więcej niz pierwsza czytanka

mamy, matki i mamuśki

Posted in MUMINKOLOGIA STOSOWANA, Prima Mama by buksy on 27 Maj 2012

“Chodź, niech Cię ucałuję-powiedziała Mama – Widzisz, ja zawsze poznam swojego małego Muminka, cokolwiek by się zdarzyło”

Tove Jansson “W Dolnie Muminków”, str 42

W dwudziestoszóstkowy weekend maja można zrobić tylko jedno: przejrzeć w pamięci, w książkach, w cytatach obrazy mam, matek i mamusiek. Oczywiście będąc będąc wpływem ostatniej lektury muszę zacząć od matki Prousta, kochanej wręcz histerycznie przez syna. Piękna i nie zawsze osiągalna, jest przedmiotem synowskiego uwielbienia do tego stopnia, że ten popada w histerię, gdy przyjazd gości uniemożliwia mu pocałowanie matki na dobranoc. Nie zapominajmy, że w tych czasach odpowiednio usytuowana kobieta widziała się ze swoim dzieckiem kilka chwil dziennie, dlatego też i ceniło sobie ono ten kontakt nadzwyczajnie. Nie oznacza to jednak ze matka dawnej była zawsze wzorem kobiecej mądrości i wdzięku. Wszyscy chyba pamiętamy zażywną panią Bennet która z zacięciem i bezmyślnością raiła swoim córkom lekko niewydarzonych mężów i konkurentów. Na próżno byłoby szukać w Pani Bennet śladów roztropności i macierzyńskiej intuicji.

Nie znaczy to jednak, że matki współczesne mają cechy mocniej zbliżające je do ideału. Matka trudną, egzaltowaną, histeryczną jest przecież Róża z Cudzoziemki. Jej relacja z córka jest do tego stopnia traumatyczna, ze we śnie jawi się ona dziecku jako potencjalna morderczyni dzierżąca sztylet w ręku. Mniej szalona była na pewno Pani Banks, matka czwórki dzieci, która z trudem radziła sobie z obowiązkami pani domu przy ulicy Czereśniowej, a jaką taką stabilizację zawdzięczała głownie cudownej niańce Mary Poppins. Matka Janka z drobnych ustrojów Zientarowej nie może się nacieszyć takim luksusem jak posiadanie niańki i jedyne chwile wytchnienia daje jej możliwość wysłania dzieci do przedszkola lub na wakacje do cioć. Choć nie pracuje w biurze, to jednak ma ręce pełne roboty i często chłopcy są zbywani lakonicznymi odpowiedziami na dręczące ich pytania i zagadki.

Czy można więc gdzieś znaleźć matkę idealną, wzór łączący wszystkie dobre cechy każdej z matek? Matkę, pod której opiekę oddalibyśmy się bez wahania, z wielkim uczuciem ulgi i radości? Oczywiście, że tak. Wystarczy sięgnąć do ulubionej trollowej serii. Mama Muminka jest okrągła, ciepła i łagodna. Ze spokojem przyjmuje pomysły swojego synka, i nie dziwi jej nawet to, że ten urządza sobie przejażdżki na obłokach. Kiedy Muminek wpada na pomysł wrzucenia jej biżuterii do jeziorka, zamiast wyrazić oburzenie jest pełna zachwytu i stwierdza, że tak przechowywane precjoza wyglądają zacznie lepiej. Świetnie gotuje i zawsze dba, by jej rodzina miała wszystko czego trzeba. Nawet na krótką morską wycieczkę zabiera stertę naleśników, filiżanki i maselniczkę. W całym zgiełku panującym w zamieszkanym przez wiele stworzonek domu potrafi delikatnie pokazać synkowi ze jest dla niej wyjątkowy. Na przykład przynosząc tylko dla niego własnoręcznie zrobioną łódkę. Czasem jednak się zapomina i przez chęć wyrażenia Muminkowi swoich uczuć sprawia innym przykrość. Jak wtedy, gdy z okazji powrotu dzieci z wyprawy do obserwatorium w sprawie komety przygotowuje tort, na którym wypisuje lukrem słowa “Dla mojego kochanego Muminka”, pomijając swojego podopiecznego Ryjka. To niedopatrzenie doprowadza do małej katastrofy. Mama Muminka jakoś naprawia swój błąd, a my po raz kolejny dowiadujemy się, że miłość macierzyńska jest jeśli nie ślepa, to przynajmniej niedowidząca i może sprawić, że siła układu matka – dziecko daje stworzeniom pobocznym poczucie wykluczenia.

