejętności czytania książek. A mnie się marzy taki program nie kulinarny, a bukinarny, która pokazuje jak czytać. W końcu czytać jest chyba łatwiej niż gotować? I z reguły przyjemniej? Mniejszy bałagan, mniejszy wysiłek, że o gabarytach nie wspomnę. Nie gotuj, a czytaj, będziesz zgrabniejsza, czy nie byłoby to chwytliwe hasło? Hm, może i nie.

Po tych jałowych rozważaniach ruszam bardziej w fikcję, gdzie znajduję coś, czego nie powinnam znaleźć w tej sekcji. Ale ta przewrotność jak najbardziej pasuje do tytułu. Oto trzymam w rękach Książki Najgorsze Barańczaka. Otwieram, a tam szmira za szmirą, w atrakcyjnie zgryźliwy sposób omówiona. No proszę, widać najlepszym tez się zdarza na chałę trafić, myślę ucieszona, zwłaszcza, że tuż przy boku rozlewa mi się na półkach pewna seria o domu, która stała się serialem. Może zresztą to byłby jakiś wyznacznik? Jakości lektur? Czytaj to, czego nie sfilmowano? Ostatnio?

off season

Opublikowany w Anita Brookner "Hotel du Lac", OUTSIDERZY przez buksy w dniu 10 październik 2009

 

 

To proste. Bez dużego zaangażowania emocjonalnego, można robić co się chce. Można podejmować decyzje, zmieniać zdanie i plany. Nie ma problemu z patrzeniem na to, czy ta druga osoba ma wszystko czego jej trzeba, czy nie jest smutna, zawiedziona, znudzona. Można być tak miłym lub bezwzględnym, jak tego się zapragnie.

Anita Brookner „Hotel du Lac”, str 94.

 Zdawałoby się, ż nie może być nic bardziej kojącego od wyjazdu do luksusowego hotelu u schyłku sezonu. Z takiego założenia zdaje się wychodzić Edith, pisarka powieści romantycznych, która pewnego wrześniowego dnia przybywa do szwajcarskiego hotelu Du lac, by tam przemyśleć niedawne zawirowania, jakim uległo jej życie. Wkrótce okazuje się, że nie będzie jej dane spędzić tego czasu na samotnych przemyśleniach i pisaniu nowej książki. Chcąc nie chcąc zostaje zaangażowana w życie innych mieszkańców hotelu, którzy chętnie zaangażują ją w roli obserwatorki i słuchaczki. I tak Eidth kolejno poznaje eleganckie i jak się okazuje zamożne Panie, nawykłe do luksusów i życzliwości otoczenia.

Hotel Du Lac okazuje się być mirkosmosem społeczeństwa, jak maleńka wyspa, na której można zaobserwować przejawy życia charakterystyczne dla całej planety. Edith ma szansę przekonać się po raz kolejny jakie miejsce we współczesnym społeczeństwie może zająć średnio zamożna, niemłoda i niezamężna kobieta. Za towarzystwo mając bardzo bogatą wdowę i jej córkę, oraz równie zamożną mężatkę, szybko przekonuje się, że bez właściwego mężczyzny u boku zawsze będzie na straconej pozycji, że będzie odgrywała rolę niewiele istotniejszą od tej, jaką odgrywa piesek towarzyszący jednej z jej nowych znajomych. Będzie mogła jedynie się przysłuchiwać i zachwycać, być świadkiem życia, ale nie jego pełnoprawna uczestniczką. Jednocześnie los podsunie jej okazję do dokonania zmiany swojej sytuacji. Nie zdradzę, czy Edith skorzysta z tej szansy, powiem jedynie, że drżałam o to, czy podejmie właściwą decyzję, a kiedy na ostatnich stronach czyni decydujące kroki, byłam zachwycona takim, a nie innym obrotem spraw i miałam wręcz ochotę uściskać Edith za jej podejście do sprawy.

Na koniec kilka słów wyjaśnienia. Parę dni temu określiłam tę książkę jako romans na schyłek jesieni. Teraz, po jej przeczytaniu widzę ją raczej jako antyromans, będący głosem w  dyskusji na temat rzeczywistego stopnia wyemancypowania naszego społeczeństwa. Bez obaw, nie jest to pamflet feministyczny, który tumaniłby i przestraszał co bardziej tradycyjnie myślących czytelników. To raczej napisana pięknym i wyważonym językiem przypowiastka, która delikatnie nakłania do refleksji, każe zastanowić się, czy naprawdę mamy tak wiele powodów do przekonania o tym, że żyjemy nowocześnie. I może, gdy czytelnik zacznie mrużyć oczy zastanawiając się, czy przypadkiem nie zobaczył w wersach tej powieści nikłego cienia Jane Austen, okaże się, że nie tylko wyrafinowany styl książki nawiązuje do sposobu pisania cioci Jane, ale również jej wątek bardzo przypomina dziewiętnastowieczną the novel of manners.

warto:

 

brookner

Otagowano z: