nowości
Choinka z domu wyprowadzona, a mnie się ciągle nie udało opisać tego, co pod nią znalazłam. Nowy Rok zaczynać od zaległości nie należy. Natomiast można od dobrego filmu i ciekawej książki. Rolę tego pierwszego skutecznie spełni „Carnage”. Zresztą nie wiem, czy to prawdziwy film, czy kolejny teatr telewizji. Najważniejsze, że efekt jest świetny, widać, że Polański z ukontentowaniem przywala amerykańskim, niegdysiejszym współziomkom. Ciekawa bardzo jestem, co oni teraz z tym straszliwym portrecikiem, zmalowanym przez pana Romka, zrobią. Albo wykażą się wspaniałomyślnością, poziomem i samokrytyką i przyjmą z wymuszonym zachwytem, albo też się obrażą i okrzykną cynicznym wyrobem wygnanego frustrata. Jakby się nie zachowali, nie ma co czekać na reakcję Oscarowego gremium, tylko trzeba sobie zafundować bilet do kina i pójść samemu zobaczyć, bo naprawdę warto. Zwłaszcza, że tę opowieść o Nowojorczykach można i należy odnieść do każdego przedstawiciela klasy średniej tzw cywilizacji świata zachodu.
I to by było tyle odstawiania paramount pictures na dziś, teraz czas na pokazanie stosu usypywanego od Świąt.
Na samym szczycie widnieje Bakuła, i nie jest do deja vu z poprzednich notek, tylko spełnienie zachcianki, żeby sobie te książkę doczytać i powtarzać co jakiś czas. Potem jest Air Babylon, który dostał się pod choinkę komuś innemu, a mnie tak piliło żeby sobie go przejrzeć, że zdecydowałam, że nie będę czekać aż właściciel skończy książkę i sama ją sobie zafundowałam. Miasto Aniołów wypatrzyłam na blogu Moje książki. Przyjemną niespodzianką była niska cena i wysoka jakość wydania. O treści jeszcze nic nie mogę powiedzieć. Dalej jest podchoinkowe zamówienie, czyli zeszłoroczny laureat Bookera, Kwestia Finklera. Potem nieoczekiwany i bardzo trafiony podarunek świąteczny od Maiooffki, Obietnica poranka Romain Gary, za który serdecznie dziękuję. Kolejne prezenty świąteczne to Parrot i Oliwier w Ameryce cenionego przeze mnie Petera Carey’a, Puls Juliana Barnesa i rodzimy przebój czyli Drwal Michała Witkowskiego. Poniżej są podarki ode mnie dla mnie, wśród których najnowszymi są Muleum autora chyba wszystkim znanego Doppler’a, Erlenda Loe i Domy Pisarek Sandry Petrignani. Pod nimi znajduje się wielkie tomiszcze Podróżnika stulecia Andresa Neuman’a, o którym powinna być następna notka. Solidne podstawy stosu stanowią Listy Lem- Mrozek i Historia Stroju Maguelonne Toussaint-Samat.
Tym sposobem dokonałam prezentacji najświeższych nabytych tytułów i ze spokojnym już sumieniem mogę zabrać się za czytanie o ulubionym miejscu zamieszkania Virginii Woolf.
mowa o:
zaprzeszły
Zima wygląda wciąż na nierozpoczętą, a przynajmniej na rozmamłaną. Natomiast stary rok wciąż wydaje się niezamknięty, nie wiem jak u Was, bo u mnie zostało tyle spraw niezakończonych. Tutaj zajmę się jedną z nich, czyli ostatnią zeszłoroczna czytanką. Był to kryminał, zgodnie z choinkowa tradycją czytany przed przemienieniem go w gwiazdkowy prezent. Co do której to przemiany mam poważne wątpliwości, ale o tym później.
Sherlocklista jak sam tytuł wskazuje, jest oparta na przygodach Conan Doyle’a a także jego fanów. Mamy tutaj dwa watki; jeden współczesny, z ciamajdowatym, ale oczytanym w całym Sherlocku protagonistą, drugi umieszczony w czasach twórcy Sherlocka, opowiadający mniej lub bardziej zmyślone szczegóły z jego życia. Dzięki temu zabiegowi są i dwie zagadki kryminalne: jedna dotycząca tajemniczej śmierci odkrywcy zaginionego dziennika Conan Doyle’a, druga to rozsupływana przez samego Doyle’a tajemnica morderstw młodych dziewcząt. Od razu powiem, że o wiele bardziej trafiała do mnie cześć przeszłościowa. Ta z roku 2010 wydała mi się jakaś nijaka, bezbarwna, bez napięcia, może nie nudna, ale schematyczna i za gładka. Rozwiązania zagadek tez mnie nie zachwyciły, i z pewnym zrozumieniem zauważyłam brak entuzjazmu u osoby obdarowanej książka. W rezultacie żałowałam, ze nie zdecydowałam się raczej na inny sherlockowy tytuł szturmujący rynek w tym czasie. No ale nie ma co się użalać nad zeszłorocznym śniegiem (a był w ogóle jakiś?). Trzeba się skoncentrować nad zapowiedzią nowych opadów, nadejściem świeżych stosów, godnych czytania lektur, czytelniczych oczekiwań. O czym mam nadzieje opowiedzieć w kolejnych, już bardziej tegorocznych notkach.
mowa o:
podsumowanie

Ognie puszczone, dym opadł, kolory wróciły do normy i można się zabrać za czynności porządkowe. Dotyczące roku zeszłego oczywiście. Czas się zastanowić o czym warto na dłużej pamiętać, z tego co już było. Jeśli o filmy chodzi, to wybór mam prosty. Na pewno najlepszym, co w kinie widziałam w zeszłym roku, była Melancholia. Reszta była co najwyżej poprawna, ze Szpiegiem (tinker, tailor, soldier, spy) włącznie.
A jeśli mowa o książkach, to sprawa nie jest już taka prosta. Otóż nie było jednej super hiper ponad inne. Niewykluczone ze będzie nią ta, która napoczęłam pod koniec roku, Nie zakończyłam, bo coraz to wpadały inne tytuły, które trzeba było przeczytać albo przejrzeć przed umieszczeniem pod choinką, Dlatego jestem ciągle w jednej trzeciej tej książki, i sza, bo nie wiem, czy dalej będzie równie dobrze jak jest. Nie chwale, bo a nuż autor przywali niesforną końcówką, tak jak Peter Carey i cały zachwyt pójdzie się paść.
Tymczasem czytelniczych zadowoleń w tym roku i tak dostarczyło mi kilka lektur, wiec jest co wspominać. Panna Brodie i Splendor zasługują na najwięcej dobrych słów. Należałoby też wymienić Kopera z elitami artystycznymi dwudziestolecia i pogawędkę z Czubaszek. Poza tym dalej kontynuowałam znajomość z Tove Jansson i bardzo zżyłam się z Hanną Bakułą oraz Agnieszką Osiecką. Można by wręcz pokusić się o stwierdzenie, że w zeszłym roku miałam lekką obsesję na punkcie obu pań, która jednak została znormalizowana ilością przeczytanych na ich temat lektur.
Na szczęście nie byłam zupełnie monotematyczna i sięgnęłam po literaturę faktu, czyli schwalonego również u mnie Szczygła. Natomiast w krainę fantazji i snów odpływało mi się najmilej przy pomocy prozy japońskiej. Nawet pokusiłam się o zgłoszenie udziału do japońskiego wyzwania, którego jednak nie zrealizowałam. W ramach śledzenia cięższych stanów świadomości sięgnęłam po interesujące Imigracje Malanowskiej i fascynującą biografię Assi Wevill.
Tyle udało mi się dokonać. A co nie wypaliło? Czytanie Bolano i Franzena, zachwyt nad Mulischem i Houellebecq’iem. Udział w Targach Książki. Choć to może i dobrze, bo za każdym razem, kiedy zaczynam żałować, że mnie taka atrakcja ominęła, sięgam sobie do notki na temat targów sprzed kilku lat i gdy mi się przypomina, jak strasznie było, to się cieszę, że tym razem sobie odpuściłam. Zresztą główną atrakcją najbliższej mi, krakowskiej imprezy, są w ostatnich latach wielcy nieobecni. Dwa lata temu nie dotarła na targi Herta Muller, w tym roku był to laureat Goncourtów. Obstawiam, że w roku obecnym uczestnicy będą oglądać krzesło niezajęte przez Transtromera.