Mimo pogodnego charakteru i stalowych nerwów nawet Mama Muminka potrzebuje czasem chwili ucieczki i wytchnienia od bycia Mamą. Podczas wyprawy na bezludną wyspę znajduje sobie cichy, odległy kąt, w którym zaszywa się na krzepiącą drzemkę. Kiedy Tatuś Muminka wpada na pomysł przeprowadzki do latarni morskiej, nie narzeka na trudy związane z zagospodarowaniem nowego miejsca. Na ścianie rysuje ogród, z jabłonkami, słońcem i różami i wymyka się do niego po kryjomu. Tatuś Muminka i Muminek są zdumieni, że nie ma jej w porze herbaty w kuchni. Na szczęście pojawia się w sama porę, by uśmierzyć niepokój swoich bliskich:

 -     Gdzie byłaś ?! –wybuchnął Tatuś.

-    Ja – spytała Mama niewinnie – Byłam na małej przechadzce, żeby się trochę przewietrzyć.

-    Nie powinnaś nas tak straszyć – rzekł Tatuś – pamiętaj, że jesteśmy przyzwyczajeni widzieć cię w domu, kiedy wracamy wieczorem.

-   I to właśnie jest okropne – westchnęła Mama Muminka- Każdy potrzebuje czasem jakiejś zmiany.

Tove Jansson “Tatuś Muminka i morze”, Str 222, 223

Warto więc pamiętać, że nawet ideał musi czasem oderwać się od codzienności, zaglądnąć do swoich grządek. Albo zakosztować chwili radości w ramionach tej wspaniałej, choć czasem kapryśnej matki, jaką jest literatura.

mowa o :

znajdowanie

Tak bardzo ci, co robią mniej, a mogliby nie zrobić nic, czują potrzebę zrobienia czegoś.

Marcel Proust „W poszukiwaniu stracnego czasu”, T II, str 478

Proust mnie uśpił, ukoił, przytłumił moje chęci do aktywności mniejszych i większych, z blogowymi włącznie. Zrobił to po swojemu, nudząc i nużąc, ale nie zniechęcając. Przeciwnie, po przebrnięciu przez 490 stron opisów piękna przyrody i krajobrazów, stanów duszy i rozterek uczuć, wdzięcznych dziewcząt i wykwintnych kobiet, ciągle mam apetyt na następne części. Po trosze dlatego, że liczę to, że uda mi się w końcu odkryć jak on to robi, że po wzdychaniu nad szczególnie rozwlekle opisanym krajobrazem, nagle śmieję się w głos nad celnym stwierdzeniem lub niesłychanie błyskotliwym spostrzeżeniem. Jak on to robi, że stwarzając wrażenie anachroniczności, potęgowane jeszcze przez język użyty przez Boy’a w tłumaczeniu, jednocześnie objawia się jako pisarz niezwykle współczesny, który miał niezaprzeczalny wpływ na wszystkich niemal następujących po nim. Czytając Proust’a uświadamiam sobie, że wreszcie wiem skąd Virginia Woolf czerpała swoje pomysły, i rozumiem dlaczego Felisberto darzył tak gorącym uczuciem marmurową statuetkę w domu swojej nauczycielki. Od teraz wydaje mi się, że wszyscy pisarze których do tej pory czytałam należeli do jednego z dwóch obozów: za Proustem lub przeciwko. Angela Carter za, Byatt za, Tokarczuk za, Cartarescu za, Białoszewski za, a Hemingway i Munro przeciw.

I chyba nie muszę mówić, do którego z tych obozów najchętniej bym siebie zaliczyła.

mowa o:

Tagged with:

okoliczności i okolice

Posted in NA MARGINESIE, plany czytelnicze by buksy on 3 Maj 2012

Mówił o literaturze z szacunkiem, niby o czcigodnej i uroczej osobie z najlepszego towarzystwa, o której zachowało się z Drezna lub Rzymu wyborne wspomnienia i z którą, ku swojemu ubolewaniu, wskutek warunków życia człowiek spotyka się zbyt rzadko.

Marcel Proust, „W poszukiwaniu straconego czasu”, t.2, Str 24

Zaniemówiłam. Właśnie tak. Dlaczego? Wystarczy sięgnąć pamięcią do 23 kwietnia. I Co? I nic. Nie pamiętamy nic. Bo nic się nie działo. W księgarniach: nic. W gazetach: nic. W TVP kultura: nic. W programie o czytaniu: nic. W bibliotece: nic. Na całej połaci: nic. Parafraza sama ciśnie się do ust. No i dlatego mnie zatkało. Że NIC. Że nikt. Że w ogóle absolutny nul na polskiej ziemi na temat święta książki. 30 kwietnia był dzień jazzu. A jakże, uczczony w radiu audycjami na temat. Okazuje się, że w naszym kraju bardziej świętuje się starą muzykę z obcego kontynentu niż literaturę. No i mnie zadziwiło, zdumiało tak, że popadłam w tzw otchłań milczenia. Dniami ciszy uczciłam pamięć zapomnianych autorów, tytułów, tomów, po prostu książek. Choć tyle im się należy.

 Za to dziś się naświętowałam, napatrzyłam, choć nie do końca jestem pewna, ilu ze współuczestników celebracji wie co, jak i dlaczego. O tym mogliby wyczytać pewnie, z tak niemodnych, książek. No ale nie będę ciągle jojczeć nad wyschłym w piersiach naszej matki-ojczyzny-karmicielki mlekiem edukacji literackiej. To i tak da niewiele.

Wolę przekornie dorzucić do straganów z różnościami własne trzy grosze, a właściwie sterty książek. Wytężony wzrok , słuch, niewygasła nadzieja, że może jednak coś tam się 23 wykluje, sprawiły że zdybałam tu i tam okolicznościową przecenę. Na dodatek wyjątkowo ostatnio zadbały o mnie zaprzyjaźnione blogerki. W rezultacie u mnie świąteczna ozdoba okienna wygląda tak:

 

  • Zwieńczenie wieży stanowią sprezentowane cegiełki: Tak ukochana Mazucco to podarunek od Maiooffki, Offshore Penelope Fitzgerald  wynalazła dla mnie Ania, a dawno poszukiwana Mitford przyszła od Bezszmeru. Jako obietnicę wyjątkowo atrakcyjnych rozrywek lektury te odkładam na czas wakacji, a obdarowującym bardzo, bardzo, bardzo dziękuję za tak doskonałe prezenty.
  • Kolejny tom to życiorys Geinsbourga podebrany rodzinie. Wcześniej jest jeszcze Chandler, do którego zachęcała ostatnio-skutecznie- Ania.
  • Dawnych Mistrzów Bernharda już dawno chciałam zamówić i teraz przy okazji rabatu wrzuciłam do koszyka, a następnie do wannowego czytania. I kąpię się od tego czasu jeszcze dłużej niż zwykle.
  • Bestiarium Różyckiego zostało tak ładnie opowiedziane najpierw w Czytaniu TVP Kultury, potem w Nowych Książkach, że po prostu musiałam je kupić.
  • Dwa Bieńczyki, melancholijny i winny to efekt mojej namiętności do autora wzbudzonej przez felieton o książce trochę niżej w stosie, czyli Dynastiach które stworzyły luksus.
  • Twarz muśnięta smutkiem to zakup tzw impulsywny, czyli dosadniej mówiąc w ciemno.
  • Blady ogień Nabokova to kolejny tom jednego z tych autorów, którego chce mieć wszystko.
  • Stopień zero pisania Barthesa to próba poznania nowego pisarza, oby udana.
  • Sandor’a Marai’a Niebo i ziemi jest obietnicą wielu atrakcyjnych podczytywań
  • Druga Dal Bakuły to powrót do starych znajomych
  • Album o Bloomsbury to zadoścuczynienie za niedojechanie na zeszłoroczną wystawę o krewnych i znajomych Virginii Woolf.