I tym sposobem moim pierwszym noworocznym postanowieniem jest trwanie z dala od oficjalnie organizowanych imprez książkowych. Poza tym chce mniej kupować i zająć się tym, co jest w domu i w bibliotece. Warto byłoby też mniej tłuc się po necie i zyskany czas spożytkować na czytanie. Na przykład takiego Bernharda czy Barnesa. Zabrać się za biografię Miłosza. Nie porzucać Nabokova i Cortazara. Sięgnąć po zachomikowaną Byatt. Sprawdzić czy słusznie chwalony jest Theroux. I pogrzebać w bibliotece za klasyką, za wielkimi zapomnianymi, wyśmienitymi niewznawianymi. Oby coś z tych planów wyszło.
mowa o:
odsłona
Tak wygląda tajemniczy stos. Jak widać nikomu nie udało się odgadnąć wszystkich zagadkowych tytułów, ale trzy dziewczyny trafiły po jednej książce. Maiooffka i Eireann wyczuły obecność Pamiętników Danuty Wałęsowej, natomiast Agatkan jednym celnym ruchem ustrzeliła Dzienniki Kołymskie. Nie ukrywam, że z przyjemnością poczytałam wasze propozycje, a niektórych z nich nawet posłuchałam. Maiooffka wspomniała o Hani Bani i faktycznie książka Bakuły znalazła się w stosie w ostatniej chwili powiększonym. Ania natomiast napomknęła o Metamorfozach i potem, przeglądając ten piękny album w księgarni, nie mogłam się powstrzymać przed jego zakupem i dorzuceniem pod choinkę. Żeby nie zanudzić opowiadaniem, co jeszcze dołączyło do wybranej siódemki, poniżej prezentuję stos powiększony:
A teraz cześć najistotniejsza, czyli nagrody.
Trzem zwycięzczyniom serdecznie gratuluję i proponuję kolejno: Dla Maiooffki Daphne du Maurier Władaj Brytanio, dla Eireann Niedzielny Klub Filozoficzny McCall Smitha i dla Agatkan Nocny pociąg do Lizbony Pascala Mercier. Jeśli w doborze cokolwiek się nie zgadza, czyli trafia się którejś z Was książka już przeczytana lub Waszym zdaniem do czytania się nienadająca, bardzo proszę o informacje i pomyślę o jakimś ekwiwalencie. I oczywiście proszę o podanie mailem adresu, na który mam przesłać nagrody.
mowa o:

dzyń, dzyń, dzyń
Jesteśmy w środku Świat, lekko drzemiemy, nasyceni, nagadani i naśmiani, a tu ktoś nagle wydzwania. Po co, na co i dlaczego?

Pierwszy dzyń jest w ramach życzeń świątecznych, które stają się coraz bardziej odległym dźwiękiem, ale jeszcze brzmią w powietrzu. Niech wiec dolecą zaglądających tu słowa pełne serdeczności i ciepła, wyrażające nadzieję, że wszystko to, co usłyszeli wczoraj od najbliższych przy łamaniu się opłatkiem, spełni się, niosąc dobro i radość.
Drugi dzyń jest ciągle słyszalnym dzwonieniem mikołajkowych sań, lub aniołkowych obwieszczeń o podrzuceniu pod choinkę paczek z prezentami. U mnie w tym roku skrzydlaty dostawca wyraźnie odwiedził księgarnie i dostarczył sporo nowych lektur, którymi pewnie niedługo się pochwalę. Bardzo jestem ciekawa, jak te sprawy wyglądały u Was.
Trzeci dzyń jest przypomnieniem o świątecznym konkursie. Który się trochę skomplikował, bo po pierwsze otrzymałam w ramach zgadywanek bardzo kuszące sugestie książkowych podarków. Po drugie, tuż przed pakowaniem, poszłam kupić papier do zawijania prezentów do pobliskiej księgarni, a tam jeden, drugi, trzeci nawet czwarty tytuł kusi tak mocno, że się nie oparłam. W rezultacie stos podchoinkowy jeszcze urósł. Aby nie było komplikacji umówmy się, że dalej chętni do wzięcia udziału w zabawie odgadują siedem tytułów podstawowych. Jeśli jednak ktoś chciałby spróbować swoich sił w zgadnięciu wszystkich, to zachęcam. Przypominam, że odsłona zagadkowego stosu odbędzie się jutro w późnych godzinach wieczornych. Nagrody książkowe będą dla trzech osób, które odgadną największą liczbę tytułów. Każdy może próbować zgadywać trzykrotnie zgodnie z zasadą to trzech razy sztuka .
Zdjęcia pokazują oryginalny tajemniczy stos w wersji zwykłej i powiększonej. Znajdują się na nich wszystkie książki do zgadywanki.
Uwaga! Termin zakończenia zgadywanki zostaje przedłużony!