 Jeszcze gdzieś się ukryła najnowsza Szymborska, i kopka wypożyczeń bibliotecznych. O tych będzie przy najbliższej okazji, jako że kolejne okołoksiążkowe święto się zbliża. Jednak jest czym cieszyc się wiosną.

aktoreczka

Posted in BIOGRAFIE, Dariusz Michalski "Kalina Jędrusik", Uncategorized by buksy on 22 Kwiecień 2012

-Proszę pana,  ja tego nie wykonam. Nie wypowiem tych słów, bo dama tak nie śpiewa, do damy one nie pasują- i pokazała na wers „kto będzie zdrowie miał i nerwy na takie ścierwo jak ty” (chodziło, oczywiście, o to ścierwo”).  Ja na to, że jak dama się zezłości, to jeszcze gorszych słów używa – a Kalina do Agnieszki:

-Widzisz, kurwa, on nic nie rozumie.

Wojciech Młynarski w Dariusz Michalski „Kalina Jędrusik”, str. 448

Miało być spokojnie. Z imbirową herbatą, pudłem kleenexów i porzeczkowymi pastylkami do ssania. Z kołdrą pod brodą, poduszką pod plecami, vicvaporum przy boku. Moje tradycyjne przeziębienie na otwarcie sezonu wiosennego miało przebiegać bez zakłóceń większych niż sążniste kichnięcia.

A skończyło się na gonitwie przez tysiąc i jeden scen teatru polskiego. Wysłuchaniu setek historyjek, przeczytaniu kilograma recenzji o grze i śpiewie Jędrusik, prześledzeniu z detektywistyczną dokładnością całej jej kariery kabaretowo-filmowo-sceniczej. Wszystko to było bardziej nużące niż interesujące. Zwłaszcza, że wiele opinii i wypowiedzi cytowanych w książce brzmi podobnie, a niektóre z nich wręcz identycznie, bowiem zdarzają się powtórzenia cytatów. Hasłu :Kalina Jęrudsik wielką aktorką była poświecono kobyłę o 630 stronach, z której i owszem, da się wyłuskać ciekawe opowieści i anegdoty, ale która i drażni powracaniem ciągle do tych samych wątków i wniosków. Rozdział: rodzina powtarza się co najmniej trzy razy w różnych konfiguracjach (Ociec, Mama, Zosia, Rodzice, Rodzina), Kabaret Starszych Panów występuje pod nazwą własną, i po raz kolejny w rozdziale piosenka. Nie zliczę ilekroć czytałam o dużym dekolcie, spóźnialstwie, serdeczności, sexappealu, dźwięcznym głosie i skłonności do rzucania mięsem. Od połowy książki miałam wrażenie,że autorowi płacono od strony i stąd konieczność zajęcia tekstem jak największej liczby kartek.

Czy w takim razie książkę należy ominąć w poszukiwaniach informacji o Kalinie? Absolutnie nie. Za to warto czytać ją inaczej niż zwykle. Radziłabym zacząć od końca, a niektóre rozdziały, traktujące o sztukach i filmach obecnie zupełnie nieznanych, tylko przekartować. Za części obowiązujące uznałabym rozdziały takie jak plotka, Staś, Kraków, czy salon. Wart głębokich studiów, a nawet wkucia na pamięć jest katalog przygotowany dla Kaliny przez Dygata, zawierający dziesięć przykazań jak zachowac się towarzystwie, by odnieśc sukces. Zdumiewająca jest tych porad aktualność, jak widać prawa rządzące naszym światkiem nie zmieniły się od niemal pół wieku. Tym, których przynajmniej trochę interesuje postać Jędrusik poleciłabym książkę przynajmniej do przejrzenia, ale niekoniecznie do dokładnego studiowania i zaczytania. W końcu sam autor podsumował swoje dzieło zdaniem : „już po napisaniu tej książki sam siebie zapytałem: czy ja naprawdę poznałem moja bohaterkę”. Cóż, grzeczniej będzie nie dawać odpowiedzi.

mowa o:

Tagged with:

przygaś światło przed czytaniem

Fortepian był dobrą osobą. Siadałem blisko niego; moimi kilkoma palcami przyciskałem wiele jego palców, białych lub czarnych; od razu wychodziły mu kropelki dźwięków; i przeplatając dźwięki i palce, obaj żeśmy smutnieli.