Pokazanie stosu i ogłoszenie wyników nastąpi jutro, czyli 27 grudnia, po godzinie 20.
choinkowo zagadkowo konkursowo
Ta notka miała być okolicznościowo zimowa. Tymczasem po raz pierwszy zdarza się, że choinka przybywa do mnie przed pierwszym śniegiem. A właściwie z nim, tyle że drzewko zostało, a śnieg zniknął, zanim dotarł do czubka mojego nosa. Postanowiłam się tym nie przejmować i raczej zająć się choinkową tradycją. To znaczy podchoinkową. Jak zwykle o tej porze roku zastanawiam się mocno co i komu i na jakich podstawach podrzucić w wigilijny wieczór. Zaczynam od przeglądnięcia półek, ale to nie wystarczy , może nawet okazac się zwodnicze. Każdy czytelnik wie, że najnowsze, najlepsze, najpilniejsze do przeczytania książki trzyma się koło lóżka. I tu zaczynają się schody, bo w sumie włazić komuś do sypialni nieładnie, zwłaszcza gdy drzwi do niej w sposób ostentacyjny pozostają zamknięte. Jedynym wyjściem jest w takim wypadku chytre nakłonienie młodszych członków rodziny do wpuszczenia gościa do rodzicielskiej alkowy. Dzięki temu można się dowiedzieć, czego w ramach świątecznych podarków kupować nienależy. Oprócz tego, co jest na półkach i przy poduszkach, staram się nie kupowac prezentów z półek pod tytułem bestsellery, bo wiadomo, że to najbardziej rzuca się w oczy, ktoś może się w ostatniej chwili skusić i całe wcześniejsze podchody na nic. Poza tym mam swoje osobiście wybrane uniki, czyli autorów lub tytuły, na których się zawiodłam i żadne reklamy i zachwyty nie nakłonią mnie do uszczęśliwienia kogoś tymi cudeńkami.
Nikomu na pewno nie dam kolejnej książki Ostergrena pt „Gangsterzy”, rzekomej kontynuacji Gentelmenów. O ile pierwsza cześć była skrzącą się błyskotliwą akcją opowieścią o niezwykłych braciach Morgan, o tyle druga jest ponurą demaskacją wydarzeń opisanych w poprzedniej. Dwadzieścia lat starszy narrator przyznaje się do kłamstw i konfabulacji, Henry Morgan jest tylko mrocznym wspomnieniem, a jego tajemnicza kochanka przeistacza się w kwokowatą mamuśkę, skoncentrowaną na praniu podkoszulków dla drużyny piłkarskiej synka. Smutek, nuda i żal, tylko tyle jest w tej książce, a kto sądzi, że znajdzie w niej czarodziejską atmosferę tomu pierwszego, będzie totalnie zawiedziony.
Nie kupię też na prezent nowego zbioru opowiadań Munro, która tworzy sztuczne światy i sytuacje dla udowodnienia swoich nużących teorii, a posługuje się przy tym językiem więcej niż nieprawdziwym.
Nie mam zamiaru sięgnąć po hiciarskiego Franzena, będącego tak cholernie na czasie, że jest to wręcz niesmaczne. Dostatecznie przekonałam się o tym zaczytując ( i nie kończąc) Korekty, gdzie każdego bohatera autor wyposażył hojnie w przywary współziomków i dowalił po odpowiedniej porcji niepowodzeń. Może i kogoś bawi czytanie jak ulegający demntecji starzec usiłuje sobie własnoręcznie sporządzić lewatywę i jest na tym przyłapany przez synka seksoholika i litewskiego polityka w jednym. Do mnie takie poczucie humoru nie trafia i wolałabym nie sprawdzać, czy z moimi świątecznymi współbiesiadnikami jest inaczej. W lśniący papier w gwiazdki nie zapakuję też niczego autorstwa Filipiuka, Kalicińskiej, Sapkowskiego, Coehlo, Mayers, McCall Smitha, Jodi Picoult, Grocholi oraz McEwan’a i McCarthy’iego.