Felsiberto Hernandez „Ciemna jadalnia, balkon i inne niezwykłe opowieści”, Str 217

 Ze wszystkich swoich snów najbardziej lubię te, w których błądzę po obcych mieszkaniach. Stare, przestronne, za każdym rogiem kryją niespodziankę. W każdym pokoju maja dużo kurzu i mało światła. Zużyte sprzęty, dawno malowane ściany, niemyte okna, z bluszczem zamiast firanek. Wcale nie mam zamiaru w nich czegoś poprawiać, szukać lub sprzątać. Chodzę po nich powoli, stawiam stopy cicho, lekko szuram po wycieniałym dywanie albo drewnianej podłodze. Patrzę na wzór tapety, sprawdzam jakość leżących na fotelach poduszek. I zawsze jestem zachwycona. Tu mogę pobyć dłużej wzdycham. Po czym sąsiadowi zaczyna płakać dziecko i przeprowadzam się do rzeczywistości w szybszym niż bym chciała tempie.

Ale teraz, w tej właśnie rzeczywistości, spotkałam kogoś, kto wziął mnie za rękę i z powrotem powiódł do tamtych, śnionych miejsc. Najpierw to ja chwyciłam za jego książkę, a on, autor wyraźnie poprosił mnie, żebym pozwoliła poprowadzić się dalej. Oczywiście jak każda kobieta, jak zerkająca w tył żona Lota, jak biegnąca za królikiem Alicja, dałam się namówić na zaglądanie do innych światów. A Felisberto ciągnął mnie, nie stawiającą żadnego oporu, po starych domach, niewietrzonych sypialniach, zaparowanych łazienkach, skrzypiących scenach sal koncertowych. Co chwilę pokazywał z bliska jakiś przedmiot, z którego lekkim ruchem wyciągał opowieść, jak magik chusteczki z kapelusza. Czarował, o tak, robił to chytrze, bez fanfar i sypiących isker. Sprawił, że uwierzyłam, że można pokochać balkon, że czarne koty maja duszę melomana, że opowiadanie nie musi mieć puenty, aby stać się pięknym.

Bo Felisberto tak właśnie pisze, potrafi z każdego grata, nieoświetlonego korytarza, nawet skórki banana, zrobić bohatera opowieści, która  burzy zasady gatunku brakiem zwijającego się w morał wątku. Na początku może to sprawiać zawód. Jednak po pewnym czasie czytelnik orientuje się, że chodzi tu o pokazanie tego, co powszednie, w sposób przewrotny, że celem Felisberta nie jest doprowadzanie nas do jakiś wniosków, ale podkręcanie naszego patrzenia na rzeczywistość o kilka stopni bliżej jego niezwykłej wyobraźni, proustowskiej zdolności przeglądania pamięci.

mowa o:

Tagged with:

na przesilenie

Posted in Kingsley Amis "Mordestwo w Riverside Villas", SZYBKIE I ŁATWE by buksy on 10 Kwiecień 2012

Herbata w towarzystwie posmarowanych masłem pszennych placuszków, dżemu z jagód morwy, herbatników i sporej liczby sreber stołowych oraz porcelany, pojawiła się, kiedy trójka policjantów wciąż rozważała szczegóły raportu.  

 Kingsley Amis „Morderstwo w Riverside Villas”, Str 91

 Nie ma lepszego antidotum na wiosenne osłabienie niż porządny kryminał. Wzmacnia umysł, działa rozgrzewająco i regenerująco, poprawia chęć do uśmiechu i rozjaśnia spojrzenie. Jednym słowem zamiast płacić za wizytę u kosmetyczki lepiej rozejrzeć się za czymś do czytania, a otrzymamy pożądany efekt za mniejsze pieniądze i większą przyjemność. Mam tu na myśli klasykę gatunku, czyli nieśmiertelną Christie. Albo jej zamiennik.