W takim razie co, książek nie będzie? Ależ będą, obowiązkowo, i nawet chyba się pochwalę jakie. Ale jeszcze nie dzisiaj. Na dziś to tajemnica. Do której rozwikłania chcę Was zachęcić. Trzy osoby które odgadną największą liczbę tytułów jakie podrzucę pod choinkę dostaną specjalnie dobrane nagrody książkowe. Zgadywanki należy umieszczać w komentarzach do notki. Rozwiązanie konkursu nastąpi w pierwszy lub drugi dzień Świąt, kiedy już paczki z prezentami zostaną rozwinięte przez obdarowanych i trzymanie ich zawartości w sekrecie nie będzie konieczne.
mowa o:
cudowna, bo papierowa (książka rzecz jasna)
Nie myśl, że książki znikną, pociesza mnie tytuł mojej nowej dowannowej lektury. Przeglądam i przerzucam kartki, poszukując uzasadnień tej tezy. Potwierdzenia, że nic, żadne okoliczności nie zmuszą mnie do używania tylko czytnika, netu, tabletu. Na próżno, dwóch panów w bibliotece rozmawia o wszystkim, ale nie podaje faktów czy argumentów przemawiających na rzecz hasła z okładki. O wiele mocniej w przeświadczeniu, że sentencja owa zawiera w sobie prawdę, przekonało mnie takie znalezisko, napotkane przy okazji czytania Pełni Życia Panny B.
Kiedy natknęłam się na ten napis, pierwszą reakcją było wyobrażenie sobie tego, kim byli Maciek i Magda. Książka wydana w roku 1973, wiec być może są już małżeństwem z kilkudziesięcioletnim stażem, domkiem z ogródkiem i parką wnucząt. A może historia ich miłości była równie dramatyczna jak ta Abelarda i Heliozy, Romea i Julii albo jak ta Randolpha Asha i Christabel La Motte z „Opętania”. Kto zna tę książkę, na pewno pamięta doskonale, że cała akcja rozpoczyna się od przypadkowego odnalezienia w starym wolumenie kilku tajemniczych listów miłosnych.
I w tym właśnie tkwi sedno sprawy. Bo książki od wieków służyły nie tylko do tylko do czytania, ale pełniły też wiele innych, jakże interesujących funkcji. Ileż historia zna opowieści o kochankach przekazujących sobie sekretnie informacje za pomocą pożyczanych tomików. Tradycja stara jak wynalazek Gutenberga przetrwała, jak widać na załączonym powyżej przykładzie, do dziś. A ile książek posłużyło do bardziej prozaicznych celów, jak na przykład poprawienia równowagi stolika poprzez podłożenie mu pod nóżkę odpowiedniej grubości tomu. Obkładanie równymi rzędami książek zbyt przewiewnych okien skutecznie chroniło od przeciągów. Niejedna ściana z regałem książek kryła tajemne przejście lub co najmniej sekretny schowek, otwierany za pomocą wysunięcia odpowiedniego tytułu z rzędu. Ba, zdarzyło się nawet, że niektórzy, jak choćby bohater występujący w „Domu z Papieru”, użyli książek do budowy całych domów. Choć to akurat okazało się nienajlepszym zastosowaniem książki w jej tradycyjnej formie.
O wiele bardziej wyrafinowanym i niebezpiecznym sposobem na wykorzystanie książki do innych niż czytelnicze celów było użycie jej do usuwania wrogów. Wystarczyło posypać strony odpowiednio stężoną trucizną, a nieszczęsny miłośnik literatury łykał przy okazji przewracania stron nie tylko ożywczą dawkę pięknych słów, ale i śmiertelną porcję cyjanku tkwiącą na brzegach kartek. Taka przygoda spotkała niejakiego Hildegusta Rzeźbiarza Mitów, który nieopatrznie dał się zwieść erudycji i kolekcji bibliotecznej księgarza o imieniu Shmejk. (Kto chce prześledzić dalsze losy tej ofiary niebezpiecznego użytkowania książek, powinien sięgnąć do „Miasta Śniących Książek” Moersa). Tych zaledwie kilka przykładów pokazuje o ile więcej zastosowań można znaleźć dla książki papierowej. No bo powiedzcie sami, czy w e-booka da się wrzucić miłosny list, lub czy podłożycie go pod krzywo stojącą szafę? Czy w chwili senności możecie go sobie dać pod głowę, jak każdą inną książkę o miękkiej okładce, tak łatwo zastępującą puszystość poduszki?
O słuszności tezy, że książka papierowa jest wciąż niezbędnym, wciąż wielofunkcyjnym elementem naszej rzeczywistości przekonać mogą nie tylko przykłady z literatury i dawnych opowieści. Wystarczy zwykła wędrówka po centrum handlowym, żeby na własne oczy przekonać się jak różnorakie role wciąż może spełniać tomik zawierający kartki papieru. Kiedy tak ostatnio przechadzałam się po okolicznym „sztucznym raju”, zajrzałam do baru, gdzie główny element wystroju wnętrza stanowiły książki, pomiędzy którymi dało się wpatrzeć nazwy trunków. Proszę czytać miedzy książkami zachęcał barman spragnionych gości.