Nie tak dawno skończyłam czytać rzecz całkiem udaną, sporządzoną przez mojego coraz bardziej ulubionego Kingsley’a Amisa. Kryminał to był naprawdę jak się patrzy, angielski w każdym calu, z herbatkami, poczuciem humoru i sąsiedzkimi pogaduchami. Bohaterem historii jest czternastolatek, który marzy o wejściu w prawdziwe relacje damsko męskie. W oczekiwaniu na okazję spotyka się, na nie całkiem niewinne zabawy, z kolegami i pilnie studiuje Kodeks Zachowań Niecnych. Ten sporządzony przez starszego kolegę zbiór skutecznych porad jak odnieść sukces w sprawach erotyki jest najgorliwiej czytanym podręcznikiem Petera. Efekt zaczerpniętych z niego nauk nie do końca jest z godny z oczekiwaniami, i Peter z niewielkim powodzeniem usiłuje zwrócić na siebie uwagę blond nastolatki, niejakiej Sandy. Nieoczekiwanie z szeroko pojętą pomocą przychodzi mu sąsiadka, młoda i atrakcyjna Pani Trevelyan. Ich przyjaźń ulega szczególnemu zacieśnieniu po tym, jak obydwoje natykają się w salonie Petera na ofiarę morderstwa. Jest wiec trup, jest miłość, a do tego lekko dandysowaty detektyw, i grupka mniej lub bardziej udanych pracowników policji. Akcja gmatwa się należycie, przewodzący dochodzeniu pułkownik Manton raczy swoich podwładnych coraz bardziej wyszukanymi trunkami i pomysłami na rozwiązanie zagadki. Młody Peter czynnie bierze udział w dochodzeniu, nie zaniedbując jednocześnie realizacji swoich innych planów.

Całość zmierza ku trochę zbyt drastycznemu finałowi, z zaskakującym rozwiązaniem kryminalnej zagadki. I choć końcówka jest może trochę za bardzo w stylu filmów akcji, to książka stanowić będzie niewątpliwą gratkę czytelniczą dla każdego wielbiciela gatunku. O czym z satysfakcją informuję, zachęcając do poszukiwania tytułu w bibliotekach lub antykwariatach. Bo Kinglsey Amis to kolejny, niesłusznie zapomniany i niewznawiany twórca na polskim rynku wydawniczym.

mowa o:


Tagged with:

Dobrego, najlepszego

Posted in NA MARGINESIE by buksy on 7 Kwiecień 2012

Świętowania w cieple i w słońcu, z uśmiechem, rodziną i książką 

 życzę

Wszystkim zerkającym w niepierwsze czytanki

koko: kuchenno okolicznościowa konfesja osobista

Posted in NA MARGINESIE, wyznania i zeznania by buksy on 5 Kwiecień 2012

W ramach sezonowych spowiedzi zdecydowałam, ze teraz będzie właściwy czas by coś wyznać, odkryć pewną prawie wstydliwą tajemnicę. Otóż gotuję niewiele, piekę raz na pół roku. Ostatnio w wyprodukowałam jesienną wersje mufinów ze śliwkami. W pierwszy dzień po wyjęciu z piecyka były nijakie, na dzień drugi ich wnętrze skleiło się w ciągnącą masę o posmaku oleju rzepakowego. Kiedyś zrobiłam sos do spaghetti bardziej gorzki od najpodlejszego lekarstwa, doprawiając go garściami oregano. Nie moje wiec będą zalane słońcem stoły skrzące się barwą i rozmaitością potraw. Nie zdarzy mi się wstać o północy i przy blasku księżyca odprawić misterium pieczenia babki drożdżowej. Nie opowiem nigdy jak wraz ze śpiewem skowronka ucierałam płatki róż z poranna rosą i kryształami cukru, tworząc aromatyzowaną latem konfiturę. Moje dłonie nie pachną wanilią, mijając mnie nie poczujecie woni skórki pomarańczowej i kardamonu. Nic z tego, to pewne, boginią kuchni nie zostanę.

A jednak  uwielbiam oglądać i czytać ( nie użytkować) książki kucharskie. Przy okazji poprzednich świąt z wielką przyjemnością obadałam kuchnie rodziny Mannów, która następnie zyskała bardziej zasłużonego właściciela. Pasłam oczy kolorami kuchni indyjskiej, z przerażeniem zerkając na opisy składników i procesów tworzenia potraw. Ta książka powędrowała do młodego i ambitnego członka rodziny, ale o jej użytkowaniu na razie jest cisza. Byłam chyba pierwszą osobą w księgarni która złapała za kolorowe wydanie Apetycznej Panny Dahl. Długo zastanawiałam się, kogo mogłabym uszczęśliwić taką niespodzianką. Jednak jak poczytałam, co ta, niewątpliwie urocza panna, proponuje do pichcenia, stwierdziłam, że na polskie warunki słabo się te przepisy przekładają i ktoś może mi prychnąć z niesmakiem na ładny, ale bezużyteczny prezent. Potem przypomniałam sobie, że od kilku lat półkę zdobią mi nigdy nie używane porady gotującego Jamiego Oliwiera. Za to są tak wydane, że każde ich otwarcie daje mi prawdziwa zmysłową przyjemność.