A na stolikach zamiast przystawki elegancko oprawione czerwone tomiki przewodnika po Galicji zachęcały by zerknąć i w książki.

Trochę dalej spotkałam dowód na to że książki zdobią nie tylko wnętrze ale i mogą ładnie uzupełnić najnowsza stylizację, nie koniecznie w stylu wintydż. Nic nie pasuje lepiej do rudości i brązów stroju pokahontas niż szlachetnie pożółkłe kartki starych książek. Udowadnia to świetnie wystawa jednej z bardziej znanych ciuchowych sieciówek.

A kiedy obnoszenie się z książka komuś się znudzi, zawsze może ją wykorzystać do ekspozycji biżuterii.
I cóż, to tyle, więcej przekonywać nikogo nie będę. Podpowiem tylko, że na pytanie „do czego służy (papierowa) książka” można zawsze spokojnie i z godnie z prawdą odpowiedzieć: „ do wszystkiego”.
creme de la creme
W przyszłym roku będą was uczyli specjaliści: kto inny historii, kto inny matematyki, kto inny języków; czterdzieści pięć minut na to, czterdzieści pięć minut na tamto. Ale w ostatnim roku ze mną zbierzecie owoce pełni mojego życia. I to wam zostanie na zawsze.
Muriel Spark „ Pełnia życia Panny Brodie”, Str 47
Panna Brodie stała się bohaterką zeszłej wiosny, a mnie przyszła ochota na zwarcie znajomości jesienią. Przedyskutowana i wyczytana na wszystkie strony, na wszystkich blogach, łypie teraz smętnie z otwartej książki. Piękna Panna Brodie, energiczna, zuchwała, pełna życia, choć niespełniona. Kim ona do licha jest, ta prowincjonalna nauczycielka o ambicjach trochę zbyt wygórowanych jak na wiejska szkółkę, mocno wybujałym libido i nieposkromionych ambicjach pedagogicznych. Moim zdaniem nie jest nawet tak naprawdę bohaterką historyjki, której tytuł obdarzyła swoim imieniem. Bezkonkurencyjnie wysiodłała ją z tego miejsca Sandy, jedna z ulubionych uczennic.
Ale może lepiej coś wspomnę o fabule, bo a nuż zjawią się jednostki, które książki jakimś cudem nie czytały. Dla nich słów kilka wyjaśnienia. Otóż panna Brodie uczy w okresie międzywojennym dziewczęta w jednej ze szkockich szkół. Robi to w sposób niekonwencjonalny, raczej nie w klasie, tylko w cieniu drzew, raczej nie z podręczników, tylko snując własne opowieści. Jednym słowem Panna Brodie jest super, bo zamiast kazać dziewczętom wkuwać nudne formułki, oplata na lekcjach o swoich podróżach, romansach i kreacjach. Ma szóstkę ulubienic, którym poświęca znacznie więcej uwagi, zabiera je na wystawy, przestawienia teatralne i co sobotę zaprasza do domu. Bo panna Brodie jest pełna zawodowej pasji i robi wszystko by właściwie ukształtować swoje podopieczne. I tak mamy historię, w której snują się cienie Klaudynki i Pikniku pod Wiszącą Skałą. Pensjonarki, czy może być wdzięczniejszy temat? A właściwie bardziej skomplikowany?
W miarę rozwoju akcji czytelnik przekonuje się, że panna Brodie nie jest tylko egzaltowaną orędowniczką sztuki i piękna. Powoli i niepokojąco zaczyna pokazywać lekko psychopatyczne skłonności, wykorzystując uczennice do coraz bardziej niebezpiecznych gierek. Ale nie do końca staje się panią sytuacji, niektóre sprawy wymykają jej się spod kontroli. Na przykład dziewczyna typowana na kochankę wielbiciela Panny Brodie zostaje nieoczekiwanie pozbawiona tej roli przez Sandy, brzydką, wąskooką pannicę, która obserwuje Panne Brodie od lat. A może nawet więcej niż obserwuje, bo pod wpływem opowieści nauczycielki jako dziecko snuła coraz dziwniejsze fantazje, pisała cudaczne romansidła i do spółki z koleżanką wymyślała zabawy będące inscenizacjami fragmentów życia Panny B. Pytanie tylko, na ile były to śmieszne wybryki dziesięciolatki, a na ile przejawy niebezpiecznej osmozy osobowości. Kiedy Sandy podrośnie i zacznie wraz z koleżankami ze „stadka” panny Brodie pozować szkolnemu artyście, w portrecie twarzy każdej z dziewcząt doszuka się uderzającego podobieństwa do panny B. Może to nic dziwnego, bo malarz kocha się w pannie B. A może to przejaw obsesji Sandy, która nie potrafi się uwolnić od panny B., bo ta wtopiła się tak mocno w umysły jej i jej koleżanek, że zatraciły one cechy indywidualne i stały się kopiami swojej mentorki. Za to właśnie najbardziej cenie tę książeczkę panny Spark. Za to, że jej niby błaha fabuła kryje w sobie drugie, a może i trzecie dno, że wywołuje po przeczytaniu falę niekończących się domysłów.
mowa o:
kitek

Jestem inletektualistą. Poniekąd enklycopedią słów obcych, aurytotetem pierwszej kategorii. Nie idzie mi przy tym o to, by przechwalać się mym uniserwalnym wykształceniem, lecz jedynie o prezycję językową. Nie trzeba do tego zaliczyć gimzanjum. Wystarczy własna iwincjatyna.
Walter Moers „Kot Alchemika”, str 64
Jak tylko robi się zimno, odczuwam ciągoty do czytania opowiastek, bajek, historii nieprawdziwych. Dlatego kiedy słupek rtęci zaczął wskazywać poniżej 5 stopni, natychmiast chwyciłam za mojego ostatniego Moersa. Nie dość, że to że bajka, to jeszcze z kotkiem, a kot to najlepsze stworzenie na chłody, z tym swoim ciepłym mruczeniem, zaspaniem i miękkim futerkiem. Jeszcze żeby tak chciał siadać na kolanach. No ale nie wymagajmy za dużo.
Kot z Camonii może do pieszczochów nie należy, za to posiada dwie wątroby, niesłychaną pamięć i umiejętność prowadzenia rozmowy w każdym z istniejących języków. Nic dziwnego, że tak na naprawdę nie jest to kotek, tylko Mrukotek. Ten, z którym zawarłam bliższą znajomość, ma wyjątkowego pecha. Po pierwsze mieszka w Sledwai, miasteczku „ w którym występują najrzadsze bakterie i najdziwaczniejsze choroby: kaszel mózgu i migrena wątroby, świnka żołądkowa i katar jelitowy, szum uszny i depresja nerkowa. Krasnoludzka grypa dopadająca jedynie osoby poniżej metra wzrostu. Ból głowy godziny duchów, rozpoczynający się wraz z wybiciem północy i znikający punkt pierwsza, zawsze w pierwszy czwartek każdego miesiąca. Fantomowy ból zębów, dotykający wyłącznie ludzi, którzy noszą już sztuczne szczeki” (Walter Moers „Kot Alchemika”, str 9). Po drugie jego spokojne bytowanie ulega gwałtownemu pogorszeniu po śmierci jego pańci. Echo, bo takie nosi imię ten mrukotek, zostaje wyrzucony na bruk i na próżno błaga o nakarmienie słaniających się z osłabienia mieszkańców miasteczka. Bliski śmierci głodowej decyduje się na dramatyczny krok: wchodzi w układ z przeraźnikiem, okrutnym alchemikiem władającym miastem. W zamian za wikt obiecuje mu podarować własne życie, a właściwe potrzebny do eksperymentów tłuszcz z własnego grzbietu, po upływie księżycowego miesiąca.
W ten sposób Echo załapuje się nie tylko na potrawy najlepszego kuchmistrza Camonii, ale i na staż u wybitnego czarodzieja. Zamieszkuje z nim razem w niesamowitym zamczysku, poznaje z czasem jego słabości i zalety. A także jego szaleństwa.
Jak to w Camonii bywa, wszystko jest niezwykłe. Opisy dań serwowanych mrukotkowi doceni każdy smakosz z wyobraźnią, a każdy miłośnik bajkowych historii poczuje się nasycony czytając o ich cudownych właściwościach. Ponieważ kot i alchemik spędzają mnóstwo czasu razem, opowiadają sobie sporo historii, zaczynają tworzyć miedzy sobą dziwna relację i w pewnym momencie mrukotek zdaje się wręcz cierpieć na syndrom sztokholmski.