Choć znacznie większą radość sprawiło mi niedawne ksiegarniane odkrycie. Udało mi się wyszperać niezbyt grubą książeczkę, o mało wyszukanym tytule “kuchnia wegetariańska”. Mnie jednak intuicja podpowiedziała, że prosty tytuł może sugerować proste przepisy. I rzeczywiście. Okazało się, że receptury są nieskomplikowane, zawierają opisy dań niewyszukanych, ale apetycznych i złożonych z łatwych do zakupienia składników. Całość jest posegregowana nie rodzajami potraw, a porami roku. I ozdobiona pięknymi zdjęciami bieszczadzkiego gospodarstwa autorki. Tym sposobem mam znowu co oglądać przed obiadem i nawet nieśmiało zaczynam planować wyprodukowanie niektórych dań. No bo takiego makaronu z sosem serowym i gruszką chyba nie da się popsuć, prawda?

mowa o:

Tagged with:

z czego sie śmiać

Posted in NA MARGINESIE, wyznania i zeznania by buksy on 1 Kwiecień 2012

Udało się wam kogoś nabrać? Pochichrać z jakiegoś zgrabnie wyciętego dowcipu? Krzyknąć Prima Aprilis zduszonym głosem? Mam odczucie, że niedziela słabiej sprzyja kawałom, chociaż gdy dotarłam do najbliższego centrum handlowego, lekko zmieniłam zdanie. Tam, między Mango a Coffee Heaven kicała sobie grupka kapeli ludowej. Kilku wąsatych chłopów w butach z cholewami, niebieskich portkach, i kapeluszach biegała od Bershki do Zary i zrobił się z tego jakiś surrealistyczny miszmasz folklorów wiejskich i miejskich. Mnie się od patrzenia zaraz zrobiło weselej i nawet niemowlak podróżujący za mną na następne piętro nie zepsuł mi wrzaskiem nastroju. Wtedy pomyślałam sobie, że ktoś to sprytnie wymyślił, żeby czas śmiesznych chwytów przypadł na tę właśnie porę zanudzającej nas swoją szarością przyrody i rozmemłanej aury. Żeby ludzkość wytrącić z letargu urządzono pierwszego kwietnia i jest to naprawdę niezła rozgrzewka przed wiosennym maratonem sprzątań i sadzenia kwiatów. Pod warunkiem, że świętuje się ten dzień zgodnie z zasadami. Jeśli jednak zdarzyło by się, że nic nie zdołało Was tego dnia rozbawić, można i należy poratować się odpowiednią lekturą. Żeby Wam sprawę ułatwić opowiem o moich niezawodnie śmieszących czytaniach.

Na początku musi być Gerald Durrel i jego grecka seria o pobycie rodziny na Korfu. Jest tam dużo słońca, zwierzaków i zabawnych historii. Jak ta o familli skropionów wyswobodzonych przypadkowo z pudełka po zapałkach, prosto na obrus zakrywający stół do uroczystego obiadu. Wiele smaczku dodają charakterystyczne postaci: siostra romantyczka, wiecznie walcząca z tuszą i trądzikiem Maggi, zapalony myśliwy Larry, przewrażliwiony pisarz Leslie i roztargniona matka. Książką familijną jest mój kolejny wyczytany do cna rozśmieszacz czyli Rodzinka Guareschi’iego, zbiór opowiadań o dwójce dzieci i żonie pisarza. Sam zestaw może nie pobudza do śmiechu, ale jeśli dorwiecie tę dawno temu wydaną książkę, poczytajcie sobie choćby o tym jak Pasjonaria, córka Giovannino, przeglądała swoje pierwszokomunijne prezenty. Jej stoickiego spokoju nie był wstanie zburzyć nawet błękitny rower i dopiero paczka zawierająca maszynę do korkowania butelek wzbudziła entuzjazm. Historię tym razem polskich dzieciaków opowiada Zientarowa w pragmatycznej, a przez to i komicznej książeczce o tytule „Drobne Ustroje”. Takich dialogów jak tam nie pisze już chyba żaden polski literat. A zresztą może się mylę. Może są jakieś wypełnione humorem teksty o których nie słyszałam, a które warto byłoby przeczytać?