Jednak nie zapominajmy, że mamy do czynienia nie z przypowiastką psychologiczną, a z baśnią, która musi być sporządzona zgodnie z kanonami gatunku. Dlatego mamy taki a nie inny finał, brawurowością ocierający się prawie o śmieszność. Na szczęście olbrzymia wyobraźnia autora, poczucie humoru i umiejętność zabawiania czytelnika setkami niezwykłych pomysłów sprawiają, że każdy poszukiwacz prawdziwych bajek poczuje się w pełni usatysfakcjonowany.
mowa o:
singiel
To jest właśnie wolność – pomyślał. Wolność polega na tym, ze bierze się, co się chce i nie zaciera śladów.
Anita Brookner „Prywatne doznania”, Str 230
Dlaczego wszyscy samotni bohaterowie angielskich książek maja na imię George? Nie mogłam się oprzeć tej refleksji, czytając ostatnio wypożyczoną Brookner. George stworzony przez Isherwooda ciągle jeszcze mocno tkwił mi w pamięci, utrwalony filmem Forda, a zwłaszcza gra Colina Firtha.
George Brooknerowski jest heteroseksualny i mniej intelektualny, ale też zagubiony w życiu. Ten George właśnie przeszedł na emeryturę i zamiast cieszyć się wolnością roztrząsa w pamięci wydarzenia ze swojej, niezbyt wesołej przeszłości. Wspomina kłócących się rodziców, potem dziwaczejącą matkę, wreszcie coraz nudniejszy w swojej jednostajności związek miłosny. Najmilej kojarzy mu się jedyny przyjaciel, którego poznał u początku zawodowej kariery, z którym spędził wiele przyjemnych chwil i planował wspólne wojaże po zakończeniu pracy. Niestety Putnam zmarł nieoczekiwanie, zostawiając Goerge’a z niemałą fortuną i brakiem chęci do realizowania podróżniczych planów w pojedynkę.
Georgowi pozostaje wiec snucie się po mieście, wędrowanie po elegancko urządzonym mieszkaniu, poczytywanie książek, drzemka i pogawędki z portierem. Ten smutek bezczynnych dni nagle przerywa pojawienie się młodej kobiety, Kate, która rzekomo została zaproszona do skorzystania z mieszkania obok przez nieobecnych sąsiadów. Po chwili wahania Goerge udostępnia jej apartament i odtąd, zupełnie nieoczekiwanie, staje się obiektem zainteresowania Kate. Najpierw niechętny jej nagłym wizytom, po pewnym czasie zaczyna upatrywać w Kate szansy na odmianę swojego losu. Dla obojga jasnym jest, że Kate chodzi tylko i wyłącznie o dobranie się do pieniędzy George’a. Ale nagle,w wieku 65 lat ogarnia go chęć na przeżycie czegoś ekscytującego. Problem George’a polega bowiem nie tylko na osamotnieniu i nudzie, ale i na niezdolności do odczuwania pasji. Zawsze spokojny, zawsze rozważny, George nigdy nie wykrzesał z siebie wielkiej namiętności, czy do kobiety, czy do sztuki, czy do czegokolwiek innego. I teraz George ma ochotę stać się jednym z bohaterów wzorowanych na postaciach z Nobokova. Choć miałby być tragiczny, to chce być szalony. Ale czy człowiek, który godzinami rozważa każdy swój następny krok, jest w stanie działać spontanicznie i beztrosko?
Tego można się dowiedzieć dopiero przy końcu powieści, o ile czytelnik dotrwa do niego, niezniechęcony drobiazgowymi opisami wszystkich wątpliwości bohatera. Brookner bowiem uczyniła z historii George bardzo szczegółowy opis stanów samotności. Pokazując jak George mozolnie wypełnia sobie puste dni, jak rozpaczliwie poszukuje zasadności podjęcia najbłahszych choćby działań, autorka perfekcyjnie portretuje życie człowieka bezczynnego.
Jeśli jednak książka wzbudziłaby w Was lęk przed jałowością emerytalnych dni, niewątpliwą pociechą będzie to, że po realizacji zapowiadanych zmian, w wieku 65 lat każdy z nas będzie jeszcze pracował dziarsko pełną parą, odsuwając nudę na o wiele późniejszy czas.





























13 uwag