mowa o:

Coco cień

Posted in BIOGRAFIE, Coco Chanel by buksy on 25 Marzec 2012

Jej przeszłość pozostawała ukryta za mgłą tajemnicy, a kiedy już wychodziła na światło dzienne, to często w formie gotyckiego mitu. We wczesnej młodości Chanel zaczytywała się romansami, w których kobiety w bieli były zbiegłymi pannami młodymi albo porzuconymi kochankami; w późniejszych latach jej powiernica Claude Delay usłyszała, że najbardziej lubiła „wichrowe wzgórza”.

Justine Picardie Coco Chanel legenda i życie, Str 198

 

Przetaczający się parę lat temu przez nasze kina film (średniej zresztą jakości) o Chanel, wywołał dwie zasadnicze zmiany w życiu każdej przeciętnej faszionistki. Po pierwsze druzgocąco  modne stały się koszulki w paski, które Tautou nosiła przez pierwsze sceny filmu, i już od dwóch lat chodzimy w prążkach, zwykle niebieskich lub czerwonych. Po drugie wzrosło łaknienie czytelnicze na wszystko co dotyczy Coco i na rynku z apetytem pochwytywany jest każdy tytuł, który choć w przybliżeniu daje nadzieję na uchylenia rąbka tajemnicy życia słynnej projektantki. Sama chcąc niechcąc, dałam się ponieść temu owczemu pędowi i zakupiłam kiedyś książkę o Coco z niepokojąco różową okładką. Rezultaty były opłakane, o czym z resztą już kiedyś wspominałam. Teraz mogę tylko dopowiedzieć, że nauka jak zwykle poszła w las i ponownie skusiłam się na biografię Chanel.

 

Tym razem wydanie wyglądało na solidne, z grubym papierem i twarda okładką, w eleganckich biało-czarnych odcieniach. Oglądało się to bardzo przyjemnie bo i zdjęć tam sporo i trochę ilustracji samego Lagerfleda, wiec estetyczne wrażenia z patrzenia na książkę wyniosłam bardzo pozytywne.

 

Niestety czytanie tekstu uśmierzyło mój zachwyt. Okazało się szybko, że nie znajdę w nim zbyt wielu nowych informacji, ze autorka oparła się głownie na wywiadzie Chanel z jedną, czy dwiema osobami, i trzymała się kurczowo wysnutych z tych materiałów historii. Powtarzanych na dodatek do znudzenia. Średnio co kilkanaście kartek mogłam przeczytać, że Chanel wyglądała na dziewczątko, nie była kochana przez tatusia i straszliwie kłamała na temat swojego dzieciństwa. Co więcej autorka próbuje z tych faktów wyjść w kierunku jakiś freudowskich dywagacji, i w rezultacie tekst przybiera formę psychologicznej papki sporządzonej z amatorskim zapałem. Jakoś przez całość przebrnęłam, choć właściwie nie wiem po co.

Bo wszystko, co można było się dowiedzieć z tej książki Chanel, zostało doskonale ujęte w cytowanej na początku, takiej oto wypowiedzi Trumana Capote:

Któregoś razu Chanel, wróbelek wątły, wymuskany, acz dźwięczny i dziarski jak dzięcioł, w połowie lotu przez jeden z tych niepohamowanych monologów w których komentowała swój nadwyraz kosztowny wygląd biednej sierotki, kształtowany przez te wszystkie lata rzekła „Zetnijcie mi głowę, a stanę się trzynastolatką”. A jednak jej głowa pozostała na zawsze przyrośnięta do karku, bez wątpienia miała ją doskonale umocowaną już wtedy, gdy skończyła ledwie trzynaście lat, albo niewiele więcej, i pewien forsiasty „dobrotliwy dżentelmen”, pierwszy z kilku wdzięcznych i życzliwych patronów, spytał malutką „Coco”, córkę baskijskiego kowala, który ja nauczył podkuwać konie, jakie perły woli, czarne czy białe”

Justine Picardie Coco Chanel legenda i życie  str 54

 mowa o:

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.